Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 21 sierpnia 2015

Motywem wspólnym moich podróży służbowych w ostatnich 4 miesiącach jest to, że latam, a przez to przypadają mi w udziale różne nieludzkie godziny, w których wychodzę bądź wracam do domu. Drugą wspólną cechą jest poważne niedosypianie podczas tych podróży, spowodowane ogarniającą mnie bezsennością, przeważnie w noc przed wylotem, potem w pierwszą noc w nowym miejscu. Trzecią, że rozstraja mi się pies i przestaje chodzić na spacery, przez co rozregulowuje mu się grafik łazienkowy, co z kolei powoduje problemy. Ma po prostu nadzieję, że jeśli nie opuści domu ani na chwilę, to uda mu się mnie przydybać skradającą się z powrotem - czy coś w tym rodzaju. Po czwarte - jak nie urok to sraczka jeśli chodzi o latanie na czas. Chwilami z nostalgią myślę o swoich dojazdach samochodem do Nowego Jorku, bo one przynajmniej były przewidywalne.

Mimo to lubię latać. Można poczytać, popracować, pogapić się na to i owo. Szkoda tylko, że w samolotach przeważnie nie udaje mi się pospać, chyba że naprawdę już padam z nóg.

18:46, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
piątek, 14 sierpnia 2015

Jak niektórzy może pamiętają, od maja rezyduję w nowym biurze w obrębie miasta Syracuse, w przeciwieństwie do malowniczej nieco oddalonej wioski i łąkowych wzgórz mojej poprzedniej pracy. Dojazd jest bardzo prędki autostradą, może ze 13 minut. Lokalizacja w rejonie przemysłowym, otoczonym autostradami i szosami, żadne tam centrum miasta czy chodniki. Piechotą nie można zajść nigdzie, ale dojazd do pracy krótki.

Ponieważ znowu mamy w pracy zawody sportowe, walka o każdą milę robi się dość zacięta. Zaczęłam więc biegać (czy raczej pobiegiwać, rezultaty mierne jak do tej pory w stosunku do założonego planu), więcej chodzę, nadal uprawiam jogę, kajakuję, a wszystko to przekłada się na mile w.g. ustalonych przeliczników. Ostatnio wpadłam na "genialny" pomysł dojazdu do pracy rowerem. Niedaleko niby, niecałe 8-9 mil w jedną stronę w zależność od trasy. Ponieważ dojazdy rowerem w Syracuse już przerabiałam ponad dekadę temu, żeby sobie ułatwić życie wymieniłam swoją górską brykę na rower miejski o cieńszych oponach, z błotnikami i bagażnikiem, a nawet lusterkiem. Proszę bardzo:

Pierwsze dwa razy pojechałam tylko w jedną stronę - do pracy, a w drodze powrotnej odebrał mnie mąż. Wczoraj przyjechałam do pracy samochodem z rowerem na bagażniku, wróciłam do domu na rowerze, dziś rano przyjechałam do pracy rowerem, a wrócę samochodem.

Dojazd do pracy rano jest pół biedy i zajmuje 43 minuty, choć dziś wypróbowałam nową trasę, która była przyjemniejsza, o prawie milę krótsza i zajęła 35 minut. Droga powrotna natomiast to samobójstwo. W powodu torów kolejowych są tylko dwie opcje dojazdu do pracy (trzecią jest autostrada) i żadna nie jest łatwa. Są trudne skrzyżowania, wjazdy i zjazdy na autostradę, wielopasmówki, szosy o szybkim ruchu, a oczywiście wszystkie skręty w prawo w drodze do pracy stają się skomplikowanymi skrętami w lewo w drodze powrotnej. O piątej po południu jest nie tylko godzina szczytu, ale kierowcy są zmęczeni i poirytowani, głodni, jest im gorąco, spieszą się, są nieuważni. To nie jest miasto przyjazne rowerzystom, chodników często brak, ścieżek rowerowych jak na lekarstwo, a kierowcy ogólnie są wrodzy w stosunku do rowerzystów. Pukam się w głowę, czy to w ogóle był dobry pomysł i analizuję mapy Google z punktu widzenia mitygacji ryzyka wybranej trasy. Dzisiejszy dojazd był naprawdę fajny i bezpieczny, gdyby tylko droga powrotna okazała się podobna. No ale to do wypróbowania innym razem, pewnie w przyszłym tygodniu.

Oczywiście dojazd do pracy rowerem wymaga dodatkowej logiki dotyczącej lunchu i ubrań, jak również służbowego laptopa, z którym się normalnie nie rozstaję. Na początku pakowałam wszystko na bagażnik, teraz zostawiam laptop w pracy. Jeśli kombinuję z samochodem, to mogę przywieźć ciuchy na dwa dni i dojeżdżać bez ładunku. Wszystko da się zrobić, tylko trzeba trochę dobrej woli.

17:31, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
wtorek, 11 sierpnia 2015

A właściwie przede wszystkim morświny. Kolejny wypad do Les Escumins, a dokładniej reserwatu Indian plemienia Essipit w kanadyjskiej prowincji Quebec był owocny.

P.S. Wszystkie trzy filmy są mojego autorstwa nagrane iPhone 6.

poniedziałek, 22 czerwca 2015

W ostatnich 6-ciu tygodniach moje życie bardzo przyspieszyło.

W pierwszym tygodniu maja byłam w Greenville w Południowej Karoline, gdzie moja firma organizowała konferencję. Każdą minutę intesywnego tygodnia spędzałam z klientami.

W drugim tygodniu maja byłam w Texasie, gdzie prowadziłam szkolenie i robiłam analizę systemu dla firmy wydobywającej ropę i gaz. Tam również każdą minutę spędzałam z klientem mając czas tylko na sen, i to krótki.

Trzeci tydzień maja znów spędziłam w Greenville w Południowej Karolinie, gdzie obserwowałam i asystowałam przy szkoleniu, po to, aby móc prowadzić własne. Mieszkałam u koleżanki z pracy, więc znów prawie cały czas byłam wsród ludzi.

Po powrocie do domu był długi weekend, więc natychmiast spakowaliśmy się ze zwierzakami i pojechaliśmy na pierwszy w sezonie biwak nad jezioro Keuka. Pogoda była piękna.

Po powrocie z biwaku - w ostatni tydzień maja - mogłam wreszcie pojechać do naszego nowootwartego biura, w którym jeszcze nie miałam okazji pracować, bo byłam w terenie. Był to tydzień oficjalnego otwarcia, więc zjechali do miasta wszyscy trzej partnerzy i każdy wieczór był spędzany wspólnie. W środę była oficjalna gala otwarcia.  Co tu dużo mówić: maj był niesamowicie ekscytujący i bardzo męczący. 

Pierwsze dwa tygodnie czerwca spędziłam cicho w biurze czekając na opadnięcie wielkiej kuli, z niecierpliwieniem odliczając. Dwa ciche tygodnie w biurze zdążyły wpędzić mnie w depresję, ale zdążyłam zaliczyć jeden biwak weekendowy i jeden czterodniowy - tuż przed rozpoczęciem nowego projektu. Długi weekend w lesie, moje urodziny, a natychmiast potem wielkie otwarcie projektu. Mojego projektu. Fabryki soku.

Czekałam na ten moment 10 lat, ale się doczekałam: w końcu mam własny projekt. Z pustego nie nalejesz, a do tej pory pracowałam nad wielkimi projektami zarządzanymi przez kogoś innego. Przez następne 9 miesięcy będę wdrażać, w większości samodzielnie, system zarządzania kapitałem u największego producenta soku pamarańczowego w Stanach Zjednoczonych: 2 fabryki na Florydzie, jedna w Kalifornii i hurtownia/centrum dystrybucji w New Jersey. Główna fabryka jest ogromna, ma własną elektrownię, oczyszczalnię ścieków i kolei. Jest to ogromne przedsięwzięcie, któremu mam nadzieję podołać. Jak na początek mój odpowiednik ze strony klienta jest bardzo utalentowanym inżynierem urodzonym i wychowanym w Polsce. Zupełny przypadek, ale jakże sympatyczny.

To teraz już wiecie, czemu ostatnio nie piszę. Mam bardzo dużo do napisania, tylko po prostu nie mam kiedy!

23:17, anetacuse , Praca
Link Komentarze (8) »
niedziela, 03 maja 2015

Sobotę spędziłam na rzetelnych przygotowaniach do podróży na konferencję. Pranie, zakupy, zabiegi upiększające, pakowanie i co nie tylko. Byłam zapięta na ostatni guzik, tak przygotowana, że bardziej nie można.

Wstałam o 4:30. Około 6 zajechała po mnie szefowa z mężem i jej mąż odwiózł nas na lotnisko. Wszystkie 5 osób z mojego zespołu mieszkające w Syracuse miały lecieć razem do Charlotte o 8:10. W samolocie siedzieliśmy na czas. I siedzieliśmy. I siedzieliśmy. Po 2,5 godzinach siedzenia, kazano nam wysiąść, po czym odwołano lot. Z naszej piątki, dwie osoby załapały się na lot dziś wieczorem do Charlotte, dwie na lot jutro rano do Charlotte, a ja na poranny lot do Greenville przez Filadelfię. Tym sposobem ominął nas wszystkie dzisiejsze zespołowe przygotowania i happeningi, a trójce z nas również jutrzejsze.

A wszystko przez kałużę. Pod samolotem odkryto kałużę i nikt nie wiedział czy już tam była wcześniej, czy coś wyciekło z maszyny. Więc przyszedł mechanik, oblukał i stwierdził, że wszystko jest ok. Niestety samolot nie mógł odlecieć bez wypełnienia odpowiednich papierów dla odpowiedniej procedury, którą miano przysłać do wypełnienia faksem, ale nie przysłano, bo nie znaleziono. Kiedy więc tłum się wysypał, opcje alternatywne były bardzo cienkie, bo każdy je chciał.

Szefowa z mężem-szoferem i druga szefowa z samochodem wylatują wieczorem, więc zostały na lotnisku. Jednego kolegę na lonisko zawiozła narzeczona, więc samochodu nie miał. Całe szczęście drugi kolega miał samochód i mógł nas porozwozić do domów, bo mój mąż pojechał na spływ kajakowy i nie był w zasięgu. Wróciłam do domu, a tam niemiła niespodzianka.

Klucz od domu jest na pęczku kluczy samochodowych. Ponieważ nie planowałam być w domu aż do piątku i nie brałam samochodu, a z lotniska miał odebrać mnie mąż, klucze teoretycznie nie były mi potrzebne. Kiedyś mieliśmy schowany zapasowy, ale raz był potrzebny i leniliśmy się go odłożyć na miejsce. Drzwi do piwnicy miały pękniętą futrynę (sami ją wyrwaliśmy parę late temu jak zatrzasnęliśmy klucze w domu i wyważaliśmy drzwi żeby wejść) i się porządnie nie zamykały, więc pilnowaliśmy aby drzwi wewnętrzne pomiędzy piwnicą a pierwszym piętrem były zamknięte na prosty zamek klamkowy i zasuwkę. Akurat w piątek wymieniliśmy drzwi do piwnicy na nowe i z porządnym zamkiem. Zabrałam więc ze sobą nowiutki klucz do drzwi piwnicznych "na wszelki wypadek." "Wypadek wszelki" rychło nastąpił, kolega przywiózł mnie do domu, odkluczyłam sobie piwnicę, a tam okazało się, że wewnętrzne drzwi są zamknięte od wewnątrz. Przed sobą miałam nieciekawy prospekt spędzenia całego dnia na tarasie bądź w piwnicy z walizką, plecakiem i torebką, bez samochodu (kluczyki w domu!) czy jedzenia. Szlag mnie trafił na miejscu. Poszłam jednak szperać w piwnicy i znalazłam mały podłużny klucz sześciokątny, którego użyłam jako wytrychu do zamka klamkowego. Drzwi puściły. Miałam szczęście, że mąż nie zasunął głupiej zasuwki, bo wtedy byłoby po ptakach.

Jutro muszę wstać jeszcze raniej i zrobić to wszystko jeszcze raz. Tym razem zabieram samochód. I klucze. I mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do Greenville według planu.

19:43, anetacuse , Praca
Link Komentarze (3) »
piątek, 24 kwietnia 2015

Pierwszy tydzień maja spędzę na konferencji w Greenville w Południowej Karolinie. Po powrocie w domu zabawię zaledwie jeden dzień, bo w niedzielę polecę w okolice Hjuston, Teksas prowadzić tygodniowe szkolenie. Tak akurat wyszło i to dokładnie wtedy kiedy akurat skończy się remont biura. Mąż zostanie słomianym wdowcem, a ja będę harować, za to w cieplejszym klimacie. Nigdy nie byłam w Teksasie, więc tym bardziej się cieszę.

Biuro prawie wykończone, niedługo dojadą meble. Indywidualne biura po lewej w konserwatywnych kolorach ziemnych, przestrzeń rekreacyjna - pomarańczowo-niebieska w kolorach firmowych - po prawej. Będą kanapy i fotele, telewizor, przestrzeń do czytania, wyposażona kuchnia z barem śniadaniowym, pokój konferencyjny. Nie będzie recepcji ani sekretarki. W tej firmie po prostu ich nie ma.

21:27, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
środa, 15 kwietnia 2015

Wiem, wiem, może po tych zdjęciach wiosny nie widać, ale przyszła naprawdę. Śnieg praktycznie stopniał, a to, że jezioro Oneida nadal w większości zamarznięte (zdjęcia są z ostatniej niedzieli), to już zupełnie inna para kaloszy...

Dziękuję wszystkim, którzy tu zaglądali pomimo wszechogarniającej stagnacji i zmarzliny.

Zimę miałam ciężką. Nie, żeby zdarzyło się coś złego czy nadzwyczajnego, tylko dopadła mnie długotrwała i głęboka chandra. Przyczynami były m.in. praca i pogoda. Rozczarowanie po zmianie pracy miało dwa źródła. Po pierwsze, odziedziczyliśmy te same projekty od poprzedniej firmy, bo poprzednia firma nie mogła się z nich wywiązać. Nowa praca sprowadziła się więc w moim przypadku do pracy dla tej samej szefowej, tego samego projektu i klienta, robiąc tę samą robotę w której się grzebię już od kilku lat i której mam naprawdę dość. Nic nowego, żadnego światełka w tunelu, marazm i rezygnacja. Oczywiście ten projekt się w końcu skończy, więc światełko w tunelu jest, tylko zabrakło mi cierpliwości i nadziei. Po drugie, praca z domu, jakkolwiek wygodna, przyczyniła się do mojego dołka. Brak kontaktów z ludźmi, siedzenie w domu samemu miesiącami i grzebanie w wypruwających flaki zadaniach. Wiem, że będzie lepiej, już jest. W maju firma wystawia konferencję, więc pierwszy tydzień maja spędzę w Południowej Karolinie. Jestem jednym z prezenterów, więc mam nad czym pracować. W międzyczasie wielki kombajn się zatrzymał (czytaj: klientowi skończyła się forsa i nie wie kiedy znajdzie więcej), więc przestałam pracować nad tym projektem i w najbliższej przyszłości mam nowy, na Florydzie. Należy tylko trzymać kciuki, żeby kombajn nie ruszył zbyt szybko, bo chciałabym mieć czas pojeździć na innej maszynie. Do tego w maju w końcu skończy się remont naszego nowego biura i po powrocie z konferecji będę jeździła do pracy jak normalni ludzie. W samą porę, bo moje domowe biuro na strychu już się robi za gorące.

Ta zima, od strony pogody, była jedną z najsurowszych jakie przeszłam z swoim życiu. Śnieg i mróz nie przeszkadzały mi aż tak bardzo, ale przez większość zimy źle się czułam. W końcu poszłam do lekarza tylko po żeby potwierdzić, dokładnie jak podejrzewałam, że jestem zdrowa jak koń. Mój cały wachlarz kretyńskich symptomów, którymi nie będę tu Was zanudzać, był najwyraźniej efektem sezonowym. W tym klimacie wszyscy na coś cierpią i większość mojch znajomych miała naprawdę paskudną zimę pod kątem zdrowia.

Właśnie. Zmiana pogody przyszła nagle. Jak można w tydzień przejść od spania pod wielką puchową pierzyną, okutanej we flanelową pościel i ubranej po zęby, do spania pod lekką narzutą, w bawełnie, letniej piżamie, przy otwartym oknie, ze wszystkimi (gołymi) kończynami na wierzchu i budzenia się spoconej jak mysz???

Powiększyłam swoją flotę kajakową o dwa plastikowe kajaki zaprojektowane do ekstremalnych warunków morskich. W tym roku znów wybieramy się na kajakowanie z wielorybami (cz. 1, cz. 2, cz. 3, cz. 4). Tym razem przygotowujemy się na wyprawę dużo porządniej aby zminimalizować niebiezpieczeństwo i planujemy trenować w trudnych warunkach jak często się da. Mamy w planie mniej biwaków, a więcej wypadów jednodniowych.

