Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Sport i turystyka

niedziela, 13 września 2015

Rok temu pisałam o sprytnym cacku, jednopalnikowej kuchence turystycznej BioLite zasilanej drewnem, na której można nie tylko gotować, ale przy okazji naładować elektronikę kablem USB. Cacko jest naprawdę fajne i dobrze przemyślane, ma wbudowany wiatrak zasilający płomień (wiatrak ładuje się z gniazdka za pierwszym razem, potem ładowany jest energią z wypalanego drewna) no i nie trzeba do niego kupować paliwa. Piecyk kupił mój tata, więc miałam okazję zobaczyć go w akcji. Pomimo, że naprawdę nie potrzebowałam kuchenki turystycznej, survivalowy charakter tego gadżetu skusił mnie na tyle, że sobie też taki kupiłam. Taka polisa ubezpieczeniowa, rezerwa kiedy nie ma prądu (w domu), jest zimno czy skończy się gaz (na biwaku).

Kuchenka leżała w rezerwie przez rok, aż w miniony weekend na biwaku w końcu postanowiliśmy się nią pobawić. Zamiast gotować na dwupalnikowej kuchence na gaz, eksperymentalnie zrobiliśmy popołudniową kawę na BioLite, a następnego dnia już wszystkie posiłki, włącznie z grzaniem wody do mycia naczyń. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona jak łatwe w użyciu i wydajne jest to cacko, jak łatwo jest je rozpalić, i ile można ugotować szybko i wyłącznie na głupich gałązkach uzbieranych ze ściółki leśnej. O ładowaniu gadżetów nie wspominając... Na dodatek, utrzymywanie odpowiedniego poziomu płomienia dostarcza jakiejś atawistycznej przyjemności, bo mój mąż nagle stał się entuzjastą doglądania piecyka i nawet gotowania. Jedynym mankamentem jest sadza, która osiada na naczyniach i raz na zawsze zmienia ich kolor na węglowoczarny. Ale to akurat niczemu nie przeszkadza.

wtorek, 14 października 2014

Romansuję z jogą już od wielu lat, ale ostatnio wzięłam się za to troche poważniej. Znalazłam świetne studio jogi, które oferuje nie tylko różne typy jogi, ale także bardzo nowoczesny model biznesu: mają wiele różnych elastycznych opcji płatniczych, na zajęcia można się zapisywać przez internet lub wpadać bez zapowiedzi, jest bardzo dużo zajęć do wyboru w różnych porach dnia przez 7 dni w tygodniu, mają wielu nauczycieli. Całość jest dobrze zorganizowana i miejsce jest prawdziwą oazą dla ciała i duszy. Każdy szczegół jest dopięty na ostatni guzik.

Moim najnowyszym odkryciem, poza jogą gorącą (hot yoga w mocno podgrzanym pomieszczeniu), jest joga powietrzna (aerial yoga), nazywana też antygrawitacyjną (ani-gravity). Uprawia się ją za pomocą zwisającego z sufitu hamaka, który jest niebywale wielofunkcyjny i umożliwia zwisanie i huśtanie we wszelkich możliwych pozycjach. Jeśli komuś brak wyobraźni, podaję link do bardzo wizualnej strony:

http://www.aerialyoga.com/press-media/image-gallery-downloads/

Ten typ jogi dostarcza zupełnie nowych doświadczeń i jest ciekawym i przyjemnym wyzwaniem. Nie planuję wprawdzie ograniczać się tylko do tego typu jogi, ale na pewno pozostanie ona w moim repertuarze.

poniedziałek, 23 września 2013

Tegoroczny biwak w parku stanowym Lewey Lake w górach Adirondacks był naszym pierwszym w tym roku. Planowanie okazało się koszmarem logistycznym, bowiem oryginalny plan miał być taki, że wyjazd po pracy w czwartek, pakowanie się w ciągu tygodnia, tymczasem dość późno wypadła mi podróż służbowa do Nowego Jorku od poniedziałku do czwartku. Główkowałam jak mogłam i w końcu wyszło tak, że zakupy i większość pakowania skończyliśmy w weekend, w poniedziałek mąż zawiózł mnie do pracy, skąd pojechałam z szefową samochodem służbowym do Nowego Jorku, skąd z kolei wyleciałam do Syracuse w środę wieczór (zamiast wracać samochodem w czwartek), mąż odebrał mnie z lotniska i w czwartek pracowałam z domu mogąc skończyć o dwie godziny wcześniej i dojechać w góry przed zmrokiem. Uff...

Biwak nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Nie biwakujemy z pasji spania na podłodze i odmrażania sobie tyłków, ale dlatego, że uwielbiamy góry, chodzenie po górach i kajakowanie, jak również trzymamy się z grupą ludzi, którzy biwakują. Lubimy naturę, ale nie kochamy biwakować. W tym roku przeanalizowałam wszystkie poprzednie wycieczki i doszłam do wniosku, że wspólnym mianownikiem dla nich jest stres. Ciągle gdzieś w biegu, na czas, bo spływ, bo klub, bo pływanie, wszystko na łapu capu. Do tego zimno, często mokro i brudno, wszysto byle jak. W tym roku postanowiłam to zmienić, postanowiłam skupić się na samym procesie biwaku i zmianie otoczenia. Obiecałam sobie, że nie będę niczego robiła pod sznurek, ale według własnego rytmu próbując złapać chwilę, a nie następną atrakcję.

Na miejsce dojechaliśmy około 7 wieczór, ciut po zachodzie słońca. Znaleźliśmy nasze poletko nad samym jeziorem Indian Lake, to samo co w zeszłym roku i przystąpiliśmy do rozbijania obozu. Pies poszedł obwąchać okolicę, dobrze już mu znaną. Udało nam się rozbić namiot sypialny i dzienny jeszcze przed kompletnym zmrokiem. Była pełnia księżyca. Zatrzymałam się, żeby popatrzeć na ogromny księżyc tuż ponad łańcuchem gór odbijający się jeziorze pomiędzy gałęziami krzywego małego drzewa na naszym poletku. Widok był pocztówkowy. Stałam i patrzyłam, zapisując go w pamięci.

Poszliśmy na nocny spacer odwiedzić znajomych w innej części parku. Zimno i ciemno nadeszły szybko, dużo szybciej niż w mieście. Ledwo po 9-tej poszliśmy spać. Tzn. chcieliśmy spać, ale było tak zimno, że nie dało się zasnąć. Mamy wkładki termiczne do śpiworów, więc po włożeniu ich oraz dodatkowych ubrań, w tym zimowych czapek, nareszcie udało się zasnąć. 

Wstaliśmy trochę po 6-tej. Czułam się, jakby mnie ktoś obił kijem baseballowym, ale zapowiadał się piękny dzień. Zaczęliśmy go od śniadania i kawy, po czym podjechaliśmy do daleko oddalonych pryszniców, żeby się wykąpać. Czyści, w lepszych humorach, pojechaliśmy odwiedzić jeszcze innych znajomych w jeszcze innej części parku. Pies był wniebowzięty.

Zanim wróciliśmy do obozu, ociepliło się znacznie. Poranna mgła znikła i słońce zaczęło prażyć dość gorąco jak na koniec września. Znalazłam płaski placek ziemi, gdzie rozciągnęłam swoją matę do jogi i zaczęłam ćwiczyć. Stojąc w pozycji wojownika spod przymrużonych powiek widziałam góry i jezioro, a na twarzy czułam gorące słońce. Poczułam, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu udało mi się naprawdę zrelaksować i zostawić wszystkie problemy dnia codziennego za sobą. Byłam zupełnie gdzie indziej, w środku gór, gdzie nie działają komórki i udało mi się być tylko tam, zarówno ciałem jak i duchem. Tego dnia nie popłynęliśmy z klubem na spływ, ani nie wyszliśmy z nimi na obiad. Leżałam na macie w cieniu i czytałam na Kindlu przysypiając od czasu do czasu. Kiedy ostatni raz leżałam plackiem na trawie? 15-20 lat temu? Było bosko. Rytm dnia również odpowiadał naszemu kudłaczowi, który zdecydowanie nie lubi biwakować. Zrelaksował się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo byliśmy wszyscy razem: on nie znosi, kiedy na biwaku się rozdzielamy. Był wyluzowany, leżał koło mnie i obserwował otoczenie. Mąż poszedł biegać, ale pies poznaje kto i po co się wybiera, wiedział, że to tymczasowe. Po południu poszliśmy z psem na spacer a potem pojechaliśmy na wycieczkę krajoznawczą do North Creek, gdzie mają fajną stację kolejową z chodzącymi pociągami dla turystów. Wieczorem zrobiliśmy obiad i siedzieliśmy przy ognisku. Pies spał jak zabity.

Druga noc była cieplejsza i tym razem spałam świetnie. Kolejny ranek i podjęliśmy decyzję powrotu do domu o dzień wcześniej. Nie dlatego, że było źle, ale dlatego, że było świetnie wg. zasady quit while you're ahead, czyli (z hazardu) - odejdź od stołu póki wygrywasz. Miało padać. Już było widać zmianę pogody, nadszedł gwałtowny wiatr. Biwakowanie w ulewę w zimnie do przyjemnych nie należy, więc zwinęliśmy się szybko i wyruszyliśmy z powrotem okrężną drogą zatrzymując się na lunch w Old Forge. Dobrze wyszło, bo wczoraj faktycznie lunęło, a my mieliśmy czas się ogarnąć, wyspać i trochę odpocząć od odpoczywania, bo jutro znowu jadę do Nowego Jorku.

W góry wracamy na jedną noc w najbliższy weekend, ale będziemy spali w przyczepie kempingowej przyjaciół. Swoją drogą, marzy nam się coś takiego:

Teardrop Trailer

Fot. http://www.cozycruiser.com/

sobota, 14 września 2013

Nie wiem jak najlepiej przetłumaczyć nazwę tego ćwiczenia, ale jest to trening z girią (kulą odlaną z żelaza), a ściślej jej huśtanie, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. Prawidłowe wykonanie tego ćwiczenia jest istotne dla rezultatów treningu jak również dla uniknięcia urazów, o które łatwo zwłaszcza przy ciężkiej wadze.

Ćwiczenie z girią może wygląda banalnie, ale obejmuje znaczną ilość mięśni całego ciała: uda, pośladki, łydki, plecy, brzuch i mięśnie ramion. Jest idealnym ćwiczeniem całego ciała jeśli nie ma się serca albo czasu na wykonywanie odrębnych zróżnicowanych ćwiczeń siłowych na poszczególne mięśnie. Zalecana początkująca waga dla pań to 25 lbs, dla panów 44 lbs. Wg. Tima Ferrissa, zalecana częstotliwość treningu to dwa razy w tygodniu minimum 75 powtórzeń bez przerw (chociaż na samym początku robi się ile się da lub z przerwami), z czasem zwiększając do 150 powtórzeń. Jeśli przy pierwszych podejściach 75 powtórzeń wychodzi łatwo, to znaczy że dobrana waga jest zbyt lekka. Waga będzie dobrana prawidłowo jeśli za pierwszym razem da się zrobić nie więcej niż 30 powtórzeń - ja zaczynałam od lżejszej wagi, żeby się łatwiej wdrożyć.

Girie są sprzętem dość drogim, dlatego zalecane jest wypróbowanie różnych wariantów wagowych przed zakupem na ile to możliwe np. w klubie sportowym lub sklepie. Można też kupić girię rozkładaną (adjustable kettlebell), do której się dodaje lub odejmuje odważniki.

Krótka wersja:

Długa wersja:

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wpis ten jest raportem do wpisu Ćwicz rano - jak zbudować nawyk, bo być może interesuje Was, czy coś dobrego wyszło z mojego budowania nawyku czy też nie.

Poranną rutynę udało mi się utrzymać, z niewielkimi potyczkami, i wdrożyłam się w nią tak, że kiedy coś wypada i nie starcza mi czasu na ćwiczenie, popadam w ekstremalną irytację. Wydawać by się mogło, że to dobry znak, ale może nie do końca. Otóż stwierdziłam, że ranki mnie stresują, bo się wiecznie spieszę i wiecznie spóźniam. W weekendy jest gorzej, bo dłużej śpię i wtedy czas mi się rozłazi między palcami, rutyna się rozpada i wpadam w zły humor.

Dzięki gadżetowi Fitbit dokonałam zaskakującego odkrycia dotyczącego głównego źródła moich częstych złych humorów w weekendy. Otóż okazuje się, że spanie powyżej 8 godzin mi... szkodzi. Całe życie uważałam, że jak niedosypiam to jestem zołzą (jestem!), ale zawsze byłam przekonana, że potrzebuję spać przynajmniej po 8 godzin. Tymczasem Fitbit pokazał mi, że nie tylko tyle faktycznie nie sypiam, bo wychodzi mi średnia poniżej 7 godzin, ale też że na takiej ilości snu funkcjonuję optymalnie. Problem zaczyna się w weekendy, kiedy śpię po 8-9 godzin. Wtedy wstaję rozmemłana, zmęczona, marudna i w naprawdę paskudnym humorze. Od lat nie mogłam rozszyfrować tego fenomenu, tymczasem powód tego stanu, chociaż niekoniecznie logiczny, okazał się prosty do skorygowania.

Problemy z poprzednich dwóch paragrafów sprowadzają się do jednego i tego samego rozwiązania: lekiem na całe zło jest... wstawanie o piątej. W ciągu tygodnia musi to być piąta bez wyjątków, bo mam do pracy na ósmą. W weekendy zaś szósta albo później, jeśli poszłam później spać, byleby nie przekroczyć magicznego numerka 7.5 godzin snu. Jeśli myślicie, że wstawanie o tak nieludzkiej porze przychodzi mi łatwo, to się mylicie: nie przychodzi. Co mnie jednak motywuje to to, że każdego dnia mam wyznaczony tylko JEDEN cel: wstać o wyznaczonej porze. Kiedy już wstanę, wszystko inne samo wskakuje na swoje miejsce bez popychania: mam czas na prawdziwy trening (45-50 minut zamiast góra 20) i wszystko inne przed pracą, a w weekendy mogę się relaksować nawet do dwóch filiżanek kawy a i tak zmieszczę trening przed jakąkolwiek ludzką weekendową porą. Jedym słowem: mam czas na wszystko na czym mi zależy, a przez to mniejszy stres. Czuję się dzięki temu znacznie szczęśliwsza.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Zanim przyjechałam do Stanów miałam zupełnie inne hobby: kolarstwo górskie. Fakt, po górach jako takich nie jeździłam, ale śmigałam po górzystych, błotnistych i trudnych terenach, po lasach, polach i przez strumyki wąziutkimi mostkami z pojedyńczych desek. Z niewydolnego ciecia bojącego się własnego cienia mój ówczesny chłopak, brat i koledzy brata wyciosali całkiem niczego sobie rowerówę. W pewnym momencie byłam naprawdę dobra. Rower był przedłużeniem mojego ówczesnego życia, znikałam na długie godziny w weekendy i wieczorami, a raz nawet pojechaliśmy rowerami z Suwałk do Elbląga w dwa dni, a wróciliśmy w trzy śpiąc pod namiotami w trasie.

W lipcu 1999, trochę ponad miesiąc przed moim wylotem do Stanów, miałam wypadek. Oczywiście wtedy nikt nie nosił kasków. Zjeżdżałam bardzo szybko ze stromej kamienistej góry, kiedy u jej stóp natrafiłam na grząskie poletko miałkiego piachu i rower natychmiast utracił prędkość. Uderzenie było tak ogromne, że w ogóle do mnie nie dotarło co się stało: zgrabałam się jakoś do pozycji półsiedzącej lustrując z niedowierzaniem swój rozkawałkowany rower i patrząc jak krew z głowy leje mi się strumieniami na uda i wsiąka w gorący piasek. W tym czasie dojechało do mnie dwóch moich przyjaciół i kiedy odciągnęli mnie na bok drogi - po raz pierwszy w życiu zemdlałam.

Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Wprawdzie brzydko rozcięłam sobie łuk brwiowy, który mi zszyto na pogotowiu, miałam zdartą skórę z połowy twarzy od środka czoła do dolnej połowy lewego policzka, byłam poobijana i posiniaczona na całym ciele tak, że ledwo mogłam chodzić i bardzo kulałam, jednak niczego nie złamałam i nie miałam poważnych ani długotrwałych obrażeń. Dostałam skierowanie do szpitala na obserwację, ale je zignorowałam, po czym wróciłam na swój wakacyjny kemping. Pierwsza noc była koszmarem, bo z bólu nie mogłam spać, nie mówiąc już o przewróceniu się na drugi bok. Wciąż miałam piasek w uszach i we włosach, ale nie mogłam się schylić, żeby je umyć. Każdy ruch bolał, a mimo wszystko chodziłam pływać (nie mocząc głowy) i co wieczór pokonywałam pieszo 2 km do baru na piwo. Kuśtykając drogą w szortach eksponujących mój 30-to centymetrowy czarny siniak na lewym udzie - noszenie długich spodni za bardzo bolało, z połówką twarzy przypominającą krwawy stek wyglądałam jak Terminator po finałowej bitwie. Byłam lokalną atrakcją, gdyż wszyscy wszędzie się na mnie gapili. Rekonwalescencja na świeżym powietrzu nad wyraz mi posłużyła, bo wykurowałam się szybko i bez blizn na twarzy, z wyjątkiem oczywiście tej po szyciu. Na czas wylotu do Stanów byłam jak nowa.

To był koniec jazdy rowerem, gdyż w Stanach roweru nie posiadałam. Dopiero w 2001 sprawiłam sobie rower górski, ale nie bardzo miałam okazji do jazdy i używałam go tylko od czasu do czasu, bardziej jako środek trasportu i sporadyczne narzędzie rekreacyjne, niż hobby.

