Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Wpisy z tagiem: wegetarianizm

piątek, 26 lutego 2010

Odkąd przeszłam na wegetarianizm, temat konwenansów towarzyskich w kontekście bycia gościem i przyjmowania gości zaczął mnie frapować. Sfera zróżnicowanych kulturowo diet jest dla mnie nowa i poruszam się w niej po omacku.

Podczas moich lat w Polsce rzadko spotykało się kogoś o odmiennych nawykach żywieniowych. Słowo "dieta" odbierane było najczęściej jako dieta odchudzająca, a nie sposób żywienia. Szło się w gości i gospodyni podawała posiłek. Z grzeczności próbowało się wszystkiego, co było podane, gdyż słowo "nie" nie było akceptowane. Nie, dziękuję. A może jednak? Nie, naprawdę, więcej już nie mogę. Ale tylko odrobinkę, dla spróbowania. No dobrze. W "polskim kontekście," że tak pozwolę to sobie nazwać, niezjedzenie czegoś w gościach uznane byłoby raczej za afront. Podobnie jest z namawianiem do picia. Bardzo to było uwypuklone podczas moich wizyt w Polsce, kiedy mój amerykański mąż zdecydowanie nie chciał zjeść pewnych potraw i często wprawiał nasze gospodynie o złotych sercach w konsternację.

W Stanach większość imprez albo odbywa się w restauracjach, gdzie każdy zamawia sobie na co ma ochotę, lub w formie bufetu domowego. Nawet jeśli się siedzi przy stole, każdy nakłada sobie sam i gospodarz nie piluje każdego gościa, ani nie namawia każdego z osobna do spróbowania każdej potrawy. Jest to zupełnie inny styl i nawet jeśli się nie zje ani kęsa, można ujść z tym niezauważonym. Mimo wszystko, odrębny styl żywienia może wprowadzić w konsternację.

Kiedy goszczę u siebie, zawsze podaję coś mięsnego, ale przygotowuję też dużo różnych przekąsek wegetariańskich. Jeśli nie piję, mimo wszystko podaję alkohol, a jeśli goszczę byłego alkoholika, alkoholu nie podaję - nikomu. Jeśli goszczę kogoś, o kim wiem, że ma inne nawyki żywieniowe (alergię na orzechy, dieta bezglutenowa), zawsze staram się przygotować coś odpowiedniego. Kiedy idę do kogoś, a nie jest tu w zwyczaju przychodzić z pustymi rękami, najczęściej przynoszę wegetariańską przekąskę, gdyż nie oczekuję od gospodarzy, żeby podali jedzenie bezmięsne. Wtedy moja przekąska daje mi pewność, że przynajmniej będę miała co zjeść. Na imprezach gospodarze często nie mają pojęcia, że nie jem mięsa, a ja prawie zawsze znajdę sobie coś bezmięsnego do jedzenia i wychodzę obronną ręką. Sprawa zwykle wychodzi na jaw dopiero wtedy, kiedy widzę jakąś potrawę-niespodziankę i pytam o składniki. Wtedy następuje konsternacja ze strony gospodarzy. Zdarzyło się też, że gospodarze wiedzieli i gotowali coś specjalnie dla mnie, przez co czułam się niezręcznie. Zdarzyło się też, że gospodarze wiedzieli, a mimo to podali prawie wszystko z mięsem. Chociaż staram się być niezauważona i nie informuję innych o swojej bezmięsności, sporadycznie jest to problemem. Jeszcze inna sytuacja była w pracy, kiedy mieliśmy składkowe śniadanie z okazji przejścia na emeryturę jednej z koleżanek. Osoba odpowiedzialna za organizację zamówiła pizzę śniadaniową z mięsem, wiedząc doskonale, że ja mięsa nie jem.

