Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 28 października 2013

Zdałam ten cholerny test! Na 98%. Teraz się wściekam, że nie na 100%, bo przewalić się na jednym głupim pytaniu? No ale mam certyfikat w kieszeni, więc moje akcje poszły w górę. Teraz życie może wrócić na swój poprzedni tor. Nic to, że kolejny test na wiosnę do kolejnego certyfikatu - ten już z wyboru, ale wrzucony na listę oficjalnych celów corocznej ewaluacji pracownika, stał się nie-wyborem. Jestem w rozbiegu, więc równie dobrze mogę zacząć się uczyć już w tym tygodniu, przynajmniej nie będę się musiała zabijać na ostatnią chwilę jak to zwykle mam w zwyczaju. A może uczenie się uzależnia?

15:49, anetacuse , Praca
Link Komentarze (15) »
piątek, 25 października 2013

Penultimate - przepiękne acz bardzo rzadko używane angielskie słowo oznaczające 'przedostatni.' Mniej romantycznie to next to the last lub the last but one.

Pochodzi od połączenia słów penult - przedostatnia sylaba słowa i ultimate - ostatni, końcowy, ostateczny.

16:14, anetacuse , Język
Link Komentarze (4) »
niedziela, 20 października 2013
  • W stanie Nowy Jork władze próbują przemówić kierowcom do rozumu. Na autostradach obok tablic REST STOP (miejsce na odpoczynek, zatrzymanie się), pojawiły się znaki TEXT STOP (miejsce na SMSowanie) oraz IT CAN WAIT - TEXT STOP IN X MILES - to może poczekać, przystanek na SMSy za X mil.
  • Pewien inżynier opowiedział mi o kawale, jaki wycięli mu jego współpracownicy. Pracują w starym budynku o długich niebieskich korytarzach z dziesiątkami drzwi tego samego koloru. Po godzinach koledzy wymontowali klamkę z drzwi jego biura, zdjęli plakietkę z nazwiskiem, zakleili futrynę papierem i zamalowali na ten sam niebieski kolor. Rano przyszedł do pracy i nie mógł znaleźć biura.
  • Mieliśmy plagę muszek owocówek. Przed wyjazdem skonstruowałam dwie sprytne pułapki wg. wskazówek znalezionych w internecie. Słoik z octem zakryty celofanem z dziurkami, oraz szklanka z papierową rurką z małym otworem na końcu z kawałkiem jabłka na dnie. Głupie muchy miały móc tam wejść, ale nie wyjść. Pewna sukcesu wyjechałam na kilka dni, czekając aż mąż złoży raport o sukcesie pułapek. Nie złapała się ani jedna mucha, za to zrobiło się ich jakby mniej. Może one nie takie głupie, a może nie owocówki.
  • Zdrowy wygląd a picie kawy i piwa: Otóż dowiedziałam się od klienta, że nie wyglądam na kawosza, bo... wyglądam zdrowo (wholesome). Z tegoż samego powodu nie wyglądam na piwosza. No cóż, pozory najwyraźniej mylą, w moim przypadku na plus. Nie ma to jak nieskazitelna reputacja na podstawie wholesome looks.
  • W celu przywołania windy należy nacisnąć guzik. Przekonałam się o tym w hotelu, kiedy pochłonięta własnymi myślami czekałam na windę blokując niewciścięte guziki własnym ciałem. Nowojorski stres bardzo się rzuca na funkcje mózgu.
  • Z przykrej okazji śmierci Emunda Niziurskiego, zabrałam się za czytanie "Księgi urwisów." Lektura ta jest świetnym odstresowywaczem, jako że ówczesna rzeczywitość (A.D. 1952) szósto- i siódmoklasistów nijak się ma do mojej, a to bardzo odpręża i uczy. Dodam, że to pod wpływem wpisu Ewy777.
  • Kurczaki z domowego chowu nie mają charakterystycznego kulistego kształtu kurczaków z supermarketu. Mają długie nogi, które nie mieszczą się w standardowych naczyniach i zupełnie inny tułów. Tu się kłania brytfanna do indyka.
  • Marzenia się spełniają. W maju jedziemy aż do Wisconsin po odbiór tego marzenia. Szczegóły wkrótce, w każdym razie będzie nowa kategoria na blogu.
poniedziałek, 14 października 2013

"Pogarda jest jedną z twarzy wstydu, jak zawiść jest jedną z twarzy podziwu, a zazdrość - miłości."

-Jacek Dukaj, Lód

niedziela, 13 października 2013

Ostatnio podjęłam współpracę z blogiem Blogerzy ze Świata założonym przez dziennikarza Radia VOXFM. Blog skupia autorów z różnych części naszego globu. Znaczy to tyle, że niektóre moje teksty opublikowane tu, pojawią się również tam, ale nie odwrotnie.

środa, 09 października 2013

Ludzi można podzielić na dwie kategorie: rodziców i nie-rodziców. Ci pierwsi, kiedy mają dzieci w wieku szkolnym, mają dobrze rozwiniętą sieć kontaków w swoim okręgu geograficznym, a ci drudzy - niekoniecznie.

Rejony szkolne w stanie Nowy Jork (nie wiem, czy tak jest wszędzie), zorganizowane są następująco: Ustalona przestrzeń geograficzna objęta jest rejonizacją. Każdy rejon szkolny ma własny zarząd i odrębne podatki i niekoniecznie pokrywa się przestrzennie z rejonami politycznymi czy granicami miast. Rejony mają strukturę piramidową, tj. mają wiele małych szkół podstawowych, z których dzieci awansują do mniejszej liczby gimazjów, które łączą w sobie po kilka szkół podstawowych, skąd młodzież awansuje do szkoły średniej - przeważnie tylko jednej na cały rejon, która skupia w sobie całą młodzież z określonego rejonu.

Wychowywanie dzieci niesie za sobą branie udziału w licznych szkolnych wydarzeniach kulturalnych i sportowych, które sprzyjają poznawaniu ludzi. Kiedy np. para przeprowadza się do nowego miejsca zamieszkania i nie zna nikogo, w momencie kiedy ich dziecko idzie do szkoły sieć znajomych rozwija się prawie natychmiastowo, zaczynając od najbliższych sąsiadów, których pociechy z racji lokalizacji uczęszczają do tej samej szkoły podstawowej, a kończąc na większości rodziców, nauczycieli, trenerów, babć, dziadków i niań większości dzieci zamieszkałych w danym rejonie w czasie zaledwie kilku lat, podczas których pociecha pnie się po szczeblach edukacji. Rozwinięcie sieci kontaków poprzez system szkolny swoich dzieci może mieć daleko idące korzyści, gdyż pozwala nie tylko na poznanie wielu interesujących ludzi i rozwijanie bądź odkrywanie nowych zainteresowań, ale także na potencjalną pomoc w rozwoju kariery, jak w przypadku Sarah Palin, która zaczynała swoją karierę polityczną od komitetu rodzicielskiego. Taki system jest bardzo silny i potrafi działać jak trampolina. 

Osoby które decydują się osiedlić w miejscu, w którym się wychowały, będą się obracać wśród znajomych przez resztę swojego dorosłego życia dodatkowo umacniając i rozwijając istniejącą sieć poprzez swoje dzieci. Osoby, które osiedlają się w nowym miejscu, niezależnie od tego czy są z bliska czy z daleka takiej sieci nie mają, ale mają szansę na jej szybką budowę pod warunkiem, że mają dzieci. Jeśli osoby te nie mają dzieci, ich możliwości na rozbudowę takiej sieci są bardzo okrojone. 

Nawiązywanie przyjaźni w dorosłym życiu jest dużo trudniejsze niż w początkowych jego stadiach i zwykle obraca się wokół zainteresowań lub zawodu. Wychowanie dzieci jest bardzo mocnym klejem spajającym ludzi, którzy budują sieci wzajemnej pomocy i wsparcia przechodząc przez podobne życiowe doświadczenia. Osoba bezdzietna jest z takich układów automatycznie wykluczona. Rodzina zawsze bierze górę nad innymi typami zainteresowań, więc nawet sieć znajomych zbudowanych na podstawie zainteresowań często się kruszy w momencie założenia rodziny przez kogoś z grona. Ludzie mają tendencje do pozostawania w strefach psychicznego komfortu i nie szukają nowych znajomości poza swoimi już istniejącymi sieciami. Tak więc sąsiedzi z dziećmi się znają, ale już ci bezdzietni nie, nie licząc sąsiadów bezpośrednich. Budowanie sieci przez osoby bezdzietne jest procesem dużo uboższym, o ile osoby te nie pracują na stanowisku ułatwiającym kontakty z dużą grupą osób. Tym uboższym, że małe biznesy poszły w zapomnienie i łatwo jest przeżyć życie w supermarketach i innych molochach kompletnie anonimowo nawet jeśli się mieszka w jednym miejscu przez wiele lat. Anonimowo osobiście, bo przecież nie w sieci. To ten aspołeczny aspekt nieposiadania dzieci - nawiązywanie powierzchownych znajomości jest w miarę łatwe, ale już przyjaźni niezwykle trudne, a jest po temu dużo mniej okazji, niż w przypadku bycia w trybach szkolnej maszyny za pośrednictwem swojego dziecka.

Antyasymilacyjny aspekt bezdzietności dotyczy emigrantów. O ile stopnień asymilacji zależy tylko i wyłącznie od samego emgiranta: czy zna język, gdzie się osiedlił, czy kultywuje kulturę nowego kraju itp., o tyle asymilacja jest przyspieszona i ułatwiona w przypadku posiadania dziecka, gdyż dziecko jest pierwszym pokoleniem urodzonym i/lub wychowanym w nowym kraju i przyniesie/wprowadzi kulturę tego kraju do domu tak czy inaczej. Oczywiście podobną rolę w procesie asymilacji może pełnić tubylczy małżonek, o ile się takiego ma. Czego tubylczy małżonek zapewnić jednak nie może to to, że wychowując dziecko ma się okazję pośrednio doświadczyć dzieciństwa swego kraju docelowego, którego dorośli emigrancji osobiście doświadczyć nie mogli i nie mogą.

Czy problem z nawiązywaniem dorosłych przyjaźni ogranicza się tylko do osób bezdzietnych? Czy ma podłoże w zmianie stylu życia, wyścigu szczurów, rozbryzganiu geograficznym i przeprowadzce z salonów fizycznych do salonów wirtualnych? Czy liczne kontakty nawiązywane poprzez dzieci są przyjaźniami, czy tymczasowym wspólnym kółkiem przetrwania? Wasze opinie będą mile widziane.

P.S. Mój rodzic uświadomił mi różnice w systemie opisanym powyżej a wychowywaniem dzieci w Polsce kilkanaście i kilkadziesiąt lat temu. Zresztą nie tylko w Polsce, bo mój mąż wychował się podobnie w Stanach jak ja w Polsce, a inaczej niż dziś wychowuje się w Stanach. Różnica modelu wydaje się wynikać z rozpiętości geograficznej oraz ze zmian w prawach dziecka i mentalności. Kiedyś dziecko samo chodziło pieszo do szkoły i na kółka zainteresowań. Rodzice chadzali tylko na wywiadówki i przedstawienia. Dziś w Stanach dzieci są wożone do szkół i na wszelkie zajęcia autobusem szkolnym lub przez rodziców z racji dystansów i bezpieczeństwa, a do tego obecność rodziców na wielu imprezach bywa obowiązkowa. Poza tym współcześni rodzice wydają się być bardziej zainteresowani poczynaniami swoich pociech i się bardziej udzielają, niż rodzice poprzednich pokoleń.

wtorek, 08 października 2013

W sezonie letnio-jesiennym (czerwiec - listopad) mam wykupioną "działkę" warzyw z miejscowego gospodarstwa rolnego, mam też całoroczny dostęp do lokalnego rzeźnika i koleżankę z klubu kajakowego, która kupiła z mężem małą farmę i teraz dwa razy w roku hoduje sobie i znajomym kurczaki, indyki i świnie (dla mnie tylko drób z racji małego zamrażalnika). Ostatnio zastanawiałam się jak mogę sobie uatrakcyjnić miesiące zimowe, kiedy zakupy muszę robić w żmudnym trybie ręcznym, a większość owocowo-warzywnej "świeżyzny" przebywa tysiące mil, aby umilić mi podniebienie po zakupieniu w supermarkecie. Pomyślałam, że skoro na Florydzie hoduje się cytrusy, to pewnie można sobie zaprenumerować wysyłkowo na podobnej zasadzie jak warzywa z farmy. Okazuje się, że faktycznie można. Opcji jest bez liku, od wszelkich gatunków i rozmiarów do wyboru do koloru, po opcje częstotliwości wysyłki. Tak więc od listopada do kwietnia będę co miesiąc dostawać paczkę z pomarańczami i grejpfrutami. Zima zapowiada się soczyście.

poniedziałek, 07 października 2013

Nie, nie umarłam, żyję w bąbelku podróży służbowych naprzemiennych z zasiedzeniem biurowym o cechach odtajawszych z dodatkiem stresu przygotowań do egzaminu pod koniec miesiąca, do którego pierwsze podejście oblałam w maju, t.j. pierwsze podejście do drugiego egzaminu, bo pierwszy egzamin zdałam za pierwszym podejściem w kwietniu.

Mieliśmy przepiękne kilka tygodni babiego lata zakończone wczoraj dżdżystymi dniami o wilgotności powietrza porównywalnej do wzięcia kąpieli w ubraniu. Dwa bardzo udane weekendowe biwaki w górach za mną, masa tuczących i aromatycznych świąt przede mną. Jutro urodziny męża, więc wzięliśmy sobie wolne i jedziemy do muzeum szkła w Corning, a potem na lunch w Belhurst Castle w Genevie przy jeziorze palczastym Seneca Lake. Zapowiada się deszczowo.

Wynalazłam sobie nową katorgę dla ciała (pozdrowienia dla tych, którzy uważają mnie za masochistkę), we wtorek zaczynam 10-cio tygodniowy program ćwiczeń FocusT25, który dołożę do porannego programu jogi. Pory wstawania nie planuję przesuwać z wystarczająco porannej godziny 5-tej, więc zapowiada się ciekawie.

01:25, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (4) »
statystyka