Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Kajakarstwo

wtorek, 11 sierpnia 2015

A właściwie przede wszystkim morświny. Kolejny wypad do Les Escumins, a dokładniej reserwatu Indian plemienia Essipit w kanadyjskiej prowincji Quebec był owocny.

P.S. Wszystkie trzy filmy są mojego autorstwa nagrane iPhone 6.

poniedziałek, 29 września 2014

Znaczną część dzisiejszej niedzieli spędziłam zwisając głową w dół z kajaka w jeziorze Oneida. Z asystą męża i kumpla z klubu kajakowego uczyłam się eskimoski. Ich asysta polegała przede wszystkim na stawianiu mojego kajaka do pionu ilekroć schrzaniłam "wstańkę" (czyli w większości przypadków), oszczędzając mi tym samym każorazowego wypadania z kajaka, wylewania wody i ponownego wsiadania. Otrzymałam też pomoc od strony technicznej, gdyż kumpel nie tylko sam umie, ale jest dobry w uczeniu innych.

Pogoda była cudownie słoneczna i ciepła, zupełnie letnia, a i woda jak na tę porę roku była nadal w miarę ciepła. Niemniej jednak po tak wielu próbach nabierania nowej "ciepłej" wody w neoprenową koszulę, byłam zziębnięta do szpiku kości i tak się trzęsłam, że mało nie odgryzłam sobie języka. Wg. moich instruktorów, samodzielnie udało mi się wstać dwa razy. Niestety po wielu nieudanych próbach i powtarzaniu kombinacji starych i nowych błędów, byłam zbyt zmęczona, aby udane "wstańki" utrwalić i ponowić: były przypadkowymi trafami wśród wielu, wielu w większości spartaczonych prób. Tak więc nie mogę powiedzieć, że się eskimoski nauczyłam, ale wiem, że jestem stosunkowo blisko sukcesu. Doskonale rozumiem w czym problem, ale samo rozumienie nie pomaga w udoskonaleniu manewru i eliminacji błędów. Tylko praktyka pomoże, a sezon niestety się kończy. Druga sesja za tydzień.

Poza eskimoską, przepłynęliśmy ponad 11 mil, ja z użyciem drewnianego wiosła grenlandzkiego. Wrażenia miałam mieszane, ale to temat na inny wpis.

poniedziałek, 30 czerwca 2014

Wróciliśmy z krótkiego wypadu nad rzekę Św. Wawrzyńca. Biwakowaliśmy z przyczepą i całym szczekającym i skrzeczącym inwentarzem w parku stanowym Kring Point State Park w regionie Tysiąca Wysp (1000 Islands). Park mnie urzekł przepięknym położeniem na wąskim półwyspie, z którego po jednej stronie jest widok na rzekę Św. Wawrzyńca, a po drugiej na zatokę Goose Bay. Jednym słowem, gdzie by nie spojrzeć, tam pięknie. Półwysep, jak większość brzegu i wysep przy Św. Wawrzyńcu charakteryzuje się skalnym podłożem przeplatanym z trawą i drzewami. Park ma plażę, łazienki i prysznice, miejsce do wodowania i plac zabaw. Jedyną wadą tego czarującego miejsca jest zagęszczenie kempingujących i otwarta przestrzeń. Wiele parków stanowych Nowego Jorku zapewnia olesione, daleko od siebie położone i spore poletka kempingowe. W tym przypadku, kemping jest bardziej na terenie otwartym i wydaje się bardziej "na kupie." Niemniej jednak dla takiego widoku i atmosfery absolutnie warto tam pojechać nawet jeśli jest trochę gęsto. Na pewno tam wrócę.

Rzeka Św. Wawrzyńca, do której mam należyty respekt z racji kilku przygód wielkiego kalibru (niesamowite 1 i 2 oraz straszne), jest jednym z moich ulubionych miejsc do kajakowania. Po latach pływania odkryłam, że kajakowanie bez żadnych przeciwności po płaskiej bezpiecznej wodzie mnie nudzi. Lubię kiedy jest wiatr, fale, motorówki, kiedy jest trudno i daleko. Zamiast unikać wymagających warunków, teraz ich szukam. Oczywiście bez przesady, bo droga od trudnych warunków do niebezpiecznych jest bardzo krótka.

