Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Technologia

niedziela, 24 stycznia 2016

Jako dorosła osoba "na swoim" nigdy nie miałam telefonu stacjonarnego. Kiedy wyszłam za mąż, w naszym wspólnym domu były tylko jego komórka i jej komórka. Kiedy nadeszły smartfony, nie byłam w pierwszej, ani nawet drugiej fali kupujących. Wydał mi się to zakup zbędny, niepotrzebny wydatek. 

W tym 2010 zmieniłam pracę i dostałam służbowe Blackberry i oczywiście biurowy telefon stacjonarny VoIP. Na froncie prywatnym zamieniliśmy głupie telefony na smarfony na platformie Androida. Po roku z nich zrezygnowaliśmy na rzecz głupiego telefonu, bo ja i tak nosiłam Blackberry, a mąż miał tableta, gdzie wszystko mógł robić na wi-fi w pracy i w domu. W 2014 firma zastąpiła moje Blackerry iPhonem 5s, wtedy nadal nosiłam dwa telefony: prywatny głupi i służbowy smartfon. IPhone podobał mi się, ale mało go używałam poza e-mailem, bo nie był mój.

Pod koniec 2014 znów zmieniłam pracę. Nowa firma praktykuje bardzo oszczędny model unikający zbędnych kosztów - przynosisz własny smartphone dowolnej platformy, a oni ci co miesiąc zwracają koszty, co sprowadza się do posiadania telefonu bez płacenia abonamentu, choć sam telefon trzeba kupić samemu. Biuro nie ma telefonów stacjonarnych, co ma sens, bo konsultanci najczęściej pracują w terenie i w biurze ich po prostu nie ma. Kupiłam więc iPhone 6, który nagle stał się nie tylko jedynym telefonem, jaki w ogóle posiadam, ale centrum tysiąca czynności prywatnych i służbowych, gdyż telefon służy mi jako:

  1. Telefon do rozmów prywatnych i służbowych oraz SMSów. W ostatnim czasie, w fazie testowania oprogramowania pomiędzy systemami, spędzam 2-5 godzin dziennie na konferencjach. Wprawdzie mogłabym część tych konferencji odbyć z użyciem audio PC, ale wtedy nie można pójść do łazienki czy odejść aby zrobić sobie kawę.
  2. E-mail
  3. Aparat fotograficzny
  4. Kamera video
  5. GPS. Zwłaszcza kiedy wyjeżdżam służbowo, montuję specjalny stelażyk w samochodzie i używam telefonu jako pilota.
  6. Skaner. Z odpowiednią aplikacją skany wychodzą b. dobrej jakości jako PDF.
  7. Dyktafon
  8. Notatnik
  9. Kalendarz
  10. Hotspot. W podróży podłączam laptopa do hotspota w telefonie i mam internet, mogę pracować wszędzie o ile jest zasięg komórki. Również w przypadku braku prądu o ile telefon jest naładowany.
  11. Narzędzie do monitorowania aktywności fizycznej i snu
  12. Narzędzie do zapisywania się na zajęcia jogi
  13. Portal bankowy - sprawdzanie wyciągów, depozyt czeków przez internet, wysyłanie pieniędzy
  14. Radio
  15. Stereo - można go podłączyć bezprzewodowo Bluetooth lub kablem do wszelakich głośników i słuchawek
  16. Regulator czasowy do parzenia kawy
  17. Instruktor jogi
  18. Okno do wszystkich portali społecznościowych
  19. Okno do aplikacji służbowych gdzie mam dostęp do wszelkich portali i plików
  20. Portal do czytania blogów
  21. Portal z wiadomościami
  22. Kanał do oglądania krótkich filmów gdziekolwiek jestem
  23. Meteorolog
  24. Pilot do telewizora
  25. Budzik, zwyle w podróży
  26. Bilet lotniczy, kiedy nie mam dostępu do drukarki - na lotnisku skanują mi kod z telefonu
  27. Agent podróżny - aplikacji linii lotniczych ułatwiają informowanie o zmianach w grafiku lotów
  28. Sklep do robienia najróżniejszych zakupów, najczęściej z aplikacji Amazona
  29. Informacja
  30. Biblioteka - dostęp do mojej lokalnej biblioteki z aplikacji telefonu umożliwia mi wypożyczanie elektronicznych książek audio i ebooków, chociaż ebooki tylko z telefonu wypożyczam, a potem wysyłam na Kindle. Telefon nie zastąpił i nigdy nie zastąpi mi czytnika z e-papierem. Jestem wierna swojemu Kindle Voyage i nigdzie się bez niego nie ruszam. Mam wprawdzie aplikację do czytania, mogę czytać zarówno książki z biblioteki jak i moje z konta Kindle, ale tego nie robię. Mąż używa audiobooków, ale przestał ich słuchać na telefonie, bo jak nie skończy słuchać na czas to mu książka znika z urządzenia w momencie przedawnienia terminu. W przypadku wrzucenia audiobooka na "głupie" urządzenie MP3, a ebooka na Kindle z wyłączonym wi-fi, książki można słuchać i czytać jak długo się chce.
  31. Miejsce spotkań ze znajomymi i rodziną "twarzą w twarz" za pomocą aplikacji FaceTime albo Skype, do rozmów i wiadomości również Viber
  32. Centrum rozrywki: łamigłówki typu Sudoku, puzzle, Scrabble - choć muszę przyznać, że gram bardzo bardzo rzadko
  33. Wiele innych drobniejszych funkcji

Telefon ma ponad rok i funkcjonuje bez zarzutu, nawet po kilku niefortunnych upadkach. Fakt, pod koniec intensywnego dnia ma zaledwie ok 30% baterii i musi być ładowany co noc, ale nie przestaje mnie zadziwiać ile może i ile wytrzymuje. W przypadku przegrzania, co zdarzyło mi się jak wystawiłam go za długo na słońcu podczas wielogodzinnego kajakowania i podczas słuchania muzyki w saunie, telefon sam się wyłącza chroniąc system i wyświetla się wiadomość, że system się znów włączy po ochłodzeniu. Jeśli chodzi o backupy, iCloud sprawdza się świetnie zwłaszcza jeśli wymienia się na nowy telefon lub sprowadza te same ustawienia na inny produkt Apple. Tak, jakbym go zgubiła lub niechcący unicestwiła, byłabym po prostu zgubiona, ale nie moje dane.

Ciekawe ile wytrzyma takie użytkowanie. Dwa lata? Trzy? Wiem tylko tyle, że po tak solidnych doświadczeniach z Apple nie miałabym odwagi przesiąść się na inną platformę.

Kilka moich ulubionych aplikacji:

  • Viber
  • Skype
  • FaceTime
  • TurboScan
  • Facebook
  • Pandora - radio internetowe
  • iTunes - również mają radio internetowe poza moją muzyką
  • Amazon
  • Amazon Music - idealny do słuchania muzyki Amazon Prime lub kupionej na Amazonie
  • Newsblur - prenumerator RSS gdzie czytam blogi
  • Gmail - lubię oddzielać gdzie czytam pocztę prywatną od poczty służbowej
piątek, 13 listopada 2015

Mamy dwa samochody VW TDI. Tak, dwa całkiem nowe, ale obecnie zniesławione brudne diesle. Odkąd wybuchł skandal z emisjami, nasza skrzynka na listy notorycznie zapełnia się korespondencją wokół tematu w natępujących kategoriach:

  • Listy od biur prawniczych z całego kraju: Nie czekaj na proces zbiorowy, pozwij już teraz. Dostań pieniądze, wyduś pieniądze, wyciśnij pieniądze teraz i indywidualnie. My ci pomożemy. Należy ci się. Jesteś ofiarą. Okłamali cię. Zemść się.
  • Listy od Volkswagena: Przepraszamy. Zawiedliśmy twoje zaufanie. Damy ci kasę i pomoc drogową na dwa lata za darmo. Możesz otworzyć kartę kredytową z załadowaną sumką pieniędzy. No i jeszcze wszyscy dostaną konkretną większą sumkę. Naprawimy, będzie dobrze.
  • Listy od dealerów samochodowych: Bosz, masz brudną cytrynę, ale my ci pomożemy to naprawić. Jeśli teraz kupisz od nas samochód, to dostaniesze niesamowity rabat a na dodatek odkupimy od ciebie tego brudasa. Pozbądź się brudasa już teraz, bo jest be.

