Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 10 marca 2016

To była (jest?) najszybsza zima mojego życia. Dziś było 75 stopni F, ludzie latali w szortach i krótkich rękawach. Niesłyszane u nas w marcu. Mąż wziął wolne i pojechał kajakować. Normalnie woda nie odmarza do początku lub połowy kwietnia.

Od początku kalendarzowego roku tyram jak wół. Dnie, wieczory, weekendy - sama praca nie jest problemem, lubię to co robię, mam czas na nadgodziny. Problemem jest realny strach niezdążenia. Idzie jak po grudzie w myśl zasady, że jak ma coś pierdyknąć, to na pewno pierdyknie. Jestem zmęczona, najbardziej psychicznie. Pod koniec pierwszych dwóch tygodni w trasie nagle się przeziębiłam. Dopadło mnie ostro, tak, że rano zemdlałam w hotelu, co mi się nigdy nie zdarza, i nie mogłam zjawić się w pracy, bo bałam się prowadzić samochód z racji niemożności utrzymania się w pionie i gorących potów. Wszystko mnie bolało, myślałam, że to grypa, ale po powrocie do domu nagle miałam zwykłe przeziębienie, które minęło w ciągu tygodnia. Klient zmienił zdanie i trzeba było kupę rzeczy przerabiać. Dostarczyli dane bardzo późno i w ogromnych ilościach. Projekt przekroczył budżet. System zastępuje dwa inne oddzielne systemy SAP i integruje się z trzecim SAP.  Z racji zmian wymagań w ostatniej chwili trzeba było przerobić grafik, dzięki czemu zyskałam całe 2 tygodnie w domu akurat na wyzdrowienie i wykaszlanie płuc w prywatności własnego domu. Zabunkrowana w domu nadal się nie wyrabiam. W niedzielę wyjeżdżam i będzie 5 tygodni trasy pod rząd, bo data końca projektu się nie zmieniła. Będę w domu tylko w soboty, o ile nie spóźni się samolot. Szkolenie FL, go-live NJ, go-live FL, go-live CA, szkolenie FL. Potem tydzień w domu, tydzień na konferencji organizowanej przez moją firmę, na której prezentuję, i ostatni go-live na Florydzie. Potem tydzień pracy w biurze i koniec projektu. Liczę dni i godziny. Tylko dlatego, że ciężko jest żyć w takim stresie i przepracowaniu na dłużą metę. Za to umysłowo nigdy w życiu nie funkcjonowałam na wyższych obrotach: ciągle intensywnie myślę i rozwiązuję nowe problemy. Żadna szkoła, żadne studia ani inna praca mi takiego wyzwania nie dały i muszę przyznać, że to uwielbiam. Czuję się stworzona do myślenia i rozwiązywania problemów, czuję się z tym bardzo szczęśliwa i zwyczajnie uzależniona. Martwię się jak będzie wyglądać moje życie po tym projekcie, kiedy nagle stanie się chwilowo bezproblemowe. No i ciekawi mnie jaki będzie następny projekt. Ogólnie, pomimo obecnych trudności, uważam że pracę wygrałam na loterii: wpisuje się idealnie w moją osobowość.

A teraz o wolnych chwilach, których jest mało. Przestałam sobie ustalać zasady co powinnam, czego nie i kiedy żeby nie dodawać sobie stresu. Pilnuję się odnośnie głównych punktów zdrowia żeby utrzymać się w dobrej formie: ćwiczenia, sen, zdrowe i umiarkowane jedzenie, odpowiednie nawadnianie organizmu - ale przestałam być żywieniowym nazistą wobec samej siebie i po prostu jem na co mam ochotę. Tak się złożyło, że bycie ciągle zajętą stemperowało mi apetyt, w związku z czym nareszcie i bez wysiłku wróciłam do swojej ulubionej wagi sprzed roku. Trochę biegam, staram się wyrobić przynajmniej 6000 kroków dziennie (obiektywnie to nie jest dużo, ale przy moim obecnym grafiku jest) i kiedy jestem w domu chodzę na zajęcia jogi, którą naprawdę uwielbiam. I tu dochodzę do sprawy wzdychania: często podczas zajęć jogi instruktor/ka poleca nam głośno wzdychać aby "wypuścić" stres dnia jak również parskać (horse breath) - co jest rewelacyjne na rozluźnienie mięśni twarzy. Joga jest balsamem na moje ciało i duszę i to wzdychanie też pomaga. Zajęcia przynoszą mi ogromne ukojenie.

A teraz o poceniu się. Zakup sauny okazał się hitem. Mamy ją już trzeci miesiąc i używamy prawie codziennie (tzn. kiedy jestem w domu). Gładsza skóra, wzdęcia stały się problemem przeszłości, lepsze samopoczucie, spadek wagi (waga mi ruszyła w dół odkąd używam sauny choć nie jest to jedyny powód) - nie był to jeden z tych zakupów, który się nudzi i idzie w kąt, choć to kiepskie porównanie w tym przypadku, bo sauna akurat stoi w kącie. Sauna stała się nową bardzo wyczekiwaną porą wieczornego relaksu. Po prostu nie wyobrażam sobie mojego życia przed sauną.

Trzecią rozrywką wolnych chwil jest czytanie. Skończyłam (w wielkich bólach - warta przeczytania ale straszliwie rozwlekła) Polskę James'a Michener'a, potem przerzuciłam się na rewelacyjną lekturę Anthony'ego Marra The Tsar of Love and Techno: Stories (polecam również jego książkę A Constellation of Vital Pheonomena), aby w końcu dotrzeć do niedawno zmarłej pisarki Harper Lee i nareszcie przeczytać Zabić drozda (To Kill a Mockingbird) oraz To Set a Watchman - obie pozycje serdecznie polecam.

Cieszę się swoją pracą w chwilach, kiedy mnie nie przytłacza. Kiedy mnie przytłacza też się cieszę, ale z cieniem zmęczenia i cynizmu. Projekt trochę uderzył mi do głowy. Kiedy jest się alfą i omegą takiego dużego przedsięwzięcia, to trochę puchnie ego. Całe szczęście mam wystarczająco dużo wszelakich potyczek, żeby nie latać zbyt wysoko. Oby to końca. Cieszę się wolnymi chwilami, które znaczą o tyle więcej, kiedy jest ich mało. No i kończy się zima, rano słychać świergotanie ptaków za oknem. Powietrze pachnie wiosną. Idzie wiosna. Idzie lato. Będą wakacje i biwaki. Wszystko najlepsze przede mną. Stan obecny jest przejściowy. Minie.

03:39, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 02 lutego 2016

Już luty, czy dopiero luty. Styczeń był tak intensywny, że wydaje się ekwiwalentem pół roku, tymczasem minął jak z bata strzelił. Siedzę w domu, ładuję dane, podgrzewam saunę i myślę o tym, że mój pies ma dziś 9. urodziny i że za niecałe 2 tygodnie wyruszę w trasę. 9 tygodni poza domem z niewielkimi przerwami to tu, to tam. Skończę 6-tego maja. Cztery tygodnie w Bradenton, FL, dwa tygodnie w Fort Pierce, FL, tydzień w Jersey City, NJ, tydzień w City of Industry, CA i tydzień w Greenville, SC. Pomimo, że uwielbiam swoją pracę, tempo ostatnich tygodni jest ciężkie, pracuję w weekendy i wieczorami i odliczam do maja, kiedy wrócę z ostatniego wyjazdu po wdrożeniu systemu w ostatniej i największej fabryce. Chyba będę świętować przez parę tygodni, a na pewno zapowiadają się zasłużone wakacje. Póki co trzymać kciuki proszę.

02:20, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 stycznia 2016

Jako dorosła osoba "na swoim" nigdy nie miałam telefonu stacjonarnego. Kiedy wyszłam za mąż, w naszym wspólnym domu były tylko jego komórka i jej komórka. Kiedy nadeszły smartfony, nie byłam w pierwszej, ani nawet drugiej fali kupujących. Wydał mi się to zakup zbędny, niepotrzebny wydatek. 

W tym 2010 zmieniłam pracę i dostałam służbowe Blackberry i oczywiście biurowy telefon stacjonarny VoIP. Na froncie prywatnym zamieniliśmy głupie telefony na smarfony na platformie Androida. Po roku z nich zrezygnowaliśmy na rzecz głupiego telefonu, bo ja i tak nosiłam Blackberry, a mąż miał tableta, gdzie wszystko mógł robić na wi-fi w pracy i w domu. W 2014 firma zastąpiła moje Blackerry iPhonem 5s, wtedy nadal nosiłam dwa telefony: prywatny głupi i służbowy smartfon. IPhone podobał mi się, ale mało go używałam poza e-mailem, bo nie był mój.

Pod koniec 2014 znów zmieniłam pracę. Nowa firma praktykuje bardzo oszczędny model unikający zbędnych kosztów - przynosisz własny smartphone dowolnej platformy, a oni ci co miesiąc zwracają koszty, co sprowadza się do posiadania telefonu bez płacenia abonamentu, choć sam telefon trzeba kupić samemu. Biuro nie ma telefonów stacjonarnych, co ma sens, bo konsultanci najczęściej pracują w terenie i w biurze ich po prostu nie ma. Kupiłam więc iPhone 6, który nagle stał się nie tylko jedynym telefonem, jaki w ogóle posiadam, ale centrum tysiąca czynności prywatnych i służbowych, gdyż telefon służy mi jako:

  1. Telefon do rozmów prywatnych i służbowych oraz SMSów. W ostatnim czasie, w fazie testowania oprogramowania pomiędzy systemami, spędzam 2-5 godzin dziennie na konferencjach. Wprawdzie mogłabym część tych konferencji odbyć z użyciem audio PC, ale wtedy nie można pójść do łazienki czy odejść aby zrobić sobie kawę.
  2. E-mail
  3. Aparat fotograficzny
  4. Kamera video
  5. GPS. Zwłaszcza kiedy wyjeżdżam służbowo, montuję specjalny stelażyk w samochodzie i używam telefonu jako pilota.
  6. Skaner. Z odpowiednią aplikacją skany wychodzą b. dobrej jakości jako PDF.
  7. Dyktafon
  8. Notatnik
  9. Kalendarz
  10. Hotspot. W podróży podłączam laptopa do hotspota w telefonie i mam internet, mogę pracować wszędzie o ile jest zasięg komórki. Również w przypadku braku prądu o ile telefon jest naładowany.
  11. Narzędzie do monitorowania aktywności fizycznej i snu
  12. Narzędzie do zapisywania się na zajęcia jogi
  13. Portal bankowy - sprawdzanie wyciągów, depozyt czeków przez internet, wysyłanie pieniędzy
  14. Radio
  15. Stereo - można go podłączyć bezprzewodowo Bluetooth lub kablem do wszelakich głośników i słuchawek
  16. Regulator czasowy do parzenia kawy
  17. Instruktor jogi
  18. Okno do wszystkich portali społecznościowych
  19. Okno do aplikacji służbowych gdzie mam dostęp do wszelkich portali i plików
  20. Portal do czytania blogów
  21. Portal z wiadomościami
  22. Kanał do oglądania krótkich filmów gdziekolwiek jestem
  23. Meteorolog
  24. Pilot do telewizora
  25. Budzik, zwyle w podróży
  26. Bilet lotniczy, kiedy nie mam dostępu do drukarki - na lotnisku skanują mi kod z telefonu
  27. Agent podróżny - aplikacji linii lotniczych ułatwiają informowanie o zmianach w grafiku lotów
  28. Sklep do robienia najróżniejszych zakupów, najczęściej z aplikacji Amazona
  29. Informacja
  30. Biblioteka - dostęp do mojej lokalnej biblioteki z aplikacji telefonu umożliwia mi wypożyczanie elektronicznych książek audio i ebooków, chociaż ebooki tylko z telefonu wypożyczam, a potem wysyłam na Kindle. Telefon nie zastąpił i nigdy nie zastąpi mi czytnika z e-papierem. Jestem wierna swojemu Kindle Voyage i nigdzie się bez niego nie ruszam. Mam wprawdzie aplikację do czytania, mogę czytać zarówno książki z biblioteki jak i moje z konta Kindle, ale tego nie robię. Mąż używa audiobooków, ale przestał ich słuchać na telefonie, bo jak nie skończy słuchać na czas to mu książka znika z urządzenia w momencie przedawnienia terminu. W przypadku wrzucenia audiobooka na "głupie" urządzenie MP3, a ebooka na Kindle z wyłączonym wi-fi, książki można słuchać i czytać jak długo się chce.
  31. Miejsce spotkań ze znajomymi i rodziną "twarzą w twarz" za pomocą aplikacji FaceTime albo Skype, do rozmów i wiadomości również Viber
  32. Centrum rozrywki: łamigłówki typu Sudoku, puzzle, Scrabble - choć muszę przyznać, że gram bardzo bardzo rzadko
  33. Wiele innych drobniejszych funkcji

Telefon ma ponad rok i funkcjonuje bez zarzutu, nawet po kilku niefortunnych upadkach. Fakt, pod koniec intensywnego dnia ma zaledwie ok 30% baterii i musi być ładowany co noc, ale nie przestaje mnie zadziwiać ile może i ile wytrzymuje. W przypadku przegrzania, co zdarzyło mi się jak wystawiłam go za długo na słońcu podczas wielogodzinnego kajakowania i podczas słuchania muzyki w saunie, telefon sam się wyłącza chroniąc system i wyświetla się wiadomość, że system się znów włączy po ochłodzeniu. Jeśli chodzi o backupy, iCloud sprawdza się świetnie zwłaszcza jeśli wymienia się na nowy telefon lub sprowadza te same ustawienia na inny produkt Apple. Tak, jakbym go zgubiła lub niechcący unicestwiła, byłabym po prostu zgubiona, ale nie moje dane.

Ciekawe ile wytrzyma takie użytkowanie. Dwa lata? Trzy? Wiem tylko tyle, że po tak solidnych doświadczeniach z Apple nie miałabym odwagi przesiąść się na inną platformę.

Kilka moich ulubionych aplikacji:

  • Viber
  • Skype
  • FaceTime
  • TurboScan
  • Facebook
  • Pandora - radio internetowe
  • iTunes - również mają radio internetowe poza moją muzyką
  • Amazon
  • Amazon Music - idealny do słuchania muzyki Amazon Prime lub kupionej na Amazonie
  • Newsblur - prenumerator RSS gdzie czytam blogi
  • Gmail - lubię oddzielać gdzie czytam pocztę prywatną od poczty służbowej
poniedziałek, 18 stycznia 2016

Trzy plagi USA...

Wczoraj odszedł mój niedoszły szwagier. Fajny facet, przed trzydziestką, uwielbiany w naszej rodzinie. Przedawkował. Akurat był z wizytą u rodziców po przeciwnej stronie kontytentu od swojego miejsca zamieszkania i tym samym niechcący oszczędził mojej szwagierce dramatu znalezienia go i procesu wysyłania zwłok do rodziców. Znalazła go matka.

Nie rozumiem, nigdy nie zrozumiem, jak tyle ludzi może iść w narkotyki doskonale rozumiejąc konsekwencje. To nie jest jakiś obcy pod mostem, to jest rodzina, znajomi, znajomi znajomych. Ciągle dotyka to kogoś blisko; dawno w USA problem z narkotykami nie był aż tak rozprzestrzeniony.

Facebook stał się narzędziem żałoby. Znajomi piszą mu listy na profilu, których on już nie przeczyta. Apelacja rodziców, mowy pożegnalne - wszyscy mogą w tym uczestniczyć, dzielić się bólem. To inna jakość, publiczne przeżywanie, ale myślę, że takie ujście wielu ludziom pomaga.

Smutno nam wszystkim bardzo, tak ciężko być komuś wsparciem na odległość.

niedziela, 10 stycznia 2016

Pierwszy własny projekt na wyjątkowo wielką skalę. Za 5 minut składam wszystkie elementy do kupy i oczekuję, że będą działać. Takiego stresu nie miałam od kilku lat. Mam problemy z zaśnięciem, mam silne reakcje fizjologiczne, nie starcza godzin na pracę, wszystko wpada z każdej możliwej strony. Testowanie do skończenia, konfiguracje, kontenery danych nadal do przerobienia, dokumentacja do napisania, a wszyscy dzwonią z pytaniami. Model biznesowy "sama" odbija się jak zepsuty śledź. Szkolenie zaczyna się w połowie lutego, go-live pierwszej fabryki na początku marca, do połowy maja wszystkie cztery mają stać i będą stać nawet po moim trupie. Mam dużo do udowodnienia - sobie i nowemu pracodawcy. Od lutego do maja w domu będę gościem, szczątkowe weekendy, tydzień tu, tydzień tam. Przez pierwszą połowę projektu pławiłam się w cudownej stymulacji umysłu, bo taka robota jest dokładnie tym co naprawdę mnie kręci. Nie przewidziałam, że ugnę się tak bardzo pod napięciem terminów i ilości pracy i jakoś muszę przez to przejść. Wiem, że następnym razem będzie łatwiej, tylko jak przeżyć do następnego razu?

W tym roku jak do tej pory mamy dość łagodną zimę. W 2015 nie widzieliśmy śniegu, ledwo trochę mrozu, napadało dopiero 1-go stycznia. Po kilku śnieżycach i kilku mroźnych dniach nadeszła odwilż i ulewa.

Na 11-tą rocznicę ślubu sprawiliśmy sobie saunę na grzejniki podczerwone. Zakup sauny skłonił nas do remontów, najpierw odmalowaliśmy pokój do ćwiczeń, gdzie stanęła sauna (sami ją zmontowaliśmy), a potem salon. Roboty było po pachy i zajęła dwa tygodnie, ale było warto. Jak się okazuje, jesteśmy dużo lepszymi malarzami niż przypuszczaliśmy, a fakt odrestaurowania sporej części domu bardzo nas podkręcił. Wiem, że bardzo nam to umili zimę, albo raczej mężowi umili, bo ja będę na Florydzie. Sam zakup sauny okazał się strzałem w dziesiątkę, zwłaszcza w naszym klimacie. Jest to rewelacyjna metoda na relaks i odprężenie, świetnie się po niej czuję, a na dodatek niespodziewanie zaczęłam stopniowo tracić na wadze i bynajmniej nie jest to ubytek wody.

Ten rok zapowiada się ciekawie zakładając, że przeżyję pierwszą połowę.

Wszystkiego dobrego w Nowym Roku!

22:27, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 30 listopada 2015

Miałam piękną suknię ślubną w kolorze ecru. Klasyczna, w stylu disneyowskich księżniczek, kupiona w Polsce i wieziona osobiście tysiące mil za ocean. Prezent od ukochanego dziadka. W ostatni dzień tego roku stuknie nam 11. rocznia ślubu, możecie więc sobie wyobrazić jak ostatnie 11 lat spędziła owa suknia: wisząc na ostatnim wieszaku bardzo długiej szafy, opatulona w folię.

Ponieważ od jakiegoś czasu pozbywam się rzeczy nieużywanych, jakby na to nie patrzeć raz użyta suknia ślubna jest nieużywana. Jej misja życiowa została spełniona: ktoś założył ją do ślubu. Nawet jakby przyszło mi ponownie wyjść za mąż, żadna kobieta nie założyłaby tej samej sukni. Od jakiegoś czasu zastanawiałam się, co też z nią zrobić: wyrzucić szkoda, bo jest piękna; sprzedać - kto kupuje używane suknie; oddać? Wiem, że zwykle suknie zabiera się do pralni chemicznej, po czym się je pakuje do pudełka na pamiątkę, ale trzymanie rzeczy "na pamiątkę" nie jest w moim stylu. Zastanawiałam się nad wyczyszczeniem jej i wystawieniem na eBay za niewielkie pieniądze - a nuż pomogłabym jakieś marzycielce bez funduszy.

Problem rozwiązał się sam, choć do końca nie wiem, co o tym myśleć. Poszłam dziś z latarką nurkować w szafie w poszukiwaniu zaginionego paska męża i tym sposobem odkryłam, że suknia nabawiła się rozległych rdzawych plam na całą długość przodu - wiele pasm od talii do samego dołu. Plam litych, długich, wypełniających i ukazujących fakturę materiału. Nie mam pojęcia jak tam się znalazły, ani skąd, ani dlaczego, ale oczywistym było, że suknia jest nie do odratowania. Wobec takiego odkrycia mogłam ją z czystym sumieniem wyrzucić, razem z dość obszernymi akcesoriami jak halka z metalowym stelażem i welon.

Częściowo czuję ulgę, bo nie uśmiechało mi się papranie się w ogłaszanie i sprzedawanie, a potem wysyłkę, sukni. Częściowo czuję żal, bo naprawdę była piękna i tak zwyczajnie tylko raz użyta idzie teraz na śmietnik. Aby sobie polepszyć samopoczucie nad niespodziewaną rozłąką z przedmiotem, do którego czuję większy od przeciętnego sentyment, niniejszym opisałam historię sukni ślubnej tutaj, po czym mogę ją puścić w świat jak dmuchawiec.

A co Wy zrobiłyście ze swoimi sukniami ślubnymi?

środa, 25 listopada 2015

Pisałam niedawno o książce Magia sprzątania i mam kilka punktów do dodania.

Po pierwsze, nie zgadzam się z autorką, że metoda porządkowania to "wszystko albo nic" i musi być zrobiona na raz. Pewnie, lepiej na raz niż na raty, ale w moim przypadku "na raty" się sprawdza. Pozbywanie się nadmiaru na raty pozwala mi na (1) przemyślenie czy i jak się czegoś pozbyć, (2) znalezienie odpowiedniej drogi do "jak", czyli najlepiej ekologicznie a nie bezmyślnie wyrzucając, (3) uporządkowanie spraw, które bywają czasochłonne, (4) zrealizowanie spraw pozostawionych "na kiedyś."

Autorka pisze, że sterta rzeczy "na kiedyś" powinna być wyrzucona, bo kiedyś znaczy nigdy. Ja podchodzę do sprawy inaczej: skoro coś ileś tam lat trzymałam, bo chciałam kiedyś przeczytać czy użyć, to znaczy że kiedyś nie zawsze znaczy nigdy, tylko czasem znaczy "teraz." Pozbywanie się rzeczy zostawionych "na kiedyś" w moim przypadku wygląda tak, że albo decyduję, że faktycznie nie jestem wystarczająco czymś zainteresowana żeby to "kiedyś" nastąpiło i wtedy się tej rzeczy pozbywam, albo biorę się teraz do zużycia - najczęściej przeczytania - a potem już z czystym sumieniem mogę tej rzeczy się pozbyć, bo ją skonsumowałam  - "kiedyś" wreszcie nastąpiło.

Odkąd przeczytałam tę książkę, jest mi dużo łatwiej podejmować decyzje odnośnie wielu przedmiotów w moim życiu. Muszę przyznać, że odkąd trzy lata temu "odkryłam", że nie muszę trzymać stert nazbieranych przez lata przedmiotów, które niczemu nie służą lub których nie lubię, żyje mi się coraz łatwiej. Te przedmioty były dla mnie wcześniej niewidzialne - są to są, trzeba przełożyć z miejsca na miejsce żeby zetrzeć kurz. Jakoś nigdy samej nie przyszło mi do głowy, żeby droga rzeczy wiodąca do mojego domu była dwukierunkowa.

poniedziałek, 23 listopada 2015

W czwartek Święto Dziękczynienia, a u mnie już głowa pełna zapachu żurawin i dyni piżmowej oraz oczekiwania na czterodniowy weekend... Już nic mi się nie chce, choć świat wcale nie zwolnił. 

Dostałam wezwanie na ławnika, więc tylko to mi trochę zatruwa spokój. Mam dzwonić codziennie żeby się dowiedzieć, czy mój numerek wypadnie czy nie. W zeszły piątek nie wypadł, a dziś się zobaczy. To dla mnie nowe doświadczenie, potenjalnie ciekawe a jednocześnie z bardzo realną możliwością pokrzyżowania mi wszystkich planów, zarówno prywatnych jak i służbowych.

Do końca roku pozostał mi tylko jednen (1!) pełny tydzień pracy. W tym tygodniu święta; w przyszłym ów pełny tydzień; kolejny tydzień też pełny, ale u klienta na Florydzie, więc chodziaż będę szkolić to roboty nie popcham, więc się nie liczy; potem znów wyjazd do Greenville na firmową imprezę świąteczną - 6 dni poszło się paść, bo wyloty, przyloty, spotkania i gdzieś tam trzeba odetchnąć; w tym samym tygodniu już BN; potem Nowy Rok. No a potem to już se można wpadać w depresję i cieszyć się PEŁNYMI tygodniami pracy aż do maja.

Robota goni, czas goni, wszystko goni. Normalnie chcę ten czas złapać za ogon i zatrzymać, żeby tak nie pędził, z wyjątkiem tego tygodnia, kiedy odliczam do czwartku.

wtorek, 17 listopada 2015

Magia sprzątania (ang. The Life-Changing Magic of Tidying Up: The Japanese Art of Decluttering and Organizing) to tytuł książki Marie Kondo o magii porządkowania. Bo sprzątanie (cleaning) to nie to samo co porządkowanie (tidying), no ale polski tytuł wyszedł dużo zgrabniej brzmiący, chociaż mniej dokładny w przekazie, od angielskiego. Oryginał jest, domyślam się, po japońsku.

Książka, pomimo irytującego wstępu w deseń "taka jestem ważna i popularna" oraz pewnych fragmentów, które pozostawiają czytelnika w lekkiej wątpliwości czy autorka jest w porywach zdrowa na umyśle, jest naprawdę dobra. Dobra dlatego, że pomaga zrozumieć psychologię rozstawania się z przedmiotami i daje praktyczne wskazówki, wraz z uzasadnieniem, jak podejść do oczyszczania swojej przestrzeni z lat zakumulowanych dóbr. Wprawdzie sama jestem na etapie około 80% odrguzowywania, i niezgodnie z opinią autorki czynię to nie na raz, a na raty, za to z dobrym rezultatem, książka dodatkowo utorowała i oświetliła mi drogę nowymi wskazówkami i pomysłami.

Odkąd skończył się sezon biwakowy, sprzątanie, organizacja i nawet gotowanie (!) przyczepiły się do mnie jak rzep do psiego ogona. Tak zorganizowanej i błyszczącej chałupy nie miałam chyba jeszcze nigdy. Myślę, że jest to mój mechanizm obrony przed stresem w pracy. 

poniedziałek, 16 listopada 2015

It IS about Islam to książka Glenna Becka, którą zaczęłam czytać jeszcze przed atakami w Paryżu i polecam wszystkim, którzy czytają po angielsku. Tylko tyle i aż tyle. To nie jest blog polityczny i nie zamierzam tu otwierać dyskusji na ten temat, ale informacje zawarte w książce są warte znania, nawet jeśli nie jest się fanem opinii autora.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 75
statystyka