Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 18 września 2014

Jest sezon na pomidory i co tydzień napływają do nas m.in. spore ilości wszelkich gatunków pomidorów z "naszej" farmy (mamy sezonową "prenumeratę" warzyw z miejscowego gospodarstwa rolnego, tzw. farm share). Sezon zaczął się deszczowo i początkowo zajadaliśmy się głównie sałatą i rukolą, w końcu jednak wszystko obrodziło fantastycznie. Nie ma nic lepszego niż soczyste pomidory w ogromnych ilościach, delektuję się więc nimi do oporu. Moja ulubiona forma ich konsumpcji to sałatka pomidorowa: pokrojone pomidory z awokado i/lub innymi warzywami z oliwą z oliwek i odrobiną sosu sojowego.

Odkryciem tego sezonu są dla mnie również tomatillo, które, chociaż do pomidorów podobne, mają dużo gęstszą konsystencję miąższu i najlepiej spożywa się je po przyrządzeniu termicznym. Wg. Wikipedii po polsku nazywa się to-to miechunka pomidorowa (brr). Podsmażone w jajecznicy są po prostu niebem w gębie!

16:11, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (7) »
środa, 17 września 2014

Na naszej działce namiętnie polują koty z sąsiedztwa doprowadzając naszego psa do szewskiej pasji. Stąd mamy oplute okno. Dziś rano znaleźliśmy na wjeździe świeżutką daninę: malutkiego, ślicznego, aczkolwiek nieżywego kreta. Nie było też wątpliwości, z której części naszej działki został wykopany, bo były tam ślady łap, rozorany tunel i dziura. To prawie tak jakby kot zostawił tabliczkę: Widzisz, ja się przydaję. Masz tu na pociechę.

Kiedy w sektorze prywatnym ogromnej korporacji pada serwer z bazą danych jednego z większych systemów - po godzinach, administrator bazy danych zakłada sweter na piżamę i jedzie do biura go stawiać. W sektorze rządowym, administrator bazy danych wysyła mejl o następującej treści: Logowanie zdalne nie działa. Serwer się zaciął. Jutro przyjadę trochę wcześniej do pracy i go postawię.

Dlatego nie pracuję dla sektora rządowego.

15:27, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 września 2014

Napisał klient z prośbą o uaktualnienie numeru telefonu pewnej firmy w ich systemie. Najpierw cichaczem na ów numer zadzwoniłam, upewniając się, że faktycznie jest prawidłowy, a dopiero potem uaktualniłam dane. Zdarzało się bowiem, że ktoś z dworu prosił o skrócenie drążka, a po fakcie okazywało się, że to była noga tronu króla.

18:08, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 września 2014

W trakcie urlopu nr 2 otrzymałam mejla od szefowej z wypunktowaną listą pytań odnośnie załadowanych danych pewnego wydziału. Ogarnął mnie nielichy stres, bo do przerabiania danych tego wydziału w ogóle się jeszcze nie zabrałam, przed wyjazdem sprawdziłam jedynie czy jest dostępna najnowsza kopia bazy danych i ją sobie skopiowałam na twardy dysk celem pracy nad danymi w najbliższej przyszłości. Doszłam do wniosku, że kobieta najwyraźniej przejrzała dane ładowane w 2012 roku, co postawiło mnie przed niepięknym dylematem: czy po powrocie przyznać się jej, że danych patykiem nie ruszyłam i że patrzy na listę urządzeń sprzed dwóch lat, czy cichcem zweryfikować listę sprzed dwóch lat z nową listą i zamieść sprawę pod dywan jako poprawienie wykonanego zadania.

Kiedy wróciłam, szefowej w biurze nie było, miałam więc okazję głębiej sprawę zbadać. Loguję się do bazy danych klienta, otwieram odpowiednią tabelę i widzę, że znajduje się tam ponad 41 tys. rzędów danych (!) załadowanych 31 lipca br. (!!) i ostemplowanych... moim nazwiskiem (!!!). 41 tysięcy rzędów danych, które załadowałam ze swojego loginu po uprzednim czasochłonnym oczyszczeniu i skonfigurowaniu do odpowiedniego formatu, a JA TEGO NIE PAMIĘTAM! Zrobiło mi się po prostu słabo. Zaczęłam przeszukiwać swoje pliki i powoli dokopywać się do dowodów rzeczowych, że faktycznie tę robotę wykonałam. Nawet mi się to i owo zaczęło przypominać. Sytuacja jednak bardzo zaburzyła moją wewnętrzną równowagę, bo robić to i tamto na autopilocie to jedno, ale przerabiać i ładować tysiące danych, co wymaga ogromnego skupienia, to już zupełnie inna sprawa.

