Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 12 października 2011

Znacie przypowiastkę o chłopie, co to postanowił odzwyczaić konia od jedzenia, żeby zaoszczędzić na paszy? Już prawie mu się udało, ale koń zdechł.

Trzeci tydzień praktyk na Wonder Woman. Praca i dom pod kontrolą, obiady, projekt kompostnika w toku, siłownia 5-6 razy w tygodniu. Coraz lepiej mi idzie: śpię lepiej, mam więcej energii, rozlane przylądki ciała powoli cofają się wgłąb głównego lądu. Coraz więcej "Yes, I can." W sobotę osiągnęłam swój nowy rekord kajakowy: przepłynęłam 22.19 mil na rzece Św. Wawrzyńca z parku Cedar Point State Park wokół wyspy Grindstone Island i z powrotem. Wprawdzie niechcący kilkakrotnie przekroczyliśmy granicę do Kanady, co się mogło bardzo źle skończyć jakby nas złapał patrol graniczny, ale nie złapał. Następnym razem zabierzemy paszporty. Wyspa Grindstone to ta po prawej, a punkt 'A' to punkt początkowy i końcowy:

Grindstone Island

No więc kiedy już wszystko zaczęło tak dobrze iść, to... koń zdechł. Znaczy się, przeziębiłam się porządnie i zostałam Whiny Woman, która nie nadaje się do niczego. Tylko sobie pogratulować.

- Niedoszła Wonder Woman

sobota, 01 października 2011

Do utrzymania zdrowia fizycznego i psychicznego w dobrej formie potrzebne jest: poczucie bezpieczeństwa (stabilny dom), zdrowa dieta, sen i ćwiczenia. Praca zarobkowa jest słońcem, a cała reszta jej księżycami. Do tego dochodzą obowiązki zwane "życiem." Każdy ma swoje.

Kiedy jako tako opanowałam pracę, sen i zdrową dietę, dzienne siedzenie na tyłku po 10+ godzin zaczęło mi iść w biodra. Sztywne ciało, zmęczenie i stres zaczęły dawać o sobie znać. Moja sporadyczna aktywność fizyczna typu 19-to milowe spływy kajakowe czy spacery z psem okazały się niewystarczające. Brak motywacji do używania domowej siłowni, brak czasu. W końcu postanowiłam zmienić priorytety i zapisaliśmy się z mężem do klubu sportowego. Zaczęliśmy tydzień temu. Motywujemy się wzajemnie, motywują mnie inni wysportowani ludzie w klubie, sam ich widok. Życie odbywa się z ołówkiem w ręku: najpierw w weekend planuję menu na cały tydzień i tak robię zakupy, a potem co wieczór siadamy z mężem z grafikiem zajęć na siłownę i planujemy każdy wieczór indywidualnie, czyli kto kiedy idzie, kiedy i co na obiad, co ze zwierzakami. Pierwszy tydzień za mną, 3 funty mniej, ale jestem wykończona. Bynajmniej nie od ćwiczeń, ale od braku snu, gdyż kiedy ćwiczę wieczorami to potem nie mogę zasnąć. Na razie daję sobie czas na przystosowanie. Jeśli się nie przystosuję, przyjdzie mi wstawać rano. To się musi udać, bo od tego zależy moje zdrowie. 

Mój ojciec mówi, że on nie mógłby tak intensywnie żyć. Ale czy ja mam wybór? 

P.S. Pomimo, że tego lata zaprzestałam wegetarianizmu, mięso jem tylko 1-2 razy w tygodniu, głównie drób i ryby, sporadycznie wieprzowinę.

statystyka