15:42, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
wtorek, 24 lutego 2015

Wszystkim chyba wiadomo, że w tym roku zima jest wyjątkowo paskudna nie tylko w centralnej części stanu Nowy Jork, ale w większości USA nie wyłączając południowych i zachodnich stanów. W Las Vegas padał śnieg, południowe stany pozamarzały, Boston został zakopany w śniegu, masa wypadków samochodowych - zimie nie widać końca, ciągle tylko nowe nawały śniegu i mrozu.

Mamy 3 nowe lokalne rekordy odkąd meteorolodzy zaczęli pomiary w Syracuse w 1902 roku:

1. Luty to najzimniejszy miesiąc od 1902.

2. Luty to jedyny miesiąc ostatnich 113 lat, w którym temperatury ani razu nie wzrosły powyżej 0 stopni C.

3. Osiągnęliśmy największą ilość dni w ciągu kalendarzowego roku (jak do tej pory 20), kiedy temperatura była poniżej 0 stopni F, czyli -18 stopni C.

Zdecydowanie jest to najsurowsza zima, jakiej udało mi się doświadczyć na własnej skórze. Świat dosłownie skurczył się od nawału śniegu, który dramatycznie pozwężał drogi, zakopał chodniki, i obwalił pobocza śniegowymi murami obronnymi, zza których nic nie widać. Dodam, że jest to również jedna z najbardziej słonecznych zim w Syracuse jakie udało mi się zaobserwować przez ostatnie 15 lat. Czuć też powiew wiosny: poćwierkują ptaki, słońce grzeje bardziej intensywnie, dni się robią coraz dłuższe. Jest nadzieja, że może odtajemy do września.

http://www.syracuse.com/weather/index.ssf/2015/02/syracuse_sets_another_record_for_cold_weather_in_february.html#incart_m-rpt-1

wtorek, 10 lutego 2015

Zimę w tym roku mamy śnieżną i mroźną - trochę nas zasypało.

Zima 2015 Syracuse NY

Teraz będzie o psie, wrażliwych uprzedzam, że można następny paragraf ominąć.

Pies nabawił się czegoś paskudnego. W niedzielę byliśmy z nim w pogotowiu weterynaryjnym, bo wymiotował krwią i miał krwawą biegunkę. Poza zapisaniem mu antybiotyków, wstrzyknięto mu sporo wody pod skórę na karku, aby go nawodnić - wrócił do domu z pokaźnym garbem, który mu przez następne parę godzin stopniowo malał jak organizm powoli absorbował wodę. Świetna metoda - tańsza i bardziej na wynos od kroplówki. W domu nawadniamy go podstępem, czyli karmimy ryżem z kurczakiem w ciepłej wodzie, oraz podajemy do picia rosół, bo samej wody nie tknął od soboty. Ostatnie dwa dni miał się dobrze - był zrelaksowany i nie miał żadnych nowych epizodów. Dziś coś mu gorzej - ma głośną jelitową rewolucję i przestał jeść. Znów wróciła biegunka, ale już nie krwawa. To chyba coś sezonowego, bo jego przypadek nie jest odosobniony. Swoją drogą dzięki smarfonowi, mogłam pani weterynarz dostarczyć piękne kolorowe zdjęcia różnych psich wydzielin bez konieczności uciekania się do wyrafinowanych opisów typu "ciemny malinowy dżem" oraz "flegmowaty gęsty przejrzysty płyn z drobinkami zakrzepłej krwi wyglądającymi jak małe płatki suszonej czerwonej papryki."

Remont biura się opóźnia, najnowsza data potecjalnego zajęcia placówki przesunęła się na koniec kwietnia.

Oby do wiosny.

16:20, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »
piątek, 06 lutego 2015

Przeczytane, niedoczytane, stojące od lat na półkach książki mają jedną rzecz wspólną z dawno nienoszonymi płaszczami: często kryją skarby. Wystarczy taką książkę przekartkować, powywracać kieszenie płaszcza, by znaleźć tam niespodziewany malutki pomnik dawnej rzeczywistości utrwalonej w niechący pozostawionej kruszynie wspomnień.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka