Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Praca

czwartek, 26 maja 2016

Z krainy pomarańczy wyszłam cało. Mój pierwszy lot solo. Po ogromnych turbulencjach i licznych problemach technicznych - wylądowałam. Z nieskazitelną reputacją i wysokimi recenzjami pomimo góry problemów. W dwa dni po powrocie klient wynajął mnie na kolejny tydzień, dzięki czemu miałam okazję posprzątać i zaproponować nowego pilota na podstawie ciekawych znalezisk podczas zaledwie tygodnia mojej nieobecności. Pilot jak do tej pory idzie pomyślnie, a jeśli zostanie wdrożony sprawi, że nowy system będzie nie tylko 'ok', a będzie świetny. Druga szansa, nie każdy taką dostaje.

Mój nowy projekt zaczyna się 21 czerwca. Międzynarodowy producent silników, autobusów, podwozi i maszyn rolniczych. Trzy fabryki na początek: Ohio, Oklahoma i Meksyk. Zaczęłam uczyć się hiszpańskiego. W międzyczasie pomoc nad innym projektem producenta i dystrybutora chemikaliów przemysłowych. Nie brałam do głowy, nie mój projekt, ja tu tylko pomagam.

W poniedziałek zadzwoniła szefowa. Robią restrukturyzację w firmie i jestem idealnym królikiem doświadczalnym nowego modelu biznesowego: już nie będę prowadzącą konsultantką, która robi wszystko sama. Teraz jestem architektem systemów z przydzielonym młodszym konsultantem i będę prowadzić DWA projekty. Te dwa powyżej. Oba z integracjami do systemów finansowych, jeden dwujęzykowy i dwuwalutowy. "Mój" konsultant to ładna drobna blondynka rok po collegu, wdrożona w system na naszym helpdesku. Irene. Skończyła studia inżynierii przemysłowej. Jest dopiero środa, a już jestem nią zachwycona. Tak, mam swoje obawy, nawet wiele, ale wydaje mi się, że ten układ się sprawdzi.

P.S. Ostatnio miałam przyjemność pracować z RZESZAMI rewelacyjnych kobiet, zarówno w swojej firmie jak i u klienta, ale o tym będzie odrębny wpis.

04:00, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 27 marca 2016

Niespodziewanie spędzam Wielkanoc w domu. Miałam dziś wylatywać o 3 rano, ale wszystko się zmieniło. Zmiana w ostatniej chwili, w piątek wieczorem dopiero wróciłam do domu z New Jersey, więc nie było żadnych przygotowań. Czuję się jak po wojnie - niemożebnie zmęczona - ale system stoi w najmniejszej placówce - magazynie dystrybucji.

Powinnam się cieszyć i cieszyłam się kiedy klientka pierwszy raz wcisnęła zmianę statusu na zleceniu, co spowodowało wysłanie zlecenia do SAP. Poszło i poszło prawidłowo. Było za to całe wiadro innych problemów, powoli i stopniowo porozwiązywanych. Będzie więcej. Wyrobiłam sobie filozofię, że jeśli coś działa, to ciesz się, bo za 5 minut coś innego nie będzie działać. Pocieszam się, że to tylko produkcja soku, a nie szpitalny system medyczny czy bank. Aczkolwiek mamy klientów farmaceutycznych.

W poniedziałek wieczorem, po spotkaniu nt. konsolidacji inwentarza magazynu żeby wszystko pasowało pod kątem ilości sztuk i ceny całości w obu systemach, w końcu do mnie dotarło - późno trochę - że wymaga się ode mnie niemożliwego. Nie jest fizycznie możliwe, aby JEDNA osoba wdrażała system na taką skalę i po 12 godzinach dziennie z klientem ładowała dane nocą i zrobiła to wszystko poprawnie i na czas. Osoba, która ten projekt szacowała nie doceniła pełnej skali przedsięwzięcia ani nie przewidziała tuzinów niespodziewanych problemów, które wszystko opóźniły. Wiedziałam, że nieważne jak ciężko będę pracowała - po prostu nie zdążę, bo nie ma wystarczającej ilości godzin w dobie, a ja już i tak padam na przysłowiowy pysk. Zadzwoniłam do szefowej i jej to powiedziałam. Powiedziałam, że z chęcią odstąpię jeśli ma kogoś, kto może zrobić więcej i lepiej. Roześmiała się. Pół godziny później oddzwoniła i przydzieliła mi osobę do pomocy. 

