Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Z życia

czwartek, 06 lipca 2017

Coś napisać?

Jak się może domyślacie, praca porwała mnie i przepuściła przez wyżymaczkę. Nie wiem, czy da się w skrócie, ale spróbuję. 

Po fabryce soku pomarańczowego zrobiłam wdrożenie 3 fabryk ciężarówek i autobusów. Przez 7 miesięcy było łatwo i przyjemnie oraz bez wyjazdów, ale nadeszła pora stawiania systemu i było jak zwykle, czyli stresująco. Projekt miał kilka ciekawych (czyt. trudnych) osobowości, opóźnienia hinduskiego zespołu, kupa straconego czasu. Potem odwlekanie, popychanie terminów. Też jak zwykle. Potem stawianie na raty - zaopatrzenie oddzielnie od obsługi i naprawy maszyn. Poszło. Potem kilka ogromnych kłód pod nogi - starcia z księgowością. W końcu poszliśmy z tym zaopatrzeniem i po półtora dnia trzeba było wyciągnąć wtyczkę i wpuścić ich do starego systemu z powodu poważnego defektu po stronie ich innego systemu, z którym mój system był zintegrowany, czego nikt nie wyłapał przy testach. Tymczasem mi się skończył kontrakt, a oni musieli to stawiać sami już beze mnie, co nawet im się udało. Niestety po miesiącu księgowi tak narzekali, że fabryka wyciągnęła wtyczkę po raz drugi i ostatni, czyli więcej jak połowa mojego wdrożenia poszła się paść. Niby nie mój problem, nie moja kasa wyrzucona w błoto, ale żal, bo ogólnie wdrożenie wyszło dość zgrabnie i przy odrobinie cierpliwości dało by się wszystko wygładzić. To są tzw. "growing pains", ale nie wszyscy to rozumieją. Najfajniejszą częścią projektu było stawianie systemu w fabryce w Monterrey w Meksyku. Robiłam szkolenie po angielsku z pomocą tłumacza, nawigując w systemie ustawionym po hiszpańsku, co było o wiele bardziej ciekawe. Wdrożenie dwujęzyczne również było ciekawym doświadczeniem, a poza tym bardzo dobrze pracowało mi się w Meksyku: fabryka była dużo czystsza i lepiej zorganizowana niż obie fabryki tej samej firmy w USA; ludzie świetni i dużo solidniej przykładali się do szkoleń, wyglądało też, że dużo bardziej im zależało; do pracy dowożono mnie i odwożono codziennie; ogólnie było jak na wakacjach czego nie mogę powiedzieć o żadnym innym wdrożeniu. 

Na jesieni doszedł mi projekt firmy produkującej helikoptery, ale im robimy drobne zajęcia usprawniające system, więc nie jest to pełnoetatowe. Projekt dystrybutora chemikaliów przemysłowych się wykruszył z powodu restrukturyzacji firmy.

W styczniu uderzył we mnie meteor, czyli dostałam swój obecny projekt, który właśnie się wykoleił. Koszmar stulecia. Kontrakt rządowy, wdrażanie floty (ang. fleet, co oznacza wszystko od samochodów, po samoloty, helikoptery, łodzie motorowe, ATV itp, itd) całego stanu, ok. 25000 wszystkiego. Jesteśmy na podkontrakcie u firmy, która wygrała przetarg na tę 'misję niemożliwą.' Szczęściarze! Projekt zaczął się w styczniu, ale mogłam go objąć dopiero pod koniec marca kiedy skończyłam ciężarówki i autobusy - mój kolega prowadził go za mnie. Wybrano mnie, bo jestem ponoć najlepsza w papierkologii i upierdliwych szczegółach, ale to i tak nas nie uratowało. Projekt był duży i skomplikowany, akurat na półtoraroczne wdrożenie, ale na 6-cio miesięcznym grafiku - bo MUSIAŁ być skończony do 31 lipca br. Ponoć. Prawie się żeśmy pozabijali, żeby to jakoś przepchać: nieludzkie godziny, weekendy, każda sekunda dnia wypełniona robotą jak na niekończącym się wyścigu, zespół 6 ludzi do prowadzenia i koordynacji, aby wszystko posuwało się jak należy i nikt nie marnował czasu. Nie powiem, zespół miałam świetny, dokonaliśmy paru cudów, ale niestety za mało i za późno, za wolno i nierówno - czyli jak nie zrobisz i tak jest niewystarczające. Miałam poczucie opróżniania oceanu łyżeczką. Był stres, problemy ze spaniem. Niestety ci z działu sprzedaży naopowiadali różnych bajek żeby to kolanami przepchać, oprogramowanie wymagało tony dostosowań na zamówienie, programowania itp., a prowadzący projekt po stronie klienta nigdy nie wdrażał tak skomplikowanego systemu i chciał dostać księżyc, na dodatek zmieniali wymagania z tygodnia na tydzień. Biurokracji przy tym po same uszy, dwie agencje robiące audyt, przy tym właściciel kontraktu plączący się non stop pod nogami. No i w końcu po sesji testowej nr 2, klient nas znokautował w dwóch rundach po 90 minut każda, po czym powiedział, że "dla nas to jest nieważnie kiedy wdrożycie, bylebyście to zrobili dobrze." Po tym, kiedy "spaliliśmy" budżet próbując dopiąć termin. Kiedy wszystko było zaklepane - m.in. loty na szkolenie. Kiedy odwołałam planowane od 2 lat wakacje w Polsce, które miały mieć miejsce w przyszłym tygodniu. Te dwie rundy były jak przesłuchanie w sądzie i czułam się na ławie oskarżonych. Nigdy nie widziałam niczego podobnego w swojej 12-to letniej karierze, a moja szefowa w jej 20-to letniej. Tak czy inaczej - projekt został tymczasowo zatrzymany. Dopinamy co możemy, zabrali mi większość zespołu aby ratować godziny w budżecie, ślęczę nad dokumentacją, "dowodami" itp. Jeszcze tak ze 2-3 tygodnie, a potem koniec. Ci od głównego kontraktu wypełniają papiery, żeby dostać więcej kasy na skończenie (96% było zrobione), zanim to zostanie podpisanie - nie wiadomo, kto będzie dostępny żeby to doprowadzić do końca. Może ja, a może kto inny. Marzy mi się, że kto inny... W zasadzie to wyszło dobrze, bo odzyskałam część swojego życia i lata. Cały lipiec miałam być w rozjazdach, a tak siedzę w domu i planuję biwaki.

Firma nam się rozrasta, zatrudniamy krocie nowych ludzi, ale nie wydaje mi się, że to jest dobrze. Za szybko, za agresywnie. W grudniu w formie nagrody za osiągnięcie celów fiskalnych firma zabrała nas włącznie z osobą towarzyszącą na 4-ro dniowe wakacje na Karaibach - Republika Dominikany. Nie powiem, było super, ale jak popatrzę na ostatnie 6 miesięcy swojego życia to wolę nie jechać na Karaiby a mieć bardziej normalną pracę, która nie wysysa z człowieka ostatnich soków.

Dzięki ostatnim 6-ciu miesiącom opracowałam kilka dodatkowych metod radzenia sobie ze stresem: aplikacja do medytacji, aplikacja z białym szumem (white noise) połączona ze słuchawkami redukującymi hałas plus suplementy ziołowe do spania, plus joga kiedy mam czas, no ale joga to u mnie jest normą już od kilku lat. Ogólnie uważam, że joga to najlepsza rzecz jaką mogłam dla siebie zrobić. 

Była też rozdzierająca i dość nagła śmierć w moim zespole: żona mojej szefowej dostała pod koniec marca diagnozę rzadkiego i bardzo zaawansowanego raka wątroby - dali jej 6-8 miesięcy życia bez chemii i dłużej z chemią. Niestety się pomylili, gdyż zmarła pod koniec maja. Szefowa tymczasem również balansowała mój projekt, aby uratować go przed utonięciem - na darmo. W marcu prowadziła normalne życie z ukochaną osobą. W maju była już wdową. 

Zimą w końcu VW wykupił od nas oba diesle. Proces się ciągnął, ale ogólnie był bardzo dobrze zorganizowany. Zapłacili prawie tyle, za ile kupiliśmy oba auta parę lat wcześniej, do tego było parę postronnych kompensat od VW i od Bosch - producenta oprogramowania. Oboje przesiedliśmy się na Subaru - mąż na Outbacka, ja na Crosstreka. Radość była nieco krótka, bo w zeszłym tygodniu na dzień przed wyjazdem na biwak na długi weekend świąteczny i parę dni po zmianie oleju u dealera w samochodzie męża, w drodze z pracy lampka oleju zabłysła na chwilę, po czym 10 minut później zatarł się silnik. Facet od lawety potwierdził, że nie było w nim ani kropli oleju - wyciekł sobie, bo ktoś czegoś nie dokręcił. Teraz mamy problem, bo nikt ci oczywiście nie da nowego samochodu ani silnika, więc samochód jest na dwa tygodnie w naprawie i będą mu tam wymieniać co mogą. Oczywiście był to nasz samochód holujący, więc trzeba się było nagimnastykować jak w ogóle jechać na ten biwak. Mój Crosstrek został zamówiony z hakiem holującym, ale trzeba było zainstalować adapter do wtyczki (z 4 do 7), tymczasem nikt tego nie chciał zrobić i woziliśmy się pół dnia zanim znaleźliśmy chętnego o odpowiedniej wiedzy, żeby to zainstalować. Udało się. Biwak też się udał. Pobiłam rekord niesprawdzania maila służbowego przez 5 dni. Dealer dał nam samochód zastępczy, który wprawdzie nie holuje, za to można nim dojechać do pracy.

W zeszłym miesiącu stuknęła mi 40-tka, z czym muszę przyznać miałam spore trudności jak tylko licznik tego roku zmienił końcówkę na '7', za to sprawiłam sobie oryginalny prezent: operację zmiejszenia piersi. Operacji poddałam się pod koniec marca pomiędzy jednym projektem a drugim i straciłam dokładnie 3 dni pracy. Było to coś, co marzyło mi się od dawna, bynajmniej nie ze względów estetycznych, ale praktycznych. Operacja była pod narkozą, tego samego dnia wróciłam do domu. Był to mój pierwszy tego typu styk z amerykańską służbą zdrowia (porównując np. do wycięcia migdałów czy wyrostka w Polsce) i muszę przyznać, że było to bardzo pozytywne doświadczenie. Jestem również bardzo zadowolona z efektu - nie jest na tyle znaczący, aby był zauważalny dla osób postronnych (ani nawet moich znajomych), natomiast bardzo ułatwia mi życie.

Obiady z pudełka porzuciłam na rzecz... gotowania z książki kucharskiej. Niektórzy dochodzą do celu drogą okrężną, tak było u mnie. Po prostu kupiłam sobie sprawdzoną książkę kucharską wydaną przez instytut America's Test Kitchen i zaczęłam gotować potrawy wegetariańskie. Nie, żebym obecnie była wegetarianką, ale jak już mam gotować to wolę bezmięsnie, a mięso jadam od czasu do czasu. Fajnie było dopóki praca mi nie zeżarła wieczorów, ostatnio lodówka świeci pustkami, trzeba się będzie znowu wziąć w garść.

Zimą odwiedziła mnie koleżanka z ogólniaka, co było bardzo ożywiające i sympatyczne. Nie widziałyśmy się od czasów matury - albo może trochę po. Poszłyśmy na łyżwy - pierwszy raz od kilku lat.

Pies ma 10 lat i trzyma się świetnie. Papuga ma 7 i też wszystko dobrze, chociaż ostatnio jest na diecie bo weterynarz powiedział, że jest za gruby. Nadal biwakujemy z przyczepą teardrop, kajakujemy dużo mniej niż kiedyś, bo mamy za mało czasu żeby się wozić na całodniowe wypady w weekendy, za to więcej jeździmy rowerami. W zeszłym roku nabyliśmy "grube rowery" - czyli coś jak rower górski, ale o cudownie, idiotycznie grubych oponach. Świetnie się nimi jeździ - nazywam go "rowerem górskim dla idiotów." Dlaczego? Bo w terenie potrzeba mniej umiejętności i zdolności technicznych, a więcej mięśni - ten rower jeździ po wszystkim i jest dużo bezpieczniejszy. Z punktu widzenia fizyka jest głupi, bo potrzeba dużo więcej energii żeby nim jechać - stawia paskudny opór, ale z punktu widzenia pracownika biurowego jest genialny - jak się ma mało czasu, to człowiek się zmacha dużo szybciej i napracuje jak wół bardziej niż na takiej kolarzówie...

Z odkryć muzycznych ostatniego roku (z kawałkiem): Elle King, Amy Winehouse, Jem, Lindsey Stirling, Caro Emerald. Ta ostatnia jest po prostu genialna i jestem totalnie uzależniona - polecam.

Z odkryć telewizyjnych: Shameless (oryginalna brytyjska wersja), Humans, the Tunnel - telewizji nie oglądam wcale, za to łapię seriale na Amazon Prime od czasu do czasu i czasem nawet coś naprawdę dobrego się trafi.

Z książek: ostatnio trafia mi się dobra literatura faktu, np. 'Od zwierząt do bogów. Krótka historia ludzkości'. Niestety mam tak mało czasu na czytanie, że przeczytanie jakiejkolwiek książki zajmuje mi wieki, no i mam napoczętych kilka na raz.

Znów na diecie, znów hoduję włosy, znów wymyślam kolejne i nieoryginalne plany usprawniające. Czasem działa, czasem nie. 

Do następnego razu i dziękuję, że czasem ktoś tu zagląda.

--------------------------------------

Wpis dedykuję Cutiepie: nie dość, że popełniła wpis o umarłych blogach który był zawstydzająco-motywujący, to jeszcze niechcący zapędziła mnie na stronę Bloxa, a skoro już, to czemu nie...

sobota, 23 kwietnia 2016

Pomimo kilku błędów taktycznych, nieprzewidzianych i licznych potknięć w manewrach i małej armii - powoli wygrywam. Trzy fabryki na systemie, czwarta w gotowości, kupa problemów, trzeci tydzień (z pięciu) w podróży, ale za dwa tygodnie to już nie będzie mój problem. Może styl pracy w mojej firmie przygniata konsultanta ilością roboty, podróży i odpowiedzialnością, ale kiedy nadejdzie data końcowa - wszelkie problemy czy niedociągnięcia przestają być moją działką, a stają się problemami koleżanki z działu obok i jej zespołu - help desku. Nie narzekam. ;)

Dwa tygodnie pod rząd poza domem były trudne. Tydzień w Kalifornii wśród przepięknych gór i ani minuty dla siebie. W Kalifornii przeszkadzał mi czas: nieważne o jakiej nieludzkiej godzinie wstałam (a stawianie systemu w fabryce łączy się z nieludzkimi godzinami pracy, bo ludzie pracują na zmianach), wschodnie wybrzeże już dawno się obudziło i zawalało mnie e-mailami ledwo wystawiłam nogę spod kołdry. Z kolei kiedy kończyłam pracę, nie było już do kogo dzwonić bo wszyscy dawno skończyli pracę. Z ulgą poleciałam na Florydę do swojej zwykłej strefy czasowej. Weekend pomiędzy spędziłam na robieniu praniu w hotelu w piątkowy wieczór, lotem z jednego wybrzeża na drugie w sobotę, i ładowaniem najnowszej kopii danych inwentarzy magazynowych w niedzielę. Ani razu nie widziałam oceanu na żadnym z wybrzeży, choć byłam o rzut beretem.

Miałam kupę pierepałków z lotami, ale szkoda by pisać. Powiem tylko, że trzy razy pakowałam się w ten sam samolot do wylotu (dwa razy kazano nam wysiadać), i spóźniona byłam 8 godzin, z następnym lotem zmnienanym dwa razy.

Cieszę się, że nie wdrażam systemów medycznych. Ile rzeczy poszło nie tak z inwentarzem w magazynch, z zamówieniami - można by płakać. Ale tak się odoporniłam na problemy, że po prostu wzruszam ramionami i rozwiązuję jeden po drugim.

Liczyłam, że odpocznę. Że przez miesiące będę motylem skaczącym z kwiatka na kwiatek, pracującym to tu, to tam nad cudzymi projektami. Ale okazuje się, że nie. Nowy projekt - całkiem spory i z integracją do PeopleSoft - zaczyna się zaledwie tydzień po skończeniu tego. Będę miała tydzień w domu, a potem w drogę aby rozpocząć wdrażanie kolejnego - tym razem na Midweście z producentem autobusów, ciężarówek i sprzętu rolniczego. Cieszę się, bo Midwest jest bliżej, więc może będzie trochę łatwiej, choć w sumie nie wiem ile oni mają fabryk i gdzie.

Dużo się nauczyłam i zamierzam uniknąć wielu, wielu błędów, które zrobiłam nad obecnym projektem. Jestem pewna, że popełnię nowe, mam tylko nadzieję, że będzie ich mniej. Mam też nadzieję, że będę miała więcej czasu i możliwość nacieszenia się latem.

01:50, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 kwietnia 2016

Ostatnio mam apetyt na literaturę amerykańską, zwłaszcza klimaty południowe. Przeczytałam "Zabić drozda", a teraz czytam "Przeminęło z wiatrem". Czytałam tę lekturę jako nastolatka i dobrze zgadłam, że przeczytanie jej 20 lat później, w oryginale i z kompletnie innego punktu widzenia przyniesie mi dużo radości. I przynosi. A najbardziej mnie cieszy to, że czekają mnie dwa długaśne loty na zachodnie wybrzeże i z powrotem, dzięki czemu będę mogła się oczytać do oporu. Czy to nie piękne?

Dygresyjnie wspomnę, że specyficzny slang czarnoskórych tamtej opoki, tak świetnie oddany w obu książkach, jest niestety nieprzetłumaczalny na polski, przez co książki dużo tracą.

Zaczynam widzieć światło w tunelu. Odzyskałam apetyt, co cieszy mnie średnio, i nareszcie odkopuję się z danych. Droga jeszcze daleka i wyoboista, ale cel gdzieś tam w oddali już się wyłania.

17:05, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
czwartek, 10 marca 2016

To była (jest?) najszybsza zima mojego życia. Dziś było 75 stopni F, ludzie latali w szortach i krótkich rękawach. Niesłyszane u nas w marcu. Mąż wziął wolne i pojechał kajakować. Normalnie woda nie odmarza do początku lub połowy kwietnia.

Od początku kalendarzowego roku tyram jak wół. Dnie, wieczory, weekendy - sama praca nie jest problemem, lubię to co robię, mam czas na nadgodziny. Problemem jest realny strach niezdążenia. Idzie jak po grudzie w myśl zasady, że jak ma coś pierdyknąć, to na pewno pierdyknie. Jestem zmęczona, najbardziej psychicznie. Pod koniec pierwszych dwóch tygodni w trasie nagle się przeziębiłam. Dopadło mnie ostro, tak, że rano zemdlałam w hotelu, co mi się nigdy nie zdarza, i nie mogłam zjawić się w pracy, bo bałam się prowadzić samochód z racji niemożności utrzymania się w pionie i gorących potów. Wszystko mnie bolało, myślałam, że to grypa, ale po powrocie do domu nagle miałam zwykłe przeziębienie, które minęło w ciągu tygodnia. Klient zmienił zdanie i trzeba było kupę rzeczy przerabiać. Dostarczyli dane bardzo późno i w ogromnych ilościach. Projekt przekroczył budżet. System zastępuje dwa inne oddzielne systemy SAP i integruje się z trzecim SAP.  Z racji zmian wymagań w ostatniej chwili trzeba było przerobić grafik, dzięki czemu zyskałam całe 2 tygodnie w domu akurat na wyzdrowienie i wykaszlanie płuc w prywatności własnego domu. Zabunkrowana w domu nadal się nie wyrabiam. W niedzielę wyjeżdżam i będzie 5 tygodni trasy pod rząd, bo data końca projektu się nie zmieniła. Będę w domu tylko w soboty, o ile nie spóźni się samolot. Szkolenie FL, go-live NJ, go-live FL, go-live CA, szkolenie FL. Potem tydzień w domu, tydzień na konferencji organizowanej przez moją firmę, na której prezentuję, i ostatni go-live na Florydzie. Potem tydzień pracy w biurze i koniec projektu. Liczę dni i godziny. Tylko dlatego, że ciężko jest żyć w takim stresie i przepracowaniu na dłużą metę. Za to umysłowo nigdy w życiu nie funkcjonowałam na wyższych obrotach: ciągle intensywnie myślę i rozwiązuję nowe problemy. Żadna szkoła, żadne studia ani inna praca mi takiego wyzwania nie dały i muszę przyznać, że to uwielbiam. Czuję się stworzona do myślenia i rozwiązywania problemów, czuję się z tym bardzo szczęśliwa i zwyczajnie uzależniona. Martwię się jak będzie wyglądać moje życie po tym projekcie, kiedy nagle stanie się chwilowo bezproblemowe. No i ciekawi mnie jaki będzie następny projekt. Ogólnie, pomimo obecnych trudności, uważam że pracę wygrałam na loterii: wpisuje się idealnie w moją osobowość.

A teraz o wolnych chwilach, których jest mało. Przestałam sobie ustalać zasady co powinnam, czego nie i kiedy żeby nie dodawać sobie stresu. Pilnuję się odnośnie głównych punktów zdrowia żeby utrzymać się w dobrej formie: ćwiczenia, sen, zdrowe i umiarkowane jedzenie, odpowiednie nawadnianie organizmu - ale przestałam być żywieniowym nazistą wobec samej siebie i po prostu jem na co mam ochotę. Tak się złożyło, że bycie ciągle zajętą stemperowało mi apetyt, w związku z czym nareszcie i bez wysiłku wróciłam do swojej ulubionej wagi sprzed roku. Trochę biegam, staram się wyrobić przynajmniej 6000 kroków dziennie (obiektywnie to nie jest dużo, ale przy moim obecnym grafiku jest) i kiedy jestem w domu chodzę na zajęcia jogi, którą naprawdę uwielbiam. I tu dochodzę do sprawy wzdychania: często podczas zajęć jogi instruktor/ka poleca nam głośno wzdychać aby "wypuścić" stres dnia jak również parskać (horse breath) - co jest rewelacyjne na rozluźnienie mięśni twarzy. Joga jest balsamem na moje ciało i duszę i to wzdychanie też pomaga. Zajęcia przynoszą mi ogromne ukojenie.

A teraz o poceniu się. Zakup sauny okazał się hitem. Mamy ją już trzeci miesiąc i używamy prawie codziennie (tzn. kiedy jestem w domu). Gładsza skóra, wzdęcia stały się problemem przeszłości, lepsze samopoczucie, spadek wagi (waga mi ruszyła w dół odkąd używam sauny choć nie jest to jedyny powód) - nie był to jeden z tych zakupów, który się nudzi i idzie w kąt, choć to kiepskie porównanie w tym przypadku, bo sauna akurat stoi w kącie. Sauna stała się nową bardzo wyczekiwaną porą wieczornego relaksu. Po prostu nie wyobrażam sobie mojego życia przed sauną.

Trzecią rozrywką wolnych chwil jest czytanie. Skończyłam (w wielkich bólach - warta przeczytania ale straszliwie rozwlekła) Polskę James'a Michener'a, potem przerzuciłam się na rewelacyjną lekturę Anthony'ego Marra The Tsar of Love and Techno: Stories (polecam również jego książkę A Constellation of Vital Pheonomena), aby w końcu dotrzeć do niedawno zmarłej pisarki Harper Lee i nareszcie przeczytać Zabić drozda (To Kill a Mockingbird) oraz To Set a Watchman - obie pozycje serdecznie polecam.

Cieszę się swoją pracą w chwilach, kiedy mnie nie przytłacza. Kiedy mnie przytłacza też się cieszę, ale z cieniem zmęczenia i cynizmu. Projekt trochę uderzył mi do głowy. Kiedy jest się alfą i omegą takiego dużego przedsięwzięcia, to trochę puchnie ego. Całe szczęście mam wystarczająco dużo wszelakich potyczek, żeby nie latać zbyt wysoko. Oby to końca. Cieszę się wolnymi chwilami, które znaczą o tyle więcej, kiedy jest ich mało. No i kończy się zima, rano słychać świergotanie ptaków za oknem. Powietrze pachnie wiosną. Idzie wiosna. Idzie lato. Będą wakacje i biwaki. Wszystko najlepsze przede mną. Stan obecny jest przejściowy. Minie.

03:39, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Trzy plagi USA...

Wczoraj odszedł mój niedoszły szwagier. Fajny facet, przed trzydziestką, uwielbiany w naszej rodzinie. Przedawkował. Akurat był z wizytą u rodziców po przeciwnej stronie kontytentu od swojego miejsca zamieszkania i tym samym niechcący oszczędził mojej szwagierce dramatu znalezienia go i procesu wysyłania zwłok do rodziców. Znalazła go matka.

Nie rozumiem, nigdy nie zrozumiem, jak tyle ludzi może iść w narkotyki doskonale rozumiejąc konsekwencje. To nie jest jakiś obcy pod mostem, to jest rodzina, znajomi, znajomi znajomych. Ciągle dotyka to kogoś blisko; dawno w USA problem z narkotykami nie był aż tak rozprzestrzeniony.

Facebook stał się narzędziem żałoby. Znajomi piszą mu listy na profilu, których on już nie przeczyta. Apelacja rodziców, mowy pożegnalne - wszyscy mogą w tym uczestniczyć, dzielić się bólem. To inna jakość, publiczne przeżywanie, ale myślę, że takie ujście wielu ludziom pomaga.

Smutno nam wszystkim bardzo, tak ciężko być komuś wsparciem na odległość.

niedziela, 10 stycznia 2016

Pierwszy własny projekt na wyjątkowo wielką skalę. Za 5 minut składam wszystkie elementy do kupy i oczekuję, że będą działać. Takiego stresu nie miałam od kilku lat. Mam problemy z zaśnięciem, mam silne reakcje fizjologiczne, nie starcza godzin na pracę, wszystko wpada z każdej możliwej strony. Testowanie do skończenia, konfiguracje, kontenery danych nadal do przerobienia, dokumentacja do napisania, a wszyscy dzwonią z pytaniami. Model biznesowy "sama" odbija się jak zepsuty śledź. Szkolenie zaczyna się w połowie lutego, go-live pierwszej fabryki na początku marca, do połowy maja wszystkie cztery mają stać i będą stać nawet po moim trupie. Mam dużo do udowodnienia - sobie i nowemu pracodawcy. Od lutego do maja w domu będę gościem, szczątkowe weekendy, tydzień tu, tydzień tam. Przez pierwszą połowę projektu pławiłam się w cudownej stymulacji umysłu, bo taka robota jest dokładnie tym co naprawdę mnie kręci. Nie przewidziałam, że ugnę się tak bardzo pod napięciem terminów i ilości pracy i jakoś muszę przez to przejść. Wiem, że następnym razem będzie łatwiej, tylko jak przeżyć do następnego razu?

W tym roku jak do tej pory mamy dość łagodną zimę. W 2015 nie widzieliśmy śniegu, ledwo trochę mrozu, napadało dopiero 1-go stycznia. Po kilku śnieżycach i kilku mroźnych dniach nadeszła odwilż i ulewa.

Na 11-tą rocznicę ślubu sprawiliśmy sobie saunę na grzejniki podczerwone. Zakup sauny skłonił nas do remontów, najpierw odmalowaliśmy pokój do ćwiczeń, gdzie stanęła sauna (sami ją zmontowaliśmy), a potem salon. Roboty było po pachy i zajęła dwa tygodnie, ale było warto. Jak się okazuje, jesteśmy dużo lepszymi malarzami niż przypuszczaliśmy, a fakt odrestaurowania sporej części domu bardzo nas podkręcił. Wiem, że bardzo nam to umili zimę, albo raczej mężowi umili, bo ja będę na Florydzie. Sam zakup sauny okazał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza w naszym klimacie. Jest to rewelacyjna metoda na relaks i odprężenie, świetnie się po niej czuję, a na dodatek niespodziewanie zaczęłam stopniowo tracić na wadze i bynajmniej nie jest to ubytek wody.

Ten rok zapowiada się ciekawie zakładając, że przeżyję pierwszą połowę.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

22:27, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 23 listopada 2015

W czwartek Święto Dziękczynienia, a u mnie już głowa pełna zapachu żurawin i dyni piżmowej oraz oczekiwania na czterodniowy weekend... Już nic mi się nie chce, choć świat wcale nie zwolnił. 

Dostałam wezwanie na ławnika, więc tylko to mi trochę zatruwa spokój. Mam dzwonić codziennie żeby się dowiedzieć, czy mój numerek wypadnie czy nie. W zeszły piątek nie wypadł, a dziś się zobaczy. To dla mnie nowe doświadczenie, potenjalnie ciekawe a jednocześnie z bardzo realną możliwością pokrzyżowania mi wszystkich planów, zarówno prywatnych jak i służbowych.

Do końca roku pozostał mi tylko jednen (1!) pełny tydzień pracy. W tym tygodniu święta; w przyszłym ów pełny tydzień; kolejny tydzień też pełny, ale u klienta na Florydzie, więc chodziaż będę szkolić to roboty nie popcham, więc się nie liczy; potem znów wyjazd do Greenville na firmową imprezę świąteczną - 6 dni poszło się paść, bo wyloty, przyloty, spotkania i gdzieś tam trzeba odetchnąć; w tym samym tygodniu już BN; potem Nowy Rok. No a potem to już se można wpadać w depresję i cieszyć się PEŁNYMI tygodniami pracy aż do maja.

Robota goni, czas goni, wszystko goni. Normalnie chcę ten czas złapać za ogon i zatrzymać, żeby tak nie pędził, z wyjątkiem tego tygodnia, kiedy odliczam do czwartku.

środa, 16 września 2015

Siedzę przy bramce odlotu na terminalu na lotnisku w Charlotte i czekam na samolot do Tampy. Wsypują mi się maile tuzinami, więc zacięcie pracuję wstukując odpowiedzi kciukami na telefonie niczym dzięcioł.

Z transu wyrywa mnie ogłoszenie przez system PA w poszukiwaniu pasażera X do Cancun: ostatni dzwonek, jeśli się nie pojawi, już za momencik polecą bez niego. Nie ma to jak potencjalna tragedia bliźniego żeby wzbudzić moje zainteresowanie. Myślę sobie, że trzeba być kompletnym idiotą, żeby być na lotnisku i nie załapać się na swój lot. Myślę, może kawę bym wypiła. A może nie. Patrzę, idzie pan. O, to chyba ten zgubiony pasażer. Obserwuję namiętnie. Nie spieszy mu się wcale. Czy on słyszał?! A może to nie jest jego samolot? Hehe, puściutki terminal i tylko on sam. Zaraz, nie sam, jest jeszcze jedna osoba. Ja.

Gorącą falą uderza we mnie panika. Bramka do Tampy jest tuż obok tej do Cancun, obie puste. Przy mojej nadal są pracownicy linii lotniczych. Nie, uśmiechają się do mnie miło, mam kupę czasu. Nic to, że wszyscy już zdążyli się załadować oprócz mnie. Uff. Załapałam się. Ten pan zresztą też.

Idiota?

piątek, 11 września 2015

W wieku dorosłym ciężko zawiera się przyjaźnie, zwłaszcza głębsze, które przetrwałyby poza konkretny życiowy kontekst jak praca, sąsiedztwo, hobby czy dzieci. Może dlatego z czasem odkryłam, że lubuję się w "przygodach na jedną noc", bynajmniej nie w sensie romantycznym, a w sensie cieszenia się chwilą spędzoną z przypadkową bratnią duszą, nawet jeśli nie zobaczę jej więcej na oczy.

Czasami mam wrażenie, że staliśmy się z mężem łowcami sympatycznych bratnich dusz. Wprawdzie ich potem nie odhaczamy kreskami na ścianie, ale czerpiemy z takich kontaktów inspirację i pozytywną energię. Taka para wampirów energetycznych szukających ciekawych osób i wymieniających się pozytywną energią. Ludzie nas z zasady lubią, więc korzystamy z tego wystawiając się "na przynętę" m.in. w naszym lokalnym barze. Do baru nie chadzamy żeby się napić, choć oczywiście zwykle wychylamy od 1 do 1,5 piwa na głowę, ale żeby popatrzeć, posłuchać i od czasu do czasu wyłowić ciekawą osobę do rozmowy. Zaletą tej strategii jest to, że zbiera się tylko ciekawe i pozytywne aspekty takiej interakcji bez bycia obciążonym problemami danej osoby. Czyli zupełnie jak romans na jedną noc - sama przyjemność, zero odpowiedzialności. Oczywiście pełno jest osób, które chodzą do barów właśnie w celu wylewania swoich problemów, ale takich osób z zasady unikamy na ile to możliwe.

Poza barem jest masa innych okazji do jednorazowych przyjaźni. Na przykład w zeszłym roku na kempingu poznaliśmy sympatycznego emerytowanego profesora fizyki i fajną parę ze stolicy, z którą spędziliśmy wiele miłych wieczorów. Łono natury wydaje się sprzyjać poznawaniu naprawdę miłych ludzi. Dziś na spacerze z psem wzdłuż kanału Erie również poznaliśmy bardzo ciekawą parę, z którą okazało się mamy wiele wspólnego, m.in. też mają pudla i papugę, mamy podobne zainteresowania, kilku wspólnych znajomych z mojej poprzedniej pracy oraz motyw wschodnioeuropejski: on jest pół-Rosjaninem pół-Amiszem, ona Rosjanką. Zamiast spacerować z psem, przegadałam z nimi ponad pół godziny. Wymieniliśmy się numerami telefonu i zaprosili nas na obiad. Czy coś z tego wyjdzie, nie wiadomo, ale jakże miły to był wieczór.

02:45, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
środa, 15 kwietnia 2015

Wiem, wiem, może po tych zdjęciach wiosny nie widać, ale przyszła naprawdę. Śnieg praktycznie stopniał, a to, że jezioro Oneida nadal w większości zamarznięte (zdjęcia są z ostatniej niedzieli), to już zupełnie inna para kaloszy...

Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali pomimo wszechogarniającej stagnacji i zmarzliny.

Zimę miałam ciężką. Nie, żeby zdarzyło się coś złego czy nadzwyczajnego, tylko dopadła mnie długotrwała i głęboka chandra. Przyczynami były m.in. praca i pogoda. Rozczarowanie po zmianie pracy miało dwa źródła. Po pierwsze, odziedziczyliśmy te same projekty od poprzedniej firmy, bo poprzednia firma nie mogła się z nich wywiązać. Nowa praca sprowadziła się więc w moim przypadku do pracy dla tej samej szefowej, tego samego projektu i klienta, robiąc tę samą robotę w której się grzebię już od kilku lat i której mam naprawdę dość. Nic nowego, żadnego światełka w tunelu, marazm i rezygnacja. Oczywiście ten projekt się w końcu skończy, więc światełko w tunelu jest, tylko zabrakło mi cierpliwości i nadziei. Po drugie, praca z domu, jakkolwiek wygodna, przyczyniła się do mojego dołka. Brak kontaktów z ludźmi, siedzenie w domu samemu miesiącami i grzebanie w wypruwających flaki zadaniach. Wiem, że będzie lepiej, już jest. W maju firma wystawia konferencję, więc pierwszy tydzień maja spędzę w Południowej Karolinie. Jestem jednym z prezenterów, więc mam nad czym pracować. W międzyczasie wielki kombajn się zatrzymał (czytaj: klientowi skończyła się forsa i nie wie kiedy znajdzie więcej), więc przestałam pracować nad tym projektem i w najbliższej przyszłości mam nowy, na Florydzie. Należy tylko trzymać kciuki, żeby kombajn nie ruszył zbyt szybko, bo chciałabym mieć czas pojeździć na innej maszynie. Do tego w maju w końcu skończy się remont naszego nowego biura i po powrocie z konferecji będę jeździła do pracy jak normalni ludzie. W samą porę, bo moje domowe biuro na strychu już się robi za gorące.

Ta zima, od strony pogody, była jedną z najsurowszych jakie przeszłam z swoim życiu. Śnieg i mróz nie przeszkadzały mi aż tak bardzo, ale przez większość zimy źle się czułam. W końcu poszłam do lekarza tylko po żeby potwierdzić, dokładnie jak podejrzewałam, że jestem zdrowa jak koń. Mój cały wachlarz kretyńskich symptomów, którymi nie będę tu Was zanudzać, był najwyraźniej efektem sezonowym. W tym klimacie wszyscy na coś cierpią i większość mojch znajomych miała naprawdę paskudną zimę pod kątem zdrowia.

Właśnie. Zmiana pogody przyszła nagle. Jak można w tydzień przejść od spania pod wielką puchową pierzyną, okutanej we flanelową pościel i ubranej po zęby, do spania pod lekką narzutą, w bawełnie, letniej piżamie, przy otwartym oknie, ze wszystkimi (gołymi) kończynami na wierzchu i budzenia się spoconej jak mysz???

Powiększyłam swoją flotę kajakową o dwa plastikowe kajaki zaprojektowane do ekstremalnych warunków morskich. W tym roku znów wybieramy się na kajakowanie z wielorybami (cz. 1, cz. 2, cz. 3, cz. 4). Tym razem przygotowujemy się na wyprawę dużo porządniej aby zminimalizować niebiezpieczeństwo i planujemy trenować w trudnych warunkach jak często się da. Mamy w planie mniej biwaków, a więcej wypadów jednodniowych.

15:42, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 15
statystyka