Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 28 kwietnia 2008

niedziela, 6 kwietnia 2008

Erie Canal, Cedar Bay. 40 F, słonecznie i wietrznie.

W niedzielę po południu wybieraliśmy się na bankiet klubu kajakowego, ktόry jest oficjalnym otwarciem sezonu wiosłowego, chociaż wielu członkόw pływa zimą w nieoficjalnym gronie. Bankiet poprzedzony był wspόlnym pływaniem, jednak po naszej dziewiczej wyprawie doszliśmy do wniosku, że nam do ludzi jeszcze nie pora. Żeby się kompletnie nie skompromitować, postanowiliśmy sami przećwiczyć rutynę dnia poprzedniego zamiast pływać z członkami klubu.

Mieliśmy bardzo mało czasu, więc wyprawa była czysto wojskowym ćwiczeniem na czas ułatwionym tym, że kajaki leżały już załadowane na samochodzie z poprzedniego dnia. A więc znowu pojechaliśmy nad kanał, kajaki na wodę, do kajakόw, pόł godziny pływania, z wody, do domu, rozładunek i na bankiet. Romantyczne to nie było, ale nikt się nie wywalił ani nie umoczył, więc operację uznaliśmy za udaną. Wszystko dziś było dużo łatwiejsze i przygotowania poszły dużo szybciej.

Bankiet kajakowiczόw natomiast nas rozczarował. Była masa ludzi, głόwnie w średnim wieku i starszych, ktόrzy dobrze się znali i trzymali się w grupach tym samym izolując się od reszty. Czuliśmy się wyobcowani, jakbyśmy niechcący zaszli na jakiś wiec czy zgromadzenie emerytόw. Na dodatek stoły nakryte do posiłku były osimioosobowe, okrągłe i chcąc niechcąc musieliśmy się do kogoś dosiąść i przeszkodzić w kumpelskich pogadułach. Traf chciał, że musieliśmy być gdzieś indziej już za godzinę, więc po posiłku wyszliśmy prędko acz dyskretnie, z dużą ulgą, a tym samym mając nadzieję, że same wyprawy kajakowe będą chociaż trochę lepsze niż όw nieszczęsny bankiet.

sobota, 26 kwietnia 2008

sobota, 5 kwietnia 2008

Erie Canal, Cedar Bay. 40 F, słonecznie.

Nareszcie nadszedł nasz długo oczekiwany Wielki Dzień: pierwsze wodowanie kajakόw! Cały tydzień żyliśmy w gorączce tej soboty, niczym para dzieciakόw czekających na wigilię Bożego Narodzenia. Niestety już wczesnym świtem odkryłam, że pomimo Wielkiego Dnia mam grypę żołądka. Na szczęście od 6-tej do 10-tej rano jest dużo czasu. Poobejmowałam się kilka razy z Panem Muszlą, o 10-tej poszłam na trening, a potem nic nie stało na przeszkodzie, żeby się przygotować do wyprawy.

Przygotowania to nie bagatelka, ponieważ dla początkujących wszystko wydaje się trudne. Czy uda nam się poprawnie załadować kajaki na dach samochodu i tak je przywiązać, że nie odlecą w trakcie jazdy? Czy uda nam się prawidłowo zmontować dwuczłonowe wiosła, że nie rozejdą się na pόł w trakcie wiosłowania? Jak będzie z wsiadaniem i wysiadaniem z miniaturowego kokpitu, do ktόrego trzeba dosłownie spuszczać nogi jak się wisi na opartych na obramowaniu rękach? Jak będzie z załadunkiem i rozładunkiem? Jak ustawić pedały kontrolujące ster, żeby można było z nich korzystać? Jak się spuszcza i podnosi ster? Podekscytowani, ale też na maksa zestresowani, przystąpiliśmy do dzieła. Pierwsza przeszkoda za nami. Kajaki bezpiecznie załadowane i przywiązane w czterech punktach. Co za ulga. No to w drogę.

Podejście pierwsze. Wybraliśmy malownicze jezioro Cazenovia na pierwszą przejażdżkę. Jezioro mieści się tylko 15 mil od naszego domu. Jakież było nasze zdziwienie kiedy dojechaliśmy na miejsce, a na jeziorze była tafla lodu. No tak, wyższa elewacja. Trzeba było zawrόcić.

Podejście drugie. Niedaleko od domu mamy nieużywaną odnogę kanału Erie. Zaparkowaliśmy przy jedynym znanym nam punkcie dostępnym dla łodzi. Na brzegu mężczyzna i kobieta łowią ryby. Woda to brudny muł, a przy brzegu leży śmierdząca kupa czegoś. Przyjżawszy się bliżej, koło kupy leżą cztery nienaruszone kopyta sarny. Czyli ta śmierdząca kupa to śp. Bambi. Byliśmy zdegustowani. Wtedy para wędkarzy powiedziała nam, gdzie jest park do wodowania, a był blisko.

Podejście trzecie. Z ulgą opuściliśmy zgniły brzeg i udaliśmy się do parku. Znaleźliśmy wszystko co trzeba i nadszedł moment prawdy: teraz już się nie wymigamy od pierwszej prόby pływania. Wolelibyśmy zrobić to prywatnie i bez świadkόw, tymczasem na brzegu stoi pięcioosobowa rodzina, a trzy szkraby przyglądają nam się z otwartymi ustami. Mąż pomόgł mi wsiąść i wypchnął mnie na wodę. Sam jednak miał problemy. Okazało się, że nasze śliczne ciut nie wyścigowe morskie kajaki nie są przyjazne dla początkujących, bo bardzo się chyboczą. Człowiek miał wrażenie, że już, lada moment wyląduje w wodzie. Mόj mąż wsiadając przechylił się nagle i umoczył rękę aż do ramienia. Jak tylko się ustabilizował i odpłynął od brzegu, zdał sobie sprawę że we freworze wodowania zapomnieliśmy ustawić mu pedałόw do steru. Pedały były tak blisko, że nie tylko nie mόgł sterować, ale też nie mόgł wyprostować nόg. Zaczął coś majstrować, co groziło wywrotką, a ogόlnie był dość wkurzony. W końcu dał spokόj i popłynęliśmy. Była to prawdziwa lekcja, zwłaszcza, że w niedalekiej przyszłości planujemy pływanie z miejscowym klubem kajakowym.

Po pόł godzinie pływania zdecydowaliśmy się zakończyć nasz pierwszy dzień. Pewnie zaparkowałam przόd łodzi na brzegu, sprawnie wysunęłam nogi z kokpitu, przygotowałam lewą nogę do wysiadania i jeszcze sprawniej znalazłam się całą lewą połόwką ciała w wodzie. Kajak się po prostu położył! Nie przyszło mi do głowy, że szpiczasty dziόb nie zapewni stabilizacji nawet jak będzie oparty o ląd. Byłam tak zaskoczona nieoczekiwaną kąpielą, że zaczęłam się śmiać jakbym nawdychała się helu. Na szczęście było słonecznie i blisko do domu.

Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że taka dziecinna eskapada może człowieka tyle nauczyć. Czuliśmy się co najmniej jakbyśmy wspięli się na szczyt gόry Everest. Pokonaliśmy wszystkie przeszkody organizacyjno-logistyczne, a teraz będziemy mogli się skupić na nauce samej sztuki kajakowania. Pierwsze koty za płoty.

czwartek, 24 kwietnia 2008

W życiu prόbowałam rόżnych rzeczy: tańca, aerobiku, siłowni, kick-boxingu, yogi, Tae Kwon Do, chodzenia po gόrach, rakiet śnieżnych i biegania; jazdy rowerem, na łyżwach, nartach i konno; pływania, żeglowania i kajakowania. Z wielu prόb na stałe w moim codziennym życiu zagościło zwyczajne chodzenie z psem na spacery, bieganie i Tae Kwon Do. Od paru lat jednak marzyły nam się z mężem kajaki. Dlaczego właśnie kajaki? Przyczyn było wiele.

Zarόwno ja jak i mόj mąż do wszystkich sportόw używamy... nόg. On jest pasjonatem biegania i biega 6 dni w tygodniu od 3 do 9 mil dziennie. Ja jestem pasjonatką naszego psa, ktόry potrzebuje dużo ruchu i z ktόrym chodzę na spacery od godziny do dwόch godzin dziennie niezależnie od pogody. Do tego trenuję Tae Kwon Do 3-4 razy w tygodniu, a jak mam czas to biegam. Nie biegam z mężem, bo nasze tempo bardzo się rόżni, za to biegam z psem, ktόry dostosowuje się to mojego tempa.  Ktόregoś dnia doszliśmy do wniosku, że chcielibyśmy znaleźć hobby, ktόre możemy wykonywać razem i ktόre angażuje inne części ciała niż nogi. Nienożnych sportόw jest niewiele, a kajakowanie jest właśnie jednym z nich.

Kolejnym powodem wybrania kajakόw było korzystne położenie geograficzne Syracuse. Syracuse leży w centralno-zachodniej części stanu Nowy Jork i otoczone jest lasami, gόrami oraz masą rόżnej wielkości jezior, rzek i kanałόw. W promieniu 100 mil można kajakować do woli i nie powtόrzyć miejsca przez dobre kilka lat. Najbliższą wodę mamy tylko 6 minut jazdy od domu. A jak się znudzi nam stan, zawsze można pojechać do stanu Pennsylvania czy Kanady. Kajakowanie umożliwia nam maksymalne wykorzystanie otaczających nas bogactw naturalnych.

Niebanalną zaletą kajakowania jest też ogόlna przystępność tego sportu. Nie potrzeba wielkiego samochodu czy przyczepki, bo mieszczą się na dachu samochodu osobowego. Nie potrzeba ich nigdzie rejestrować,  płacić składek, czy uzyskiwać zgody. Mieszczą się łatwo w piwnicy bądź garażu i nie zżerają paliwa. I chociaż jest wiele do nauczenia się w tym przyjemnym sporcie, jednak każdy może wsiąść i popłynać przed siebie bez wcześniejszego doświadczenia czy kursu, czego się nie da zrobić np. z paralotnią czy nartami zjazdowymi.

Kajakowanie może być zarόwno wyczynowe jak i rekreacyjne, a na wodzie spotyka się mniej tłumόw niż w przeciętnym parku narodowym w środku lata. Kajakować można praktycznie cały rok o ile woda nie jest zamarznięta. Jest dużo mniej stresu, a więcej dreszczyka emocji i człowiek czuje się wolny i wyemancypowany.

Głόwną wadą kajakόw jest to, że są drogie (mowa tutaj o kajakach morskich typu sea/touring kayaks) i potrzeba sporo rόżnego sprzętu zarόwno dla bezpieczeństwa jak i wygody. Bagażnik samochodowy na dach też jest drogi i powoduje znaczne obniżenie przebiegu. Moja Honda Civic, ktόra potrafiła przejeździć na jednym baku 370 mil zanim zapaliła się lampka kontrolna, teraz przejeżdża tylko 300 mil. Ale w końcu jakaś cena za przyjemność musi być. Natomiast raz zakupiony kajak starcza przypuszczalnie na większość życia i nie przysparza dodatkowych kosztόw w przyszłości.

W marcu tego roku w końcu zakupiliśmy wymarzone kajaki i już od kilku tygodni co weekend oddajemy się rόżnym przygodom. Nasze życie stało się sporo ciekawsze i jeszcze bardziej aktywne. Zdecydowanie polecam kajakowanie.

piątek, 18 kwietnia 2008

W moim hrabstwie istnieje instytucja pogotowia psychiatrycznego, ktόra funkcjonuje pod nazwą CPEP – Comprehensive Psychiatric Emergency Program. Instytucja ta interesuje mnie o tyle, że po pierwsze, nigdy o czymś takim w Polsce nie słyszałam, a po drugie, obecnie wiąże się z moją pracą, więc czasem słyszę o niej aż za często. Kilka tygodni temu uczestniczyłam w spotkaniu, ktόre odbywało się właśnie na terenie pogotowia psychiatrycznego i poprosiłam o możliwość obejrzenia całej placόwki.


Moje zainteresowanie wynikło z faktu, że ilekroć słyszę o tej placόwce, wspominana jest przyciszonym głosem pełnym napięcia. Co jest tak strasznego, że mόwi się o niej tonem konspiracyjnym napełnionym mieszanką wspόłczucia z przerażeniem? Czy naprawdę miejsce to przypomina szpital z filmu „Lot nad kukułczym gniazdem?”


Większość ludzi słysząc słowa „psychiczne” lub „psychiatryczne” wyobraża sobie świra. Tymczasem w języku angielskim zwrot „zdrowie psychiczne” ma zgrabny odpowiednik „mental health,” ktόry kojarzy się trochę mniej negatywnie. Na dodatek, dziedzina zdrowia psychicznego rozpatrywana jest w dużo szerszych kategoriach, niż mogłoby się wydawać:

  1. MR/DD - Mental Retardation/Developmental Disability - czyli upośledzenie wrodzone, np. zespόł Downe’a czy Asperger’a albo ADHD;
  2. MI - Mental Illness - czyli choroby psychiczne zwykle objawiające się dopiero po urodzeniu lub nabyte w pόźniejszym okresie, np. schizofrenia, bulimia, czy dysmorfofobia;
  3. CD - Chemical Dependency - czyli choroby uzależnienia, np. uzależnienie od alkoholu, narkotykόw, czy hazardu.

Pacjenci, ktόrzy trafiają do pogotowia psychiatrycznego najczęściej borykają się z problemami należącymi do ostatnich dwόch kategorii. Osoby z kategorii pierwszej zwykle objęte są stałą opieką i rzadziej trafiają  w stany krytyczne. Pacjenci, ktόrzy trafiają do CPEP są tam z powodu przeżywanego kryzysu jak np. prόba samobόjcza, halucynacje, prόba morderstwa w rezultacie zaprzestania branych lekόw, czy wpadnięcie w niepohamowaną histerię w miejscu publicznym. Jak już trafią do CPEP mogą tam spędzić godziny lub dni, w zależności czy i kiedy znajdzie się dla nich miejsce w odpowiednich placόwkach opieki.


Jak się okazało, horror pogotowia psychiatrycznego zaczyna się i kończy głόwnie na charakterze tego smutnego miejsca. W placόwce tej widzi się ludzi, ktόrzy chodzą niespokojnie w tą i z powrotem; ludzi, ktόrzy szklanym wzrokiem wpatrują się w nicość leżąc gdzie popadnie; ludzi, ktόrzy wygłaszają głośne oracje mocno przy tym gestykulując; widzi się dzieci, agresywne lub obojętne, a przede wszystkim smutne i cierpiące. Budynek objęty jest ochroną i wyposażony w wielkie metalowe drzwi, kraty, łόżka, do ktόrych czasem trzeba przywiązać pacjentόw, żeby nie wyrządzili sobie lub komuś krzywdy. CPEP rzeczywiście trochę przypomina więzienie. Horror CPEP’u polega głόwnie na tym, że widzi się to, co nie jest nam bliskie i co jest niewygodne dla oka. Patrząc na czyjąś niedolę robi się człowiekowi nieswojo i wolałby odwrόcić wzrok jak od bezdomnego na ulicy, bo łatwiej jest nie widzieć i nie wiedzieć. Oto cała tajemnica okropności CPEP: jest to skupisko ludzkiego nieszczęścia. Jednak warto pamiętać, że ci pacjenci otrzymują pomoc.

17:07, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 kwietnia 2008

Dziś rano, jak zwykle, przyszłam do pracy tylko coś się nie zgadzało: cały budynek aż roił się od dzieci. W windach, na korytarzach, na moim piętrze. Zajęło mi kilka chwil zanim przypomniałam sobie, że dzisiaj jest „bring your child to work day,” czyli dzień pt. przyprowadź swoje dziecko do pracy. Ponieważ nie mam dzieci, informacja na ten temat weszła jednym uchem, a wyszła drugim. Na dodatek dzisiaj z tego powodu stałam się obiektem żartόw.

Wczoraj po południu cały wydział otrzymał e-mail, że dziś o 9 rano odbędzie się w sali konferencyjnej spotkanie w celu powitania nowych pracownikόw. Mόj wydział akurat jest w trakcie zatrudniania, więc się specjalnie nie zdziwiłam. Z poważnym, profesjonalnym wyrazem twarzy weszłam więc o 9 do sali konferencyjnej, a tam za stołami siedzą dzieci, a dorośli zgromadzeni obok stoją i rozmawiają. Nie zdziwiłam się na widok dzieci, w końcu już wiedziałam, jaka to okazja, ale ciekawie rozglądałam się za owymi „nowymi pracownikami.” W końcu nie wytrzymałam, podeszłam do kadrowej i pytam, gdzie są te nowe osoby. Ale babki gruchnęły śmiechem! Dopiero do mnie dotarło: „nowi pracownicy” to właśnie te szkraby siedzące za stołami. Mieliśmy więc nasze „poważne” spotkanie, szkraby dostały wydruki do wypełnienia godzin pracy, były pączki, truskawki i soczek. Nie, aż tak fajnie to nie mamy na „dorosłych” spotkaniach. A ja chyba muszę nieco poluzować swόj krawacik...

Nie tylko pracownicy mogli dziś przyprowadzić dzieci, ale dla dzieci zostały zorganizowane „audiencje” u samej głowy całego hrabstwa, czyli naszej County Executive. Przyjmowała dzieci bezpośrednio w swoim biurze i można się było fotografować. Aż pozazdrościłam, bo od wyborόw pod koniec zeszłego roku jeszcze nie miałam okazji przyjrzeć się z bliska pierwszej kobiecie na najwyższym stołku politycznym hrabstwa. Żartem zastanowiłam się na głos, kiedy będzie dzień pt. przyprowadź swego psa do pracy, na co usłyszałam: „dzisiaj.” Zdziwiłam się, już po raz drugi, na co mnie poinformowano, że w oficjalnym ogłoszeniu o dzisiejszym dniu pisało: „Przyprowadź do pracy swoje dzieci, wnuki, etc.” ETC??? Czyli może rzeczywiście pies by przeszedł. Ach, cόż to byłoby za zdjęcie: głowa hrabstwa, a na jej kolanach... mόj pies.
20:13, anetacuse , Praca
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Poniedziałek to dzień wywozu śmieci, zarόwno odpadόw jak i tych sortowanych do przetwarzania, czyli recyclables. I czym ja się właśnie w poniedziałki zajmuję, jak nie zaglądaniem sąsiadom do kubłόw? Oczywiście wszystko mogę zwalić na kudłacza: to on każdy pojemnik z posortowaną zawartością musi koniecznie obwąchać i ocenić. A nuż znόw się trafi puszka bitej śmietanki w areozolu, z ktόrej zawsze coś jeszcze da się wycisnąć? Ja oczywiście muszę pilnować, żeby kudłacz nie uniόsł „niechcący” puszek po Spaghettios czy jakimś kocim jedzeniu z tuńczyka.

Z zawartości posortowanych kubłόw można się dowiedzieć następujących rzeczy:

  1. Moi sąsiedzi przynajmniej raz w tygodniu zamawiają jedzenie na wynos i jest to głόwnie pizza.
  2. Większość sąsiadόw na szeroką skalę żywi się pόłproduktami i gotowymi potrawami typu TV dinner.
  3. W dużej ilości przypadkόw śmieci są nieprawidłowo posortowane, gdyż większość sąsiadόw nie czyta raz do roku przesyłanych instrukcji co nadaje się do przetworu, a co nie.
  4. Wino jest najpopularniejszym napojem alkoholowym z wykluczeniem piwa. Butelki i puszki po piwie są za kaucją, więc nie trafiają do kubłόw, stąd danych o popularności piwa brak.
Dodatkowo wiem, kto ma dzieci, kota, albo psa, kto jakich pieluch używa, kto sobie kupił coś do domu, kto miał imprezę, a kto właśnie zrobił remoncik. Kontemplując zawartość kubłόw moich sąsiadόw zastanawiam się czasem, jakież to wnioski wysunięto na mόj temat na podstawie mego kubła...
piątek, 11 kwietnia 2008

W ciągu dwόch lat mieszkania na moim osiedlu poznałam tylko najbliższych mi sąsiadόw. Człowiek mieszka w swojej skorupie, jeździ do pracy, po sprawunki, a mijając się w samochodach najwyżej skinie głową sąsiadowi niczym jeden rycerz w zbroi pozdrawiający drugiego. Przez dwa lata miałam takie właśnie „machająco-skiniające” relacje. Wszystko jednak zmieniło się z dnia na dzień kiedy przywieźliśmy do domu szczeniaka.

W zbroi rycerskiej psa wysikać się nie da, a nauczyć trzeba, więc radzi nie radzi, na zmianę z mężem, przystąpiliśmy do poważnego zadania uczenia naszego nowego nabytku gdzie należy się załatwiać. Tak więc w dzień i w nocy, w słońce, deszcz i śnieg staliśmy przed domem czekając, aż się to nasze to-to załatwi. Tym sposobem zdarzył się cud, bo pies działał na ludzi jak magnez. Każdy, dosłownie każdy zatrzymywał się zagadać i zaledwie w tydzień poznaliśmy masę ludzi, a kiedy zaczęły się spacery, coraz więcej i więcej, zwłaszcza innych właścicieli psόw. Teraz wiemy kto gdzie mieszka i wiemy to i owo o samej osobie. Część sąsiadόw zna się po imieniu, a część jako „tatę Max’a” lub „mamę Bobo.” Od razu poczułam, że w końcu gdzieś przynależę, że znam ludzi, ktόrzy mnie otaczają.

Z czasem odkryłam dodatkowe zalety posiadania psa. Nie dość, że nagle znikły bariery komunikacji z przypadkowo spotkanymi osobami, ale posiadanie psa pozwoliło mi na odkrycie dawno porzuconego „great outdoors” – czyli zaniedbanej przeze mnie wspaniałej Matki Natury. W Polsce przez większość swojego życia przemieszczałam się z miejsca na miejsce pieszo. Całe życie, każdego dnia, rok po roku gdzieś szłam, wdychałam swieże powietrze, obserwowałam otoczenie i mimowolnie dostrzegałam wszelkie zmiany. Tymczasem w Stanach chodnikόw brak, wszędzie daleko i bez samochodu się nie da. Nawet nie wiedziałam, jak wiele traciłam przez tą zmianę otoczenia. Spacery stały się tylko planowaną atrakcją, kiedy pojechało się do parku czy lasu, a pory roku zmieniały się niepostrzeżenie. Tymczasem będąc odpowiedzialną psią mamą, zabieram swego psa na spacery dwa razy dziennie, a każdy spacer trwa od pόł godziny do godziny. Nie tylko stałam się bardziej aktywna i poprawiłam swόj styl życia na zdrowszy, ale teraz, tak jak kiedyś, każdego dnia wdycham swieże powietrze, obserwuję niebo, dostrzegam pączki na drzewach i krzewach, obserwuję ptaki i wiewiόrki i słyszę wesołe ćwierkanie. Teraz ponownie wiem, jak jest zimno na dworze, jak brzmi skrzypiący pod stopami śnieg i jak rzęsy potrafią zamarznąć na biało niczym gruba kryształowa maskara. Jeszcze raz odkrywam jak pachnie wiosna a jak pachnie lato i wiem, czy ostatnio w moim ogrόdku przestraszył się skunks.

A wszystko to dzięki kudłaczowi. I kto by pomyślał?

czwartek, 10 kwietnia 2008

Sztuki walk wschodnich, jakby na to nie patrzeć, uczą przemocy. A przynajmniej jak się przed przemocą obronić. Przeciętnej kobiecie trudno jest się przyzwyczaić do przyjmowania kopniakόw w brzuch, nawet jeśli ma się na sobie grubą gąbczastą tarczę ochronną. Kopniaki szybkie, mocne, często ze strony wyższego i cięższego partnera płci męskiej nie należą do moich ulubionych aspektόw Tae Kwon Do. A tu proszę. Jest metoda, a nawet dwie, żeby ten twardy orzech był łatwiejszy do zgryzienia.

Metoda nr 1: Należy być w ciągłym ruchu w małych podskokach, jak czynią to bokserzy. Każdy fizyk byłby w stanie wytłumaczyć to lepiej ode mnie, ale chodzi o to, że ciało w bezruchu absorbuje cały cios, a po ciele ruchomym siła nadchodzącego ciosu rozchodzi się, bo nasza ruchoma masa się poddaje, czyli zostaje lekko zepchnięta w przeciwnym kierunku.

Metoda nr 2: W momencie, kiedy oczekujemy ciosu, należy wydać okrzyk Kihap. W momencie wydawania tego walecznego okrzyku napreżają się mięśnie przepony i brzucha i cios jest mniej bolesny.

Stosując obie metody na raz, wrażliwość na przyjmowane ciosy jest dużo mniejsza. Sprawdziłam osobiście. Kihap!

środa, 09 kwietnia 2008

Tu w Stanach jest taki zwyczaj, że jak już czegoś nie potrzebujesz, wystawisz to sobie przy krawężniku z notką „Free” i jest szansa, że w krόtkim okresie to coś zniknie. Metoda ta ma tą zaletę, że często za wywόz dużych niepotrzebnych rzeczy trzeba dodatkowo płacić, tymczasem tym sposobem człowiek kogoś uszczęśliwi, a sam pozbędzie się ciężaru. Fakt, można też sprzedać na wyprzedaży garażowej, tzw. Yard Sale czy Garage Sale, ale nie zawsze się chce.  

Dwa dni temu mόj sąsiad wystawił przed dom tablicę dziecięcą (taką do pisania kredą) i załączył do niej notkę. Byłam 100% przekonana, że na notce napisane jest „Free.” Spring cleaning, myślę sobie. Tymczasem czytam, a tu taki tekst: „Could I have my snow tires back, please?!!!” Czyli: Bardzo proszę o oddanie moich opon zimowych! Taaak. Facet zmienił sobie opony z zimowych na letnie i te zimowe zostawił przed domem. Czy blisko krawężnika tego nie wiem, tak czy inaczej ktoś mu je zakosił. Nieporozumienie, czy kradzież?

1 ... 71 , 72 , 73 , 74 , 75
 
statystyka