W wtorek rano dołączyła do mnie kierowniczka projektu po stronie klienta. Powiedziałam jej jak fatalnie poszło szkolenie w minionym tygodniu w drugiej największej fabryce: osoba, która to organizowała przysłała mi nie te osoby co trzeba i pomieszała grupy użytkowników. To tak, jakby uczyć pierwszo- i siedmioklasisów razem. Komputery nie działały, internet działał słabo, myszy i klawiatury nie były dopasowane do stacji - kompletne fiasko. Stawianie systemu w tej fabryce właśnie miało się odbyć jutro, ale zostało przesunięte, dlatego dziś jestem w domu.

Mam tydzień na ogarnięcie wszystkiego w biurze / domu. Potem - w najbliższą niedzielę - Kalifornia. Mała fabryczka 40-to osobowa, będę tam tydzień. Z Kalifornii bezpośrednio na Florydę do fabryki 150-cio osobowej, gdzie szkolenie poszło fatalnie, też tydzień. Potem weekend w domu, szkolenie na Florydzie w największej - 600 osobowej fabryce (sama produkcja). Sobota w domu, wyjazd na konferencję w Południowej Karolinie gdzie prezentuję  (szefowa dała mi zielone światło na przespanie całej konferencji poza moją prezentacją), powrót do domu, wyjazd do największej fabryki i po 5 tygodniach w rozjazdach wrócę do domu 6-tego maja po postawieniu systemu w czwartej i ostatniej fabryce. Tydzień pracy z biura na zawiązanie luźnych końców i koniec. Koniec projektu po 11-tu miesiącach.

Wczoraj pozmieniałam rezerwacje podróżne i porobiłam nowe. Ogarnianie takiej ilości wyjazdów - lot, hotel, samochód na każdy tydzień - zabiera godziny. Składanie raportów z kosztów podróży też, ale się odkopałam. Dziś biorę wolne. Jest słonecznie choć dość mroźnie. Mam dziś jechać na kajaki pierwszy raz w tym sezonie, ale nie wiem czy się do tego przymierzę. Idę chyba ugotować jakieś jajka.

Życzę Wam spokojnych i miłych świąt! 

14:19, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
poniedziałek, 21 marca 2016

Kto czyta mnie dłużej ten wie, że lata spędziłam na projektach z lokalizacją w Nowym Jorku. Miasto fascynuje mnie, ale przede wszystkim stresuje, hałas i zgiełk nie są moją domeną, wolę naturę.

Głównym źródłem stresu przy nowojorskich projektach były dojazdy: dojechać, nie zgubić się, nie utknąć w korku, nie chcieć siku podczas utknięcia w korku, nie wjechać do nie tego co trzeba tunelu aby niechcący nie zmienić wyspy (zdarzyło się!), nie mieć awarii, znaleźć parking, wcisnąć się w nieludzko małą przestrzeń nie poobijawszy samochodu, nie dostać mandatu za parkowanie nie tu, gdzie trzeba (zdarzyło się!). Po latach w końcu to opanowałam, ale stres kojarzony z jazdą w mieście pozostał.

Przy obecnym projekcie przeważnie latam na Florydę i mam zero stresu podróżnego, za to sama praca stresuje mnie potwornie. Jakie więc było moje zdziwienie, kiedy dziś dojechałam do Jersey City (miasto w New Jersey rzut kamieniem przez rzekę Hudson od Manhattanu) i nagle poczułam nie tylko wiatr w skrzydłach, ale zwyczajnie ukojenie. Miasto, z metrem, rzeką, drapaczami chmur, japońskimi restauracjami co dwa kroki (uwielbiam!), podziałało na mnie niespodziewanie kojąco. Przypomniało mi okres, kiedy jak już dojechałam i zaparkowałam, to naprawdę dobrze się bawiłam - praca, spacery, widoki, dobre jedzenie, czas na czytanie po pracy, ulice tętniące życiem, spotkania ze znajomymi blogerkami. Tego nie pamiętałam. Myślałam o Nowym Jorku jako etapie z przeszłości, którego nie chciałabym powtórzyć. Tymczasem dzisiaj Wielkie Jabłko - choćby oglądane zza rzeki - oraz miejska atmosfra przypomniały mi o dobrym okresie mojego życia i przeniosły mnie w aurę, która bardzo poprawiła mi samopoczucie psychiczne.

Dziękuję Nowy Jorku!

P.S. W tym tygodniu stawiam system w magazynie dystrybucji - pierwszej z 4 placówek. Stres będzie horendalny, ale od czego jest japońskie wino śliwkowe?

00:40, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »
wtorek, 02 lutego 2016

Już luty, czy dopiero luty. Styczeń był tak intensywny, że wydaje się ekwiwalentem pół roku, tymczasem minął jak z bata strzelił. Siedzę w domu, ładuję dane, podgrzewam saunę i myślę o tym, że mój pies ma dziś 9. urodziny i że za niecałe 2 tygodnie wyruszę w trasę. 9 tygodni poza domem z niewielkimi przerwami to tu, to tam. Skończę 6-tego maja. Cztery tygodnie w Bradenton, FL, dwa tygodnie w Fort Pierce, FL, tydzień w Jersey City, NJ, tydzień w City of Industry, CA i tydzień w Greenville, SC. Pomimo, że uwielbiam swoją pracę, tempo ostatnich tygodni jest ciężkie, pracuję w weekendy i wieczorami i odliczam do maja, kiedy wrócę z ostatniego wyjazdu po wdrożeniu systemu w ostatniej i największej fabryce. Chyba będę świętować przez parę tygodni, a na pewno zapowiadają się zasłużone wakacje. Póki co trzymać kciuki proszę.

02:20, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
wtorek, 22 września 2015

To, gdzie teraz jestem w ogromnej mierze zawdzięczam swojemu znajomemu z Indii, Satyanowi. Traf chciał, że nasza wspólna znajoma nas ze sobą zapoznała. Satyan akurat kończył studia magisterskie z zarządzania informacją na miejscowym uniwersytecie i bardzo sobie ten kierunek chwalił jako uniwersalny i przyszłościowy. Zainteresowałam się, a Satyan przedstawił mnie pani dziekan. Po rozmowie z nią ustaliłyśmy, co muszę zrobić, żeby się dostać. Było pod górę, kazali mi skończyć inne, dwuletnie studia informatyczne w międzyczasie, bo mój polski licencjat był niewystarczający w porównaniu do tutejszego Bachelor's degree. No to skończyłam najpierw te dwuletnie, a potem te magisterskie.

Na moim kierunku było dużo Hindusów. Odzwierciedleniem tej demografii jest teraz branża IT. Wprawdzie w branży konsultingowej pracuję w większości z Amerykanami z urodzenia i garstką emigrantów z Europy, obserwuję, że wydziały dużych firm, zwłaszcza w dziedzinach intergracji i programowania, mają w więszkość hinduskie zespoły, i to nie tylko z punktu widzenia etnicznego, ale też lokalizacji. Projekt nad którym pracuję składa się z dwóch zespołów: mojego i  klienta. Zespół klienta zajmuje się integracją mojego systemu z ich systemem i składa się w większości z Hindusów, których część pracuje bezpośrednio dla firmy w Stanach, część na umowę-zlecenie również w Stanach, a jeszcze inna część na umowę-zlecenie w Indiach. Tym sposobem pracujemy tak naprawdę z trzema różnymi zespołami pod jednym parasolem i w co najmniej trzech strefach czasowych w samym USA nie wliczając dodatkowych stref czasowych w Indiach. Spotkania więc wypadają na różne dziwne godziny, zdarza się, że osoba po drugiej stronie globu zasypia podczas rozmowy, są problemy z odbiorem, echem i opóźnieniami, każdy mówi z jakimś łatwiejszym lub trudniejszym do zrozumienia akcentem, używa innych słów do opisu tej samej rzeczy, a przy projekcie pracuje tyle osób, że pół dnia schodzi na ganianiu dziesiątek e-maili, bo kilka projektów jest połączonych i często nie wiadomo, który kawałek do kogo należy. Kierowniczka zespołu mojego kawałka jest bardzo zorganizowana i kompetentna, ale i tak jest trudno. Czasem zastanawiam się, jak to jest możliwe, że cokolwiek udaje się zrobić, i że taka metoda jest tańsza (?), niż zatrudnianie mniejszego, ale miejscowego zespołu.

17:20, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »

Biegunka umysłowa polega na tym, że w momencie kiedy osoba budzi się ze snu, jej umysł zalewa masa częściowych lub gotowych uporządkowanych rozwiązań do konkretnych problemów lub zadań, nad którymi dana osoba pracuje. Umysł, układający sobie różne kawałki układanki za kulisami i najwyraźniej w czasie snu, w momencie obudzenia po prostu wylewa wnioski i wyniki niczym drukarka włączona po nocy nieaktywności, która nazbierała zlecenia wydruków z całej doby a może nawet i tygodnia, a na dodatek wypluwa je w takim tempie, że człowiek nie wie, czy ma łapać za kartkę i długopis, czy po prostu mieć nadzieję, że za kolejne dwie godziny będzie to nadal pamiętał. Ja wiem, że to jest bardzo brzydkie porównanie, ale intensywność tego doświadczenia przypomina mi dokładnie TO.

Odkąd pracuję nad nowym projektem, zjawisko to napada mnie często. Na dodatek miewam częste "objawienia" w najmniej spodziewanych momentach dnia, najczęściej w czasie wolnym od pracy, czyli w weekendy. Muszę przyznać, że choć bywa to męczące, wdzięczna jestem, że moja szara masa tak kapitalnie ułatwia mi życie.

01:17, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2015

Przyjechałam do fabryki przed czasem. Mój kontakt nie jest jeszcze gotowy. Nic, myślę, zajdę sobie do pokoju konferencyjnego i poczekam, popracuję - w końcu po to mam identyfikator z paskiem magnetycznym do otwierania drzwi.

Pierwsze, zewnętrzne drzwi otwierają się bez oporu po przejechaniu kartą. Drugie, wewnętrzne, ani rusz. Nic, myślę, usiądę sobie spokojnie w poczekalni i zaczekam. Wyciągam lapka i zaczynam pracować. 

Byłam akurat w połowie jabłka, kiedy przez drzwi frontowe weszło dwóch ochroniarzy. Nie było żadnych wątpliwości, że przyszli po mnie. Ani, że wiedzieli dokładnie gdzie jestem i kim jestem. Mówią, że moja karta wygasła. Parę słów wyjaśnienia, podaję im nazwisko mojego kontaktu. Z telefonu na stoliku, zaraz przy moim lewym łokciu, dzwonią do głownej siedziby ochrony sprawę wyjaśniać. Mój kontakt już został poinformowany, ma do mnie dołączyć za parę minut. Moja karta zostaje ponownie uaktywniona. Panowie ochroniarze uznają, że mogą mnie bezpiecznie pozostawić samej sobie do czasu przybycia mojego kontaktu i wychodzą.

Kończę jeść drugą połowę jabłka. Wstaję, wyrzucam ogryzek. Z braku jakiejkolwiek serwetki oblizuję palce. Przy moim lewym łokciu dzwoni telefon. Patrzę na dzwoniący aparat. Nie, nie będę go odbierać, przecież ja tu nie pracuję. Pewnie był do tych ochroniarzy, co tu byli. Ale on uparcie dzwoni. Zaczynam mieć przeczucie, że ten telefon jest do mnie... Odbieram, z wahaniem, przedstawiając się z imienia i nazwiska.

"Jeśli chcesz umyć ręce, to łazienka jest z tyłu za rogiem."

02:52, anetacuse , Praca
Link Komentarze (2) »
piątek, 21 sierpnia 2015

Motywem wspólnym moich podróży służbowych w ostatnich 4 miesiącach jest to, że latam, a przez to przypadają mi w udziale różne nieludzkie godziny, w których wychodzę bądź wracam do domu. Drugą wspólną cechą jest poważne niedosypianie podczas tych podróży, spowodowane ogarniającą mnie bezsennością, przeważnie w noc przed wylotem, potem w pierwszą noc w nowym miejscu. Trzecią, że rozstraja mi się pies i przestaje chodzić na spacery, przez co rozregulowuje mu się grafik łazienkowy, co z kolei powoduje problemy. Ma po prostu nadzieję, że jeśli nie opuści domu ani na chwilę, to uda mu się mnie przydybać skradającą się z powrotem - czy coś w tym rodzaju. Po czwarte - jak nie urok to sraczka jeśli chodzi o latanie na czas. Chwilami z nostalgią myślę o swoich dojazdach samochodem do Nowego Jorku, bo one przynajmniej były przewidywalne.

Mimo to lubię latać. Można poczytać, popracować, pogapić się na to i owo. Szkoda tylko, że w samolotach przeważnie nie udaje mi się pospać, chyba że naprawdę już padam z nóg.

18:46, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 sierpnia 2015

Jak niektórzy może pamiętają, od maja rezyduję w nowym biurze w obrębie miasta Syracuse, w przeciwieństwie do malowniczej nieco oddalonej wioski i łąkowych wzgórz mojej poprzedniej pracy. Dojazd jest bardzo prędki autostradą, może ze 13 minut. Lokalizacja w rejonie przemysłowym, otoczonym autostradami i szosami, żadne tam centrum miasta czy chodniki. Piechotą nie można zajść nigdzie, ale dojazd do pracy krótki.

Ponieważ znowu mamy w pracy zawody sportowe, walka o każdą milę robi się dość zacięta. Zaczęłam więc biegać (czy raczej pobiegiwać, rezultaty mierne jak do tej pory w stosunku do założonego planu), więcej chodzę, nadal uprawiam jogę, kajakuję, a wszystko to przekłada się na mile w.g. ustalonych przeliczników. Ostatnio wpadłam na "genialny" pomysł dojazdu do pracy rowerem. Niedaleko niby, niecałe 8-9 mil w jedną stronę w zależność od trasy. Ponieważ dojazdy rowerem w Syracuse już przerabiałam ponad dekadę temu, żeby sobie ułatwić życie wymieniłam swoją górską brykę na rower miejski o cieńszych oponach, z błotnikami i bagażnikiem, a nawet lusterkiem. Proszę bardzo:

Pierwsze dwa razy pojechałam tylko w jedną stronę - do pracy, a w drodze powrotnej odebrał mnie mąż. Wczoraj przyjechałam do pracy samochodem z rowerem na bagażniku, wróciłam do domu na rowerze, dziś rano przyjechałam do pracy rowerem, a wrócę samochodem.

Dojazd do pracy rano jest pół biedy i zajmuje 43 minuty, choć dziś wypróbowałam nową trasę, która była przyjemniejsza, o prawie milę krótsza i zajęła 35 minut. Droga powrotna natomiast to samobójstwo. W powodu torów kolejowych są tylko dwie opcje dojazdu do pracy (trzecią jest autostrada) i żadna nie jest łatwa. Są trudne skrzyżowania, wjazdy i zjazdy na autostradę, wielopasmówki, szosy o szybkim ruchu, a oczywiście wszystkie skręty w prawo w drodze do pracy stają się skomplikowanymi skrętami w lewo w drodze powrotnej. O piątej po południu jest nie tylko godzina szczytu, ale kierowcy są zmęczeni i poirytowani, głodni, jest im gorąco, spieszą się, są nieuważni. To nie jest miasto przyjazne rowerzystom, chodników często brak, ścieżek rowerowych jak na lekarstwo, a kierowcy ogólnie są wrodzy w stosunku do rowerzystów. Pukam się w głowę, czy to w ogóle był dobry pomysł i analizuję mapy Google z punktu widzenia mitygacji ryzyka wybranej trasy. Dzisiejszy dojazd był naprawdę fajny i bezpieczny, gdyby tylko droga powrotna okazała się podobna. No ale to do wypróbowania innym razem, pewnie w przyszłym tygodniu.