Ostatnio mój szwagier sprawił sobie nowy rower i bardzo namawiał mnie i męża żebyśmy z nim pojechali w teren. Długo czekaliśmy na odpowiednią porę, aż w końcu dzień ów przyszedł wczoraj. Zapakowaliśmy rowery na bagażnik i kiedy prowadziłam auto co raz zerkając na swój rower we wstecznym lusterku, czułam, że oto nadchodzi przełom i zacznie się nowa era: będę znowu jeździć! Aż wyłaziłam ze skóry z podekscytowania nie mogąc się doczekać szlaku. Szwagier zapewniał, że to będzie łatwa, olesiona trasa.

Dojechaliśmy na miejsce i wyruszyliśmy leśną drogą. Czułam wiatr w uszach i adrenalinę we krwi. Byliśmy dobrze rozpędzeni kiedy ścieżka zaczęła prowadzić stromo w dół. Jechałam coraz szybciej z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, kiedy nagle coś zaczęło się ze mną dziać: poczułam nieopisany, większy niż słońce strach. Zaczęłam powoli wyhamowywać, ale to nie było proste. Rower był rozpędzony, trasa kamienista, a ja jechałam najlepiej jak umiałam czując, że się rozklejam z każdą milisekundą. Zaczęłam oddychać jak parowóz, poczułam panikę i kiedy w końcu prawie już zjechałam z tej góry na dole był miałki piach... Zrobiło mi się słabo, ale nie było czasu. Placek piachu był mały i go przejechałam, ale gdy zatrzymałam rower i z niego zsiadłam dopiero poczułam, że trzęsę się konwulsyjnie na całym ciele, oddycham jakby mnie goniło stado bizonów, łydki i kolana mam jak z waty, a do tego się jąkam.

Już raz udało mi się pokonać strach w kajakarstwie, zamierzałam zrobić to samo z rowerem. Pierwszy raz miał być łatwy, miałam stopniowo się uczyć od nowa. Wyszło inaczej. Po uspokojeniu się na ile się dało pojechaliśmy dalej, ale wypad podszyty był strachem i sporą część trasy przeszłam pieszo. Byłam zła jak osa: na swój strach, na swoją niekompetecję i mazgajowatość, ale wypad był udany mimo wszystko. Zrobiliśmy ponad 5 mil na wąskich leśnych ścieżkach podszytych korzeniami i kamieniami, po trawie, żwirowymi drogami. Zziajaliśmy się i spociliśmy do momentu wykończenia i ekstazy jak szczeniaki.

Nie mogę się doczekać następnego razu, w końcu teraz mam fajny i porządnie mocowany kask.

środa, 10 kwietnia 2013

Przez lata próbowałam na wszelkie sposoby wdrożyć w życie treningi różnego rodzaju. Zwykle po kilku miesiącach sukcesu projekt upadał lub treningi stawały się sporadyczne lub nierównomiernie rozłożone. Tak więc było: bieganie (3-5 razy w tygodniu, 3-5 mil, najdłużej wytrwałam pół roku), Taekwondo (2 podejścia po pół roku każde, 2-3 razy w tygodniu), joga (wiele podejść, raz w tygodniu, zajęcia zorganizowane lub DVD w domu), członkostwo na siłowni (przede wszyskim grupowe treningi siłowe 2 razy w tygodniu przez rok, które przyniosły rewelacyjne efekty), pływanie, ćwiczenia w domu z DVD (taniec, ćwiczenia siłowe), samodzielne ćwiczenia w domu z ciężarkami, piłką szwedzką itp. Do tego nie liczę codziennych spacerów z psem ani sezonowych sportów rekreacyjnych takich jak kajakowanie, chodzenie z kijkami i na rakietach śnieżnych, jazda rowerem czy jeden sezon gry w drużynie piłki nożnej mojej firmy. Problem: brak systematyczności.

To, co popchnęło mnie do znalezienia obecnego rozwiązania, które – jak mam powody przypuszczać – zabawi ze mną na dłużej, to uraz dolnego kręgosłupa jakiego doznałam w grudniu. Oczywiście przy urazie nie mogłam wykonywać ćwiczeń siłowych do odwołania, więc wypisałam się z siłowni i czekałam aż mi przejdzie. Niestety ilekroć podróżowałam służbowo i spędzałam kilka godzin w samochodzie oraz tachałam plecak z ciężkim laptopem – pogarszało mi się. W końcu straciłam cierpliwość i zaczęłam ćwiczyć – skoro i tak się nie goi, mogę równie dobrze się ruszać. W podjęciu decyzji pomogły mi dwa fakty: raz, że brak elastyczności ciała często potęguje urazy, bo powoduje dodatkowe napięcia mięśni, a więc moim interesie jest się rozciągać; dwa, że jedną z metod na przyspieszenie gojenia jest rehabilitacja, w tym przypadku konkretne ćwiczenia na wzmocnienie krzyża, które dostałam od specjalisty (razem z listą ćwiczeń, których należy unikać). Już wiedziałam co robić oraz jak. Teraz trzeba było wymyślić kiedy.

Od dawna wiedziałam, że najlepszą porą na ćwiczenia – z logistycznego punktu widzenia – jest poranek. Kiedy ćwiczysz rano, nikt ci tego nie odbierze. Nieważne jak potoczy się reszta dnia: czy będziesz zmęczony po pracy, czy będziesz musiał zostać dłużej bo robota się przelewa, czy ci się nie będzie chciało, czy się źle poczujesz: sabotaż nie jest możliwy. Ćwiczysz rano, a potem niech się dzieje co chce.

Mam za sobą kilkanaście nieudanych podejsć do porannych ćwiczeń w ciągu ostatnich 17 lat. Wszystkie upadły, zwykle już po 2-3 razach. Dlaczego? Bo za cholerę nie mogę się zdobyć, żeby wstać te pół godziny wcześniej, nie mówiąc już o godzinie. Raz, dwa razy – jakoś się udaje. Potem klapa. Tym razem doznałam olśnienia: przeorganizuj poranek tak, abyś mógł trochę poćwiczyć wstając o tej samej porze co zwykle. Swoją metodę na sukces mogę zawrzeć w trzech punktach: (1) przeorganizuj swój poranek, (2) ćwicz trochę, np. 10 minut, (3) ćwicz codziennie - „trochę” codziennie jest dużo lepsze niż „dużo” 2-3 razy w tygodniu i bardzo pomaga w utrzymaniu rutyny. Praktykuję tę metodę od prawie dwóch miesięcy i opuściłam tylko jeden dzień – z wyboru, czego potem żałowałam. Moje poranki nadal nie są ustabilizowane: czasem ćwiczę zaraz po wstaniu, a potem jem śniadanie, innym razem najpierw jem śniadanie, potem ćwiczę; czasem lunche przygotowuję wieczorem, a czasem rano; czasem w czymś wyręcza mnie mąż. Szybciej biorę prysznic, nie suszę włosów, nie mam czasu na drugą kawę, czasem ćwiczę dłużej, czasem krócej, czasem spóźniam się do pracy. Jeszcze nie mam złotego środka żeby szło jak w zegarku, ale najważniejszy punkt programu – codzienne ćwiczenia – zadomowił się dość gruntownie, nawet wtedy jak jestem w podróży.

Przełomem w moim myśleniu było to, że lepszy wróbel w garści, niż kanarek na dachu. 10-15 minut wybranego ruchu codziennie jest lepsze od wyimaginowanych godzinnych treningów 3 razy w tygodniu. Zawsze można poćwiczyć więcej wieczorem jak się chce i ma się czas.

Na początku skupiłam się tylko i wyłącznie na tym, żeby ruszać się każdego ranka przynajmniej 10 minut w kombinacji krótkie ćwiczenie aerobowe plus rozciąganie. Zaczęłam od spaceru i rozciągania połączonego z ćwiczeniami na wzmocnienie kręgosłupa. Potem zaczęłam tasować dostępny mi asortyment: 10-15 minut spaceru, biegu, roweru lub elliptical (jeśli akurat mieszkam w hotelu) plus rozciąganie, rehabilitacja, ćwiczenia siłowe albo brzuszki. Nie układam planu, tylko staram się wprowadzać różnorodność. W weekendy ćwiczę dłużej, bo mam czas, tak samo w podróży.

Dlaczego uważam, że tym razem nie upadnę? Dlatego, że moje cele są tak przystępne, że nie tworzy się bariera psychiczna włączająca moduł „leń.” Jeśli jestem zmęczona lub nie chce mi się, po prostu robię mniej lub wybieram coś prostszego, dzięki czemu nie mam poczucia opresji, która prowadzi do zniechęcenia i nadal mogę się poklepać po ramieniu, że „coś” zrobiłam. Łatwo jest powiedzieć sobie: dobra, nie jesteś w formie, to idź porozciągaj się tylko przez 5 minut. Nie stawiam sobie nie wiadomo jakich wymagań, tylko po trochu i stopniowo podnoszę poprzeczkę. Biegnij 2-3 minuty dłużej, albo szybciej, pedałuj bardziej intensywnie, wybierz cięższą wagę, itp. Jeśli chcę dłuższy trening, wstaję 10 minut wcześniej, ale tylko dlatego, że chcę, a nie że powinnam i tylko wtedy kiedy mam na to ochotę.

Ćwiczenie rano stało się dla mnie rutyną, do której się przyzwyczaiłam i którą lubię. To jest stała, która nie podchodzi pod rozważanie „czy” tylko „kiedy.” Tak jak nie zastanawiam się czy danego dnia wezmę prysznic (wiadomo przecież, że tak), tak nie zastanawiam się, czy będę ćwiczyć. Na dzień dzisiejszy problemy z krzyżem prawie ustąpiły, a ja jestem w lepszej formie. Poza tym, już nie mam dyskomfortu psychicznego po powrocie z pracy pt. „powinnam poćwiczyć, ale mi się nie chce.” Teraz mam wieczory naprawdę dla siebie bez najmniejszego poczucia winy.
Do ćwiczeń nie potrzebne są akcesoria. Jest wiele ćwiczeń z użyciem własnej masy ciała oraz ćwiczeń izometrycznych, nie mówiąc już o rozciąganiu. Ja mam luksus posiadania w domu bieżni i trenera do roweru, tj. konstrukcji, która pozwala mi podczepić zwykły rower tak, że jeździ w miejscu. To bardzo pomaga w ćwiczeniach aerobowych (zwłaszcza zimą), ale nie jest konieczne, bo można truchtać w miejscu, biegać po schodach jeśli ktoś ma dostęp (co czasem czynię w hotelu) lub skakać na skakance. Używam też piłki szwedzkiej i ciężarków. Jednak mogę ćwiczyć (i ćwiczę) praktycznie wszędzie niezależnie od dostępnego sprzętu. Ty też możesz – jeśli chcesz.

wtorek, 09 kwietnia 2013

Obecny styl życia robi z nas inwalidów pozbawiając nas ruchu. Dziś ruch musi być świadomą czynnością aby przeciwdziałać uwarunkowaniom cywilizacyjnym umożliwiającym przejście przez życie bez ruszania się w ogóle. Piszę z własnej perspektywy – jeżeli w Twoje życie wbudowany jest ruch – ciesz się tym. Porównajmy.

Wychowałam się w Polsce, gdzie całe życie chadzałam wszędzie pieszo, a jak było dalej to rowerem, czasem autobusem, który nie raz zdarzało mi się gonić. Chodziłam do szkoły, na zakupy, w odwiedziny, po płaskim, po górzystym, po schodach, zimą, latem, wiosną i jesienią. Nosiłam torby i plecaki, latem grałam w badmintona i pływałam, chodziłam po lesie. Na dzisiejsze warunki zupełnie nieźle jak na kogoś, kto miał wrodzony wstręt do w-fu i wszelkich zajęć sportowych.

Wyemigrowałam do Stanów, gdzie styl życia – jeśli nie mieszka się w wielkim mieście jak Nowy Jork czy Chicago – po prostu wymaga samochodu i praktycznie eliminuje chodzenie. Bez samochodu nie mogłabym dojechać do pracy. Mój styl życia, jakbym miała ograniczyć się tylko do tego co muszę, pozwala mi na kompletny bezruch. Dojazd do pracy – siedzenie, praca – siedzenie, dojazd do domu – siedzenie, wieczór w domu – siedzenie. W moim życiu nie ma nawet schodów, nie licząc jednego marnego piętra w domu i w pracy. Życie nie wymaga ode mnie ruchu. Jeśli go nie wkomponuję w grafik dnia, zdegraduję się fizycznie.

Człowiek jest chyba jedynym stworzeniem, które bywa pozbawione ruchu w swoim środowisku (z wyjątkiem zwierząt domowych, którym właściciele fundują taki los). Stąd utrzymanie swojego ciała w odpowiedniej formie musi stać się wysiłkiem celowym i planowanym.

Zapewnienie sobie wystarczającej ilości ruchu aby utrzymać swoje ciało w sprawności jest dla mnie równorzędne ze zdrowym żywieniem, odpowiednią ilością snu, dbaniem o higienę, czy prewencyjną opieką lekarską. Mam tylko jedno ciało i jedno życie -  ćwiczę żeby poprawić ich jakość. Ćwiczę, bo mogę. Bo lubię. Bo lepiej się czuję. Bo chciałabym się zestarzeć godniej – jeśli dane mi będzie się zestarzeć. Bo mam lepszy humor. Bo lepiej wyglądam. Bo jestem silniejsza i bardziej elastyczna. Bo mam zdrowsze serce. Bo nie dostaję zadyszki jak biegnę. Bo warto. Ćwiczyć to używać maszyny jaką jest ciało, aby przedwcześnie nie zardzewiała.

Wkomponowanie ruchu w życie nie musi oznaczać członkostwa na siłowni. Może oznaczać drobne zmiany w nawykach gdziekolwiek się da, np. zrezygnowanie z windy na rzecz schodów, parkowanie dalej od celu podróży, koszenie trawy samemu zamiast zlecanie komuś itp. Może też oznaczać konkretny plan, którego wprowadzenie w życie może być... trudne. Bo wkomponowanie regularnych treningów w codzienną rutynę JEST trudne. Bo się nie chce. Bo człowiek jest zmęczony. Bo nie ma czasu. Bo nie ma możliwości. Bo... zacznie się jutro. Lub w poniedziałek. Lub 1 stycznia. Lub... nigdy. Mi się w końcu udało po wielu latach prób i błędów. Jak? O tym jutro.

P.S. Dzisiaj ten blog obchodzi 5-te urodziny. Kto by pomyślał, że prowadzenie bloga tak bardzo wejdzie mi w krew.

wtorek, 01 stycznia 2013

128.7 funtów. Tyle w pierszym dniu roku 2013 wynosi moja waga. Marzenie ściętej głowy od dekady, osiągnięte przypadkowo dzięki chorobie. Ale nie tylko. 

Przejechałam do Stanów w 1999 roku ważąc ok. 130 funtów przy wzroście 5'7" (170 cm). Przez kolejne pięć lat waga "przeniosła się" do 140 i tam stanęła. Nieważne co robiłam, ważyłam w okolicach 140 funtów przez kolejne parę lat. W zasadzie już się z tym pogodziłam, bo najważniejsze, że waga była stała. 

W ostatnich trzech latach udało mi się osiągnąć co uznałam za niemożliwe: przekalibrowałam swoją wagę do zakresu 132-135 funtów i utrzymuję ją bez problemu. Do końca nie wiem, co było decydującym czynnikiem, że waga bardzo powoli spadła i tam została, ale przypisuję to po części zaprzestaniu brania tabletek hormonalnych oraz ćwiczeniom siłowym.

Ćwiczenia siłowe okazały się być moim złotym środkiem, który wyprzedził w rezultatach wszelkie ćwiczenia aerobowe. Ponieważ nigdy nie udaje mi się utrzymać stałej rutyny ćwiczeń ani siłowych, ani aerobowych, a tym bardziej jednych i drugich równolegle, ćwiczenia siłowe okazały się mieć lepsze długotrwałe efekty na mój organizm.

Przez ponad rok korzystałam z zajęć GroupPower na siłowni, ale ostatnio zrezygnowałam z członkostwa, gdyż za bardzo jestem w rozjazdach.

Zastanawiam się, czy uda mi się wykorzystać okazję nowoosiągniętego progu wagowego, aby na stałe przesunąć licznik poniżej 130. Czas pokaże.

czwartek, 08 listopada 2012

Tytułowe pytanie skierowane jest do pań. Jeżeli jesteś panem, zakładam, że siłę potrzebną do robienia pompek wyssałeś z mlekiem matki bądź bebikiem i nigdy się nad tą umiejętnością nie zastanawiałeś. Jeżeli jesteś kobietą, która spędzała dzieciństwo na drabinkach placów zabaw czy obozach wspinaczkowych, z pewnością też potrafisz robić pompki. Jeżeli natomiast jesteś kobietą, która spędzała dzieciństwo na czytaniu książek czy zabawie w domu, być może nie masz wystarczającej siły, aby wykonać choć jedną prawidłową pompkę. Wyprowadzanie mnie z błędu w którejkolwiek z powyższych kwestii będzie mile widziane.

Każdy może się nauczyć, a pokonanie takiej bariery przynosi naprawdę dużą satysfakcję. Sama etap pompek pokonałam, teraz przechodzę przez fazę nauki podciągania się na drążku. Dla zachęty zapraszam do obejrzenia pompek w wykonaniu Ellen Degeneres i Michelle Obama:



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
statystyka