Z jednej strony mój sposób żywienia to mój własny wybór i nie oczekuję od swojego otoczenia, żeby się dostosowało. Wyznaję zasadę dostosowania mniejszości do większości, czyli mnie do innych. Z drugiej strony jest wiele kultur o odmiennym systemie odżywiania o korzeniach religijnych, jak na przykład Żydzi. Zignorowanie ich koszerności "bo akurat są mniejszością" uważam za duże faux-pas. Kiedy się żyje w wielokulturowym skupisku należałoby znać podstawy żywienia innych kultur. Umiejętność dostosowania się do wyborów pewnych grup społecznych, czy nawet jednostek, jest miłą myślą. Czy więc powinno się uprzedzać gospodarzy, że się nie jada mięsa, czy milczeć? Jakie jest najlepsze wyjście z takiej sytuacji?

sobota, 02 stycznia 2010

Nie muszę Wam mówić jak bardzo interesuje mnie zdrowe żywienie i jak bardzo pilnuję co sobie wkładam do talerza. Im mniej przetwarzane, tym lepiej. Niestety nie jestem na tyle zamożna żeby rzucić pracę zawodową na rzecz założenia własnej farmy i hodowania własnego jedzenia, dlatego nadal polegam na przemyśle spożywczym. Kupuję gotowe placki tortilla, jak również chleb, salsę, makaron, krakersy, tofu, seitan i parę innymi rzeczy, których nie robię w domu od podstaw. Przy czym staram się dokładnie czytać skład kupowanych produktów, żeby nie kupować w ciemno. To też zabiera wiele czasu, stąd mam "sprawdzone" produkty i kupuję najczęściej te same.

Odkąd przeszłam na wegetarianizm 10 miesięcy temu, bazę kupowanych przeze mnie produktów musiałam zbudować praktycznie od podstaw. W ten sposób wyrobiłam sobie listę bezmięsnych rzeczy, które kupuję. Nie daj boże zachciałoby mi się przejść na absolutny weganizm, to musiałabym przestać kupować cokolwiek przetwarzanego, bo prawie wszystko zawiera jakąś formę nabiału. Na przykład teoretycznie beznabiałowa śmietanka do kawy firmy International Delight zawiera pochodną nabiału kazeinę, która nie jest uważana za nabiał przez FDA ze względu na sposób jej pozyskiwania, natomiast przez rabina jest uważana za nabiał i naznaczona symbolem KD. Przemysł spożywczy ogólnie lubuje się w ograbianiu produktów z ich naturalnych atrybutów tylko po to, aby w późniejszej fazie przetwarzania dodać sztucznie wprowadzane atrybuty, na przykład witaminy. I tutaj dochodzę do sedna sprawy.

Dziś wieczorem na obiad mieliśmy burrito. Podsmażane organiczne grzyby z cebulą, cukinią i seitanem podane na placku tortilla z salsą i kiełkami. Kiedy podsmażałam warzywa coś mnie tknęło i zaczęłam podczytywać opakowanie naszych ulubionych pełnoziarnistych placków tortilla, bo wyglądały trochę inaczej niż zwykle. Z miejsca trafił mnie szlag! W składzie placków znajdował się bowiem... olej z sardynek i śledzi oraz żelatyna z tilapi. W plackach tortilla! Moje nadzienie burritowe zjadłam z chlebem. Wkurzyło mnie, że producent zmienił skład swoich placków tak drastycznie bez uprzedzenia czy ostrzeżenia. Na opakowaniu dodano tylko, że placki są grubsze i zawierają tłuszcze Omega-3. Tłuszcze Omega-3 mogą pochodzić z siemienia lnianego, więc do głowy by mi nie przyszło szukać tam ryb.

Tak, my biedni Amerykanie bez własnego rozumu. Przemysł spożywczy nas uratuje! Od samych siebie. Jedz jogurt Activia na regularne sranie, a rybkę w plackach tortilla, bo inaczej nie poradzisz. Jestem zdegustowana.

czwartek, 05 listopada 2009

Wczoraj naszła mnie myśl, że może by zrobić placki ziemniaczane. Placków ziemniaczanych nie jadłam od czasu wyjazdu do Stanów, czyli ponad 10 lat. Oczywiście nie byłabym sobą, gdyby mi się nie zachciało eksperymentować. Moje placki miały być z yam'u, co w języku polskim funkcjonuje po nazwami, za Wikipedią, wilec ziemniaczany / batat / patat / słodki ziemniak. W Stanach yam i sweet potato to dwa różne gatunki, chociaż nazw używa się zamiennie.

