Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Rozmaitości

niedziela, 05 listopada 2017

Ponad miesiąc minął od mojego powrotu z Polski, czas udokumentować, zanim rozmyją mi się szczegóły... Minęło 5 lat od mojej ostatniej wizyty i w dalszym ciągu widzę zmiany na lepsze.

Pierwszy tydzień był chłodny i deszczowy, potem pogoda znacznie się poprawiła. Niestety w połowie wyjazdu przeziębiliśmy się, co trochę nam zepsuło radość.

Co mnie zachwyciło:

  • Nowy Boeing Dreamliner, którym miałam przyjemność lecieć z Nowego Jorku do Warszawy. Naprawdę najbardziej odjazdowy samolot jakim kiedykolwiek leciałam. Obsługa LOTu też była absolutnie idealna, a w toaletach prawdziwe róże. Żeby jednak nie było za dobrze, gratisowy alkohol przeszedł do lamusa.
  • Stopień rozwinięcia ścieżek rowerowych: są częścią chodnika, porządnie oznaczone, naprawdę bezpieczne. W Stanach tylko pomarzyć.
  • Praktycznie w każdej restauracji (włącznie z fast foodami) i hotelu wszyscy mówią po angielsku.
  • Hotel Marriott w Sopocie: najfajniejszy Marriott w jakim kiedykolwiek miałam przyjemność przebywać (a przebywałam w tuzinach amerykańskich Marriottów, gdyż to moja preferowana sieć hoteli w podróżach służbowych). Śniadanie (szwedzki stół) było nie z tej ziemi, podobał mi się wystrój i meble, w pokoju był czajnik bezprzewodowy (hura!) zamiast przelewowego ekspresu do kawy na modłę amerykańską (ugh), rewelacyjna obsługa, piękna lokalizacja nad samym Bałtykiem i świetnie wyposażony - włącznie z basenem na dachu i spa na parterze.
  • Uber. Nie wiedziałam, że jest. Tak sobie z głupia frant sprawdziłam na aplikacji jakiej używam u siebie i voila - ta sama aplikacja, wszystko działa tak samo, prędka i wygodna metoda poruszania się po Trójmieście. W Suwałkach nie ma.
  • Budowa autostrad. Eee, to trochę z mieszanymi uczuciami, bo budowa znaczy korki, ale faktem jest, że nigdy nie widziałam budowy dróg na tak szeroką skalę - a mówię o budowie koło Trójmiasta. Ile maszyn, ludzi, wysiłku - było to dla mnie niesamowite.
  • Kibel w autobusie z Warszawy do Suwałk. Wiem, wiem - kible w autobusie to żadna nowość, ale pierwszy raz tak miałam i jaka ogromna ulga!
  • Wreszcie można prawie wszędzie płacić kartą.
  • Muzeum emigracji w Gdyni - naprawdę rewelacyjnie zrobiona ekspozycja.
  • Google Maps bardzo dobrze sobie radzi na polskich drogach.
  • Brak dymu papierosowego w publicznych lokalach. Nie wiem od kiedy tak jest.
  • Poprawa usług w urzędach: milej, szybciej, lepsza organizacja (nie dotyczy absurdalnych przepisów).
  • Dowód osobisty zrobiono mi w tydzień.
  • Ludzie wydają się bardziej przyjaźni i wyluzowani.
  • Zamek we Fromborku.
  • Stare Miasto w Gdańsku. Akurat pogoda i samopoczucie nie dopisały, ale tam jest - jak wiadomo - fajnie.
  • Zwrot podatku VAT powyżej 300zł dla turystów.
  • Spopularyzowało się bieganie i ogólnie sporty w każdym wieku, na co się patrzy z przyjemnością.

Co mnie nie zachwyciło:

  • Debilne ronda co 2 minuty.
  • Usługi - nadal tu i ówdzie ściana, ale w mniejszości.
  • Hotel Marriott na lotnisku Chopina: zimna, snobistyczna obsługa, aczkolwiek czajnik bezprzewodowy też mieli, a nawet Nespresso.
  • Agresywni kierowcy.
  • Upierdliwość zakupu biletu z automatu na kolejkę miejską (Sopot). Bierze tylko monety, a sądząc z tego, jak długo jednej osobie zajęło kupić bilet, i ile innych osób potrzeba było do pomocy jednej osobie w zakupie biletu - najwyraźniej do tego potrzebny jest doktorat. I monety. Dodam, że trudności mieliśmy nie tylko my, ale miejscowi również.
  • Przegrzane kolejki miejskie. Ludzie, jest zimno. Wszyscy są poubierani w zimowe ubrania. Nie grzejta pociągu do temperatury "domowej," bo się potem wszyscy w tych ciuchach zgrzeją i wyjdą znowu na zimne.
  • Ceny. Znając polskie realia zarobkowe, ceny niektórych produktów są z kosmosu.
  • Brak dobrych dróg / autostrad w północnowschodniej Polsce. Z mojego wywiadu wynika, że się takowych nie doczekam raczej nigdy. Ma być autostrada, ale wyłącznie do Ełku. Dobre i to.
  • W dalszym ciągu trudności ze znalezieniem publicznych toalet.
  • Molo w Sopocie: płatne, po sezonie.
  • Akwarium w Gdyni. Byłam tam jako dziecko i zapamiętało mi się jako cudowne miejsce, a było zwyczajnie takie sobie - raczej nie warte ceny biletu.
  • Niemożność złożenia wniosku o paszport na podstawie przeterminowanego paszportu lub dowodu osobistego. Tak, wpadłam w błędne koło: przeterminował mi się polski paszport i dowód osobisty. Ja rozumiem, że na przeterminowanym paszporcie nie mogę jeździć (wjechać do kraju, który wydał paszport - tak), ale przecież przeterminowany paszport czy dowód nadal są dowodami, że jestem kim jestem, mam taką a nie inną datę urodzenia, tak a nie inaczej wyglądam. Stanęło na napisaniu podania o paszport tymczasowy, który został mi wydany na podstawie paszportu amerykańskiego, a na podstawie którego mogłam złożyć wniosek o paszport biometryczny. A całe to halo z powodu jakiś gnuśnych przepisów, że teoretycznie mogę zostać niewypuszczona z kraju bez paszportu polskiego - jako obywatel polski. Nie napiszę więcej, bo internet już ocieka morzem dyskusji na ten temat, ale fakt pozostaje, że wjechałam i wyjechałam na paszporcie amerykańskim i nikt mi nie robił problemów.
  • Zwrot podatku VAT powyżej 300zł dla turystów: tyle papierkologii, zachodu i dezinformacji, że prawie nie warto. 
  • Wkradająca się otyłość społeczeństwa, najbardziej widoczna w młodym pokoleniu - kompletna kalka przekroju w Stanach, jeszcze kilka lat temu nieistniejąca.
  • Znaczna część społeczeństwa nadal pali.

Z ciekawostek:

  • Na rynek weszły brylanty. Ciekawie obserwowało się asortyment w sklepach jubilerskich - kompletnie inna bajka.
  • Polecieliśmy LOTem, bo cena była wyjątkowo atrakcyjna - nigdy mi się wcześniej nie zdarzyło, żeby LOT był tańszy od innych połączeń. Nie wiem czy to dlatego, że po sezonie (wrzesień), czy promocja nowej floty Boeingów.
  • Na komórkowym planie międzynarodowym, na smartfonie funkcjonowałam dokładnie jak u siebie, co mi bardzo ułatwiło i uprzyjemniło pobyt.
piątek, 06 lutego 2015

Przeczytane, niedoczytane, stojące od lat na półkach książki mają jedną rzecz wspólną z dawno nienoszonymi płaszczami: często kryją skarby. Wystarczy taką książkę przekartkować, powywracać kieszenie płaszcza, by znaleźć tam niespodziewany malutki pomnik dawnej rzeczywistości utrwalonej w niechący pozostawionej kruszynie wspomnień.

środa, 25 czerwca 2014

Ciężkie dębowe drzwi o lśniącej chromowej klamce otwierają się bez najmniejszego dźwięku. Przestępujesz przez próg zamykając je za sobą bezszelestnie. Pokój jest obszerny, chłodny, subtelnie podświetlony ciepłym, żółtym światłem i kompletnie dźwiękoszczelny. Sufit jest z granatowych paneli z rozsypanymi maleńkimi lampkami LED na podobieństwo rozgwieżdżonego nieba. Miękkie w dotyku ściany pokryte są granatowym akustyczym materiałem z lampami zamocowanymi na 2/3 wysokości łagodnie podświetlającymi sufit. Pod bosymi stopami pluszowy miękki granatowy dywan. Zewsząd wydobywa się niski miarowy dźwięk wentylacji wdmuchującej chłodne, przefiltrowane, jonizowane powietrze za pomocą kilkunastu równomiernie rozmieszczonych przy podłodze otworów. Powietrze pachnie jonem i świerkiem. Na środku na podświetlonej platformie stoi obszerne łóżko zaścielone szarą, świeżą, gładką pościelą. Wślizgujesz się pomiędzy chłodne prześcieradła. Wszystkie światła oprócz gwieździstego sufitu powoli gasną, a twoja świadomość razem z nimi.

O tym myślę w gorące parne noce.

środa, 11 czerwca 2014

Zdarzyło Wam się kiedyś spotkać przypadkową osobę i zapałać do niej / do niego nieuzasadnioną antypatią lub też poczuć przyspieszone bicie serca? W angielskim określa się to zjawisko jednym, ale za to wybitnie adekwatnym rzeczownikiem: chemia (chemistry). Zwykle kiedy mowa o chemii pomiędzy ludźmi, najczęściej ma się na myśli wzajemną atrakcję, pociąg seksualny, ale nie tylko. Nie ma wątpliwości, że uczuciowo wchodzimy z innymi w reakcje, często silne i nieuzasadnione (pozytywne lub negatywne). To samo dotyczy interakcji pomiędzy zwierzętami oraz ludźmi i zwierzętami: więzi czy antypatie często tworzą się natychmiastowo i nie mają niczego wspólnego z logiką. Uważam to za fascynujące.

środa, 21 maja 2014

Przyglądaliście się kiedyś krawcowej, fryzjerowi, barmanowi, murarzowi, matce z dzieckiem na rękach nawigującej trzy inne czynności, sklepowej pakującej towar, czy graczowi w pokera? Jaką mają płynność ruchów? Nasza zdolność adaptacyjna do upłynnienia wielokorotnie powtarzanych czynności do perfekcyjnej ergonomii ruchów a przy tym również gracji nigdy nie przestaje mnie zadziwiać.

wtorek, 26 listopada 2013

W niedzielę był wypadek. Małżeństwo z trójką dzieci miało zderzenie czołowe z naćpanym heroiną kierowcą, który podlega leczeniu psychiatrycznemu, ale przestał brać leki. Zjechał na ich pas. Jemu i jego pasażerce nie stało się nic. Matka trojga dzieci zginęła. Zginęła, bo wyleciała przez przednią szybę. Nie miała zapiętych pasów. Mam jej to za złe.

Nie mamy wpływu na to, kto i kiedy zjedzie na nasz pas, kto się naćpa, kto wpadnie w poślizg, ani jaką mamy pogodę. Ala mamy wpływ na to, jak się na taką ewentualność przygotujemy. Będąc za kierownicą, odpowiadamy nie tylko za swoje życie, ale za życie naszych pasażerów i przypadkowych osób, które w każdej chwili dzielą z nami drogę - w samochodach, na motocyklach, rowerach, w dorożkach, czy pieszo.

Rocznie pokonuję 20 tys. mil samochodem. Prywatnie, bo służbowo kolejne 5 tys. Bardzo cenię sobie swoje życie i staram się być bardzo ostrożna: zapinam pasy, wymagam zapinania pasów od swoich pasażerów, jestem uważna, używam opon zimowych zimą, nie jem, nie piłuję paznokci, nie SMSuję w czasie jazdy - po prostu kiedy prowadzę, staram się tylko prowadzić. Słucham radia lub rozmawiam przez telefon, ale tylko przez głośnik używając komend głosowych, które nie wymagają ode mnie spuszczania wzroku z jezdni. Przez wiele lat mogłam się poszczycić bezwypadkową jazdą. Do czasu.

Trzy lata temu miałam wypadek. Była połowa lutego, siarczysty mróz. Drogi były skute grubym, lśniącym lodem. To był piękny, słoneczny poranek, wszystko błyszczało brylantową bielą. Jechałam do pracy w żółwim tempie w korowodzie bardzo ostrożnych samochodów. Bardzo, bardzo powoli. Przed skrzyżowaniem korowód zaczął wyhamowywać, ja też. Najpierw ostrożnie zredukowałam biegi, potem lekko jak motyl dotknęłam hamulca. W tym momencie auto wpadło w poślizg i przestało odpowiadać na jakiekolwiek próby z mojej strony. Bezradnie patrzyłam jak wolno prześlizguję się na przeciwległy pas i jadę na czołówkę z toyotą pickupem. W desperacji odbiłam kierownicą w stronę przeciwległego rowu. Prawie się udało. Toyota, która też nie mogła wyhamować na czas, uderzyła o mój tył i zepchnęła mnie w rów równolegle do drogi. Czekałam na nagły wstrząs czy uderzenie, ale nie nastąpiło. Nastąpiło powolne, miękkie lądowanie w rowie, gdzie samochód zatrzymał się bokiem o puchatą śnieżną zaspę. Oba samochody doznały dużych szkód, ale nikomu się nic nie stało. Mój samochód poszedł do kasacji, nie wiem, co stało się z pickupem. Przyjechał szeryf i długo przesiedziałam na tylnym siedzeniu policyjnego samochodu, gdzie dostałam pierwszy w życiu mandat. Za zbyt szybką jazdę do warunków jazdy. Miałam szczęście, bo dostałam tylko jeden. Drugi mógł być za jazdę niewłaściwym pasem szosy. Tamtego poranka zanotowano 186 wypadków w moim hrabstwie.

W Stanach są dwa typy mandatów dla kierowców: moving violation i non-moving violation, czyli mandat za prowadzenie i parkowanie. Ten pierwszy ma dużo cięższą wagę: punkty karne, spora suma pieniędzy i zła reputacja u ubezpieczycieli. Ten drugi jest mało ważny. Mój mandat był ciężkiego kalibru i groziły mi 3 punkty. Wynajęłam prawnika. Prokurator zaoferował redukcję mandatu do non-moving violation w zamian za ukończenie 6-cio godzinnego kursu bezpiecznej jazdy (defensive driving) i zapłacenie mandatu. Tak też zrobiłam.

Kurs bezpiecznej jazdy podziałał mi na wyobraźnię przede wszystkim pod kątem praw fizyki. Co się stanie jeśli pasażer za mną nie zapnie pasów? Być może przy zderzeniu ukręci mi głowę przelatując nam moim siedzeniem. A ciężki plecak na tylnym siedzeniu? To samo. Wszystko co ciężke i luźne przemieści się czyniąc szkody osobom w samochodzie.

Tyle się mówi o pasach, że ratują życie. Tymczasem matka trojga dzieci pozwala sobie tych pasów nie zapiąć. Tyle jest śmierci od nieuważnych kierowców, tymczasem tysiące ludzi pisze SMSy w czasie jazdy, bo ich wiadomość jest ważniejsza od czyjegoś życia. Kiedy jestem za kierownicą, moje zmęczenie, nieuwaga, nierozwaga, głupota, bezmyślność, niecierpliwość czy lenistwo w jednym ułamku sekundy mogą spowodować, że jakaś matka, mąż, córka czy syn nie wrócą dziś do domu. Że będą cierpieć z mojej ręki lub że osierocą bliskich. Czy te 5 minut wcześniej w pracy czy jeden SMS są warte czyjegoś życia lub zdrowia? Tysiącom ludziom wydaje się, że tak.

Jeśli nie szanujesz swojego życia, przynajmniej uszanuj życie innych. Twoje decyzje mają wpływ na resztę świata, czy ci się to podoba, czy nie. Nie możesz zmienić kto dziś wjedzie na twój pas, ani kto jutro wsiądzie za kierownicę pijany, ale możesz zapiąć pasy i jeździć defensywnie unikając innych kierowców, którzy twoje życie i zdrowie mają gdzieś.

piątek, 22 listopada 2013
czwartek, 21 listopada 2013

Jeśli kupujesz na serwisach takich jak Craigslist, oto jak możesz kupić taniej:

1. Znajdź produkt, który Ci odpowiada.

2. Odpisz na ogłoszenie. Ponieważ odpisanie na ogłoszenie ze strony serwisu kopiuje tytuł ogłoszenia wraz z ceną jako tytuł e-maila (np. Rower górski 19 cali używany - 200 zł - Tychy Górskie), wykasuj część tytułu z opisem, zwłaszcza z ceną.

3. W korespondencji zadaj sprzedającemu kilka pytań. Co drugi e-mail podpisuj się innym imieniem niż w koncie e-mailowym. Np. masz e-mail na jan.koza, ale czasem podpisuj się Jan, a innym razem Ziutek.

4. Absolutnie nie targuj się w e-mailu i nic nie pisz o pieniądzach.

5. Umów się na rozmowę ze sprzedawcą telefonicznie, aby ustalić miejsce spotkania. Wtedy wyjaśnij, że Ty jesteś Ziutek, a Jan to Twój tata.

6. Oflaguj ogłoszenie na stronie serwisu klikając którąkolwiek z kategorii, np. zła kategoria, zabronione lub spam. Wyślij link do ogłoszenia swoim znajomym, żeby też oflagowali. Po kilku flagach ogłoszenie z serwisu zostanie automatycznie wykasowane bez zgody i wiedzy sprzedającego. Puf! Nie ma ogłoszenia, nie ma ceny, inni zainteresowani przestaną pisać, a sprzedający nic o tym nie wie, bo nie ma powodu wyszukiwać własnego ogłoszenia na stronie serwisu.

7. Spóźnij się na umówione spotkanie. Spóźnij się na tyle, żeby sprzedający się zniecierpliwił i stracił nadzieję, że przyjdziesz, ale nie na tyle, żeby odszedł. Po jakimś czasie zadzwoń, że już jedziesz.

8. Bądź entuzjastyczny i uśmiechnięty. Sprzedawca oczekuje, że zapłacisz mu pełną sumę z ogłoszenia, albo że będziesz się targować. Kiedy przyjdzie do płacenia, daj mu mniej, ale zbij cenę tylko tyle, żeby nie ryzykować natychmiastowej odmowy. Na skonsternowaną minę sprzedawcy spytaj z troską: "Czy wszystko w porządku? To miało być za 160 zł, prawda? Tak powiedział mi tata." To zbije sprzedającego z pantałyku i najprawdopodobniej się zgodzi zastanawiając się usilnie, czy faktycznie dobił targu z Janem mailowo, w końcu tylu ludzi pytało o ten rower. Jakby sprzedający się jednak wykłócał o cenę i chciał doczytać te maile na smartfonie, tam żadnej ceny nigdzie nie ma. Ogłoszenia też nie ma. No, jest na jego prywatnej stronie, ale co to za dowód?

9. Śpij spokojnie. W końcu nikogo nie oszukałeś, bo sprzedający sam się zgodził na tak niską cenę, co nie?

niedziela, 13 października 2013

Ostatnio podjęłam współpracę z blogiem Blogerzy ze Świata założonym przez dziennikarza Radia VOXFM. Blog skupia autorów z różnych części naszego globu. Znaczy to tyle, że niektóre moje teksty opublikowane tu, pojawią się również tam, ale nie odwrotnie.

piątek, 13 września 2013

Przypomniałam sobie, że można słuchać polskiego radia przez internet, więc wrzuciłam RMF FM. A tam reklama środka na apetyt dla dzieci 'Apetizer' - wymiawiane dokładnie tak jak napisałam. Od razu zwiędło mi ucho od samego dźwięku spolszczonego anglicyzmu. Reklama zdziwiła mnie o tyle, że niedawno czytałam artykuł w "Polityce" o tym, że w Polsce notorycznie przekarmia się dzieci wg. zasady 'zjedz wszystko z talerza,' i że zaczyna to owocować otyłością (tylko, czy na pewno akurat to?). Nie zjadają z talerza, daj im 'Apetizer'?

Widzę, że Polska w swoich reklamach zaczyna doganiać Amerykę, i nie jest to komplement.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
statystyka