Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA

Minimalizm i ekologia

poniedziałek, 30 listopada 2015

Miałam piękną suknię ślubną w kolorze ecru. Klasyczna, w stylu disneyowskich księżniczek, kupiona w Polsce i wieziona osobiście tysiące mil za ocean. Prezent od ukochanego dziadka. W ostatni dzień tego roku stuknie nam 11. rocznia ślubu, możecie więc sobie wyobrazić jak ostatnie 11 lat spędziła owa suknia: wisząc na ostatnim wieszaku bardzo długiej szafy, opatulona w folię.

Ponieważ od jakiegoś czasu pozbywam się rzeczy nieużywanych, jakby na to nie patrzeć raz użyta suknia ślubna jest nieużywana. Jej misja życiowa została spełniona: ktoś założył ją do ślubu. Nawet jakby przyszło mi ponownie wyjść za mąż, żadna kobieta nie założyłaby tej samej sukni. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co też z nią zrobić: wyrzucić szkoda, bo jest piękna; sprzedać - kto kupuje używane suknie; oddać? Wiem, że zwykle suknie zabiera się do pralni chemicznej, po czym się je pakuje do pudełka na pamiątkę, ale trzymanie rzeczy "na pamiątkę" nie jest w moim stylu. Zastanawiałam się nad wyczyszczeniem jej i wystawieniem na eBay za niewielkie pieniądze - a nuż pomogłabym jakieś marzycielce bez funduszy.

Problem rozwiązał się sam, choć do końca nie wiem, co o tym myśleć. Poszłam dziś z latarką nurkować w szafie w poszukiwaniu zaginionego paska męża i tym sposobem odkryłam, że suknia nabawiła się rozległych rdzawych plam na całą długość przodu - wiele pasm od talii do samego dołu. Plam litych, długich, wypełniających i ukazujących fakturę materiału. Nie mam pojęcia jak tam się znalazły, ani skąd, ani dlaczego, ale oczywistym było, że suknia jest nie do odratowania. Wobec takiego odkrycia mogłam ją z czystym sumieniem wyrzucić, razem z dość obszernymi akcesoriami jak halka z metalowym stelażem i welon.

Częściowo czuję ulgę, bo nie uśmiechało mi się papranie się w ogłaszanie i sprzedawanie, a potem wysyłkę, sukni. Częściowo czuję żal, bo naprawdę była piękna i tak zwyczajnie tylko raz użyta idzie teraz na śmietnik. Aby sobie polepszyć samopoczucie nad niespodziewaną rozłąką z przedmiotem, do którego czuję większy od przeciętnego sentyment, niniejszym opisałam historię sukni ślubnej tutaj, po czym mogę ją puścić w świat jak dmuchawiec.

A co Wy zrobiłyście ze swoimi sukniami ślubnymi?

środa, 25 listopada 2015

Pisałam niedawno o książce Magia sprzątania i mam kilka punktów do dodania.

Po pierwsze, nie zgadzam się z autorką, że metoda porządkowania to "wszystko albo nic" i musi być zrobiona na raz. Pewnie, lepiej na raz niż na raty, ale w moim przypadku "na raty" się sprawdza. Pozbywanie się nadmiaru na raty pozwala mi na (1) przemyślenie czy i jak się czegoś pozbyć, (2) znalezienie odpowiedniej drogi do "jak", czyli najlepiej ekologicznie a nie bezmyślnie wyrzucając, (3) uporządkowanie spraw, które bywają czasochłonne, (4) zrealizowanie spraw pozostawionych "na kiedyś."

Autorka pisze, że sterta rzeczy "na kiedyś" powinna być wyrzucona, bo kiedyś znaczy nigdy. Ja podchodzę do sprawy inaczej: skoro coś ileś tam lat trzymałam, bo chciałam kiedyś przeczytać czy użyć, to znaczy że kiedyś nie zawsze znaczy nigdy, tylko czasem znaczy "teraz." Pozbywanie się rzeczy zostawionych "na kiedyś" w moim przypadku wygląda tak, że albo decyduję, że faktycznie nie jestem wystarczająco czymś zainteresowana żeby to "kiedyś" nastąpiło i wtedy się tej rzeczy pozbywam, albo biorę się teraz do zużycia - najczęściej przeczytania - a potem już z czystym sumieniem mogę tej rzeczy się pozbyć, bo ją skonsumowałam  - "kiedyś" wreszcie nastąpiło.

Odkąd przeczytałam tę książkę, jest mi dużo łatwiej podejmować decyzje odnośnie wielu przedmiotów w moim życiu. Muszę przyznać, że odkąd trzy lata temu "odkryłam", że nie muszę trzymać stert nazbieranych przez lata przedmiotów, które niczemu nie służą lub których nie lubię, żyje mi się coraz łatwiej. Te przedmioty były dla mnie wcześniej niewidzialne - są to są, trzeba przełożyć z miejsca na miejsce żeby zetrzeć kurz. Jakoś nigdy samej nie przyszło mi do głowy, żeby droga rzeczy wiodąca do mojego domu była dwukierunkowa.

poniedziałek, 14 września 2015

Weekend spędziłam na wypełnianiu misji podjętej prawie trzy lata temu: pozbywaniu się balastu. Nie jest to bynajmniej nowy trend, tylko długoterminowy plan, który idzie mi powoli i falami. Od dawna zamierzałam opróżnić kuchnię ze wszystkiego czego nie używam lub nie potrzebuję. Było tego kilogramy. Uporządkowałam też szuflady z tysiącami poplątanych kabli, wszystkie pokompletowałam i wyizolowałam nieużywane urządzenia. Na sąsiedzki portal społecznościowy wrzuciłam ogłoszenie ze zdjęciem wszystkich kuchennych dobroci i listą; poszczególną elektronikę sfotografowałam i opisałam, po czym wrzuciłam ogłoszenia na Craigslist. Czego nie rozdałam sąsiadom w weekend, w niedzielę wieczorem zawiozłam do punktu odbioru Rescue Mission, organizacji charytatywnej. 

Taki produktywny weekend, dlaczego syzyfowa praca?

Kupienie nowego gadżetu zajmuje 60 sekund. Na Amazonie. Osobiście trochę dłużej. Odpowiedzialne pozbycie się czegokolwiek, a za "odpowiedzialne" uważam nie wyrzucanie funkcjonalnych rzeczy na wysypisko, tylko nadawanie im drugiego życia, zajmuje dużo, DUŻO dłużej. Jakie jest najprostsze rozwiązanie? Nie kupować. Kupować tylko to co potrzebne. Ale to jest bardziej skomplikowane.

Prezenty nowożeńców. Odkryłam trzy piękne nigdy nie używane tortownice, formę do ciasta i dwa kryształowe świeczniki / wazy (w zależności, na którym końcu je postawisz). Inne rzeczy używane wprawdzie, ale w nadmiarze. Przecież to był prezent...

Gorączkowe umeblowywanie i wyposażanie gniazdka przez podekscytowanych nowych posiadaczy własnego, pierwszy raz w życiu, domu. Bo przecież potrzeba to, tamto, siamto i owamto, bo będzie tyle imprez. I było. Było wiele imprez, dużych imprez, ale rodzina się rozjechała, rozwiodła, odeszła i teraz jest mniej i mniejsze. A wiele rzeczy można przecież zaimprowizować. 

Akceptowanie darmochy przez rozgorączkowanych nowych posiadaczy domu, bo się przyda. Ci, którzy się wtedy czegoś pozbywali byli tymi, których ja reprezentuję dzisiaj: wciskam komuś być może niepotrzebną darmochę, pocieszając się, że może jednak część tego trafi naprawdę potrzebującym. Ale ta darmocha to już nie mój problem i pewnie zostanie przekazana dalej.

Impulsywne zakupy mniejszych lub większych świecących, nowych, ekscytujących rzeczy. Np. sokowirówka. W pierwszym sezonie używana regularnie, potem praktycznie wcale. Sprzątania po tym dużo, a potem człowiek czuje się winny, że wyrzuca pulpę z warzyw, bo jest za leniwy na ugotowanie z niej zupy. A tak zje się warzywa, albo od razu ugotuje zupę, nie trzeba tego szorować i nie zabiera miejsca w kuchni. Albo urządzenie do krojenia awokado (!), czego dużo lepiej potrafi dokonać zwykły nóż do masła. Trochę czasu zajmuje zdanie sobie sprawy, że tylko maleńka cząstka tych gadżetów naprawdę ułatwia przygotowywanie posiłków i umila życie, a reszta je zwyczajnie komplikuje. Np. wyciskacz do cytrusów okazał się stałym bywalcem w mojej kuchni, aczkolwiek tylko przez pół roku - w sezonie na cytrusy.

Ten sam proces zastosowałam też częściowo do swojej szafy, mebli i innych przedmiotów.

Skoro więc przez niemal trzy lata powoli opróżniam swoją przestrzeń, to czy przestałam kupować? Nie. Ale kupuję inaczej. Częścią mojej filozofii jest pozbywanie się również przedmiotów, których albo nie lubię, albo są słabej jakości, albo kiepsko wypełniają swoją rolę. Te przedmioty stopniowo zastępuję ich lepszymi wersjami, a więc następuje swoista rotacja. Prezenty i akceptowanie darmochy problemem już przeważnie nie są, za to uleganie impulsom lub dokonywanie nie najlepszych wyborów przy zakupach nadal tu i tam następuje, choć nad tym pracuję. Ogólny bilans jest do przodu, z potknięciami. Mam nadzieję wkrótce ten projekt skończyć, a nie bawić się w mitycznego Syzyfa w nieskończoność.

Cały ten proces sprawił, że zaczęłam inaczej myśleć o prezentach. Unikam ich jak mogę, a jeśli chodzi o prezenty osobiste mąż i ja przeważnie je sobie sami wybieramy, z bardzo małymi wyjątkami. Może to niezbyt romantyczne, ale za to bardzo praktyczne. Jeśli chodzi o prezety wymieniane w szerszym kręgu, zmieniłam swoją filozofię i w przypadku sytuacji, gdzie wymiana prezentów jest oczekiwana, staram się obdarować drugą osobę czymś, co nie zabiera fizycznej przestrzeni. Takimi rzeczami może być np. czekolada, paczka dobrej kawy, whiskey, wino, certyfikat - do fryzjera, na masaż, do sklepu, na koncert czy festiwal - coś co zapewni, że osoba albo dany prezent skonsumuje, albo sprawi sobie coś, co naprawdę ją ucieszy.

A tak na marginesie, marzy nam się maleńki, nowy, ekologiczny i ergonomiczny dom. Nawet nie dom, tylko pod. Energooszczędny, tani w utrzymaniu, mały i wystarczający, ale zbudowany dla ludzi, a nie buda dla psa. Mieszkanie w starym, byle jak zbudowanym domu, który ciągle wymaga środków i remontów, a nigdy nie jest w pełni funkcjonalny, jest męczące. A nowe domy są piekielnie drogie i też przeważnie byle jak zbudowane, chociaż się ładnie prezentują. 

czwartek, 05 grudnia 2013

"Wabi-sabi to estetyka opierająca się na umiłowaniu naturalnego piękna rzeczy oraz wszystkiego, co stare, zużyte, spatynowane, wytarte, podniszczone. Koncepcja ta, która ma źródła w filozofii zeń, została przejęta około XV wieku przez japońskich mistrzów ceremonii parzenia herbaty. Jej celem jest pokazanie krótkotrwałości i przemijalności wszystkiego, co istniej w świecie materialnym. Wabi-sabi odrzuca ostentacyjne bogactwo i blichtr, które oddalają nas od natury i od nas samych, przedkładając nad nie umiar i wyrafinowaną prostotę starych przedmiotów. Podobnie jak zeń, wabi-sabi nie jest czymś łatwo uchwytnym dla intelektu, możliwym do wyrażenia słowami. To powrót to życia oderwanego od bogactwa, pieniędzy, które są najczęściej źródłem lęku, niepokoju i zmartwień. Wabi-sabi to dobrowolne wybranie ubóstwa, rezygnacja ze zbędnych dóbr materialnych na rzecz tych, które kryją w sobie inne bogactwo. To umiejętność doceniania tego, co przelotne i, nieuchwytne, zadowalania się prostymi rzeczami. Estetyka wabi-sabi jest przeciwieństwem plastikowych przedmiotów produkowanych seryjnie, powielanych, ponieważ oryginał, z definicji, nie może być kopiowany. Osady rdzy, śniedzi, miedziane naloty... wabi-sabi czyni z nich artystów podkreślających ulotny charakter rzeczy i ich ciągłą zmienność. Czas staje się mistrzem, który dopełna dzieła, pokrywając je patyną."

-Dominique Loreau, Sztuka minimalizmu w życiu codziennym

Inspiracja aby dziś o tym napisać przyszła od mojego kolegi. Wczoraj poszedł z narzeczoną wybierać obrączki ślubne. To drugie małżeństwo dla nich obojga. Wybrał białe złoto. Jego ostatnia obrączka była z tungsten steel, bardzo popularnego w Stanach i niezwykle twardego stopu stali i wolframu odpornego na zadrapania i wgięcia. Wybrał białe złoto ponieważ chciał, aby obrączka pokazywała znaki zużycia wraz z małżeńskim stażem. Tamtej nie lubił, bo zawsze wyglądała jak nowa.

Zawsze lubiłam rzeczy pokazujące oznaki zużycia, wypolerowane od palców, wyświecone, lekko zadrapane. Nie lubię nowych rzeczy, bo są takie niczyje, bezosobowe. Dopiero po jakimś czasie ocieplam się do nich, tak jak one ocieplają się do mnie, docieramy się wzajemnie. Lubię ten proces docierania. Lubię też oryginały, zwłaszcza jeśli chodzi o sztukę czy przedmioty codziennego użytku robione ręcznie. Dopiero z tej książki dowiedziałam się, że moje dziwactwo ma swoją nazwę.

piątek, 29 marca 2013

Dziś debiutancki wpis gościnny TatyCuse, czyli mojego osobistego ojca. Za inspirację dziękujemy Futrzakowi.

***********************************************************************

Wiele miesięcy temu Aneta przysłała mi link:

http://www.laundry-alternative.com/products/Wonderwash.html

Zachwyciłem się! Pralka na korbę, jeden obrót na minutę, czas prania 75 sek. No rewelacja normalnie! Temat zapadł mi w pamięć, ponieważ dręczyła mnie konieczność używania mieszczącej sześć kilo pralki automatycznej, zdecydowanie za dużej jak na moje potrzeby.

W końcu wymyśliłem: Kupiłem w sklepie kajakowym piętnastolitrową beczkę z zakręcaną pokrywą. Napełniłem do połowy rzeczami do prania, zalałem wodą z płynem, zakręciłem i zacząłem potrząsać: Doskonałe ćwiczenie gimnastyczne! Można potrząsać, można toczyć od siebie i podciągać do siebie i znowu toczyć. Tak mniej więcej przez dwie minuty. Potem odkręciłem pokrywę, zlałem wodę z proszkiem do wiadra. Wg mojej oceny roztwór nadawał się do powtórnego wykorzystania. Trzykrotnie zalewałem wodą i mieszałem. W tego typu naczyniu wystarcza do tego jedna ręka. Wodę z płukania zlałem do drugiego wiadra: Przecież nie do wszystkich zastosowań potrzebna jest woda zdatna do picia. Całe pranie zabrało mi niecałe dziesięć minut.

Wnioski: Pranie zasadnicze trwa w pralce automatycznej co najmniej pół godziny. Woda w pralce, nawet wtedy, gdy nastawimy najniższą temperaturę, dogrzewana jest grzałką elektryczną o mocy 2 kilowatów, która miejscowo dość znacznie podnosi temperaturę i przegrzewa pranie znajdujące się w sąsiedztwie grzałki. Później następuje pięć cykli płukania, które trwa około dwudziestu minut, a potem wirowanie, dodatkowe sześć minut. Cóż, uwiedzeni reklamą, przeświadczeni że musimy mieć pralkę automatyczną, bo wszyscy mają, kupujemy ją, a potem przepłacamy za prąd, za wodę, za proszek i na koniec w nagrodę otrzymujemy zniszczone przez pralkę ubrania. Naprawdę nie ma potrzeby ‘męczyć’ prania tak długo. Szczególnie destrukcyjne wydaje się podgrzewanie wody w pralce. Dlaczego tak twierdzę? Bo widziałem ubrania prane w amerykańskiej pralce, w zimnej wodzie i widziałem ubrania amerykańskie, które miały wyraźnie zgaszony kolor po jednym praniu w polskiej.

No cóż, jak pozbędę się pralki, pozostanie dziura w zabudowie kuchennej. Trzeba będzie zamówić szafkę, na którą trzeba będzie wydać więcej niż dostanę za używaną pralkę. Niech więc stoi i ‘wygląda’! Chyba, że ktoś genialny wymyśli podatek od posiadania pralki, wtedy się nie zawaham ani chwili.

poniedziałek, 04 marca 2013

W duchu trwającej od początku roku minimalistycznej czystki mojego domostwa, w piątek wykonałam telefon do Polskiego Domu w Syracuse (Syracuse Polish Home) z zapytaniem, czy nie są zainteresowani moją polskojęzyczną kolekcją książek do swojej biblioteki. Wczoraj otrzymałam telefon zwrotny od osobiście znanego mi prezesa, że jak najbardziej są. Dzisiaj spakowałam prawie wszystkie swoje polskojęzyczne książki poza nielicznymi albumami, włącznie z prawie kompletną kolekcją "Jeżycjady" Małgorzaty Musierowicz i kolekcją nut na fortepian, i zawiozłam je do klubu. Nie czułam ani okruchy żalu. Na zawsze pozostanę fanką "Jeżycjady," ale są tysiące innych książek do przeczytania, a ja mam tylko jedno życie. Niech się nią cieszą kolejne pokolenia.

Wizyta w Domu Polskim nie skończyła się na oddaniu książek. Prezes zaprosił nas, włącznie z psem, na zwiedzanie lokalu oraz na zimnego Żywca (pies pił wodę). Zabawiliśmy tam trochę rozmawiając o tym i o tamtym, a przy okazji odnowiliśmy swoje członkostwo w tej placówce, która od ponad 90 lat kultywuje polską kulturę w Syracuse. Myślę, że będziemy zaglądać tam częściej.

środa, 23 stycznia 2013

Ostatnio wpadła mi pod choinkę pewna książka, która diametralnie zmieniła moje podejście do rzeczy i swojego najbliższego otoczenia. Dodam, że wpadła mi w dość oryginalny sposób, gdyż mój tata, który kupił sobie papierowy egzemplarz, bardzo mi ją polecał, ale że nie miałam możliwości jej nabycia (nie licząc zakupu i wysyłki egzemplarza z Polski), zeskanował mi ją, obrobił i wysłał na Kindla. Książka to "Sztuka minimalizmu w życiu codziennym" autorstwa Dominique Loreau.

Książka jest przede wszystkim o tym jak odgracić i uporządkować swoją przestrzeń życiową, ulepszając tym samym jakość życia i redukując stres. Pomimo, że wiele pomysłów w książce wydaje się oczywiste, podczas gdy inne wydają się radykalne i kontrowersyjne, efekt końcowy - przynajmniej w moim przypadku - jest bardzo elektryzujący: diametralnie zmienia się spojrzenie na otaczający cię świat. Poza praktyką minimalizmu autorka książki podkreśla także jak ważne jest otaczać się przedmiotami ładnymi, solidnymi, o pozytywnej konotacji emocjonalnej, takimi które lubimy i które sprawiają nam przyjemność.

Inną ciekawą kwestią jest dawanie prezentów, które autorka przedstawia jako obarczanie otrzymującego czymś, czego być może nie chce, nie potrzebuje lub mu się nie podoba. Wg. autorki, z czym się absolutnie zgadzam, najlepsze prezenty to takie "do konsumpcji" typu kawa, herbata, butelka wina, czekoladki, perfuma, masaż, bilet do teatru, świeczka zapachowa czy usługa typu sprzątanie domu, które nie muszą być przechowywane i odkurzane na czyjejś półce.

Zdecydowanie jestem winna nadmiernej konsumpcji z długą listą zakupów, których żałuję i z którymi rozstanę się bez żalu. Z drugiej strony bardzo przywiązuję się do wybranych przedmiotów codziennego użytku i bardzo o nie dbam. Po przeczytaniu tej książki po raz pierwszy zdałam sobie sprawę jak bardzo jestem zasypana rzeczami, których nie potrzebuję. Mój dom nie wydaje się zagracony, a jednak przeprowadzka po przeprowadzce zabierałam ze sobą rzeczy, których albo nie używałam nigdy, albo od dobrych kilku lat. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę z absurdu tej sytuacji. Niby nikomu nie przeszkadzają leżąc gdzieś na dnie szafy, ale po co? Pod moim dachem zaczęła się Wielka Czystka.

Na początku myślałam, że uporam się z tym w weekend lub dwa, ale kiedy zaczęłam robotę, dałam sobie na to rok. Problem z odgracaniem leży w tym, że chciałabym pozbyć się nadmiaru rzeczy ekologicznie, czyli najlepiej nadając im drugie życie u kogoś, komu się przydadzą lub kogo ucieszą, a nie wysyłać je na śmietnik. Zaczęłam patrzeć na rzeczy inaczej. Weźmy np. bardzo zagraconą szufladę kuchenną. Wcześniej ją otwierałam w celu znalezienia np. chochli. Widziałam jej zawartość wybiórczo, czyli właśnie chochlę lub inne przydatne rzeczy, bo te nieprzydatne były dla mnie od lat niewidzialne. Po przeczytaniu książki nastąpiła u mnie swoista inwersja: po otworzeniu tej samej szuflady natychmiast widziałam wszystko to, czego właśnie NIE używam i NIE potrzebuję. Natychmiast to usunęłam niczym szumowiny z powierzchni rosołu. Pozbywam się przedmiotów wg. trzech kategorii:

1. Rzeczy, których nie potrzebuję. 

2. Rzeczy, których nie używam lub używam tylko sporadycznie i mogę się bez nich obyć.

3. Rzeczy, których nie lubię.

Dodatkowo, rzeczy dzielę na te dobre/funkcjonalne i te do kitu. Te pierwsze komuś oddaję, te drugie wyrzucam. Skoro ja ich nie lubię, czemu miałabym je opychać innym?

Najlepszym ujściem mojego nadmiaru stało się biuro. Wystarczy wystawić przedmiot z notką "free" przy kuchni i przeważnie do lunchu już go nie ma. Niektóre droższe przedmioty wystawiam na sprzedaż, ale niewiele i zawsze najpierw pytam wśród znajomych.

Odgracanie jest niebywale terapeutyczne. Nagle znalezienie chochli zajmuje mi dużo mniej czasu, bo szuflada już nie pęka w szwach. Czuję zwolnioną przestrzeń swego domu fizycznie i psychicznie, jest mi lekko na duszy, a te same codzienne zadania stają się stopniowo jeszcze łatwiejsze. Powoli i metodycznie wyrzucam, oddaję, planuję, kupuję. Tak, kupuję więcej rzeczy. Nagle zapragnęłam niektóre rzeczy zastąpić czymś lepszym, ładniejszym, bardziej ergonomicznym, solidniejszym, z czym nie mam złych wspomnień. Rzeczy, które kupuję lub planuję kupić nie są kolejnym przedmiotem w domu, ale następcą. Nie dodaję, tylko odejmuję i zastępuję. Książka pomogła mi też pohamować pewne zakupy w kontekście długiego rzędu przedmiotów, które niedawno udało mi się "wyprowadzić." Myślę o tym, ile wysiłku kosztowało mnie pozbycie się czegoś i od razu staję się mniej skora do nieprzemyślanego zakupu. 

Ten trend przeniósł mi się również na biuro, w którym urządziłam jednorazową czystkę, oraz na męża, który w końcu zaczął wyrzucać niektóre swoje zeszmaciałe ubrania. Wyrzucamy, oddajemy, sprzedajemy, sprzątamy, porządkujemy i przeorganizowujemy. Czego i Wam życzę.

niedziela, 15 maja 2011

Pisałam kiedyś o moich codziennych staraniach w prowadzeniu ekologicznego życia. Teraz moje starania ogarnęły nową przestrzeń – podróży.

Kiedy mieszkam w hotelu i żyję z walizki, nic poza garstką ubrań nie jest moje. Nie mam wpływu czy dane miejsce posiada recykling czy też nie, ani nad źródłem mojej żywności. Mimo wszystko staram się szanować środowisko.

Naczynia

Gdziekolwiek bym nie jechała, nie ruszam się bez stalowej butelki na wodę, kubka z wieczkiem, oraz łyżkowidelca (ang. ‘spork’). Te trzy proste przedmioty zaoszczędzają mi od kilku do kilkunastu niezużytych jednorazowych naczyń dziennie. Kiedy kupuję kawę czy herbatę na wynos, proszę o wlanie do mojego kubka. Nie kupuję wody w butelkach, tylko napełniam swoją z kranów z wodą pitną (nie wszędzie tak się da). Czasem liczę ile kubków kawy wypiłam dziennie i ile butelek wody, mnożę to przez dni i tygodnie i wychodzi mi pokaźna góra śmieci, której nie wyrzuciłam.

Hotel

W niektórych hotelach wywieszone są karteczki, że hotel bierze udział w ekologicznym programie i jeśli nie mamy nic przeciwko powtórnemu używaniu ręczników, żeby je po prostu powiesić to ich nie zabiorą do prania, a jeśli chcemy wymiany, zostawić na podłodze. Mam w zwyczaju wieszanie ręczników tak czy siak, ale NIGDY nie zdarzyło mi się, żeby je zostawiono w spokoju. ZAWSZE je wymieniają, nie wiem dlaczego. Jak również wyrzucają ledwo napoczęte mydła czy plastikowe kubeczki. Mogłabym zawiesić wywieszkę na klamce, żeby mi nie sprzątano, ale tego nie robię. Czasem zostawiam notkę, żeby nie wyrzucano mydła. Zużywam jak najmniejszą liczbę ręczników, gaszę światło i wyłączam klimatyzator/grzejnik jak wychodzę, i wyrzucam tylko do jednego kubełka na śmieci zamiast dwóch, zaoszczędzając jedną plastikową torbę na śmieci dziennie. Chodzę schodami zamiast jeździć windą. I lewituję w czasie snu, żeby nie pobrudzić pościeli (żartuję, oczywiście). W pokojach hotelowych nie ma możliwości sortowania śmieci, nie widzę też osobnych kontenerów nigdzie indziej. Boli mnie, że chyba ich po prostu nie sortują.

Lotnisko

Lotniska są mało ekologiczne ze względu na ogromną ilość fast-foodów. Są i „normalne” restauracje z „prawdziwymi” talerzami, ale te są droższe i nie każdy ma czas na wysiadywanie w knajpie z pełną obsługą. Niektóre lotniska, na przykład to w Filadelfii, mają ładne i jasno opisane kontenery do segregacji śmieci. Niestety ludziom albo wisi, albo nie umieją czytać, bo w wielu przypadkach śmieci wywalane są byle gdzie bez sortowania. Takim osobnikom mam ochotę zrobić krzywdę, bo nie rozumiem jak komuś może nie zależeć, żeby utrzymywać NASZ jedyny świat w miarę czysto. Skoro już nie ma innego wyjścia niż zużyć pokaźną górę styropianu i plastiku przy posiłku lotniskowym, to przynajmniej wypadałoby poświęcić dodatkową sekundę na to jak wyrzucamy.

Samochód

Wynajmuję jak najmniejszy samochód z możliwych, ale to nie moja zasługa, tylko ekonomiczne podejście firmy. Ale żeby to były moje pieniądze, też wynajęłabym najmniejszy. Za to nie oszczędzam na paliwie, bo robię wypady na wycieczki krajoznawcze po pracy.

Jedzenie

Jeśli coś zamówię i nie skończę, marnuję jedzenie. Jeśli zabiorę ze sobą, marnuję styropianowe pudełko. Tak czy inaczej, jedzenie restauracyjne jest po prostu do d*** niezależnie od tego ile gwiazdek ma restauracja. Zwłaszcza, jeśli człowiek jest zmuszony jeść na mieście calutki tydzień. Kiedy mówię „do d***”, mam na myśli dokładnie to. Idzie w cztery litery i po prostu się tyje, nawet jeśli człowiek cały tydzień unika słodyczy i alkoholu i stara się ruszać kiedy tylko może. Tycie na dłuższą metę jest nieekologiczne i niezdrowe.

Czasem zastanawiam się, czy taki drobny wysiłek ma w ogóle jakiś sens, ale tak mi to weszło w krew, że po prostu robię swoje.  Wszelkie dodatkowe pomysły na „zielone” podróżowanie będą bardzo mile widziane!

wtorek, 10 listopada 2009

Od dłuższego czasu interesuję się ekologią. Jakiś czas temu zadałam sobie pytanie, co mogę zrobić JA, aby oszczędzać energię i spowolnić proces zaśmiecania naszej planety. Zaczęłam myśleć o swoich codziennych czynnościach przez pryzmat środowiska. Przełożyło się to na drobne zmiany, jakie stopniowo wprowadzam w swoim życiu aby zredukować swój carbon footprint, czyli ślad węglowy.

  • Jeżdżę samochodem o niskim przebiegu i ultraniskich emisjach. Mój mąż również. Niestety w moim mieście nie bardzo da się żyć bez samochodu.
  • Nie myję samochodu, bo się lenię, a i tak jest szary.
  • Mam żarówki energooszczędne w całym domu.
  • Jestem w trakcie wieloletniego, stopniowego projektu izolacji domu i wymiany okien.
  • Używam najmniejszego dostępnego na rynku bojera na wodę, bo taki nam starcza.
  • Używam starych / dziurawych skarpet do ścierania kurzu.
  • Obniżam temperaturę na termostacie kiedy nas nie ma w domu i na noc.
  • Używam żaluzji i zasłon do dodatkowej regulacji temperatury w domu.
  • Używam toreb wielorazowego użytku na zakupy. Odkąd nasz supermarket wprowadził takie torby w 2007 roku, sieć zużyła 880 milionów mniej toreb plastikowych (wg. statystyk sieci Wegmans).
  • Nie kupuję wody w butelkach. Używam wody z kranu w butelkach wielorazowego użytku. Napełniam je co rano i przynoszę do pracy. Jest to redukcja odpadów rzędu 1200 półlitrowych plastikowych butelek rocznie od osoby, bo wcześniej kupowaliśmy 24-ro butelkową zgrzewkę na tydzień na osobę.
  • Jeśli nie wypiję wody, podlewam nią kwiatki.
  • W miarę możliwości kupuję lokalnie uprawiane jedzenie, które nie podróżuje przez tysiące mil. Tym samym wspieram tutejszych rolników, płacę mniej i jem świeży produkt.
  • Mielę wszystkie odpady organiczne w młynku zainstalowanym w zlewie, przez co trafiają do oczyszczalni ścieków zamiast na zsyp.
  • Unikam kupowania produktów w naczyniach jednorazowych, jak np. kawa. Kawę robię sama, albo kupuję kawę prosząc o nalanie do własnego kubka z wieczkiem. Oczywiście robię wyjątki.
  • Sikam pod prysznicem.
  • Używam ekologicznej miseczki menstruacyjnej, która eliminuje wszelkie odpady.
  • Skrupulatnie sortuję śmieci do odzysku: makulaturę, szkło, plastik i metal.
  • Szatkuję opadnięte liście kosiarką do trawy, żeby mi nawoziły trawnik.
  • Płacę wszystkie rachunki przez internet, przez co nie otrzymuję ich pocztą na papierze. Dzięki temu zużywam też mniej czeków, kopert i znaczków pocztowych.
  • Unikam drukowania dokumentów kiedy tylko mogę. W zamian używam dokumentów elektronicznych i skanera.
  • Używam zużytych kopert do robienia list na zakupy.
  • Robię większość prania w zimnej wodzie.
  • Gotuję większe porcje. Np. zamiast gotować trochę ryżu cztery dni w tygodniu, gotuję jedną dużą porcję na cały tydzień a potem odgrzewam. Wykorzystuję wodę z gotowania np. dyni do blanszowania jarmużu czy boćwiny.
  • Staram się kupować biodegradowalne środki czyszczące.
  • Jeśli robię imprezę, używam naczyń wielorazowego użytku, co jest oczywiste w Polsce, a przeciwne amerykańskiej kulturze papierowych talerzy.
  • Nie jem mięsa. Produkcja mięsa wymaga dużo więcej ilości wody niż produkcja roślin. Ilość ziarna, jaką zjadają zwierzęta hodowlane wykarmiłaby dużo więcej ludzi, niż wyprodukowane z nich mięso. Odchody zwierzęce produkują ogromną ilość dwutlenku węgla przyczyniając się do efektu cieplarnianego.
  • Cieszę się, że nie mam dziecka, bo pieluszek tetrowych bym nie przeżyła. ;)

 W planie lub w trakcie rozważań:

  • Myślę o przestawieniu się z mydła w płynie na mydło w kostkach, bo nie wymaga plastikowej butelki i pakowane jest w karton. Niestety nie przepadam za mydłem w kostkach.
  • Wymiana sedesów na energooszczędne, bo obecne zużywają bardzo dużo wody.
  • Kompostnik.

 Co marnotrawię:

  • Wyłączam komputer na noc i jak idę do pracy, ale jeśli jestem w domu, to jest na chodzie cały dzień.
  • Nie wyłączam sprzętów elektronicznych z trybu stand-by, bo się lenię.
  • Często zostawiam włączone światło w różnych pomieszczeniach.
  • Używam papierowych ręczników i jednorazowych chusteczek dezynfekujących. Ja bez nich po prostu nie mogę żyć.
  • Choć w większości używam plastikowych pojemników wielorazowego użytku na przechowywanie jedzenia, nadal zużywam dużo plastikowych torebek do kanapek i mrożenia, które potem wyrzucam.

A jakie są Wasze pomysły na ekologiczne życie?

czwartek, 22 stycznia 2009

W niedzielę wybrałam się do sklepu ze zdrową żywnością Natur-Tyme po siemię lniane, pestki słonecznika i dyni oraz nasiona sezamu. Przy okazji nie omieszkałam pogapić się na przeróżne produkty, o istnieniu których przeciętny człowiek nie ma pojęcia. Tym sposobem odkryłam DivaCup.

DivaCup to hypoalergiczne urządzenie menstruacyjne wielorazowego użytku w postaci silikonowego elastycznego kubeczka, który wkłada się bezpośrednio do pochwy. Kubeczek jest tak skonstruowany, że po złożeniu go na cztery wsuwa się go do środka po czym obraca 360 stopni, przez co odzyskuje swój pierwotny kształt, a jego szeroka pierścieniowata obwódka zasysa się do ścian pochwy i pozostaje na swoim miejscu. Ponieważ kubeczek umieszcza się w dolnej części pochwy, jego podstawa znajduje się tuż przy ujściu i wystarczy ją uszczypnąć, żeby ssawka puściła, a potem wysunąć i opróżnić. Jeśli jest założone prawidłowo, urządzenie nie cieknie i można z nim uprawiać każdy sport. DivaCup powinna być opróżniana co 12 godzin, a nieco częściej przy obfitym okresie. Po każdym cyklu należy ją gotować przez 20 minut. DivaCup jest ekologiczna, bowiem jej zawartość opróżnia się do sedesu, myje wodą z mydłem i ponownie używa, zamiast każdorazowego wyrzucania zużytych jednorazowych produktów. Dzięki temu, że zawartość kubeczka nie styka się z powietrzem do momentu wybrania go z pochwy, nigdy nie rozwija się przykry zapach często towarzyszący użyciu tamponów lub podpasek. DivaCup kosztuje od $20 do $36, co wychodzi taniej niż kupowanie jednorazowych produktów higieny intymnej. Zaleca się zakupienie nowego kubeczka raz na rok. Urządzenie jest zatwierdzone przez FDA i kanadyjski instytut zdrowia, więc jest legalne w całej Ameryce Północnej.

Wszystkie powyższe informacje zaczerpnięte zostały ze strony internetowej DivaCup i dotyczą kubeczka produkcji tej firmy.

statystyka