Po przerobieniu pierwszego batata na papkę stwierdziłam, że nic z tego nie będzie. O ile ziemniak zwykły zamienia się w wodnistą, gładką masę po starkowaniu, batat zamienia się w suche pomarańczowe wióry a la marchewka. Nie poddając się, starkowałam dodatkowo kilka czerownych ziemniaków i cebulę, żeby wyrównać konsystencję. Masa wyglądała całkiem do rzeczy. Doprawiłam, dodałam trochę oliwy, ale oczywiście nie miałam jajka. Postanowiłam nie dodawać też mąki. Rezultat był totalnie mizerny, alebowiem placki za Chiny nie chciały trzymać się kupy i w rezultacie usmażyłam papkę a la kasza manna. Machnęłam więc ręką, na obiad zrobiłam kanapki, a resztę masy upiekłam w piekarniku w nadziei, że wyjdzie babka ziemniaczana. Wyszła, ale kroić się nie dała, więc po wyjęciu kawałka nadal przypomina górę kaszy mannej. Choć wizualnie jest nieciekawa, smakowo jednak zjadliwa.

Co do batatów, polecam robienie z nich frytek. Batat należy obrać, pokroić w paski, posypać wybranymi przyprawami i pokropić olejem, po czym upiec w piekarniku w 375 stopni F przez jakieś pół godziny, przewracając frytki w połowie pieczenia na drugą stronę.

Co do placków ziemniaczanych, przypomniały mi jak bardzo nie lubię obierać ziemniaków. Niemniej jedan zbieram się do podejścia nr 2, tym razem bez cudowania.

środa, 14 października 2009

Wczoraj na obiad robiłam fasolkę szparagową z tofu. Zachciało mi się posiekanych migdałów, ale miałam tylko całe. Eksperymentalnie zatrudniłam nieużywany młynek do kawy celem rozdrobnienia orzechów. Niby delikatnie i pulsacyjnie guzik naciskałam, ale efekt był mizerny. Się proszę ja Was rozdrobniły, ale niezupełnie jak mi się widziało. Tępe brzydkie niedobitki wystawały z migdałowego prochu. Machnęłam ręką i zmieliłam resztę na proszek. Wrzuciłam do miseczki. Potem zmieliłam siemię lniane. Ten młynek do kawy przydatny jednak jest. Połączyłam zmielone siemię lniane z proszkiem migdałowym. Do tego dodałam niezmielonych ziaren sezamu, trochę kminku, papryki czerwonej w proszku, oraz innych przypraw. Ugotowaną fasolkę podsmażyłam z tofu i obsypałam orzechowym prochem. Ale wyszło pyszne!

W moim rodzinnym domu bułka tarta była nieodzownym elementem codziennej kuchni. Stanowiła panierkę do wszelkich kotletów i ryb. W moim domu bułki prawie nie używam, bo i nie mam z czym, za to uwielbiam ją z kalafiorem i fasolką szparagową. Ostatnio przestałam używać bułkę, bo nie podobał mi się jej skład. A tu proszę: rozwiązanie znalazło się samo.

środa, 07 października 2009

To już mój piąty tydzień zamawiania warzyw i owoców prosto z farmy. Jest to doświadczenie diametralnie różne od wybierania taśmowo produkowanych i identycznie wyglądających warzyw w supermarkecie. W supermarkecie wiadomo czego oczekiwać. Z farmy jak się okazuje – niekoniecznie.

Moje ogólne doświadczenia są bardzo pozytywne. Tygodniowy rachunek za jedzenie zmniejszył się znacznie, a zjadane przeze mnie warzywa są sezonowe, uprawiane lokalnie oraz wyjątkowo smaczne, soczyste i pachnące. Bardzo jestem zadowolona. Ponieważ zamawiam przez internet, nie zawsze widzę co kupuję, gdyż zdjęcia nie są dokładnym odzwierciedleniem produktu jaki otrzymuję, albo ich nie ma wcale. To prowadzi do komicznych sytuacji.

