Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 21 października 2015

Wchodzę do atrium biurowca w najwyraźniej popularnej minucie przed ósmą. Po drugiej stronie schodów zgromadził się pokaźny tłum. Zastanawiam się co się stało. Po chwili konstatuję, że tłum czeka na windę. W budynku dwupiętrowym.

wtorek, 22 września 2015

To, gdzie teraz jestem w ogromnej mierze zawdzięczam swojemu znajomemu z Indii, Satyanowi. Traf chciał, że nasza wspólna znajoma nas ze sobą zapoznała. Satyan akurat kończył studia magisterskie z zarządzania informacją na miejscowym uniwersytecie i bardzo sobie ten kierunek chwalił jako uniwersalny i przyszłościowy. Zainteresowałam się, a Satyan przedstawił mnie pani dziekan. Po rozmowie z nią ustaliłyśmy, co muszę zrobić, żeby się dostać. Było pod górę, kazali mi skończyć inne, dwuletnie studia informatyczne w międzyczasie, bo mój polski licencjat był niewystarczający w porównaniu do tutejszego Bachelor's degree. No to skończyłam najpierw te dwuletnie, a potem te magisterskie.

Na moim kierunku było dużo Hindusów. Odzwierciedleniem tej demografii jest teraz branża IT. Wprawdzie w branży konsultingowej pracuję w większości z Amerykanami z urodzenia i garstką emigrantów z Europy, obserwuję, że wydziały dużych firm, zwłaszcza w dziedzinach intergracji i programowania, mają w więszkość hinduskie zespoły, i to nie tylko z punktu widzenia etnicznego, ale też lokalizacji. Projekt nad którym pracuję składa się z dwóch zespołów: mojego i  klienta. Zespół klienta zajmuje się integracją mojego systemu z ich systemem i składa się w większości z Hindusów, których część pracuje bezpośrednio dla firmy w Stanach, część na umowę-zlecenie również w Stanach, a jeszcze inna część na umowę-zlecenie w Indiach. Tym sposobem pracujemy tak naprawdę z trzema różnymi zespołami pod jednym parasolem i w co najmniej trzech strefach czasowych w samym USA nie wliczając dodatkowych stref czasowych w Indiach. Spotkania więc wypadają na różne dziwne godziny, zdarza się, że osoba po drugiej stronie globu zasypia podczas rozmowy, są problemy z odbiorem, echem i opóźnieniami, każdy mówi z jakimś łatwiejszym lub trudniejszym do zrozumienia akcentem, używa innych słów do opisu tej samej rzeczy, a przy projekcie pracuje tyle osób, że pół dnia schodzi na ganianiu dziesiątek e-maili, bo kilka projektów jest połączonych i często nie wiadomo, który kawałek do kogo należy. Kierowniczka zespołu mojego kawałka jest bardzo zorganizowana i kompetentna, ale i tak jest trudno. Czasem zastanawiam się, jak to jest możliwe, że cokolwiek udaje się zrobić, i że taka metoda jest tańsza (?), niż zatrudnianie mniejszego, ale miejscowego zespołu.

17:20, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »

Biegunka umysłowa polega na tym, że w momencie kiedy osoba budzi się ze snu, jej umysł zalewa masa częściowych lub gotowych uporządkowanych rozwiązań do konkretnych problemów lub zadań, nad którymi dana osoba pracuje. Umysł, układający sobie różne kawałki układanki za kulisami i najwyraźniej w czasie snu, w momencie obudzenia po prostu wylewa wnioski i wyniki niczym drukarka włączona po nocy nieaktywności, która nazbierała zlecenia wydruków z całej doby a może nawet i tygodnia, a na dodatek wypluwa je w takim tempie, że człowiek nie wie, czy ma łapać za kartkę i długopis, czy po prostu mieć nadzieję, że za kolejne dwie godziny będzie to nadal pamiętał. Ja wiem, że to jest bardzo brzydkie porównanie, ale intensywność tego doświadczenia przypomina mi dokładnie TO.

Odkąd pracuję nad nowym projektem, zjawisko to napada mnie często. Na dodatek miewam częste "objawienia" w najmniej spodziewanych momentach dnia, najczęściej w czasie wolnym od pracy, czyli w weekendy. Muszę przyznać, że choć bywa to męczące, wdzięczna jestem, że moja szara masa tak kapitalnie ułatwia mi życie.

01:17, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2015

Przyjechałam do fabryki przed czasem. Mój kontakt nie jest jeszcze gotowy. Nic, myślę, zajdę sobie do pokoju konferencyjnego i poczekam, popracuję - w końcu po to mam identyfikator z paskiem magnetycznym do otwierania drzwi.

Pierwsze, zewnętrzne drzwi otwierają się bez oporu po przejechaniu kartą. Drugie, wewnętrzne, ani rusz. Nic, myślę, usiądę sobie spokojnie w poczekalni i zaczekam. Wyciągam lapka i zaczynam pracować. 

Byłam akurat w połowie jabłka, kiedy przez drzwi frontowe weszło dwóch ochroniarzy. Nie było żadnych wątpliwości, że przyszli po mnie. Ani, że wiedzieli dokładnie gdzie jestem i kim jestem. Mówią, że moja karta wygasła. Parę słów wyjaśnienia, podaję im nazwisko mojego kontaktu. Z telefonu na stoliku, zaraz przy moim lewym łokciu, dzwonią do głownej siedziby ochrony sprawę wyjaśniać. Mój kontakt już został poinformowany, ma do mnie dołączyć za parę minut. Moja karta zostaje ponownie uaktywniona. Panowie ochroniarze uznają, że mogą mnie bezpiecznie pozostawić samej sobie do czasu przybycia mojego kontaktu i wychodzą.

Kończę jeść drugą połowę jabłka. Wstaję, wyrzucam ogryzek. Z braku jakiejkolwiek serwetki oblizuję palce. Przy moim lewym łokciu dzwoni telefon. Patrzę na dzwoniący aparat. Nie, nie będę go odbierać, przecież ja tu nie pracuję. Pewnie był do tych ochroniarzy, co tu byli. Ale on uparcie dzwoni. Zaczynam mieć przeczucie, że ten telefon jest do mnie... Odbieram, z wahaniem, przedstawiając się z imienia i nazwiska.

"Jeśli chcesz umyć ręce, to łazienka jest z tyłu za rogiem."

02:52, anetacuse , Praca
Link Komentarze (2) »

Siedzę przy bramce odlotu na terminalu na lotnisku w Charlotte i czekam na samolot do Tampy. Wsypują mi się maile tuzinami, więc zacięcie pracuję wstukując odpowiedzi kciukami na telefonie niczym dzięcioł.

Z transu wyrywa mnie ogłoszenie przez system PA w poszukiwaniu pasażera X do Cancun: ostatni dzwonek, jeśli się nie pojawi, już za momencik polecą bez niego. Nie ma to jak potencjalna tragedia bliźniego żeby wzbudzić moje zainteresowanie. Myślę sobie, że trzeba być kompletnym idiotą, żeby być na lotnisku i nie załapać się na swój lot. Myślę, może kawę bym wypiła. A może nie. Patrzę, idzie pan. O, to chyba ten zgubiony pasażer. Obserwuję namiętnie. Nie spieszy mu się wcale. Czy on słyszał?! A może to nie jest jego samolot? Hehe, puściutki terminal i tylko on sam. Zaraz, nie sam, jest jeszcze jedna osoba. Ja.

Gorącą falą uderza we mnie panika. Bramka do Tampy jest tuż obok tej do Cancun, obie puste. Przy mojej nadal są pracownicy linii lotniczych. Nie, uśmiechają się do mnie miło, mam kupę czasu. Nic to, że wszyscy już zdążyli się załadować oprócz mnie. Uff. Załapałam się. Ten pan zresztą też.

Idiota?

poniedziałek, 14 września 2015

Weekend spędziłam na wypełnianiu misji podjętej prawie trzy lata temu: pozbywaniu się balastu. Nie jest to bynajmniej nowy trend, tylko długoterminowy plan, który idzie mi powoli i falami. Od dawna zamierzałam opróżnić kuchnię ze wszystkiego czego nie używam lub nie potrzebuję. Było tego kilogramy. Uporządkowałam też szuflady z tysiącami poplątanych kabli, wszystkie pokompletowałam i wyizolowałam nieużywane urządzenia. Na sąsiedzki portal społecznościowy wrzuciłam ogłoszenie ze zdjęciem wszystkich kuchennych dobroci i listą; poszczególną elektronikę sfotografowałam i opisałam, po czym wrzuciłam ogłoszenia na Craigslist. Czego nie rozdałam sąsiadom w weekend, w niedzielę wieczorem zawiozłam do punktu odbioru Rescue Mission, organizacji charytatywnej. 

Taki produktywny weekend, dlaczego syzyfowa praca?

Kupienie nowego gadżetu zajmuje 60 sekund. Na Amazonie. Osobiście trochę dłużej. Odpowiedzialne pozbycie się czegokolwiek, a za "odpowiedzialne" uważam nie wyrzucanie funkcjonalnych rzeczy na wysypisko, tylko nadawanie im drugiego życia, zajmuje dużo, DUŻO dłużej. Jakie jest najprostsze rozwiązanie? Nie kupować. Kupować tylko to co potrzebne. Ale to jest bardziej skomplikowane.

Prezenty nowożeńców. Odkryłam trzy piękne nigdy nie używane tortownice, formę do ciasta i dwa kryształowe świeczniki / wazy (w zależności, na którym końcu je postawisz). Inne rzeczy używane wprawdzie, ale w nadmiarze. Przecież to był prezent...

Gorączkowe umeblowywanie i wyposażanie gniazdka przez podekscytowanych nowych posiadaczy własnego, pierwszy raz w życiu, domu. Bo przecież potrzeba to, tamto, siamto i owamto, bo będzie tyle imprez. I było. Było wiele imprez, dużych imprez, ale rodzina się rozjechała, rozwiodła, odeszła i teraz jest mniej i mniejsze. A wiele rzeczy można przecież zaimprowizować. 

Akceptowanie darmochy przez rozgorączkowanych nowych posiadaczy domu, bo się przyda. Ci, którzy się wtedy czegoś pozbywali byli tymi, których ja reprezentuję dzisiaj: wciskam komuś być może niepotrzebną darmochę, pocieszając się, że może jednak część tego trafi naprawdę potrzebującym. Ale ta darmocha to już nie mój problem i pewnie zostanie przekazana dalej.

Impulsywne zakupy mniejszych lub większych świecących, nowych, ekscytujących rzeczy. Np. sokowirówka. W pierwszym sezonie używana regularnie, potem praktycznie wcale. Sprzątania po tym dużo, a potem człowiek czuje się winny, że wyrzuca pulpę z warzyw, bo jest za leniwy na ugotowanie z niej zupy. A tak zje się warzywa, albo od razu ugotuje zupę, nie trzeba tego szorować i nie zabiera miejsca w kuchni. Albo urządzenie do krojenia awokado (!), czego dużo lepiej potrafi dokonać zwykły nóż do masła. Trochę czasu zajmuje zdanie sobie sprawy, że tylko maleńka cząstka tych gadżetów naprawdę ułatwia przygotowywanie posiłków i umila życie, a reszta je zwyczajnie komplikuje. Np. wyciskacz do cytrusów okazał się stałym bywalcem w mojej kuchni, aczkolwiek tylko przez pół roku - w sezonie na cytrusy.

Ten sam proces zastosowałam też częściowo do swojej szafy, mebli i innych przedmiotów.

Skoro więc przez niemal trzy lata powoli opróżniam swoją przestrzeń, to czy przestałam kupować? Nie. Ale kupuję inaczej. Częścią mojej filozofii jest pozbywanie się również przedmiotów, których albo nie lubię, albo są słabej jakości, albo kiepsko wypełniają swoją rolę. Te przedmioty stopniowo zastępuję ich lepszymi wersjami, a więc następuje swoista rotacja. Prezenty i akceptowanie darmochy problemem już przeważnie nie są, za to uleganie impulsom lub dokonywanie nie najlepszych wyborów przy zakupach nadal tu i tam następuje, choć nad tym pracuję. Ogólny bilans jest do przodu, z potknięciami. Mam nadzieję wkrótce ten projekt skończyć, a nie bawić się w mitycznego Syzyfa w nieskończoność.

Cały ten proces sprawił, że zaczęłam inaczej myśleć o prezentach. Unikam ich jak mogę, a jeśli chodzi o prezenty osobiste mąż i ja przeważnie je sobie sami wybieramy, z bardzo małymi wyjątkami. Może to niezbyt romantyczne, ale za to bardzo praktyczne. Jeśli chodzi o prezety wymieniane w szerszym kręgu, zmieniłam swoją filozofię i w przypadku sytuacji, gdzie wymiana prezentów jest oczekiwana, staram się obdarować drugą osobę czymś, co nie zabiera fizycznej przestrzeni. Takimi rzeczami może być np. czekolada, paczka dobrej kawy, whiskey, wino, certyfikat - do fryzjera, na masaż, do sklepu, na koncert czy festiwal - coś co zapewni, że osoba albo dany prezent skonsumuje, albo sprawi sobie coś, co naprawdę ją ucieszy.

A tak na marginesie, marzy nam się maleńki, nowy, ekologiczny i ergonomiczny dom. Nawet nie dom, tylko pod. Energooszczędny, tani w utrzymaniu, mały i wystarczający, ale zbudowany dla ludzi, a nie buda dla psa. Mieszkanie w starym, byle jak zbudowanym domu, który ciągle wymaga środków i remontów, a nigdy nie jest w pełni funkcjonalny, jest męczące. A nowe domy są piekielnie drogie i też przeważnie byle jak zbudowane, chociaż się ładnie prezentują. 

niedziela, 13 września 2015

Rok temu pisałam o sprytnym cacku, jednopalnikowej kuchence turystycznej BioLite zasilanej drewnem, na której można nie tylko gotować, ale przy okazji naładować elektronikę kablem USB. Cacko jest naprawdę fajne i dobrze przemyślane, ma wbudowany wiatrak zasilający płomień (wiatrak ładuje się z gniazdka za pierwszym razem, potem ładowany jest energią z wypalanego drewna) no i nie trzeba do niego kupować paliwa. Piecyk kupił mój tata, więc miałam okazję zobaczyć go w akcji. Pomimo, że naprawdę nie potrzebowałam kuchenki turystycznej, survivalowy charakter tego gadżetu skusił mnie na tyle, że sobie też taki kupiłam. Taka polisa ubezpieczeniowa, rezerwa kiedy nie ma prądu (w domu), jest zimno czy skończy się gaz (na biwaku).

Kuchenka leżała w rezerwie przez rok, aż w miniony weekend na biwaku w końcu postanowiliśmy się nią pobawić. Zamiast gotować na dwupalnikowej kuchence na gaz, eksperymentalnie zrobiliśmy popołudniową kawę na BioLite, a następnego dnia już wszystkie posiłki, włącznie z grzaniem wody do mycia naczyń. Muszę przyznać, że byłam zaskoczona jak łatwe w użyciu i wydajne jest to cacko, jak łatwo jest je rozpalić, i ile można ugotować szybko i wyłącznie na głupich gałązkach uzbieranych ze ściółki leśnej. O ładowaniu gadżetów nie wspominając... Na dodatek, utrzymywanie odpowiedniego poziomu płomienia dostarcza jakiejś atawistycznej przyjemności, bo mój mąż nagle stał się entuzjastą doglądania piecyka i nawet gotowania. Jedynym mankamentem jest sadza, która osiada na naczyniach i raz na zawsze zmienia ich kolor na węglowoczarny. Ale to akurat niczemu nie przeszkadza.

piątek, 11 września 2015

Minęły ponad 4 lata odkąd skusiłam się na kupno swojego pierwszego Kindla. Nie tableta, tylko dedykowanego "czytacza" z e-papierem, który można czytać w najjaśniejszym nawet słońcu oraz, w przypadku nowszym modeli z podświetleniem, w najciemniejszej nawet nocy. Bilans jest taki, że z Kindlem nie rozstaję się nigdy, zawsze jest ze mną w dzień i w nocy, w torebce, na rowerze, w kajaku, w sypialni, na biwaku. Czytam wszędzie, czytam codziennie, mniej lub więcej, ale każdego dnia. Zanim kupiłam Kindle, czytałam fazami. Parę tygodni, może miesięcy czytania, potem długo nic, potem znowu. Nie potrafię powiedzieć dokładnie dlaczego Kindle na stałe "przykuł" mnie do książek, co się zmieniło, wiem tylko, że od tamtej pory dużo więcej czytam, a po papierowe książki sięgam niechętnie albo wcale. Lubię skakać pomiędzy 2-3 książkami na raz, zwłaszcza jeśli któraś ma ciężką tematykę lub wymaga dużo skupienia. Zwykle czytam coś lżejszego na przemian z czymś cięższym lub bardziej ambitnym. 

Kindle umożliwiło mi łatwy i legalny dostęp do polskiego rynku książek, a po książki anglojęzyczne najczęściej sięgam z biblioteki. Poza polskimi książkami, do których bez zakupu nie miałabym dostępu, anglojęzyczne książki kupuję tylko wtedy, jeśli coś bardzo chcę przeczytać, a biblioteka tego nie ma, lub są bardzo długie kolejki. Zaletą Kindle jest m.in. to, że przy wyłączonym wi-fi książka z biblioteki po wygaśniętym terminie nie znika, można ją spokojnie doczytać, a z kolei książki polskie bez DRM można pożyczyć rodzinie.

Cieszę się, że w moim przypadku Kindle nie okazało się świecącą, szybko nudzącą się nowością, a stało się podstawą rozwoju i przyjemności.

  • http://syracuse.blox.pl/2008/11/Wady-i-zalety-ksiazek-elektronicznych.html
  • http://syracuse.blox.pl/2011/09/Amazon-Kindle-biblioteka-WM.html
  • http://syracuse.blox.pl/2012/02/Kopalnia-diamentow-dla-uzytkownikow-Kindle-i-nie.html
  • http://syracuse.blox.pl/2012/02/Ksiazki-z-Virtualo-na-Kindle-w-USA.html
  • http://syracuse.blox.pl/2012/04/Niezaprzeczalna-zaleta-Kindle.html
  • http://syracuse.blox.pl/2012/10/Polskie-ebooki-swiat-stanal-otworem.html

W wieku dorosłym ciężko zawiera się przyjaźnie, zwłaszcza głębsze, które przetrwałyby poza konkretny życiowy kontekst jak praca, sąsiedztwo, hobby czy dzieci. Może dlatego z czasem odkryłam, że lubuję się w "przygodach na jedną noc", bynajmniej nie w sensie romantycznym, a w sensie cieszenia się chwilą spędzoną z przypadkową bratnią duszą, nawet jeśli nie zobaczę jej więcej na oczy.

Czasami mam wrażenie, że staliśmy się z mężem łowcami sympatycznych bratnich dusz. Wprawdzie ich potem nie odhaczamy kreskami na ścianie, ale czerpiemy z takich kontaktów inspirację i pozytywną energię. Taka para wampirów energetycznych szukających ciekawych osób i wymieniających się pozytywną energią. Ludzie nas z zasady lubią, więc korzystamy z tego wystawiając się "na przynętę" m.in. w naszym lokalnym barze. Do baru nie chadzamy żeby się napić, choć oczywiście zwykle wychylamy od 1 do 1,5 piwa na głowę, ale żeby popatrzeć, posłuchać i od czasu do czasu wyłowić ciekawą osobę do rozmowy. Zaletą tej strategii jest to, że zbiera się tylko ciekawe i pozytywne aspekty takiej interakcji bez bycia obciążonym problemami danej osoby. Czyli zupełnie jak romans na jedną noc - sama przyjemność, zero odpowiedzialności. Oczywiście pełno jest osób, które chodzą do barów właśnie w celu wylewania swoich problemów, ale takich osób z zasady unikamy na ile to możliwe.

Poza barem jest masa innych okazji do jednorazowych przyjaźni. Na przykład w zeszłym roku na kempingu poznaliśmy sympatycznego emerytowanego profesora fizyki i fajną parę ze stolicy, z którą spędziliśmy wiele miłych wieczorów. Łono natury wydaje się sprzyjać poznawaniu naprawdę miłych ludzi. Dziś na spacerze z psem wzdłuż kanału Erie również poznaliśmy bardzo ciekawą parę, z którą okazało się mamy wiele wspólnego, m.in. też mają pudla i papugę, mamy podobne zainteresowania, kilku wspólnych znajomych z mojej poprzedniej pracy oraz motyw wschodnioeuropejski: on jest pół-Rosjaninem pół-Amiszem, ona Rosjanką. Zamiast spacerować z psem, przegadałam z nimi ponad pół godziny. Wymieniliśmy się numerami telefonu i zaprosili nas na obiad. Czy coś z tego wyjdzie, nie wiadomo, ale jakże miły to był wieczór.

02:45, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
piątek, 21 sierpnia 2015

Motywem wspólnym moich podróży służbowych w ostatnich 4 miesiącach jest to, że latam, a przez to przypadają mi w udziale różne nieludzkie godziny, w których wychodzę bądź wracam do domu. Drugą wspólną cechą jest poważne niedosypianie podczas tych podróży, spowodowane ogarniającą mnie bezsennością, przeważnie w noc przed wylotem, potem w pierwszą noc w nowym miejscu. Trzecią, że rozstraja mi się pies i przestaje chodzić na spacery, przez co rozregulowuje mu się grafik łazienkowy, co z kolei powoduje problemy. Ma po prostu nadzieję, że jeśli nie opuści domu ani na chwilę, to uda mu się mnie przydybać skradającą się z powrotem - czy coś w tym rodzaju. Po czwarte - jak nie urok to sraczka jeśli chodzi o latanie na czas. Chwilami z nostalgią myślę o swoich dojazdach samochodem do Nowego Jorku, bo one przynajmniej były przewidywalne.

Mimo to lubię latać. Można poczytać, popracować, pogapić się na to i owo. Szkoda tylko, że w samolotach przeważnie nie udaje mi się pospać, chyba że naprawdę już padam z nóg.

18:46, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka