Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 31 października 2012
Pisałam już wielokrotnie, że elektroniczny czytnik Kindle zmienił moje życie i jest jednym z moich ulubionych urządzeń. Noszę go w torebce i nie rozstaję się z nim nigdy. Czytam po kilka książek na raz, wymieniając je w zależności od nastroju, i zawsze mam dostęp do sporej biblioteki niezależnie od swojej obecnej lokalizacji. Czytam wszędzie tam, gdzie mam wolną minutę, np. w kolejce w sklepie czy u dentysty. Niezależnie od wielkości czytadełka lub czytadła, czytnik zawsze waży tyle samo, tak samo wygląda, i mogę powiększyć czcionkę kiedy akurat biegam na bieżni i potrzebuję kobylich liter, na których zaczepić się mogą podskakujące w rytm kroku oczy. Wszystkie wyżej wymienione zalety to jednak zaledwie wygoda, bez której da się żyć. Prawdziwym przełomem, do którego przyczyniło się posiadanie czytnika, jest natychmiastowy dostęp do polskich książek.
 
Jeśli chodzi o książki anglojęzyczne, papierowe są wszędzie, a ebooki nabywam w następujący sposób: (1) najpierw sprawdzam, czy dana książka jest dostępna w mojej bibliotece w formacie Kindle, (2) potem czy jest dostępna w mojej bibliotece w formacie do słuchania na iPod, (3) potem czy mogę ją wypożyczyć z biblioteki Amazon, (4) wreszcie, czy mogę ją wypożyczyć od znajomego użytkownika Kindle (jest taka opcja na niektóre książki), (5) a na końcu - po wyczerpaniu pierwszych czterech opcji - kupuję ją od Amazon.
 
Jeśli chodzi o książki polskojęzyczne, przed posiadaniem czytnika i rozwojem polskiego rynku ebooków, miałam następujące opcje nabycia książek papierowych: (1) wypożyczyć bardzo starą literaturę klasyczną z biblioteki (tylko garstka jest dostępna), (2) przywieźć sobie z Polski (jeżdżę tam średnio co 4-ry lata), oraz (3) zamówić z księgarnii w Chicago czy Nowym Jorku i zapłacić przy tym słono za przesyłkę. Żadne z tych opcji nie pasowały mi na tyle, żeby je praktykować, z wyjątkami oczywiście. Ebooki były i są dostępne nielegalnie przez internet w dość miernym formacie. Tymczasem miniony rok przyniósł ogromny wzrost popularności - a przede wszystkim dostępności - ebooków w Polsce, również w formacie mobi na Kindle. Czy wiecie co to znaczy dla osoby mieszkającej za granicą??? Znaczy to, że w każdej chwili mogę sobie kupić dziesiątki książek o różnej tematyce, legalnie, po przyzwoitej cenie i natychmiast je przeczytać w swoich peryferyjnych amerykańskich pieleszach! Mało tego, mogę się nimi podzielić z członkiem rodziny. Odkąd ta możliwość stała się dla mnie dostępna, mój świat poszerzył się diametralnie o polską literaturę. Bodajże w kwietniu br. przeczytałam swoją pierwszą pozycję współczesnej literatury polskiej od około 15 lat. Było to dla mnie szokiem językowym, ale już się zdążyłam przyzwyczaić. Teraz nie wyobrażam sobie życia bez polskich książek, chociaż oczywiście czytam zarówno po polsku jak i po angielsku.
 
Gdzie kupuję książki? Gdzie popadnie, ale najczęściej w Gandalf.pl, Virtualo.pl, Nexto.pl i Woblink.pl. Do tego blog swiatczytnikow.pl, o którym już kiedyś pisałam, ma rewelacyjną wyszukiwarkę, która pokaże, która księgarnia ma książki, którymi jesteśmy zainteresowani, w jakim formacie i gdzie najtaniej. Wyszukiwarka znajduje się tu: http://ebooki.swiatczytnikow.pl.
 
A Wy gdzie kupujecie? Co czytacie na obczyźnie?

P.S. Wprawdzie irytuje mnie używanie słowa "ebook" w języku polskim, niemniej jednak właśnie "ebook" a nie np. "e-książka" się już na dobre w polszczyźnie zadomowiło, przynajmniej sądząc po księgarniach i portalach. Nie mnie zawracać rzekę kijem.

poniedziałek, 29 października 2012

Nadchodzi huragan Sandy. Wprawdzie Syracuse znajduje się aż 300 mil od wschodniego wybrzeża, część szkół już pozamykali. Dziś rano świt przywitał nas bardzo niespotykanym kolorem, który wypełnił dom. Takiego odcienia nie widziałam jeszcze nigdy i nie chodzi mi o samo niebo, ale o to, jak nieprawdopodobnie w tej barwie wyglądało wszystko dookoła. Wprawdzie sama zdjęcia nie zrobiłam, ale znalazłam jedno w miejscowej gazecie. Tylko częściowo oddaje klimat kolorystyki świtu, jakiego przyszło mi doświadczyć, a było to warte widzenia:

Author: Jim B. Johnson - Dawn 20121029

Fot. Jim B. Johnson.

http://www.syracuse.com/kirst/index.ssf/2012/10/post_348.html#incart_river_default

niedziela, 21 października 2012

Trafiło się ślepej kurze ziarno.

Trzy dni temu wyczytałam w miejscowej gazecie, że szkoła średnia w moim okręgu będzie zbierać fundusze na edukację i w związku z tym udostępni planetarium i obserwatorium (!) do zwiedzania dla przeciętnych śmiertelników. Mieszkam w tej części miasta od 13-tu lat, a w tym okręgu szkolnym od 7-miu (płacę też na jego rzecz dość wysokie podatki), tymczasem po raz pierwszy dowiedziałam się, że w mojej wiosce jest planetarium i obserwatorium. Czym prędzej zakupiłam bilety.

Półgodzinny seans w planetarium był ciekawy, rozrywkowy i edukacyjny. Byłam pod wrażeniem nie tylko samego obiektu, ale także sprzętu i prowadzącego pokaz nauczyciela, który był pełen pasji dla omawianego tematu (nie wspominając, że nosił krawat w planety).

Po pokazie zaszliśmy na wykład pod tytułem "Dzieci pyłu gwiezdnego" prowadzonego przez astrofizyka i księdza jezuitę George Coyne, który przez wiele lat był głową watykańskiego obserwatorium, prowadził badania na Uniwersytecie Tuscon w Arizonie, a od stycznia br. pracuje dla jezuickiego LeMoyne College w Syracuse. Oczywiście nie wiedziałam, że Watykan ma obserwatorium... Wykład był bardzo ciekawy i ściśle naukowy bez widocznych religijnych wpływów. Traktował o kosmosie, ewolucji, narodzinach i śmierci gwiazd i innych ciekawych faktach. Przypomniał mi o dawno nieroztrząsanych teoriach większego niż własne gary świata i zachęcił do rozszerzenia perspektywy.

Do obserwatorium dziś nie dotarliśmy, ale wcześniej czy później i tam nas licho zaniesie.

W tym roku była to druga szkoła średnia jaką miałam okazję odwiedzić osobiście i muszę przyznać, że dostęp do drogich i zaawansowanych pomocy naukowych zaskakuje. Wiem, że nie jest to standard wszystkich amerykańskich szkół, bo jest duża rozbieżność pomiędzy stanami, hrabstwami i okręgami, ale w niektórych młodzież wydaje się mieć cały świat u swoich stóp. Czy z tego korzysta? Nie wiem. Wydaje mi się, że akademickie dobrocie są niekoniecznie doceniane przez tutejszych, za to jak najbardziej doceniane przez przyjeżdżających tu na studia obcokrajowców jak ja.

niedziela, 14 października 2012

Przychodzi baba... do drzwi w niedzielne popołudnie. Coś w niej jest, że nie biorę jej za przedstawiciela kampanii politycznej ani akwizytora (tym najczęściej nie otwieram drzwi) - może jej pomarańczowa odblaskowa kamizelka, tylko jej otwieram. I tak z przyjemnego i bezproblemowego popołudnia wstępuję prosto w dylemat.

Dowiaduję się, że miasto ma program zasadzania drzew, gdzie wydają im się potrzebne. W tym roku straciliśmy drzewo, na co wskazuje wielki, łysy wypukły placek na samym środku trawnika, którym - wstyd przyznać - nie bardzo chciało nam się zająć aż od kwietnia. Nie straciliśmy drzewa w żadnym katakliźmie, ale zapłaciliśmy za jego ścięcie. Powodów decyzji było wiele. Natomiast pani zaproponowała, że za darmo miasto zasadzi nam jabłoń. Niestety nie tam gdzie się chce, a pod drutami wysokiego napięcia, bo im elektrownia do drzew dopłaca jak zasadzają niskie drzewa, które nie dorosną do drutów. Poza tym, drzewo zasadzone zostałoby na pasku mojej posiadłości z "right-of-way" dla miasta (prawo dostępu), czyli przy ulicy i będzie należeć do miasta. Jest to karłowata jabłoń o niejadalnych jabłkach, które zamiast spadać usychają na gałęziach jak rodzynki. Pięknie kwitnie. 

Nie mogłam zdecydować się od razu nie wiedząc jakie to drzewo, ani nie konsultując się z mężem. Po wyguglowaniu i naradzie doszliśmy do wniosku, że akurat ten gatunek nie będzie przedstawiać problemów, dla których zdecydowaliśmy się na ścięcie poprzedniego. Oddzwoniłam z odpowiedzią pozytywną. Siedzę i myślę: jaki ten świat jest dziwny.

23:36, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (8) »
statystyka