Rozmiar. W supermarkecie wybieram małe produkty na moją dwuosobową rodzinę. Farma ostatnio dostarczyła mi tak wielką głowę kapusty, że ledwo zmieściła mi się w lodówce. To samo z porami. Zamówiłam tylko trzy, ale były ogromne. Z kolei pomidory były tak maciupkie (taka odmiana), że mi zabrakło. Do tego całe pęki ziół, których nie jesteśmy w stanie przejeść. Rozmiar bywa nieprzewidywalny i to często rzutuje na to, co akurat gotuję na obiad.

Wygląd. Moje warzywa często dostarczane są z całą nacią i korzeniem, przez co ledwie są rozpoznawalnie w porównaniu z ich oczyszczonymi odpowiednikami w supermarkecie. Nierzadko zajmują masę miejsca w lodówce.

Odmiana. Ostatnio zamówiłam szpinak nowozelandzki, który okazał się zupełnie inny i w wyglądzie i w smaku od znanego mi szpinaku, o czym nie wiedziałam. Liście miał grube i trochę włochate, a w smaku nie przypadł mi do gustu. Podobnie było z bazylią cytrynową. Krzaczek zupełnie do zwykłej bazylii nie podobny, a i w smaku inny. No i koper. Taki, jaki pamiętam z Polski, cała łodyga i góra. A mi się marzyła sama natka, miękkie listki. Myślałam, że szpinak to szpinak, bazylia to bazylia, a koper to koper. Takie, jak w supermarkecie. Tymczasem odmian jest wiele, więc bądź tu mądry.

Myląca nazwa. Pierwsze zaskoczenie było z liśćmi mlecza, kiedy nagle odkryłam, że nie są żadną tam cudowną odmianą sałaty, a li i jedynie liśćmi mlecza. Ale nic nie przebije mojego ostatniego zamówienia na karczochy. Pisało, że to karczochy jerozolimskie. Zdjęcie było niewyraźnie. Zamówiłam. Kiedy zamówienie dotarło, zamiast karczochów otrzymałam bulwy przypominające skrzyżowanie małego ziemniaka z imbirem. Ani z Jerozolimą, ani z karczochem nie miało to-to niczego wspólnego. Był to słonecznik bulwiasty (ang. Jerusalem artichoke) znany też jako topinambur lub bulwa. Nadaje się do spożycia zarówno na surowo jak i gotowany, wystarczy umyć, obierać nie trzeba. Zawiera inulinę. Po ugotowaniu smakowo nie przypadł mi specjalnie do gustu, natomiast na surowo w sałatce jak najbardziej. W konsystencji przypomnina rzodkiew, a w smaku water chestnut - jak ktoś zna polskie tłumaczenie, to poproszę.

Ciekawe jakie jeszcze czekają mnie niespodzianki...

piątek, 18 września 2009

Co rusz wykazuję się totalną ignorancją. Najpierw myślałam, że mlecze to kwiatki polne służące do plecenia wianków. Potem pomieszkałam trochę przy sąsiadach bardzo dbających o swoje trawniki i odkryłam, że mlecze to chwasty. Wczoraj zaś odkryłam—Olaboga, co to było za odkrycie!—że rzeczone mlecze to... mój lunch.

Dandelion to po angielsku mlecz. Mlecz w języku polskim występuje pod bardzo ładną nazwą mniszka lekarskiego. Dandelion greens to liście sałatopodobne, których używa się do spożycia – młode na surowo, a dojrzałe ugotowane. Liście mlecza są bardzo bogate w witaminy. 55 g liści (ok. 1 szklanki) zawieraja 112% zalecanej dziennej dawki witaminy A, 32% witaminy C, 10% wapnia i 9% żelaza. Sam fakt, że mlecze-chwasty oraz mlecze-liście jadalne używają tego samego słowa dandelion nie wystarczył mi żeby uznać je za jedną i tę samą roślinę. Wczoraj po raz pierwszy odebrałam swoje zamówienie warzyw i owoców z Madison-Chenago Bounty i znalazły się tam liście mlecza, no bo przecież trzeba próbować nowych zielsk. W domu otwieram torbę, wyciągam liście, patrzę... Przecież ja mam tego pół trawnika! No i po tym zrobiłam się dociekliwa. Okazało się, że z mniszka lekarskiego można robić: wino kwiatowe, miód pitny zwany miodkiem majowym, jeść w sałatkach i używać do celów leczniczych. Zarówno korzeń jak i liście i kwiaty są do czegoś przydatne. Założę się, że moja prababcia to wszystko wiedziała. Gdzie ja się uchowałam?

Swoją drogą te liście mlecza są paskudnie gorzkie. Ale, jak już zauważyła Alicja, mam w sobie coś z masochisty.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Poniższy przepis powstał w procesie moich improwizaji kuchennych metodą prób i błędów, dlatego też nie ma podanych dokładnych ilości. Efektem końcowym jest makaron w pysznym wegańskim kremowym sosie, który w zależności od przygotowania przypomina makaron w sosie Alfredo, albo też znany nam w Polsce makaron z serem - twarożkiem.

Sos a la Alfredo:

  • Tahini (pasta sezamowa) - ok. 1/4 lub 1/2 szklanki
  • Mleko sojowe - ok. 1 lub 1-1/2 szklanki
  • Silken tofu (te mięciutkie, do deserów) - 1/3 lub 1/2 kostki, należy odcedzić wodę
  • Przyprawy w/g gustu: papryka, curry, kminek, itp.

Jeśli się chce mieć kremowy sos Alfredo, zmiksować powyższe składniki w blenderze. Jeśli ma się ochotę na bardziej twarożkową konsystencję sosu, należy wymieszać trzepaczką ręczną, wtedy tofu będzie miało małe grudki.

Warzywa i makaron:

Ugotować swój ulubiony makaron i odcedzić. Ja lubię pełnoziarniste sprężynki, do nich najlepiej klei się sos. Podsmażyć swoje ulubione warzywo (np. brokuły, brukselka, cukinia itp.) na oleju rzepakowym z orzeszkami piniowymi (mogą być pestki słonecznika lub dyni lub orzechy) i żurawinami. Dodać ugotowany makaron, zalać wszystko sosem a la Alfredo i poddusić. Oczywiście można przyprawić czym dusza zapragnie, na słodko, słono, lub na pikantno. Smacznego!

piątek, 07 sierpnia 2009

Aleksandra poprosiła mnie o udostępnienie mojego tygodniowego menu. Postaram się je opisać w jak największych szczegółach. W kuchni zwykle improwizuję, nie podaję więc konkretnych przepisów, a jedynie pomysły.

Śniadanie

  • Płatki śniadaniowe firmy Uncle Sam, ze względu na ich pełnoziarnistość i bardzo niską zawartość cukru (<1 g) z mlekiem sojowym Silk bez dodatku cukru. Do płatków zawsze dodaję pestki dyni, słonecznika, nasiona sezamu oraz świeże jagody lub suszone owoce jak żurawiny, wiśnie, czy morele. Czasem mieszam z innymi niskocukrowymi płatkami.
  • Owsianka z naturalnych płatków górskich (rolled oats). Również dodaję nasion, pestek i owoców jak w przypadku płatków. Zamiast gotować, zalewam wrzątkiem, zakrywam i daję się moczyć aż zmiękną w międzyczasie przygotowując lunch lub pijąc kawę. Potem dodaję odrobinę mleka sojowego bezcukrowego.
  • Naleśniki z gotowej kupnej mieszanki z dodanymi do ciasta jagodami, nasionami siemienia lnianego i pestkami słonecznika. Trzeba uważać jaką mieszankę się kupuje, bo wiele zawiera nabiał i jajka. Najlepiej beznabiałową i pełnoziarnistą. Do tego syrop klonowy, bo niskocukrowe syropy zastępcze są strasznie nafaszerowane chemią. Ewentualnie można posmarować konfiturą.
  • Komosa ryżowa lub kasza gryczana, zwykle podgrzane z dodatkiem mleka sojowego, nasion i owoców, czasem kiełków.

Lunch

  • Przynajmiej trzy razy w tygodniu na lunch jem sałatkę przygotowaną rano przed pracą (parę razy również na obiad, ale nie w ten sam dzień, w którym ją jadłam na lunch). Mam płaski pojemnik o pojemności 3 szklanek i w nim robię sałatki na wynos. Kupuję organiczne sałaty różnych gatunków, szpinak, rukolę – są już umyte, co mi oszczędza czas. Do sałaty dodaję różne kombinacje warzyw i nasion: pomidor, rzodkiew, por, awokado, suszone żurawiny, grzyby, cukinię, paprykę, gotowaną soczewicę, fasolę (z puszki: cieciorka, bób, co mi wpadnie w ręce), kiełki i surową wykiełkowaną fasolę różnych gatunków, orzeszki piniowe, pestki dyni i słonecznika, siemię lniane, nasiona sezamu, drobne kawałki orzechów włoskich. Czasem dodaję wędzone tofu. Oczywiście nie wszystko na raz, chodzi jedynie o to, żeby ta sałatka nie była cały czas taka sama. Na to organiczny sos do sałatek lub taki domowej roboty. Unikam niskotłuszczowych (low fat), bo te są napakowane dodatkowym cukrem i masą chemikaliów.
  • W pozostałe dni pracy, na lunch zabieram resztki z obiadu.
  • W weekendy na lunch robię wegetariańskie kanapki na chlebie żytnim lub pełnoziarnistym placku tortilla: zamiast masła używam pasty z migdałów lub domowej roboty hummusu, albo też sojowego majonezu. Do kanapki wkładam sałatę, pomidor, kiełki, czasem tofu lub awokado. Do smaku czasem pokrapiam sosem do sałatek. Czasem miażdżę widelcem połówkę awokado z łyżką salsy pomidorowej i tą paćką smaruję chleb lub placek. Takie kanapki są pyszne.

Obiad

  • Moje ulubione wariacje to krótko podsmażane warzywa z tofu. Kupuję twarde (extra firm) tofu, odlewam z niego wodę i daję poleżeć przez parę minut na talerzu wysłanym złożonym na czworo ręcznikiem papierowym. Na wierzch również kładę złożony na czworo ręcznik papierowy i dociskam niedużą deską do krojenia i czymś ciężkim. Tym sposobem wyciskam wodę z tofu. Do jednego obiadu na 2 osoby, z którego zawsze zostaje mi trzecia porcja na lunch, używam 1/3 kostki tofu. Resztę wkładam do plastikowego pojemnika wysłanego świeżym ręcznikiem papierowym i wkładam do lodówki – zjadamy w przeciągu tygodnia, a przechowuje się bardzo dobrze. Tofu kroję w kostkę i podsmażam na oleju rzepakowym (canola oil) z sosem sojowym Bragg’s Liquid Aminos (podobny do sosu sojowego, ale produkowany bez dodatku soli i procesu fermentacji), szybko dodaję wybrane warzywo (zwykle tylko jedno), np. brokuły, brukselka, fasolka szparagowa, cukinia, do tego fasolę lub soczewicę (z puszki lub wcześniej ugotowane) oraz drobne dodatki jak nasiona, orzechy czy pestki, drobno krojone suszone pomidory, żurawiny, itp. Czasem dodaję tahini (pasta sezamowa) i trochę mleka sojowego. Do tego przyprawy: curry, czerwona papryka, kminek, itp. Za każdym razem robię inną mieszankę, więc nigdy się nie nudzi. Do tego zrobienie takiego obiadu zajmuje tylko 10 minut.
  • Wiele razy na obiad jadamy sałatki, patrz lunch.
  • Zawijasy z placków tortilla. Tych mam dwie wersje: surową i gotowaną. W wersji surowej do placka tortilla wkładam pastę z awodako i salsy, sałatę, kiełki i kiełkowaną fasolę, pomidor, itp. W wersji gotowanej toritillę napełniam gotowaną fasolą i gotowanymi warzywami, np. cukinią i grzybami. Do tego salsa i przyprawy. Tutaj też jest wiele miejsca na improwizację i zmiany.
  • Sałatki z ziaren i warzyw. Do miski wkładam pokrojone warzywa: pomidor, koreander, bazylię, cukinię, por, paprykę, awokado (koniecznie!)  oraz co mam pod ręką plus ziarna i nasiona. Gotuję jedno z wybranych ziaren: pęczak, kaszę gryczaną, proso (millet), komosę ryżową (quinoa) – uwielbiam, lub brązowy ryż. Po ugotowaniu odcedzam wodę (jeśli jest) i wrzucam gorące ziarno prosto na zimne warzywa. Dodaję sos do sałatek, mieszam i gotowe – w temperaturze pokojowej, gdyż zimne z lodówki warzywa neutralizują gorące ziarno.
  • Hamburger z warzyw (np. Boca Burgers) na pełnoziarnistym chlebie pita z sałatką lub kukurydzą.
  • Makaron pełnoziarnisty z bezmięsnym sosem pomidorowym i warzywami.
  • I na obiady i na lunch jadamy też domowej roboty zupy, które zwykle gotuję raz w tygodniu w niedziele, aczkolwiek dużo rzadziej latem.

Małe co-nieco pomiędzy posiłkami

  • Mieszanka (1/2 cup) naturalnych (surowych i niesolonych) orzechów codziennie: migdały, macadamia, pekany, orzechy włoskie, laskowe, nerkowe, brazil i inne.
  • Owoce (1-2 dziennie): organiczne jabłka, banany, daktyle, kiwi i inne sezonowe.
  • Chipsy tortilla (multigrain) z salsą; krakersy z masłem migdałowym; łyżka masła orzechowego; gorzka czekolada.

Planuję wypróbować robienie „twarożku” z rzodkiewką, szczypiorkiem lub porem z miękkiego tofu. Mam też w planie zakup sokowirówki z myślą o piciu soku z warzyw, których albo nie lubię, albo za długo się gotują i nie mam na nie cierpliwości.

sobota, 13 czerwca 2009

Zważywszy na totalną improwizację, udał się zaskakująco dobrze. Składniki:

  • wywar z warzyw (używam swego domowej roboty, ale może być z puszki - vegetable broth), kilka litrów wody
  • słoik kapusty kiszonej firmy "Silver Floss" (większość przepłukana na sicie, tylko trochę prosto ze słoika + sok)
  • 3/4 dużej główki poszatkowanej swieżej białej kapusty
  • 3-4 marchewki, starkowane
  • kilka śliwek suszonych drobno pokrojonych
  • kilka łyżek rodzynek
  • kilka pokrojonych suszonych pomidorów
  • podsmażana na oliwie drobno pokrojona cebula z wyciśniętym czosnkiem i pokrojonym w kostkę tofu pokropione sosem sojowym Bragg Liquid Aminos
  • dwie łyżki koncentratu pomidorowego
  • łyżka musztardy
  • odrobina czerwonego wina
  • sól, pieprz czarny, pieprz biały, kminek
  • suszone grzybki (tych akurat nie miałam)

Bigos wegetariański

środa, 03 czerwca 2009

Orzechy: włoskie, laskowe, migdały, macadamia, nerkowiec zachodni (cashew), pekan, brazylijskie, ziemne, pistacje, piniowe, sojowe

Jem sporą garść mieszanych orzechów dziennie. Orzeszki piniowe i sojowe dodaję do sałatek i potraw.

Nasiona: słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego

Dodaję do wszelkich potraw: sałatek, ciasta na naleśniki, potraw gotowanych, płatków na śniadanie, dipów.

Ziarna i kasze: ryż brązowy, pęczak, kasza gryczana, prosto, komosa ryżowa, płatki owsiane, niesłodkie i pełnoziarniste płatki śniadaniowe (moje ulubione to „Uncle Sam”)

Są świetnym dodatkiem do zup i tworzą dobrą bazę do potraw różnych kombinacji typu „ziarno, fasola/groch, warzywa” oraz sałatek na zimno. Można tworzyć w nieskończoność.

Fasola i groch: soczewica i soja, bób, ciecierzyca, oraz wszelkie inne gatunki jakie wpadną w ręce (kupuję suszone, nie z puszki – moczę przed gotowaniem).

Gotowane dodaję do zimnych sałatek bądź ciepłych potraw i zup, albo jem same jako przekąskę.

Suchone owoce: wiśnie, morele, żurawiny, śliwki, pomidory

Dodaję do sałatek i gotowanych potraw.

Owoce: banany, jabłka, awokado i inne

Awokado świetnie nadaje się do kanapek (rozsmarowane) i do zawijasów z placków tortilla (w kawałkach), jak również do sałatek. Awokado ma ok. 300 kalorii i zawiera bardzo zdrowe tłuszcze. Zjadam ćwiartkę lub połówkę dziennie, albo w potrawach, albo bezpośrednio łyżeczką z łupiny.

Warzywa: marchew, cebula, czosnek, nać selera, cukinia, kabaczek, por, brukselka, brokuły, kalafior, szparagi, sałata, szpinak, rukola, pomidory, ogórki, karczochy, kapusta czerwona i biała, okra, fasolka szparagowa, buraki, rzodkiew, papryka, jarmuż, rzepa, świeże zioła – łapać co w sezonie

Jem ile się da na surowo w sałatkach, lub same na przekąskę, a resztę w formie zup lub ugotowanych potraw z ryżem/kaszami czy fasolą.

Pieczywo pełnoziarniste: pieczywo chrupkie, placki tortilla, chleb razowy żytni

Chleba prawie nie jem, wolę pieczywo chrupkie i tortilla, ale jeśli już to tylko razowy żytni. Moja ulubiona przekąska to kawałek pieczywa chrupkiego posmarowanego hummusem z pomidorem i kiełkami. Uwielbiam też zawijasy z pełnoziarnistych placków tortilla: podgrzany placek (żeby łatwiej się zwijał), posmarowany hummusem, na to sałata (szpinak, rukola – cokolwiek), awokado, pomidor, kiełki i sos do sałatek (oliwa z oliwek, Bragg’s Amino Acids i ocet jabłkowy) i gotowe. Pycha! A ilu wariacji można z tego wykonać!

Napoje: mleko sojowe niesłodzone, sok pomidorowy i pomarańczowy, kawa, herbata, woda

Mleko spożywam z płatkami lub owsianką. Sok pomidorowy na dzień dobry, a kawę po śniadaniu. Herbatę pijam rzadko, kawy 1-3 dziennie. Za to piję dużo wody, przynajmniej 2 litry dziennie.

Różne: tahini (pasta sezamowa), pasta z suszonych pomidorów, hummus, masło orzechowe (z orzeszków ziemnych i z migdałów), oliwa z oliwek tłoczona na zimno, oliwa z pestek winogron, oliwa z orzecha włoskiego, kiełki wszelkie, twarde wędzone tofu, salsa, pomidory i przecier pomidorowy w puszce do zup

Pasty sezamowej używam do robienia hummusu i do gotowanych potraw (umiarkowanie, bo w nadmiarze jest gorzka). Pasty z suszonych pomidorów na kanapki. Hummus do wszystkiego: do warzyw, na chleb, do zwijanych kanapek z placków tortilla, itp. Masło orzechowe i z migdałów lubię z łyżki lub na pieczywie chrupkim. Oliwy do sałatek. Kiełki dodaję do wszystkich zimnych potraw jak sałatki, zawijasy i kanapki. Jak na razie swoich kiełków nie hoduję, tylko kupuję, ale do hodowli się przymierzam, podobno to łatwe. Tofu kroję do sałatek. Salsa do chipsów i do zawijasów z tortilla.

Przyprawy: curry, czerwona papryka, kminek, bazylia, nać pietruszki, oregano i inne. Staram się unikać soli.

 
1 , 2
statystyka



free counters