Kring Point oferuje dwie opcje do pływania: kiedy jest zbyt wietrznie można pływać po osłoniętej zatoce, a kiedy nie jest - po rzece Św. Wawrzyńca. Na rzece nigdy nie jest spokojnie, nawet kiedy nie wieje. Pływają tamtędy ogromne tankowce, statki wycieczkowe i setki motorówek. Z racji gęsto rozsianych ponad tysiąca małych wysepek, fale od kilwatera odbijają się od nich w każdym kierunku od i do brzegu i powrotem, co powoduje gwałtowne i nieprzewidywalne rotacje wody niczym w pralce. Jeśli jeszcze zaczyna wiać, kajak pokonuje nie tylko odległości w poziomie, ale też znaczne odległości w pionie. Nie ma wątpliwości, że rzeka Św. Wawrzyńca jest niebezpiecznym miejscem dla kajakarzy, jest jednak urzekająco piękna i stanowi świetne pole treningowe.

W sobotę dołączył do nas kolega od wojaży niebezpiecznych i długodystansowych (beczkę soli z nim zjedliśmy kajakując) i popłynęliśmy na 20-to milowy spływ rzeką. Było cudownie, aczkolwiek tak niemożebnie gorąco, że w pewnym momencie myślałam, że przyjdzie mi ćwiczyć rzyganie z kajaka. Szczęśliwie obyło się bez, choć osobiście byłam ciekawa wypróbowania mojego planu taktycznego opracowanego specjalnie na taką okazję.

Zwierzęta na czas spływu zostały w przyczepie, zamknięte z dwoma otwartymi oknami i dachowym lufcikiem i włączonym wiatrakiem. System sprawdził się znakomicie, w przyczepie była bardzo przyzwoita temperatura. To m.in. po to nabyliśmy tę przyczepę: żeby móc spontanicznie pojechać na krótki wypad nie musząc zaklepywać osób opiekujących się zwierzakami i potem ich odwozić i odbierać ORAZ mieć możliwość kajakowania w ciągu dnia, zamiast siedzenia plackiem na miejscu, bo nie ma jak zostawić zwięrząt. Zarówno pies jak i papuga zaklimatyzowały się znakomicie i były wyluzowane. My też.

Żal było wracać do domu, zwłaszcza w taki piękny dzień, no ale następny wypad już w czwartek: będzie święto niepodległości i długi weekend.

poniedziałek, 16 czerwca 2014

Spędziliśmy kolejny weekend na biwaku, tym razem w górach Adirondack (lokalnie zwanych skrótowo ADK) z klubem kajakowym. Wszystkie prognozy pogody zawiodły - jak zwykle. Miało być ciepło i słonecznie. Było deszczowo (piątek), pochmurnie, wietrznie i bardzo zimno (sobota), pięknie i słonecznie (niedziela - dzień powrotu do domu oczywiście). 

Przyczepa sprawiła się znakomicie. Było nam ciepło i sucho. Papug niestety nie mógł cieszyć się świeżym powietrzem, bo było za zimno, musiał więc spędzać czas pomiędzy samochodem a przyczepą. Psa na ten weekend oddaliśmy, co wyszło wszystkim na zdrowie, bo on nie cierpi deszczu.

Spływ w sobotę był z tych adrenalinowych. Podczas przepływu przez jezioro Sacandaga mieliśmy bardzo wzburzone fale, tym większe im bardziej oddalaliśmy się od brzegu początkowego płynąc z wiatrem. Wiatr był najpierw z boku, potem z tyłu. Zaczęliśmy surfować na pograniczu szybkości niebezpiecznych (fala zawsze próbuje "przestawić" kajak równolegle, czyli bokiem do fali, co grozi wywrotką). W pewnym momencie miałam cały dziób pod wodą i płynęłam niczym ledwie kontrolowana torpeda, używając pióra wiosła po lewej jako steru/hamulca przeciw siłom niosącej mnie fali, z takim przechyłem że całe lewe przedramię miałam w wodzie. GPS pokazał 6.7 mili na godzinę. Niedługo później jeden z naszych miał wywrotkę tuż przy przeciwległym brzegu. Miał długi wyścigowy kajak, którego nie był w stanie w pełni kontrolować. Nie mogliśmy mu pomóc, a on nie dał rady znowu wystartować naprzeciw falom przyboju. Jeden z miejscowych podwiózł go do kempingu po samochód, a my ruszyliśmy dalej. Dużo później spotkaliśmy się z nim na innej odnodze spływu, gdyż wystartował jeszcze raz z innego - dużo bezpieczniejszego - miejsca. Spływ ucięliśmy krótko, tylko ponad 10 mil. Mimo to na drugi dzień bolały mnie wszystkie możliwe mięśnie od pasa wzwyż.

Wieczorem obchodziliśmy moje urodziny butelką wódki Belvedere zagryzanej plasterkami cytryny maczanymi w cukrze (lemon drop shots). Wódka smakowała wszystkim niesamowicie i butelka rozeszła się niezwykle szybko.

Kolejny wypad, tym razem nad rzekę Św. Wawrzyńca, już za dwa tygodnie.

niedziela, 11 maja 2014
niedziela, 13 kwietnia 2014

Jeziora już prawie odmrożone. Na zdjęciu bezpośrednio poniżej - sieczka z odłamków lodu. Pływa się przez to jakby się pływało przez morze rozbitego szkła: woda jest gęsta, a odłamki wydają chrzęszcząco-dzwoniący dźwięk. Poza tym, naprzemienne masy powietrza gorącego i zamrażarkowo lodowatego - bardzo ciekawe doświadczenie.

Odnośnie ubrania na takie okazje: zawsze należy się ubierać pod kątem temperatury wody, a nie temperatury powietrza, co przeważnie oznacza przegrzanie się podczas wyprawy, co mimo wszystko jest lepsze od wpadnięcia do wody nieodpowiednio ubranemu, co grozi śmiercią przez hipotermię. Przy temperaturze wody minimalnie powyżej zera, najlepszym wyjściem jest suchy kombinezon.

Jezioro Oneida, 10.7 mil.

środa, 12 października 2011

Znacie przypowiastkę o chłopie, co to postanowił odzwyczaić konia od jedzenia, żeby zaoszczędzić na paszy? Już prawie mu się udało, ale koń zdechł.

Trzeci tydzień praktyk na Wonder Woman. Praca i dom pod kontrolą, obiady, projekt kompostnika w toku, siłownia 5-6 razy w tygodniu. Coraz lepiej mi idzie: śpię lepiej, mam więcej energii, rozlane przylądki ciała powoli cofają się wgłąb głównego lądu. Coraz więcej "Yes, I can." W sobotę osiągnęłam swój nowy rekord kajakowy: przepłynęłam 22.19 mil na rzece Św. Wawrzyńca z parku Cedar Point State Park wokół wyspy Grindstone Island i z powrotem. Wprawdzie niechcący kilkakrotnie przekroczyliśmy granicę do Kanady, co się mogło bardzo źle skończyć jakby nas złapał patrol graniczny, ale nie złapał. Następnym razem zabierzemy paszporty. Wyspa Grindstone to ta po prawej, a punkt 'A' to punkt początkowy i końcowy:

Grindstone Island

No więc kiedy już wszystko zaczęło tak dobrze iść, to... koń zdechł. Znaczy się, przeziębiłam się porządnie i zostałam Whiny Woman, która nie nadaje się do niczego. Tylko sobie pogratulować.

- Niedoszła Wonder Woman

piątek, 17 czerwca 2011

Wczoraj wybraliśmy się na nocny spływ kajakowy przy pełni księżyca (moon kayaking, czyli moonyaking). Udało nam się zobaczyć zarówno zachód słońca jak i wschód księżyca. Księżyc był ogromny i jasno widoczny, tafla jeziora jak lustro, magiczna cisza, przytulne światła z przybrzeżnych domów i cichy chlupot naruszanej wiosłami wody. Sunąc płynnie przez taflę pomyślałam, że tylko dla takiego momentu warto się było urodzić.

sobota, 28 maja 2011
poniedziałek, 31 stycznia 2011

Siedzę i myślę jakby tu przymocować płozy do kajakowej floty ;).

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 10
statystyka