Oczywiście dojazd do pracy rowerem wymaga dodatkowej logiki dotyczącej lunchu i ubrań, jak również służbowego laptopa, z którym się normalnie nie rozstaję. Na początku pakowałam wszystko na bagażnik, teraz zostawiam laptop w pracy. Jeśli kombinuję z samochodem, to mogę przywieźć ciuchy na dwa dni i dojeżdżać bez ładunku. Wszystko da się zrobić, tylko trzeba trochę dobrej woli.

17:31, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 22 czerwca 2015

W ostatnich 6-ciu tygodniach moje życie bardzo przyspieszyło.

W pierwszym tygodniu maja byłam w Greenville w Południowej Karoline, gdzie moja firma organizowała konferencję. Każdą minutę intesywnego tygodnia spędzałam z klientami.

W drugim tygodniu maja byłam w Texasie, gdzie prowadziłam szkolenie i robiłam analizę systemu dla firmy wydobywającej ropę i gaz. Tam również każdą minutę spędzałam z klientem mając czas tylko na sen, i to krótki.

Trzeci tydzień maja znów spędziłam w Greenville w Południowej Karolinie, gdzie obserwowałam i asystowałam przy szkoleniu, po to, aby móc prowadzić własne. Mieszkałam u koleżanki z pracy, więc znów prawie cały czas byłam wsród ludzi.

Po powrocie do domu był długi weekend, więc natychmiast spakowaliśmy się ze zwierzakami i pojechaliśmy na pierwszy w sezonie biwak nad jezioro Keuka. Pogoda była piękna.

Po powrocie z biwaku - w ostatni tydzień maja - mogłam wreszcie pojechać do naszego nowootwartego biura, w którym jeszcze nie miałam okazji pracować, bo byłam w terenie. Był to tydzień oficjalnego otwarcia, więc zjechali do miasta wszyscy trzej partnerzy i każdy wieczór był spędzany wspólnie. W środę była oficjalna gala otwarcia.  Co tu dużo mówić: maj był niesamowicie ekscytujący i bardzo męczący. 

Pierwsze dwa tygodnie czerwca spędziłam cicho w biurze czekając na opadnięcie wielkiej kuli, z niecierpliwieniem odliczając. Dwa ciche tygodnie w biurze zdążyły wpędzić mnie w depresję, ale zdążyłam zaliczyć jeden biwak weekendowy i jeden czterodniowy - tuż przed rozpoczęciem nowego projektu. Długi weekend w lesie, moje urodziny, a natychmiast potem wielkie otwarcie projektu. Mojego projektu. Fabryki soku.

Czekałam na ten moment 10 lat, ale się doczekałam: w końcu mam własny projekt. Z pustego nie nalejesz, a do tej pory pracowałam nad wielkimi projektami zarządzanymi przez kogoś innego. Przez następne 9 miesięcy będę wdrażać, w większości samodzielnie, system zarządzania kapitałem u największego producenta soku pamarańczowego w Stanach Zjednoczonych: 2 fabryki na Florydzie, jedna w Kalifornii i hurtownia/centrum dystrybucji w New Jersey. Główna fabryka jest ogromna, ma własną elektrownię, oczyszczalnię ścieków i kolei. Jest to ogromne przedsięwzięcie, któremu mam nadzieję podołać. Jak na początek mój odpowiednik ze strony klienta jest bardzo utalentowanym inżynierem urodzonym i wychowanym w Polsce. Zupełny przypadek, ale jakże sympatyczny.

To teraz już wiecie, czemu ostatnio nie piszę. Mam bardzo dużo do napisania, tylko po prostu nie mam kiedy!

23:17, anetacuse , Praca
Link Komentarze (8) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
statystyka