Miałam szczęście w dwóch punktach: (1) nie muszę latać jak kot z pęcherzem i tego robić, bo jest zrobione; (2) przypadkowo uniknęłam okazji zrobienia z siebie kompletnej idiotki przed szefową, co już mi się kilka razy wcześniej zdarzyło, aczkolwiek na dużo mniejszą skalę. 

Przypadek umysłowej nieobecności urlopowej (dane załadowałam tuż przed urlopem nr 1), czy powinnam się martwić?

20:12, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
sobota, 06 września 2014

Kiedy biwakujemy z pudlem i papugą i zabieramy papugę na spacery razem z psem, oraz śpimy w tej samej blaszanej puszce z obydwoma zwierzakami, jesteśmy ekscentryczną nowością dla naszych sąsiadów. Niemniej jednak ktoś nas w minionym tygodniu przebił: była para z dwoma wielkimi białymi puchatymi psami i udomowioną świnią. Boskie!

Od kilku lat interesuję się udomowionymi miniaturowymi świniami, ale zdecydowanie nie jako dodatek do moich dwóch zwierzaków, których mi zdecydowanie na dzień dzisiejszy wystarcza, ale jako opcję w jakiejś dalekiej przyszłości. Świnie są bardzo inteligentne.

Jeśli chodzi o spanie z psem w przyczepie, bestia wcale nie zajmuje 25% powierzchni szerokości, a dobre 30%+. W rezultacie nauczyłam się spać na wampirka, tj. podczas spania na plecach krzyżuję przedramiona na piersi, bo ręce wzdłuż ciała mi się zwyczajnie nie mieszczą (tzn. wszystko zależy od tego jak pies akurat śpi). Od czasu do czasu muszę przestawiać łapy, bo lądują na mnie w dziwnych miejscach, albo przez sen puchacz kopie niczym kangur. Całe szczęście lubię spać na boku. A świnia to przynajmniej krótkie nogi ma.

piątek, 05 września 2014

Wróciłam z pięciodniowego pobytu z beztelefonicznej, bezinternetowej, bezmuzycznej i bezmedialnej dziczy, czyli gór Adirondacks, Lake Eaton State Park nieopodal Long Lake, NY. Nie powiem, było dziwnie, było ciężko, trochę się czułam na początku zagubiona w tym odcięciu, ale potem - żal było wyjeżdżać. Tym bardziej, że jak rzadko w górach pogoda dopisała wybornie.

Z tego lata wycisnęliśmy ostatnie soki, a przyczepa nam w tym bardzo pomogła. Zaliczyliśmy 8 kempingów, w sumie 20 nocy w przyczepie; tydzień w Bar Harbor, ME w wynajętym mieszkaniu z widokiem na port; oraz jedną noc w motelu w Canandaigua, NY, gdzie byliśmy na wielkiej rodzinnej fecie - ślubie i weselu siostrzeńca męża. Zjechał się cały klan męża z różnych części Stanów i było naprawdę fajnie. Po całym lecie spędzonym w rozjazdach, z przyjaciółmi, rodziną i krewnymi i znajomymi królika, psa, papugi i sąsiadów pomyśleliśmy, że przyda nam się wypad w ciche miejsce, z dala od ludzi, tylko we dwoje. No, prawie we dwoje, jeśli nie liczyć inwentarza.

Od ludzi uciekamy. Ludzi szukamy. Większość naszych wypadów jest grupowych: biwakował z nami mój tata, biwakowaliśmy z najbliższymi przyjaciółmi, z klubem kajakowym, ze znajomymi znajomych. Zawsze jest fajnie, wesoło, spędzamy wyjątkowe chwile z bliskimi, bez pośpiechu. W tym tygodniu odkryliśmy, że biwakowanie solo bez grupy otwiera drogi do nowych znajomości, do spędzania wieczorów na pogawędkach z obcymi przy ognisku. Kiedy człowiek nie jest zwrócony do środka swojego kręgu, robi się bardziej otwarty na zewnątrz. Wyjazd poza sezonem, który oficjalnie zakończył się w poniedziałek (Labor Day), również przyczynia się do spotykania pokrewnych dusz, funkcjonujących poza przyjętymi normami kalendarzowymi.

W tym tygodniu poznaliśmy kilkoro naprawdę fajnych ludzi. Była jedna sympatyczna para spod Buffalo i inna bardzo sympatyczna para z Waszyntonu, DC. Ona okazała się Polką mówiącą płynnym angielskim z lekkim niemieckim akcentem, gdzyż jej domem pomiędzy Polską a USA była Austria. Oboje z pokrewnej do mojej dziedziny zawodowej, o podobnych zainteresowaniach i poglądach. Potem poznaliśmy Brytyjczyka, emerytowanego profesora fizyki, który trzy lata uczył w Ankarze zanim wyemigrował do USA. Poza książkami naukowymi, niedawno opublikował pozycję dla laików nt. elektryki i magnetyzmu pełnej ciekawych eksperymentów. Zgadliście pewnie, że ją kupiłam i będę teraz w wolnym czasie robić baterie z ziemniaków. Okazało się przy okazji, że mąż Polki-Austriaczki również jest fizykiem z wykształcenia, tylko poszedł w naprawę komputerów. Możecie sobie wyobrazić głębię rozmów w tym międzynarodowym gronie, jakże inną od chleba powszedniego.

Z wypoczynku zjechaliśmy na czas, bo dziś wieczorem ma nadejść horendalna burza. Staram się nie myśleć o poniedziałku, żeby nie popaść w depresję. No ale zawsze jest Boardwalk Empire (Zakazane imperium), które ostatnio oglądamy namiętnie.

wtorek, 19 sierpnia 2014

Dziś pożegnałam swojego tatę po bardzo fajnym i pełnym przygód pobycie. Niestety ostatni dzień skończył się niemałą przykrością.

Tata kupił sobie piecyk turystyczny BioLite na drewno.

BioLite Stove 

Fot. http://biolitestove.com

Od dawna interesował się tym produktem i nadarzyła się zarówno okazja jak i niezła przecena. Piecyk zasilany jest drewnem, można na nim gotować a przy okazji naładować elektronikę kablem USB. Jest naprawdę fajny i dobrze przemyślany, ma wbudowany wiatrak zasilający płomień (wiatrak ładuje się z gniazdka za pierwszym razem, potem ładowany jest energią z wypalanego drewna) no i nie trzeba do niego kupować paliwa. No cudo po prostu. Byliśmy razem na dwóch kempingach, więc grzechem byłoby cacka nie wypróbować - działa naprawdę dobrze.

Od początku podejrzewaliśmy, że może być problem z przewozem, więc doradziliśmy tacie zdać na bagaż, bo wiadomo było, że do samolotu z tym go raczej nie wpuszczą. No i zdał. Wkrótce po odwiezieniu go na lotnisko otrzymałam telefon od przedstawiciela linii lotniczej, że piecyk został wyciągnięty z bagażu przez agentów TSA i nie poleci. Jestem wdzięczna zarówno agentom TSA jak i reprezentantom linii lotniczych, że zamiast go po prostu skonfiskować, odszukali mego tatę na terminalu, powiedzieli mu o problemie, wzięli od niego mój numer telefonu i zadzwonili. Dali mi 24 godziny na odebranie piecyka, po tym okresie zmuszeni byliby go oddać TSA do konfiskaty i zniszczenia. Odebrałam. Wg. agenta powodem, dla którego piecyk nie mógł polecieć było to, że był używany. Jakby był nowy, mógłby lecieć, ale używany miał na ściankach pozostałości po paliwie, a więc lecieć nie mógł, bo stanowił zagrożenie pożarowe. Myślę sobie, że żeby to było większe lotnisko, to może nikt by się nie czepiał, ale na małym wszyscy mają dużo czasu na dokładne sprawdzanie wszystkiego. Tak czy inaczej, mam piecyk, a tata nie ma.

Jutro spróbuję go wysłać pocztą używając tajemnych trików doświadczonej Pani od Wysyłania Wszystkiego Wszędzie. Całe szczęście mam taką w pracy. Trzymajcie kciuki!

piątek, 08 sierpnia 2014

Po raz drugi wybraliśmy się na wakacje do miasteczka Bar Harbor na wyspie Mount Desert Island w stanie Maine, gdzie znajduje się słynny park narodowy Acadia National Park. Poza piękną pogodą i widokami, kilka rzeczy jest wartych udokumentowania.

Wspinaczka na górę Bee Hive

Góra wygląda tak:

Jak się dobrze przyjrzycie na zdjęciu poniżej, widać ludzi wchodzących na górę:

Były metalowe szczebelki, co by ułatwić turystom wchodzenie:

Było też kilka półek skalnych:

Wejście na szczyt było ekscytujące i zdecydowanie inne od zwykłego szlaku. Dodam, że mieliśmy ze sobą dwoje dzieci w wieku 9 i 8 lat.

Kajakowanie po Atlantyku

Pływaliśmy po zatokach Frenchman Bay i Seal Cove, gdzie widzieliśmy morświny (delfinopodobne), oraz po cieśninie Somes Sound, gdzie widzieliśmy morświny i foki, które wygrzewały się na ledwo widocznym kamieniu. Było ich cztery, ale udało się uchwycić trzy. To i tak o trzy więcej niż zwykle, bo mniejsze morskie ssaki są zbyt szybie, żeby w ogóle na czas uruchomić aparat, a co dopiero zrobić zdjęcie. 

Poza tym, oglądaliśmy wieloryby 30 mil od wybrzeża, już z komercyjnego statku, nie kajaka.

niedziela, 20 lipca 2014

Wreszcie zabrałam się za umycie tych cholernych okien. Cholernych, bo uważam mycie okien za marnotrawstwo cennych godzin życia. Na dzięwięć lat mieszkania w swoim domu okna zdarzyło mi się myć dopiero drugi raz i to tylko na górze. Jedynym powodem, dla którego było zza nich jeszcze cokolwiek widać to to, że mieszkam w USA gdzie nie pali się węglem, tylko gazem naturalnym. Nie ma sadzy pokrywającej szyby, jest tylko zwykły kurz i pyłki. No i jest pleśń i mech przy uszczelkach, bo klimat paskudnie wilgotny. Ale to nie wszystko: są jeszcze wielkie larwy.

Suwane okna, gdzie dół podjeżdża do góry, albo góra zjeżdża do dołu, otwierają się również tak, że można je złożyć zewnętrzną szybą do środka do umycia. Otwieram i odchylam więc najpierw dolną, potem górną część, unoszę osłonę z siatką i nagle do środka sypie mi się siano. Takie drobne sianko przypominające ptasie gniazdo. Patrzę, a w szynie siatkowej osłony zakolegowało mi się rzędem stado wielkich larw. Dobrze im tam widać, bezpiecznie. Ponieważ po odczepieniu ich patykiem wydawały dość obrzydliwą woń, najlepszą metodą wydało mi się je wyodkurzać, więc tak zrobiłam. (W najbliższym czasie NIE planuję opróżniać kanistra odkurzacza.) Larwy były we wszystkich oknach, niektóre kokony były puste i suche, ale większość wydała się zamieszkana.

Zastanawiam się teraz, czy akt eksmisji był słuszny. W końcu po pierwsze, one mieszkały na zewnątrz mojego domu, a nie wewnątrz, więc w sumie co mi do tego. Po drugie, skoro miejsce już było zamieszkałe, nikt nowy by się (chyba?) nie wprowadził. A tak, jeśli znowu będę kiedyś myła okna (no dobrze, przyznaję się, że obiecałam sobie robić to teraz raz do roku), pewnie znowu będę odkurzać siano.

Wie ktoś może, czym są moi byli lokatorzy?

 

statystyka