Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 04 lutego 2015

Pomiędzy nowym macbookiem, starym pecetem, starym zewnętrzym twardym dyskiem, nieuporządkowanymi tysiącami zdjęć rozsypanymi po komputerach, dyskach, pendrivach i płytach, oraz wiecznie rosnących stertach papierów upychanych w pękające w szwach teczki, doznałam w końcu olśnienia jak to wszystko ogarnąć. Zajmie mi to trochę życia, ale mam plan.

Na początek kupiłam nowy zewnętrzny twardy dysk 1TB. Porządkowanie odbędzie się w następujących etapach.

1. Dane z peceta: przeniosę na nowy twardy dysk sortując i wywalając. Na koniec pecet dostanie czystą instalkę.

2. Dane ze starego twardego dysku: przeniosę na nowy twardy dysk sortując i wywalając. Na koniec stary twardy dysk dostanie młotkiem.

3. Dane z pendriva: jak wyżej, ale pendrive ochdudzony z duplikatów pozostanie do bieżącego użytku.

4. Dane z płyt CD: skopiuję na nowy twardy dysk celem konsolidacji. Płyty pewnie zatrzymam.

5. Ściągnę rozsypane foty i ebooki z różnych serwisów, aby mieć je u siebie i razem.

6. Wielka szafka biurowa pełna papierowych dokumentów: po przejrzeniu nieaktualne dokumenty pójdą do niszczarki. Ważne dokumenty zostaną zeskanowane i wrzucone na twardy dysk i odpowiednio posegregowane. 

7. Foldery z ważnymi dokumentami w formie elektronicznej umieszczę również w chmurze, ale jeszcze nie wiem gdzie. Rozważam iCloud, Amazon Cloud, One Drive, Google Drive i Dropbox.

8. Jeszcze nie wiem gdzie zrobię backupy reszty, też dobrze byłoby w chmurze.

9. Kupię sejf wodo- i ogniodoporny, gdzie wsadzę ważne papierowe dokumenty + twardy dysk ze wszystkimi plikami elektronicznymi.

Jak myślicie, czy do 2020 się wyrobię?

czwartek, 22 stycznia 2015

Klient ma na karku kontrolę, więc od 4 tygodni (z przerwami na inne, ale równie intensywne zajęcia) grzebię się w stosach arkuszy kalkulacyjnych pełnych tysięcy części zamiennych elektronicznych i oprzyrządowania wyszukując igieł w stogu siana, porównując, wyłapując duplikaty, normalizując opisy i przygotowując pliki do ładowania nowych danych, które nie mogą być duplikatem już istniejących. Ślepnę i garb mi od tego rośnie, a plików napływa coraz więcej, a wszystkie mają być gotowe na wczoraj. Na dodatek nadal nie mam biura, więc pracuję na tylko jednym i to małym monitorze. Tym sposobem zleciał mi styczeń.

Biuro jest w trakcie remontu i powinniśmy się móc wprowadzić pod koniec marca. Póki co przyzwyczaiłam się do bycia w domu i zupełnie mi do nie przeszkadza.

Innym faktem wartym odnotowania są zawody sportowe w pracy (fitness challenge), które mają trwać do początku maja. Zrobili z nas trzy drużyny wg. lokalizacji geograficznej i codziennie notujemy przebieżone mile. Bieganie i chodzenie jest liczone w milach, a inne sporty są normalizowane i też przeliczane na mile wg ustalonego przelicznika. Schudnięte funty też przeliczane są na mile. Co tydzień wystawiane są podsumowania. Tym sposobem zaczęłam biegać, ale trochę za intensywnie podeszłam do tematu i zdążyłam się trochę wykończyć. Będę musiała trochę zwolnić (tzn. w moim przypadku zredukować zbyt ambitny dystans), aż się przyzwyczaję. Za to joga 2-4 razy w tygodniu całkiem mi służy.

Tak poza tym, postanowiłam jeszcze raz przeczytać całą serię Harrego Pottera, którego przeplatam z drugim tomem Gry o tron.

23:03, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 06 stycznia 2015

Zacznę od tego, że absolutnie się nie nudzę, zwłaszcza nie przez ostatnie kilka miesięcy. Ba, mogę wręcz powiedzieć, że tak ciekawie nie działo się u mnie od lat. Niemniej jednak moja ostatnia decyzja wymiany domowego komputera z peceta na maca dostarczyła mi morza nowych atrakcji tak absorbujących, że uciekły mi godziny życia.

Swoje laptopy trzymam długo i jestem w tej chwili na trzecim. Pierwszym laptopem, po złożonym domowymi metodami jedynym desktopie 386, był Dell. Wytrzymał 6 lat i 8 miesięcy po czym odszedł śmiercią nagłą i chyba naturalną. Potem był (jest) Sony Vaio. Ten trochę szwankował od początku, to wiatrak do wymiany, to problem z ekranem, ale nadal chodzi po 5,5 latach - tyle, że jak mucha w smole. Specyfikacje ma niezłe i można by przeinstalować OS, ale mi się nie chce, bo to dużo roboty, kupa danych do przeniesienia, a hardware wiek swój ma i nie wiadomo ile pochodzi. Pomyślałam, że zamiast czekać aż się pecet znienacka przekręci, powinnam go wymienić już teraz.

Pomysł na maca zrodził się jakiś czas temu i ostatnim razem przegrał z "nie chce mi się" i "wszystkie oprogramowanie mam na Windows", oraz "jakie to cholerstwo drogie." Tym razem do decyzji przyczyniły się "a co mi szkodzi, jeszcze tego nie próbowałaś", "jakie oprogramowanie? - prawie wszystko jest w chmurze", oraz "SSD (solid state drive) też są drogie." Nie ukrywam, że posiadanie siatki asekuracyjnej w postaci starego Sony i służbowego peceta decyzję mi ułatwiło. W Nowy Rok przytachałam do domu MacBook Air 11 cali.

Kto kiedykolwiek przesiadał się z peceta na maca lub odwrotnie wie, że do przyjemności to nie należy. Coś jakby wypuścić rybkę na pustyni, albo wielbłąda do oceanu. Ja niefortunnie zaczęłam od (a jednak) oprogramowania finansowego, które okazało się bardzo mizerne w wersji na maca, a eksport danych i sortowanie bałaganu przyprawiło mnie o ból zębów i głowy. Po niecałych dwóch dniach odkryłam też, że wyjątkowo paskudnie pracuje mi się na tak małym ekranie. Całe szczęście sklep z elektroniką gdzie kupiłam sprzęt przyjął lekko użytego maca do wymiany na MacBook Air 13 cali. Uff.

Zaczynając wszystko od nowa już na 13-to calowym ekranie zaniechałam eksportu danych i skonfigurowałam oprogramowanie finansowe od zera jednocześnie ucząc się obsługiwać nową wersję na nowej platformie i odkrywając prymitywne niedociągnięcia i brak wielu funkcji w porównaniu z wersją na Windows. Stwierdziłam, że da się z tym żyć. Przeniosłam bibliotekę iTunes używając Migration Assistant bezpośredno pomiędzy mac'em a pecetem przez wi-fi, co skończyło się niezamierzoną instalacją nowego konta dla mojego użytkownika. Dzięki wujkowi Google znalazłam jednak metodę na obejście tego irytującego stanu rzeczy i cała muzyka znalazła się na właściwym koncie. Skonfigurowałam polską klawiaturę. Rozwiodłam się z mężem, tj. założyłam mu własne konto Apple, bo już i tak paprały nam się telefony i wszystkie dane pływały sobie bez ograniczeń z jednego telefonu na drugi, oraz przekierowywały się nam rozmowy z jednego na drugi jak telefony były blisko siebie. Im dłużej babrałam się w systemie, tym bardziej mi się podobał i w końcu z ulgą stwierdziłam, że to jednak była decyzja, której nie będę musiała żałować.

To, co najbardziej podoba mi się w jabłku to estetyka i ergonomia, fizyczna i psychiczna. Nie jest to logiczna lista rzeczy, ale takie psychiczne "feels right, feels good" - dobrze się na nim pracuje, wszystko wydaje się takie jak raz. No i trackpad po prostu wymiata - wszystko można załatwić bez odrywania palca.

P.S. Ha, właśnie odkryłam, że dylemat "jabłko" czy "pecet" ostatnim razem został przedstawiony tu na blogu do opinii czytelników: 

http://syracuse.blox.pl/2008/10/Czas-na-rozwod.html

czwartek, 11 grudnia 2014

Czas zleciał nie wiadomo kiedy i niespodziewanie wczoraj stuknął mi miesiąc w nowej pracy. Jest dobrze, a nawet bardzo dobrze. Zeszły tydzień spędziłam w Greenville w Południowej Karolinie integrując się z nowymi współpracownikami. Jak na razie żadne szkielety z szaf nie powypadały, ludzie są świetni, otwarci, a firma zupełnie jak rodzina: gromada zżyta, umie się dobrze bawić, a praca jest ich pasją, którą są przesiąknięci do szpiku kości, na żaden lunch czy obiad się nie wyjdzie bez analizy warsztatu. Odpowiada mi ten klimat, ta atmosfera, ci ludzie i jeszcze bardziej się utwierdziłam w słuszości podjętej decyzji. Na dodatek zsypała się na mnie robota, stara i nowa, ciekawa, wszystko się kręci jak szalona karuzela, a ja razem z nią.

Za tydzień znów lecę do Greenville, tym razem z mężem, na 3-dniową firmową imprezę bożonarodzeniową. Cieszę się na to ogromnie, choć trochę też się martwię, czy wytrzymam kondycyjnie, bo grupa lubi i wypić, i parę mil się wybiegać o poranku, a przecież integrować się wypada.

Praca z domu nadal mi odpowiada, próbuję sobie urozmaicać sporadycznymi wypadami do biura męża, gdzie z tyłu w kącie sobie cicho pracuję i razem wychodzimy na lunch. Dzisiaj nawet popracowałam sobie z warsztatu samochodowego, bo miałam irytującą wpadkę ze świeżo zainstalowanymi zimówkami, którą naprawili walutowo za darmo, ale za którą zapłaciłam niewalutowo stresem.

A propos opon zimowych, od dwóch dni mamy śnieżycę i nieźle obwaliło nas śniegiem. Odkopywanie się było i czasochłonne i męczące, ale daliśmy radę i wygląda na to, że jedak śnieżyć nareszcie przestało.

Z lotniskowych obserwacji: dość dawno nie latałam i okazuje się, że parę rzeczy pozmieniało się na lepsze. Na przykład obsługa samolotu przestała się czepiać o małe gadżety typu smarfon czy Kindle, i teraz tylko mówią, że ma być w airplane mode, ale można używać podczas startów i lądowań, a ile o to było zgrzytania zębów w minionych latach! Jest też TSA pre-check, gdzie nie trzeba zdejmować butów ani wyjmować laptopa i płynów z torby, ale nie wiem dokładnie jak to działa, bo raz się załapałam, a innym razem nie. Lotnisko w Greenville miało dyspenser wody z filtrem dla pasażerów z własnymi butelkami, a lotnisko w Filadelfii miało rowery stacjonarne, na których chętnie pedałowali utknięci pomiędzy lotami podróżni.

Pod koniec miesiąca będzie moja 10-ta (!) rocznica ślubu i też nie mogę się nadziwić, kiedy ten czas zleciał.