Męczące to jest okrutnie, ale cóż. Ma się brudasa, kocha się brudasa, będzie się brudasem jeździć tak długo, aż nie padnie albo się nie znudzi.

Nie, że mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie. Obchodzi mnie środowisko, ocieplenie klimatu, oraz fakt, że ktoś zwyczajnie okłamał setki tysięcy ludzi dla zysku, bez sumiena i z pełną świadomością konsekwencji wypuszczenia takiego samochodu do użytku. Wielu ludzi - w tym ja - nie kupiłoby tego diesla gdyby prawda o emisjach była znana. Ale faktem jest, że jeśli go teraz sprzedam, nie zrobi to żadnej różnicy, bo będzie nim jeździł ktoś inny. Przynajmniej pali o niebo mniej od "czystych" monstrualnych SUV.

Jestem rozczarowana firmą VW, ale nadal kocham swój samochód. Za to wiem na pewno, że ten skandal zdecydowanie będzie miał wpływ na moje przyszłe zakupy samochodowe. 

środa, 04 lutego 2015

Pomiędzy nowym macbookiem, starym pecetem, starym zewnętrzym twardym dyskiem, nieuporządkowanymi tysiącami zdjęć rozsypanymi po komputerach, dyskach, pendrivach i płytach, oraz wiecznie rosnących stertach papierów upychanych w pękające w szwach teczki, doznałam w końcu olśnienia jak to wszystko ogarnąć. Zajmie mi to trochę życia, ale mam plan.

Na początek kupiłam nowy zewnętrzny twardy dysk 1TB. Porządkowanie odbędzie się w następujących etapach.

1. Dane z peceta: przeniosę na nowy twardy dysk sortując i wywalając. Na koniec pecet dostanie czystą instalkę.

2. Dane ze starego twardego dysku: przeniosę na nowy twardy dysk sortując i wywalając. Na koniec stary twardy dysk dostanie młotkiem.

3. Dane z pendriva: jak wyżej, ale pendrive ochdudzony z duplikatów pozostanie do bieżącego użytku.

4. Dane z płyt CD: skopiuję na nowy twardy dysk celem konsolidacji. Płyty pewnie zatrzymam.

5. Ściągnę rozsypane foty i ebooki z różnych serwisów, aby mieć je u siebie i razem.

6. Wielka szafka biurowa pełna papierowych dokumentów: po przejrzeniu nieaktualne dokumenty pójdą do niszczarki. Ważne dokumenty zostaną zeskanowane i wrzucone na twardy dysk i odpowiednio posegregowane. 

7. Foldery z ważnymi dokumentami w formie elektronicznej umieszczę również w chmurze, ale jeszcze nie wiem gdzie. Rozważam iCloud, Amazon Cloud, One Drive, Google Drive i Dropbox.

8. Jeszcze nie wiem gdzie zrobię backupy reszty, też dobrze byłoby w chmurze.

9. Kupię sejf wodo- i ogniodoporny, gdzie wsadzę ważne papierowe dokumenty + twardy dysk ze wszystkimi plikami elektronicznymi.

Jak myślicie, czy do 2020 się wyrobię?

wtorek, 06 stycznia 2015

Zacznę od tego, że absolutnie się nie nudzę, zwłaszcza nie przez ostatnie kilka miesięcy. Ba, mogę wręcz powiedzieć, że tak ciekawie nie działo się u mnie od lat. Niemniej jednak moja ostatnia decyzja wymiany domowego komputera z peceta na maca dostarczyła mi morza nowych atrakcji tak absorbujących, że uciekły mi godziny życia.

Swoje laptopy trzymam długo i jestem w tej chwili na trzecim. Pierwszym laptopem, po złożonym domowymi metodami jedynym desktopie 386, był Dell. Wytrzymał 6 lat i 8 miesięcy po czym odszedł śmiercią nagłą i chyba naturalną. Potem był (jest) Sony Vaio. Ten trochę szwankował od początku, to wiatrak do wymiany, to problem z ekranem, ale nadal chodzi po 5,5 latach - tyle, że jak mucha w smole. Specyfikacje ma niezłe i można by przeinstalować OS, ale mi się nie chce, bo to dużo roboty, kupa danych do przeniesienia, a hardware wiek swój ma i nie wiadomo ile pochodzi. Pomyślałam, że zamiast czekać aż się pecet znienacka przekręci, powinnam go wymienić już teraz.

Pomysł na maca zrodził się jakiś czas temu i ostatnim razem przegrał z "nie chce mi się" i "wszystkie oprogramowanie mam na Windows", oraz "jakie to cholerstwo drogie." Tym razem do decyzji przyczyniły się "a co mi szkodzi, jeszcze tego nie próbowałaś", "jakie oprogramowanie? - prawie wszystko jest w chmurze", oraz "SSD (solid state drive) też są drogie." Nie ukrywam, że posiadanie siatki asekuracyjnej w postaci starego Sony i służbowego peceta decyzję mi ułatwiło. W Nowy Rok przytachałam do domu MacBook Air 11 cali.

Kto kiedykolwiek przesiadał się z peceta na maca lub odwrotnie wie, że do przyjemności to nie należy. Coś jakby wypuścić rybkę na pustyni, albo wielbłąda do oceanu. Ja niefortunnie zaczęłam od (a jednak) oprogramowania finansowego, które okazało się bardzo mizerne w wersji na maca, a eksport danych i sortowanie bałaganu przyprawiło mnie o ból zębów i głowy. Po niecałych dwóch dniach odkryłam też, że wyjątkowo paskudnie pracuje mi się na tak małym ekranie. Całe szczęście sklep z elektroniką gdzie kupiłam sprzęt przyjął lekko użytego maca do wymiany na MacBook Air 13 cali. Uff.

Zaczynając wszystko od nowa już na 13-to calowym ekranie zaniechałam eksportu danych i skonfigurowałam oprogramowanie finansowe od zera jednocześnie ucząc się obsługiwać nową wersję na nowej platformie i odkrywając prymitywne niedociągnięcia i brak wielu funkcji w porównaniu z wersją na Windows. Stwierdziłam, że da się z tym żyć. Przeniosłam bibliotekę iTunes używając Migration Assistant bezpośredno pomiędzy mac'em a pecetem przez wi-fi, co skończyło się niezamierzoną instalacją nowego konta dla mojego użytkownika. Dzięki wujkowi Google znalazłam jednak metodę na obejście tego irytującego stanu rzeczy i cała muzyka znalazła się na właściwym koncie. Skonfigurowałam polską klawiaturę. Rozwiodłam się z mężem, tj. założyłam mu własne konto Apple, bo już i tak paprały nam się telefony i wszystkie dane pływały sobie bez ograniczeń z jednego telefonu na drugi, oraz przekierowywały się nam rozmowy z jednego na drugi jak telefony były blisko siebie. Im dłużej babrałam się w systemie, tym bardziej mi się podobał i w końcu z ulgą stwierdziłam, że to jednak była decyzja, której nie będę musiała żałować.

To, co najbardziej podoba mi się w jabłku to estetyka i ergonomia, fizyczna i psychiczna. Nie jest to logiczna lista rzeczy, ale takie psychiczne "feels right, feels good" - dobrze się na nim pracuje, wszystko wydaje się takie jak raz. No i trackpad po prostu wymiata - wszystko można załatwić bez odrywania palca.

P.S. Ha, właśnie odkryłam, że dylemat "jabłko" czy "pecet" ostatnim razem został przedstawiony tu na blogu do opinii czytelników: 

http://syracuse.blox.pl/2008/10/Czas-na-rozwod.html

czwartek, 15 maja 2014

Jest gorąco. Jest gorąco, więc nie sypiam. Nie sypiam, więc mam obniżoną odporność psychiczną na wszelkie wydarzenia "pod prąd." Jak na przykład dzisiaj. O szóstej rano. Odegrałam akt godny psychopaty. Histerycznego psychopaty. Był krzyk, wulgaryzmy i rzucanie ciężkimi przedmiotami. Zupełnie nie po mojemu. Kompletna trauma dla moich domowników, którzy na coś takiego nie zasłużyli, ani w niczym nie zawinili. Czy słusznie?

Poszło o fejsa. Mój szwagier ma tendencje samodestrukcyjne i zawsze wrzuca na fejsa i bloga kompletne kretynizmy, które lekką ręką mogą kosztować go robotę. Bez skutku od lat przemawiam mu do rozumu. Dziś rano otwieram fejsa na telefonie i widzę swoje zdjęcia z imprezy halloweenowej sprzed paru lat. Miałam świetne przebranie absolutnie nie nadające się do pokazywania nikomu oprócz garstki najbliższych przyjaciół i rodziny. No ale mój szwagier najwyraźniej tak nie myślał, bo wrzucił na fejsa i mnie otagował. I saw red to najlepsze angielskie określenie na to, jak na ten fakt zareagowałam. Zaczęłam widzieć na czerwono. Najpierw wysłałam mu maila "Untag my Halloween photos as soon as fucking possible." Wiem, sama mogę się odtagować, ale kto ma na to czas o szóstej rano? Potem go odfriendowałam, jako doraźna metoda aby moi znajomi nie widzieli tych zdjęć. Potem nastąpiło gwałtowne rozładowanie atmosferyczne (obyło się bez rannych) i nadszedł spokój. W międzyczasie odkryłam, że szwagier stworzył grupę "Rodzina" więc niewykluczone, że zna mnie na tyle i ograniczył te zdjęcia tylko do małej grupy osób w rodzinie, ale tego już nie miałam czasu dociekać. No i szwagier już nie był moim znajomym.

Zadzwoniłam do niego w drodze do pracy, ale nie odebrał. Też bym nie odebrała na jego miejscu, ludzie się mnie boją i mają rację. Zostawiłam mu wiadomość, że nie jestem wściekła, tylko nie chcę mieć tych zdjęć opublikowanych. Zanim dojechałam do pracy, napisał mi, że je wykasował.

Po raz kolejny myślę, o wypisaniu się z fejsa, ale to niczego nie rozwiąże. Ludzie nadal będą mogli wrzuciać jakiekolwiek moje zdjęcia, tylko ja o tym nie będę wiedzieć. Zdaje się, że można ustawić sobie profil, gdzie nikt cię nie może otagować, ale twoje zdjęcia i tak mogą siedzieć na czyimś profilu. Żyjemy w ciekawych czasach.

poniedziałek, 05 maja 2014

Mój kolega z pracy źle trafił w małżeństwie. Zaczęła zdradzać go żona. Po tym, kiedy sprawa wyszła, poszli na terapię i próbowali zacząć od nowa. Do czasu. W domu walał się stary iPhone, nie podłączony do sieci komórkowej, ale na domowym wi-fi. Oboje używali go do grania. Pewnego wieczora siedzieli razem w pokoju, każde robiło swoje. Żona na komputerze, kolega na telefonie. Zaczęły przychodzić powiadomienia na starym iPhonie. Kolega otwiera telefon i widzi, że żona nie wylogowała się ze swojego konta Facebooka. Patrzy, a ona wymienia wiadomości z kolejnym kochankiem. Na żywo, siedząc niecały metr od swojego męża, dyskutuje byłe i przyszłe zdrady. Nic nie powiedział, tylko poszedł na górę i zaczął robić zrzuty ekranu.

To był szybki i prosty rozwód, jak rzadko. Nie mieli dzieci. Kolega pozbierał się szybko, bo zdrada żony już nie była nowością, tylko powtórką.

Przewińmy niecałe 3 lata wprzód. Kolega znalazł nową miłość i ma rocznego syna. W lipcu biorą ślub. Ostatnio opowiadał nam, że jego narzeczona ma problemy z wagą po ciąży i jest na diecie. Oraz, że przydybał ją po pracy na parkingu restauracji Dunkin Donuts... za pomocą Find My Friends app na iPhone. Ona prowadzi zajęcia jogi wieczorem i do domu wraca późno. Oboje mają zainstalowaną tę aplikację, żeby wiedzieć kto gdzie jest. On mówi, że sprawdza, kiedy ona zaczyna jechać do domu, żeby skończyć majsterkowanie w garażu i przygotować obiad i tym sposobem widział, że zabawiła dość długo w placówce junk foodowej, do czego się nie przyznała. Pytam, czy nie wysałał jej SMSa z prośbą, żeby mu kupiła pączka...

Brrr...

poniedziałek, 23 września 2013

Sam(a) i za darmo. Tutaj: http://www.codecademy.com

Strona polecona przez Politykę z 21 listopada 2012 r. 

Fajnie jest zrobiona. Lekcje są przystępnie opisane i krótkie. Moża wybrać m.in. z JavaScript, HTML/CSS, PHP, Python, Ruby i API. Można uczyć się od podstaw, lub ćwiczyć znany już język. Po lewej jest panel z teorią i zadane ćwiczenie do teorii. Pośrodku pisze się kod. Wynik kodu można oglądać w okienku po prawej.

Nic tylko zamieniać blogowanie na kodowanie. Żartuję. Przecież można zjeść ciastko i mieć ciastko jeśli się naprawdę chce (no, może zjeść połowę, a drugą mieć).

poniedziałek, 09 września 2013

Kilka tygodni temu na dobre zirytowałam się pielgrzymkami nawiedzonych dietetowiczów nieustannie zostawiających komentarze pod moim wpisem nt. diety d r E.D. (sprzed prawie pięciu lat) opisujące w szczegółach ich dolegliwości, przypadłości i czynności fizjologiczne oraz proszące o porady jakbym była nie wiem jakim guru od głodzenia się. Statystyki pokazywały, że duża liczba przypadkowych osób wpada tu właśnie czytać o tej diecie, którą spróbowałam zastosować raz w życiu i po trzech dniach skapitulowałam. Doszłam do wniosku, że ciągły ruch pod wpisem mnie irytuje, a goście w ten sposób pozyskiwani nie są moją grupą docelową i sztucznie nabijają mi statystyki. Wszystkie związane z tematem wpisy więc wykasowałam. Ponieważ nie jestem w stanie stwierdzić ile osób zagląda tu regularnie, a ile przypadkowo, spodziewałam się drastycznego spadku w dziennych wizytach. Spadek ma się rozumieć był, ale nie aż tak drastyczny jak mi się zdawało. Czyli ktoś tu jednak zagląda i czyta nawet wtedy, kiedy jem (czyli zawsze). Dziękuję!

P.S. Byłoby mi miło, jakbyście od czasu do czasu wyszli z tej swojej szafy (tylko bez skojarzeń) i powiedzieli jakieś "hello" czy inne "cześć" :).

środa, 31 lipca 2013

Pod wpływem dyskusji u Wielbłądów, postanowiłam napisać notkę o swoim motywatorze: Fitbit Flex.

Fitbit Flex to maleńki (3x1cm) wodooporny gadżet noszony w lekkiej gumowej bransoletce i rejestrujący ilość przemierzanych dziennie kroków, dystans w milach oraz długość i jakość snu.

 Fot. web

 Fot. web

Fitbit różni się od krokomierza sprężynowego tym, że rejestruje inne formy ruchu niż tylko chód, np. jazdę rowerem, pływanie czy kajakowanie, choć w tych przypadkach nie jest w stanie prawidłowo ocenić przemierzonego dystansu. Fitbit kontroluje się za pomocą strony internetowej, gdzie można ustawić sobie dzienne cele (np. 10000 kroków, 30 minut intensywnej aktywności, ilość spalonych kalorii lub dystans). Fitbit synchronizuje się zdalnie z komputerem przy pomocy małego wtyku USB kiedy jest się pobliżu. Można go też synchronizować ze smartfonem za pomocą technologii Bluetooth. Na stronie internetowej wpisuje się swoją wagę, wzrost, płeć i wiek i na tej podstawie szacowana jest ilość spalanych kalorii. Strona internetowa ma też osobistą deskę rozdzielczą, która pokazuje status wszystkich pomiarów w odpowiednich kolorach na dany dzień.

Sam Fitbit ma niezwykle prosty interfejs: 5 światełek LED wielkości łepka od szpilki. Jedno światełko symbolizuje 20% osiągnietego dziennego celu, więc jeśli np. mamy ustawiony dzienny cel na 10000 kroków i chcemy zobaczyć, jak nam idzie, wystarczy postukać palcem w bransoletkę, a zapali nam się tyle światełek, ile procent osiągnęliśmy. Np. jeśli po postukaniu zapalą się dwie lampki a trzecia miga, to znaczy że 40% dziennych kroków już jest zaliczone, a kolejne 20% jest w trakcie. Kiedy natomiast cel osiągniemy, Fitbit zaczyna wibrować i błyskać światełkami jak szalony – wtedy wiadomo, że dzienny cel został osiągnięty.

Jeśli chcemy rejestrować sen, wystarczy postukać w Fitbit tyle razy, aż zacznie wibrować i światełka zmienią konfigurację. Wtedy cacko będzie liczyło ile minut zajęło nam zasnąć, ile razy się budzimy, oraz jak często przewracamy się z boku na bok, po czym poda nam wydajność snu w procentach. Po obudzeniu należy tryb nocny wyłączyć tym samym sposobem. Uwaga: Fitbit chyba nie nadaje się dla osób pracujących na budowie, gdyż wbijanie gwoździ non-stop aktywuje i de-aktywuje tryb snu.

Fitbit ma także funkcję budzenia, również ustawianą ze strony internetowej. Budzi wibrowaniem i nawet ma snooze, jeśli się funkcji używa razem z funkcją spania i po wibrowaniu alarmu nie wyłączy się trybu snu. Gadżet zakłada, że zaspaliśmy i będzie wibrował ponownie.

Fitbit zaleca się nosić na niedominującej ręce, choć jeśli się go nosi na dominującej, to można to sobie zaznaczyć w ustawieniach. Domyślam się, że wtedy obliczenia dokonywane są trochę inaczej biorąc pod uwagę nadaktywność dominującej dłoni.

Wykresy snu i aktywności fizycznej można monitorować na stronie na wszelkich grafach. Fitbit raz w tygodniu wysyła e-mail z raportem za minione 7 dni. Jeśli osiągnie się coś większego, dostaje się odznaki, np. odznaka za przejście 15 tys kroków dziennie. Fitbitować można się samemu lub z przyjaciółmi, którzy mają Fitbita. Na stronie można też prowadzić dziennik dotyczący wagi czy spożytych posiłków z przeliczeniem na kalorie, ale sama tej funkcji nie używam.

Fitbit trzeba ładować raz na 5 dni za pomocą malutkiego kabla USB z korytkiem na końcu, w które wciska się Fitbit po wyjęciu z bransoletki.

Fitbit faktycznie motywuje, bo człowiek sprawdza lampki i czeka jak pies Pawłowa na zwycięskie wibracje, które zwykle zaskakują w najmniej oczekiwanym momencie.

Cena: $99.95
(ponoć w Polsce dużo drożej)

Zalety:

  • Lekki
  • Wodooporny
  • Długo trzyma ładowanie
  • Prosty w obsłudze

Wady:

  • Bezużyteczny bez komputera i internetu (lub smartfona)
  • Nasze dane osobowe trzymane są w chmurze – kwestia prywatności
  • Kolejny gadżet do pilnowania, ładowania i pamiętania gdzie są kable
  • Fitbit w bransoletce zaparowuje od wody i potu i trzeba go wyjmować i suszyć, podobnie
    jak wnętrze bransoletki (tzn. tylko jeśli nam to przeszkadza)
środa, 03 lipca 2013

Wiele lat temu porzuciłam obiecująco zapowiadający się blog imigracyjny Polityki, bo nie był odpowienio moderowany i regularnie mieszano tam ludzi z błotem, zarówno autorów jak i komentujących. Założyłam własny blog, nad którym mam kontrolę i gdzie nie toleruję chamstwa. Niestety internet roi się od chamstwa i trolli, bo jakże łatwo jest komuś wpierdolić anonimowo. Dziś przeczytałam, że pewnej grupie pań w końcu się to znudziło i zamierzają z tym walczyć. Bardzo akcję popieram i mam nadzieję, że posłuży ona jako przykład innym portalom a także prywatnym blogom. Nie obrażajmy i nie pozwalajmy innym obrażać autorów i czytelników.

Zapraszam do lektury Komentarze na śmietnik.

 
1 , 2
statystyka