|
Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 16 maja 2012
Dziś przyszedł do mnie list z Polski. Zaadresowany był tak: CUSE ANETA VILLE (druga połowa nazwy mojej miejscowości) NY 111 FAKE BLVD SOMETHING (pierwsza połowa nazwy mojej miejsowości) USA Poważnie! I doszedł! Chylę czoła temu, kto to rozszyfrował :D.
środa, 09 maja 2012
Zdarzyło Wam się kiedykolwiek potraktować własne oko roztworem wody utlenionej z chlorkiem sodu i odrobiną kwasu fosforowego? Nie? To bardzo dobrze, miejcie nadzieję, że się nie zdarzy. Ostatnio byłam u okulisty i jak zwykle wróciłam z kilkoma próbkami płynów do soczewek kontaktowych. Wczoraj wieczorem przez pomyłkę zalałam na noc soczewki nie tym płynem co trzeba, tylko hardcorowym płynem czyszczącym wymagającym specjalnego naczynia - roztworem wspomnianym w pierwszym paragarafie. Dziś rano wetknęłam na niepodejrzewającą niczego gałkę oczną soczewkę pełną rzeczonego płynu. Szok i ból jakie nastąpiły należały do tych bardziej intensywnych. W przeciągu sekund pożegnałam się z bielą owej gałki na rzecz wściekle wampirycznej czerwieni. Oczko przepłukałam zwykłą wodą, przeprosiłam się z okularami i wio do pracy. Całe szczęście morze czerwone powoli ustępuje miejsca bieli, aczkolwiek gałeczce daleko do normalności w kwestii samopoczucia. Dziś w pracy zapadła klamka, że przez następne 2 lata będę na copięciotygodniowej rotacji na Brooklynie. Tzn. co 5 tygodni będę jeździła z Syracuse do NYC na tydzień, aby tam pracować w siedzibie klienta. Jest to powtórka z rozrywki z lat 2006-2007, kiedy pracowałam w różnych punkach NYC co drugi tydzień, przez co rzuciłam tę pracę w cholerę. No ale skoro znów się jej podjęłam z własnego wyboru, to wypada się dostosować. Inny klient, podobne klimaty. Poprzednim razem tak się obcykałam z jazdą po NYC włącznie z Manhattanem, że jeździłam swoim samochodem z manualną skrzynią biegów. Teraz zwyczajnie mam pietra i boję się, że sobie nie poradzę, zwłaszcza, że akurat w tamto miejsce jeszcze nigdy nie jeździłam. Mam nadzieję, że uda mi się zarezerwować służbowe auto i tym samym zmniejszyć i tak już spory stres. Rotacje zaczynamy w czerwcu. Oczywiście mam nadzieję, że dzięki tej słodko-gorzkiej sytuacji uda mi się osobiście poznać parę znajomych blogerek z Wielkiego Jabłka. A tak mi się wiejsko ostatnio żyło ;).
poniedziałek, 30 kwietnia 2012
Do niedawna zajmowałam się dwoma typami biwakowania: car camping i kayak touring. Car camping, czyli biwakowanie z samochodu, pozwala na zabranie ze sobą wszelkiego badziewia włącznie z przysłowiowym zlewem kuchennym, bo stacjonuje się na wyznaczonym poletku, ma się pod ręką samochód, publiczne toalety, prysznice i nawet czasem jakiś sklepik. Kayak touring, czyli biwakowanie z kajaka, polega na ograniczeniu koniecznych sprzętów do tych, które się zmieszczą w kajaku, którym się pływa z miejsca na miejsce i nocuje co noc gdzie indziej. W zeszyłym roku doszła mi trzecia kategoria znana jako backpacking, czyli chodzenie po górach z całym dobytkiem na plecach. O ile kajak ma ograniczoną pojemność, pływanie załadowanym kajakiem jest bardziej męczące, ale czasem wręcz ułatwia życie, bo cięższy kajak płynie szybciej i mniej poddaje się falom. Plecak górski jest znacznie mniej pakowny od kajaka, więc stanowi dużo większe wyzwanie logistyczne co ze sobą zabrać, a czego nie. Planując wypad na koniec kwietnia z naszymi przyjaciółmi, chcieliśmy pobić tłumy ludzi i insektów, co nam się zdecydowanie udało. W pierwszy dzień było tak pochmurno i chłodno, że nawet ptaki nie śpiewały, a od czasu do czasu popadywał śnieg. Ubraliśmy się w lekkie oddychające warstwy szybkoschnącego ubrania. Bardzo ważnym dodatkiem okazały się gaiters, nakładki na buty zapinane pod kolanem, które chronią spodnie przed wilgocią i zabezpieczają cholewy butów przed wpadaniem kamyków czy paprochów. Trasa była górzysta, pełna strumieni i rozmokłych placków to przeskoczenia, wynegocjowania bądź ominięcia. Wymagało to dużej koncentracji i kontroli mięśni, zwłaszcza pod nawałem nowej dla ciała wagi. Nasze trzy psy za to były z swoim żywiole. Na miejsce dotarliśmy trochę przed 7 wieczór. Była to wiata (lean-to) o trzech ścianach nad jeziorem. Właśnie wtedy temperatura zaczęła drastycznie spadać. Zebraliśmy mokry chrust na ognisko i natychmiast przebraliśmy się w czyste, suche ubrania i założyliśmy wszystkie możliwe warstwy. Kiedy ogień się powoli rozpalał, rozbiliśmy oba namioty bezpośrednio w lean-to. Wkrótce, pomimo ubrania na cebulkę i ognia, przestałam czuć palce. Ciepły posiłek ugotowany na malutkim piecyku gazowym bardzo pomógł się rozgrzać, ale nawet ogień nie był w stanie pomóc w utrzymaniu tego ciepła. O 10 poszliśmy spać. Spanie to jest mit biwakowania. Bardzo rzadko dobrze śpię pod namiotem. Zwykle jest za gorąco, za duszno, za głośno, za twardo, za nierówno. Spodziewaliśmy się mrozu, więc dokupiliśmy wkładki termiczne do śpiworów, które okazały się bardzo dobrą decyzją, bo poza mrozem wiał silny wiatr. Wsunęłam się w swoją mumię, zaciągnęłam sznurek kaptura tak, że pozostało otwarcie o średnicy nie więcej niż 10 cm i rozgrzana jak piec w hucie czekałam na sen, który nie nadchodził. Nie wiem ile spałam, a ile nie, ale nie sądzę żebym spała więcej niż 3-4 godziny. Ilekroć jakakolwiek część mojej twarzy miała kontakt z otworem, napotkane tam zimno było paraliżujące. Wkrótce zapchałam dziurę kurtką i tak spędziłam noc, przewracając się z boku na bok, na brzuch, na plecy i tak w kółko, że mi się w końcu śpiwór obrócił o 180 stopni i rano nie wiedziałam jak się z niego wygrzebać. Mężowi było ciepło, ale spanie było utrudnione m.in. ze względu na ciągły ruch w sąsiednim namiocie. Nasi znajomi nie spali pół nocy. Najpierw było zimno jej, a potem jeden z ich dwóch psów zaczął się trząść jak galareta i musieli go zaciągnąć do swojego łączonego podwójnego śpiwora. 100-funtowego labradora. Potem chodzili za potrzebą. Wiedziałam, że prędzej doczekam pęknięcia pęcherza, niż dobrowolnie opuszczę swoją mumię przed świtem. Nasz pies spał pomiędzy nami i ani mrugnął, taki był zmęczony. Obudziliśmy się do lodowej powłoki pokrywającej siatkę po wewnętrznej stronie namiotu. Nasze oddechy zmienione w grudy lodu. Pod termicznymi materacami też był lód, ale o dziwo go nie czuliśmy. We wszystkich naczyniach zamarzła woda. Ranek był mroźny, ale cudownie słoneczny. O piątej powiatało nas śpiewanie ptaków. Wygrzebanie się z ciepłej mumii na ten ziąb było bolesne. Zanim zrobiłam kawę i śniadanie znów nie czułam palców, więc pakowanie się było trudne w wykonaniu. Wyłamywanie lodu z prętów, materiału, odpinanie sprzążek. W końcu wyruszyliśmy w drogę powrotną. Zeszłego lata poszliśmy w bardzo wilgotny upał, w tym roku poszliśmy w mróz i śnieg. Za każdym razem było trudno, ale inaczej. Latem były komary, ciągłe pocenie się, konieczność picia dużej ilości wody, niemożność spania w tym kleiku. Wczesną wiosną ziąb usztywniający mięście i ścięgna, redukujący pragnienie w rezultacie powodując odwodnienie, zamarzające kończyny i paraliżujący mróz. W obu przypadkach brud, wysiłek, ból, zmęczenie. Pierwszy wypad był mniej górzysty, drugi bardziej. Po pierwszym czułam ogólne zmęczenie, po drugim mam taki ból mięśni łydek, że ledwo mogę chodzić. Jestem wykończona i niewyspana, mam rozbiegane myśli. Za każdym razem jak wychodzę z lasu nie mogę się doczekać kiedy pójdę znowu. Jest ciężko, trudno, brudno i męcząco, ale jest w tym coś prymitywnego i pociągającego. Kiedy idę godzinami po szlakach z ciężarem na plecach reszta świata przestaje istnieć, jest tylko "tu i teraz," co jest rzadkim stanem umysłu w obecnych czasach. Moje myśli są wolne od wszystkiego, jestem tylko tam, na szlaku, kiedy negocjuję każdy optymalny krok.
Sprzęt: Car camping
Kayak touring
Backpacking:
niedziela, 29 kwietnia 2012
Wiem, wiem, teoretycznie mamy wiosnę, niemniej jednak pogoda w górach Adirondacks nieopodal miasteczka Old Forge była dość zimowa. Las pokrywała cieniutka warstwa śniegu, a w nocy był mróz -8 stopni C, co było bardzo ciekawym doświadczeniem jeśli chodzi w spanie w namiocie. Teren był bardzo górzysty i pełen różnorakich przeszkód typu strumienie to przejścia po kamieniach, tereny bagniste i mostki. Wróciłam do domu tak obola, że ledwo mogę się ruszać. Poszliśmy tylko na jedną noc, w tym samym co ostatnio składzie: para przyjaciół i trzy psy. Resztę wrażeń opiszę jutro.
piątek, 20 kwietnia 2012
Dziś kupiłam "Boże igrzysko" Normana Davies'a w wersji mobi. Chyba dobrze zrobiłam, że nie porwałam się na papierówkę...
Fot. tt
poniedziałek, 02 kwietnia 2012
poniedziałek, 05 marca 2012
Starzy tu bywalcy wiedzą, że los lubi mi podrzucać różne zwierzątka w tarapatach. Dzisiejszego wieczoru podrzucił mi piżmaka. W niedzielę wieczór zwykle jeździmy do supermarketu na zakupy. Za supermarketem jest krótki szlak, który prowadzi wzdłuż rzeki, od której jest odgrodzony płotem z siatki. Co niedziela zabieramy tam psa na spacer, po czym zostawiamy go w samochodzie i robimy zakupy. Ledwośmy zaczęli spacer w gęsto sypiącym śniegu, kiedy pies znalazł coś ciekawego przy siatce. Był już sporo za nami kiedy zaczął poszczekiwać z entuzjazmem i merdać ogonem. Za nic nie dał się przywołać. Wróciliśmy więc obejrzeć źródło ekscytaji i znaleźliśmy unieruchomionego w siatce żywego piżmaka. Na początku wydawało się, że utknął pod siatką i razem z mężem próbowaliśmy ją unieść. Po bliższych oględzinach okazało się, że piżmak próbował się przecisnąć przez oko siatki, i pomimo, że głowa, przednie łapy i więszkość tułowia mu się przecisnęły, grubszy znacznie zad utknął mu na fest z drutem wciśniętym w pachę tylnej łapy. Przy pomocy patyka i własnych rąk w grubych zimowych rękawicach próbowałam futrzaka przepchać do przodu. Bronił się jak mógł, a siekacze miał imponujące. Do przodu, z powodu nogi poza drutem, się nie dało. Wyciąganie go wstecz też nie poszło, a nie chciałam go zranić. Utknął na dobre. Potrzebne były szczypce do cięcia drutu, których nie mieliśmy. Zostawiłam psa z mężem na warcie i pobiegłam do supermarketu. Wytłumaczyłam kierownikowi o co idzie i co mi potrzeba. Wskazał mi gościa z ochrony, który po wysłuchaniu moich kosmicznych wynurzeń znikł na zapleczu i wyszedł ubrany w kurtę i czapkę dzierżąc metrowej długości kleszcze do cięcia drutu. Szybko zeszliśmy na szlak. Użyłam patyka aby utrzymać luźną skórę piżmaka z dala od szczypiec, a pan z ochrony ciął. Mimo to, piżmak ani drgnął. Powycinaliśmy wszystkie druty dookoła, więc piżmak powinien dać radę wyjść, ale chyba ze strachu przed nami miał na uwadze walkę, a nie ucieczkę. W końcu chwyciłam go za ogon i delikatnie, powoli wyciągnęłam. Był cały i wolny od siatki! Puściłam. Najpierw skierował się na wyciętą dziurę w siatce (niee!), po czy zawahał się, odwrócił i rozpoczął atak obronny rzucając sie do przodu w krótkich, spazmatycznych skokach z otwartymi szczękami. Wycofaliśmy się powoli i przestał, siedział teraz nieruchomy obok siatki. Podziękowaliśmy panu z ochrony i rozeszliśmy się. W drodze powrotnej jeszcze raz przystanęliśmy na miejscu zdarzenia: piżmaka nie było, a na śniegu było widać szlaczek drobnych śladów prowadzących do rzeki.
piątek, 17 lutego 2012
czwartek, 16 lutego 2012
Zgodnie z obietnicą donoszę o sukcesie projektu "zakup polskiej książki elektronicznej na Virtualo.pl przez posiadacza Kindle mieszkającego w USA." Użyłam PayPala. Proces zakupu prosty, łatwy i przyjemny, format MOBI przesłany bezpośrednio na adres mojego Kindle. Ciekawi Was co kupiłam? "Dom nad rozlewiskiem" Małgorzaty Kalicińskiej. Dlaczego? Od lat czytam na wszelkich blogach jaka to świetna książka, ale do tej pory nie miałam do niej dostępu. Dwa miliony much rodaków nie może się mylić, prawda? |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
A jak kajakarstwo
Ekologia
Emigracyjne świat
Emigracyjne USA
Mamine
Różne
Wege
|