21:26, anetacuse , Praca
Link Komentarze (8) »
piątek, 21 listopada 2014

Czas oczekiwania się zakończył. Cztery tygodnie wypowiedzenia okazały się okresem czysto z horroru. Potwory podszywające się pod sprzymierzeńców wypełzły z szafy z wielkimi zębiskami, już bez uśmiechniętych przyjaznych masek. Powyłaziły różne pozamiatane pod dywan świństwa, wbite zostały noże w plecy przez najbliższych przyjaciół z samego zaufanego środka w wysiłku rozepchania się łokciami w nowej sytuacji czyimś kosztem. Ból, złość, strach i rozczarowanie. Przez ostatnie dwa tygodnie byłam tak zestresowana i rozstrojona, że irytacja i agresja wylewały się ze mnie wiadrami. Jeździłam jak pirat drogowy, nie miałam dla nikogo cierpliwości i miałam nadzieję, że dokończę okres wypowiedzenia bez rozwodu czy wypadku drogowego. Udało się. W międzyczasie przerabiałam milowe stosy elektronicznej papierkologii, podejmowałam tuziny życiowych decyzji i przeorganizowywałam procesy codziennego życia. Tygodnie młynu zanim nawet zaczęłam nową pracę.

W końcu nadszedł ten dzień. Wszystko jak do tej pory jest kompletnie niestandardowe. Ponieważ firma nie ma biura w moim mieście, do Syracuse przyleciał właściciel firmy i przez pierwsze trzy dni orientacja odbywała się w miejscowym hotelu. Na "dzień dobry" dostaliśmy po laptopie, stacji dokowania, plecaku, uniwersalnej baterii, koszulce polo, bluzie sportowej, kubku podróżnym i kubku porcelanowym - wszystko z firmowym logo. Firma zapłaciła za posiłki. Polecono nam kupić bilety lotnicze na imprezę bożonarodzeniową w Ashville, SC dla siebie i drugiej połowy. Bilety, trzy noce w hotelu, dwa dni imprez i atrakcji - wszystko na koszt firmy. Firma jest młoda, prężna, bez długów i w 100% finansowana prywatnie przez trzech właścicieli. Wszystkie systemy w chmurze, najnowsze technologie - po przejściu z poprzedniej firmy czułam się jakbym przyszła z epoki kamienia łupanego. Wszystko działa błyskawicznie, bezszelestnie. Biurokracji praktycznie brak, procesy proste jak budowa cepa. Struktura firmy w miarę płaska, elastyczna, mała ilość pracowników, kultura dość luzacka, do czego nie jestem przyzwyczajona. 

Orientacja zakończyła się wspólnym oglądaniem przestrzeni biurowych, gdyż na początku przyszłego roku firma otworzy nam biuro. Udało się znaleźć całkiem fajne i zupełnie nieźle położone. W międzyczasie jednak pracujemy z domu z powplatanymi tu i tam podróżami integracyjnymi. Jak to tej pory w poprzedniej pracy pracowałam z domu średnio raz w tygodniu, a kiedy zmuszona byłam pogodą do przeciągnięcia tego okresu dłużej, wpadałam w lekką depresję. Postanowiłam więc się ustrukturyzować i zdyscyplinować, jak również ustalić stałą przestrzeń do pracy zamiast swojej tymczasowej na stole kuchennym. Konfiguracja przestrzeni wypadła pomyślnie, konfiguracja czasu też (trzymam się pór na kawę, lunch, w porze lunchu wychodzę coś załatwić lub na spacer z psem itp.), gorzej z poczuciem izolacji i narastającej paranoi. Każdy został pozostawiony samemu sobie, ale praca wrze bez przerwy jak dawniej, gdyż moja była firma była zmuszona wynająć nas do skończenia ich kontraktów, których oni teraz nie są w stanie zrealizować. Na dzień dzisiejszy jest więc dokładnie ta sama praca, dla tych samych klientów, pod nowym sztandarem o nowych kolorach. Jest strach, czy dam radę wyżłobić sobie nowe miejsce w nowej strukturze bez możliwości bycia z ludźmi, z którymi mam się integrować. Czekam na punkt wbicia się w wir nowej pracy, ale nie wiem kiedy to nastąpi. Za tydzień wybieram się do Greenville, może będę wiedzieć coś więcej, a w grudniu poznam wszystkich na imprezie świątecznej. Tymczasem struktura naszego zespołu tutaj trochę nadpękła i dopóki każdy pracuje w domu pęknięcia są trudne do naprawienia. Wciąż stan zawieszenia i rozpychania łokciami dopóki każdy się jakoś nie umości.

Uważam, że podjęłam właściwą decyzję, która zaprocentuje. Niezaprzeczalnie pierwsze miesiące będą trudne i stresujące, ale uzbroiłam się w cierpliwość i liczę, że będzie dobrze.

20:57, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 28 października 2014

Otoczona (nie)problemami 1-szego świata, o których zwyczajnie wstyd pisać, wstydzę się i wściekam jednocześnie. Ciągłe oczekiwanie na to i na tamto, bo biedna ja nie może mieć tego i tamtego tu i teraz, jak na zepsutą Amerykankę przystało. Do tego status kulawej kaczki - lame duck - czyli osoby nadal na stanowisku, ale na wychodnym. W zasadzie trzeba to było uciąć nożem, dać zwyczajowe dwa tygodnie wypowiedzenia, ale wydawało się, że cztery będą bardziej etyczne. Tylko, że ktoś te cztery tygodnie wyrzucił na wiatr, a ja i inni siedzimy i gnijemy, bezmotywacyjnie, starając się zrobić co tylko się da, ale już zupełnie bez przekonania. Stan zawieszenia, oczekiwania, znużenia, poddenerwowania - wszystko na raz. Nie mogę przewinąć, więc odliczam dni robiąc kolejne zakupy.

19:52, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »
sobota, 25 października 2014

Jeżeli wszystko dobrze pójdzie z nową pracą, umożliwi mi ona w miarę bezstresowe danie nogi z krwiopijczego stanu Nowy Jork dużo szybciej niż nasz pierwotny plan 10-cio letni. Głównymi powodami, dla których nie zamierzam tu mieszkać na dłuższą metę są:

1. Niebotycznie wysokie podatki od nieruchomości.

2. Wyższy niż w wielu innych stanach podatek dochodowy (stanowy oczywiście).

3. Paskudne zimy z efektem jeziornym (to tylko w zachodnio-centralnej części stanu).

4. Zawyżone w stosunku do reszty kraju ceny paliwa.

5. Zbyt kosztowna i liberalna polityka socjalna.

6. Zbyt dużo upierdliwych praw i restrykcji nakładanych na mieszkańców - stan jest często złośliwie nazywany "stanem-niańką."

Lubię tu mieszkać, ale jeżeli mogę zaoszczędzić znaczną część swoich ciężko zarobionych pieniędzy gdzie indziej, to tak zamierzam zrobić.

Myślimy o wyprowadzce za 3 lata. Czas ten przeznaczymy na mniejsze i większe remonty w domu pod kątem sprzedaży. Póki co myślimy o zamieszkaniu w północno-środkowej Południowej Karolinie, albo południowo-środkowej Północnej Karolinie, ale to się może zmienić, gdyż z moją pracą mogę mieszkać w miejscu kompletnie dowolnym, o ile jest to kontytentalne przylegające USA.

Marzy mi się uproszczone małe lokum, coś ergonomicznego i łatwego w utrzymaniu, bez kosiarek i śnieżnych pługów, bez sterty roboty zawsze czekającej na zrobienie.

wtorek, 21 października 2014

Na malowniczym, zielonym wzgórzu stała stadnina koni. Stadnina była bardzo zadbana i cieszyła się dobrą reputacją. Mieszkały w niej konie pociągowe i wierzchowe oraz trochę osłów i kilka psów. Wszystkie zwierzęta wynajmowały się do różnych zadań tym samym na siebie zarabiając. Pewien zleceniodawca wyraził kiedyś zapotrzebowanie na jastrzębia. “Czemu nie?” – pomyślały konie i znalazły kilka jastrzębi do zamieszkania w stadninie. Zapotrzebowanie na usługi jastrzębi zaczęło rosnąć i stało się dla stadniny dosyć lukratywne. Konie wprawdzie nie rozumiały czym dokładnie zajmują się jastrzębie, ale wiedziały, że one tego zrobić nie potrafią. W stadninie bardzo o jastrzębie dbano: zostały zamontowane specjalne gałęzie i gniazda pod dachem stajni z dostępem do odpowiedniej ilości gryzoni. Konie i jastrzębie mieszkały razem pod jednym dachem i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Do czasu.

Pewien zagraniczny właściciel koni usłyszał o dobrze prosperującej stadninie i postanowił ją kupić. Nic wprawdzie nie wiedział o jastrzębiach, ale ucieszył się na wieść o dodatkowych dochodach z ich usług. Kiedy przejęto stadninę, pozrywano wszakże gniazda i gałęzie spod dachu i ulokowano jastrzębie w boksach z sianem. Założono im też uzdy w myśl zasady, że gdy mieszkasz w stadninie, zachowuj się jak koń. Im więcej stadnin właściciel kupował, tym więcej restrykcji nakładano na jastrzębie, które dokładały wszelkich starań aby jak najlepiej wywiązać się ze swoich obowiązków pomimo ciągłych przeszkód. Do czasu.

Pewnego pięknego jesiennego poranka, naczelny jastrząb opowiedział reszcie jastrzębi o dobrze prosperującym sanktuarium, które zatrudnia same jastrzębie. Sanktuarium jest oazą dla jastrzębi i jest gotowe na przyjęcie doświadczonych jastrzębi z otwartymi skrzydłami. Jastrzębie miały wolny wybór, jednak wszystkie postanowiły opuścić stadninę i zacząć pracę na rzecz sanktuarium. Konie poczuły się zdradzone i zranione i nie mogły pojąć tej decyzji.

Na jastrzębie czekają nowe horyzonty i nowe wyzwania.

23:55, anetacuse , Praca
Link Komentarze (13) »
środa, 15 października 2014

Kiedy akurat kupiłam sobie czarne skórzane oficerki i dwie zimowe spódnice, naszedł nas gorący front i jest tak ciepło jak latem. Wróciły krótkie rękawki do pracy. Nie, nie narzekam, za 5 minut nie wykopię się z zasp śnieżych, ale pogoda naprawdę jest dziwna, bo jest ponuro, pochmurno i bardzo wietrznie niczym jesienią, a niebywale ciepło niczym latem.

Tak poza tym, szykują się u mnie ogromne i niespodziewane zmiany, ale jeszcze za wcześnie wdawać się w szczegóły. Dość, że żyje mi się trochę strasznie, trochę ekscytująco, w napięciu oczekiwania i z głową trochę w chmurach.

18:20, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »
wtorek, 14 października 2014

Romansuję z jogą już od wielu lat, ale ostatnio wzięłam się za to troche poważniej. Znalazłam świetne studio jogi, które oferuje nie tylko różne typy jogi, ale także bardzo nowoczesny model biznesu: mają wiele różnych elastycznych opcji płatniczych, na zajęcia można się zapisywać przez internet lub wpadać bez zapowiedzi, jest bardzo dużo zajęć do wyboru w różnych porach dnia przez 7 dni w tygodniu, mają wielu nauczycieli. Całość jest dobrze zorganizowana i miejsce jest prawdziwą oazą dla ciała i duszy. Każdy szczegół jest dopięty na ostatni guzik.

Moim najnowyszym odkryciem, poza jogą gorącą (hot yoga w mocno podgrzanym pomieszczeniu), jest joga powietrzna (aerial yoga), nazywana też antygrawitacyjną (ani-gravity). Uprawia się ją za pomocą zwisającego z sufitu hamaka, który jest niebywale wielofunkcyjny i umożliwia zwisanie i huśtanie we wszelkich możliwych pozycjach. Jeśli komuś brak wyobraźni, podaję link do bardzo wizualnej strony:

http://www.aerialyoga.com/press-media/image-gallery-downloads/

Ten typ jogi dostarcza zupełnie nowych doświadczeń i jest ciekawym i przyjemnym wyzwaniem. Nie planuję wprawdzie ograniczać się tylko do tego typu jogi, ale na pewno pozostanie ona w moim repertuarze.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka