Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Trzy plagi USA...

Wczoraj odszedł mój niedoszły szwagier. Fajny facet, przed trzydziestką, uwielbiany w naszej rodzinie. Przedawkował. Akurat był z wizytą u rodziców po przeciwnej stronie kontytentu od swojego miejsca zamieszkania i tym samym niechcący oszczędził mojej szwagierce dramatu znalezienia go i procesu wysyłania zwłok do rodziców. Znalazła go matka.

Nie rozumiem, nigdy nie zrozumiem, jak tyle ludzi może iść w narkotyki doskonale rozumiejąc konsekwencje. To nie jest jakiś obcy pod mostem, to jest rodzina, znajomi, znajomi znajomych. Ciągle dotyka to kogoś blisko; dawno w USA problem z narkotykami nie był aż tak rozprzestrzeniony.

Facebook stał się narzędziem żałoby. Znajomi piszą mu listy na profilu, których on już nie przeczyta. Apelacja rodziców, mowy pożegnalne - wszyscy mogą w tym uczestniczyć, dzielić się bólem. To inna jakość, publiczne przeżywanie, ale myślę, że takie ujście wielu ludziom pomaga.

Smutno nam wszystkim bardzo, tak ciężko być komuś wsparciem na odległość.

niedziela, 10 stycznia 2016

Pierwszy własny projekt na wyjątkowo wielką skalę. Za 5 minut składam wszystkie elementy do kupy i oczekuję, że będą działać. Takiego stresu nie miałam od kilku lat. Mam problemy z zaśnięciem, mam silne reakcje fizjologiczne, nie starcza godzin na pracę, wszystko wpada z każdej możliwej strony. Testowanie do skończenia, konfiguracje, kontenery danych nadal do przerobienia, dokumentacja do napisania, a wszyscy dzwonią z pytaniami. Model biznesowy "sama" odbija się jak zepsuty śledź. Szkolenie zaczyna się w połowie lutego, go-live pierwszej fabryki na początku marca, do połowy maja wszystkie cztery mają stać i będą stać nawet po moim trupie. Mam dużo do udowodnienia - sobie i nowemu pracodawcy. Od lutego do maja w domu będę gościem, szczątkowe weekendy, tydzień tu, tydzień tam. Przez pierwszą połowę projektu pławiłam się w cudownej stymulacji umysłu, bo taka robota jest dokładnie tym co naprawdę mnie kręci. Nie przewidziałam, że ugnę się tak bardzo pod napięciem terminów i ilości pracy i jakoś muszę przez to przejść. Wiem, że następnym razem będzie łatwiej, tylko jak przeżyć do następnego razu?

W tym roku jak do tej pory mamy dość łagodną zimę. W 2015 nie widzieliśmy śniegu, ledwo trochę mrozu, napadało dopiero 1-go stycznia. Po kilku śnieżycach i kilku mroźnych dniach nadeszła odwilż i ulewa.

Na 11-tą rocznicę ślubu sprawiliśmy sobie saunę na grzejniki podczerwone. Zakup sauny skłonił nas do remontów, najpierw odmalowaliśmy pokój do ćwiczeń, gdzie stanęła sauna (sami ją zmontowaliśmy), a potem salon. Roboty było po pachy i zajęła dwa tygodnie, ale było warto. Jak się okazuje, jesteśmy dużo lepszymi malarzami niż przypuszczaliśmy, a fakt odrestaurowania sporej części domu bardzo nas podkręcił. Wiem, że bardzo nam to umili zimę, albo raczej mężowi umili, bo ja będę na Florydzie. Sam zakup sauny okazał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza w naszym klimacie. Jest to rewelacyjna metoda na relaks i odprężenie, świetnie się po niej czuję, a na dodatek niespodziewanie zaczęłam stopniowo tracić na wadze i bynajmniej nie jest to ubytek wody.

Ten rok zapowiada się ciekawie zakładając, że przeżyję pierwszą połowę.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

22:27, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 listopada 2015

Miałam piękną suknię ślubną w kolorze ecru. Klasyczna, w stylu disneyowskich księżniczek, kupiona w Polsce i wieziona osobiście tysiące mil za ocean. Prezent od ukochanego dziadka. W ostatni dzień tego roku stuknie nam 11. rocznia ślubu, możecie więc sobie wyobrazić jak ostatnie 11 lat spędziła owa suknia: wisząc na ostatnim wieszaku bardzo długiej szafy, opatulona w folię.

Ponieważ od jakiegoś czasu pozbywam się rzeczy nieużywanych, jakby na to nie patrzeć raz użyta suknia ślubna jest nieużywana. Jej misja życiowa została spełniona: ktoś założył ją do ślubu. Nawet jakby przyszło mi ponownie wyjść za mąż, żadna kobieta nie założyłaby tej samej sukni. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co też z nią zrobić: wyrzucić szkoda, bo jest piękna; sprzedać - kto kupuje używane suknie; oddać? Wiem, że zwykle suknie zabiera się do pralni chemicznej, po czym się je pakuje do pudełka na pamiątkę, ale trzymanie rzeczy "na pamiątkę" nie jest w moim stylu. Zastanawiałam się nad wyczyszczeniem jej i wystawieniem na eBay za niewielkie pieniądze - a nuż pomogłabym jakieś marzycielce bez funduszy.

Problem rozwiązał się sam, choć do końca nie wiem, co o tym myśleć. Poszłam dziś z latarką nurkować w szafie w poszukiwaniu zaginionego paska męża i tym sposobem odkryłam, że suknia nabawiła się rozległych rdzawych plam na całą długość przodu - wiele pasm od talii do samego dołu. Plam litych, długich, wypełniających i ukazujących fakturę materiału. Nie mam pojęcia jak tam się znalazły, ani skąd, ani dlaczego, ale oczywistym było, że suknia jest nie do odratowania. Wobec takiego odkrycia mogłam ją z czystym sumieniem wyrzucić, razem z dość obszernymi akcesoriami jak halka z metalowym stelażem i welon.

Częściowo czuję ulgę, bo nie uśmiechało mi się papranie się w ogłaszanie i sprzedawanie, a potem wysyłkę, sukni. Częściowo czuję żal, bo naprawdę była piękna i tak zwyczajnie tylko raz użyta idzie teraz na śmietnik. Aby sobie polepszyć samopoczucie nad niespodziewaną rozłąką z przedmiotem, do którego czuję większy od przeciętnego sentyment, niniejszym opisałam historię sukni ślubnej tutaj, po czym mogę ją puścić w świat jak dmuchawiec.

A co Wy zrobiłyście ze swoimi sukniami ślubnymi?

środa, 25 listopada 2015

Pisałam niedawno o książce Magia sprzątania i mam kilka punktów do dodania.

Po pierwsze, nie zgadzam się z autorką, że metoda porządkowania to "wszystko albo nic" i musi być zrobiona na raz. Pewnie, lepiej na raz niż na raty, ale w moim przypadku "na raty" się sprawdza. Pozbywanie się nadmiaru na raty pozwala mi na (1) przemyślenie czy i jak się czegoś pozbyć, (2) znalezienie odpowiedniej drogi do "jak", czyli najlepiej ekologicznie a nie bezmyślnie wyrzucając, (3) uporządkowanie spraw, które bywają czasochłonne, (4) zrealizowanie spraw pozostawionych "na kiedyś."

Autorka pisze, że sterta rzeczy "na kiedyś" powinna być wyrzucona, bo kiedyś znaczy nigdy. Ja podchodzę do sprawy inaczej: skoro coś ileś tam lat trzymałam, bo chciałam kiedyś przeczytać czy użyć, to znaczy że kiedyś nie zawsze znaczy nigdy, tylko czasem znaczy "teraz." Pozbywanie się rzeczy zostawionych "na kiedyś" w moim przypadku wygląda tak, że albo decyduję, że faktycznie nie jestem wystarczająco czymś zainteresowana żeby to "kiedyś" nastąpiło i wtedy się tej rzeczy pozbywam, albo biorę się teraz do zużycia - najczęściej przeczytania - a potem już z czystym sumieniem mogę tej rzeczy się pozbyć, bo ją skonsumowałam  - "kiedyś" wreszcie nastąpiło.

Odkąd przeczytałam tę książkę, jest mi dużo łatwiej podejmować decyzje odnośnie wielu przedmiotów w moim życiu. Muszę przyznać, że odkąd trzy lata temu "odkryłam", że nie muszę trzymać stert nazbieranych przez lata przedmiotów, które niczemu nie służą lub których nie lubię, żyje mi się coraz łatwiej. Te przedmioty były dla mnie wcześniej niewidzialne - są to są, trzeba przełożyć z miejsca na miejsce żeby zetrzeć kurz. Jakoś nigdy samej nie przyszło mi do głowy, żeby droga rzeczy wiodąca do mojego domu była dwukierunkowa.

poniedziałek, 23 listopada 2015

W czwartek Święto Dziękczynienia, a u mnie już głowa pełna zapachu żurawin i dyni piżmowej oraz oczekiwania na czterodniowy weekend... Już nic mi się nie chce, choć świat wcale nie zwolnił. 

Dostałam wezwanie na ławnika, więc tylko to mi trochę zatruwa spokój. Mam dzwonić codziennie żeby się dowiedzieć, czy mój numerek wypadnie czy nie. W zeszły piątek nie wypadł, a dziś się zobaczy. To dla mnie nowe doświadczenie, potenjalnie ciekawe a jednocześnie z bardzo realną możliwością pokrzyżowania mi wszystkich planów, zarówno prywatnych jak i służbowych.

Do końca roku pozostał mi tylko jednen (1!) pełny tydzień pracy. W tym tygodniu święta; w przyszłym ów pełny tydzień; kolejny tydzień też pełny, ale u klienta na Florydzie, więc chodziaż będę szkolić to roboty nie popcham, więc się nie liczy; potem znów wyjazd do Greenville na firmową imprezę świąteczną - 6 dni poszło się paść, bo wyloty, przyloty, spotkania i gdzieś tam trzeba odetchnąć; w tym samym tygodniu już BN; potem Nowy Rok. No a potem to już se można wpadać w depresję i cieszyć się PEŁNYMI tygodniami pracy aż do maja.

Robota goni, czas goni, wszystko goni. Normalnie chcę ten czas złapać za ogon i zatrzymać, żeby tak nie pędził, z wyjątkiem tego tygodnia, kiedy odliczam do czwartku.

wtorek, 17 listopada 2015

Magia sprzątania (ang. The Life-Changing Magic of Tidying Up: The Japanese Art of Decluttering and Organizing) to tytuł książki Marie Kondo o magii porządkowania. Bo sprzątanie (cleaning) to nie to samo co porządkowanie (tidying), no ale polski tytuł wyszedł dużo zgrabniej brzmiący, chociaż mniej dokładny w przekazie, od angielskiego. Oryginał jest, domyślam się, po japońsku.

Książka, pomimo irytującego wstępu w deseń "taka jestem ważna i popularna" oraz pewnych fragmentów, które pozostawiają czytelnika w lekkiej wątpliwości czy autorka jest w porywach zdrowa na umyśle, jest naprawdę dobra. Dobra dlatego, że pomaga zrozumieć psychologię rozstawania się z przedmiotami i daje praktyczne wskazówki, wraz z uzasadnieniem, jak podejść do oczyszczania swojej przestrzeni z lat zakumulowanych dóbr. Wprawdzie sama jestem na etapie około 80% odrguzowywania, i niezgodnie z opinią autorki czynię to nie na raz, a na raty, za to z dobrym rezultatem, książka dodatkowo utorowała i oświetliła mi drogę nowymi wskazówkami i pomysłami.

Odkąd skończył się sezon biwakowy, sprzątanie, organizacja i nawet gotowanie (!) przyczepiły się do mnie jak rzep do psiego ogona. Tak zorganizowanej i błyszczącej chałupy nie miałam chyba jeszcze nigdy. Myślę, że jest to mój mechanizm obrony przed stresem w pracy. 

poniedziałek, 16 listopada 2015

It IS about Islam to książka Glenna Becka, którą zaczęłam czytać jeszcze przed atakami w Paryżu i polecam wszystkim, którzy czytają po angielsku. Tylko tyle i aż tyle. To nie jest blog polityczny i nie zamierzam tu otwierać dyskusji na ten temat, ale informacje zawarte w książce są warte znania, nawet jeśli nie jest się fanem opinii autora.

piątek, 13 listopada 2015

Mamy dwa samochody VW TDI. Tak, dwa całkiem nowe, ale obecnie zniesławione brudne diesle. Odkąd wybuchł skandal z emisjami, nasza skrzynka na listy notorycznie zapełnia się korespondencją wokół tematu w natępujących kategoriach:

  • Listy od biur prawniczych z całego kraju: Nie czekaj na proces zbiorowy, pozwij już teraz. Dostań pieniądze, wyduś pieniądze, wyciśnij pieniądze teraz i indywidualnie. My ci pomożemy. Należy ci się. Jesteś ofiarą. Okłamali cię. Zemść się.
  • Listy od Volkswagena: Przepraszamy. Zawiedliśmy twoje zaufanie. Damy ci kasę i pomoc drogową na dwa lata za darmo. Możesz otworzyć kartę kredytową z załadowaną sumką pieniędzy. No i jeszcze wszyscy dostaną konkretną większą sumkę. Naprawimy, będzie dobrze.
  • Listy od dealerów samochodowych: Bosz, masz brudną cytrynę, ale my ci pomożemy to naprawić. Jeśli teraz kupisz od nas samochód, to dostaniesze niesamowity rabat a na dodatek odkupimy od ciebie tego brudasa. Pozbądź się brudasa już teraz, bo jest be.

Męczące to jest okrutnie, ale cóż. Ma się brudasa, kocha się brudasa, będzie się brudasem jeździć tak długo, aż nie padnie albo się nie znudzi.

Nie, że mnie to nie obchodzi. Obchodzi mnie. Obchodzi mnie środowisko, ocieplenie klimatu, oraz fakt, że ktoś zwyczajnie okłamał setki tysięcy ludzi dla zysku, bez sumiena i z pełną świadomością konsekwencji wypuszczenia takiego samochodu do użytku. Wielu ludzi - w tym ja - nie kupiłoby tego diesla gdyby prawda o emisjach była znana. Ale faktem jest, że jeśli go teraz sprzedam, nie zrobi to żadnej różnicy, bo będzie nim jeździł ktoś inny. Przynajmniej pali o niebo mniej od "czystych" monstrualnych SUV.

Jestem rozczarowana firmą VW, ale nadal kocham swój samochód. Za to wiem na pewno, że ten skandal zdecydowanie będzie miał wpływ na moje przyszłe zakupy samochodowe. 

piątek, 23 października 2015

Pomimo, że ogólnie staram się unikać tematyki wojennej, kilka książek, które mnie zachwyciły i poruszyły są o tematyce wojennej. O pierwszych dwóch na liście już kiedyś pisałam, za to ostatnie dwie są w miarę nowe i tylko jedna jak dotychczas doczekała się polskiego tłumaczenia. Nie wątpię jednak, że doczeka się i druga.

  • Hotel słodko-gorzkich wspomnień autorstwa Jamie Ford
  • Stowarzyszenie Miłośników Literatury i Placka z Kartoflanych Obierek autorstwa Mary Ann Shaffer i Annie Barrows
  • Światło, którego nie widać autorstwa Anthony Doerr - nagroda Pulitzera 2014, dopiero niedawno wydana w Polsce, II wojna światowa
  • A Constellation of Vital Phenomena autorstwa Anthony Marra - również nagrodzona, tematyka dwóch wojen w Czeczeni, chyba jeszcze nie przetłumaczona na polski, ale jeśli czytacie po angielsku, to serdecznie polecam
środa, 21 października 2015

Wchodzę do atrium biurowca w najwyraźniej popularnej minucie przed ósmą. Po drugiej stronie schodów zgromadził się pokaźny tłum. Zastanawiam się co się stało. Po chwili konstatuję, że tłum czeka na windę. W budynku dwupiętrowym.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka