Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 31 października 2010

Święto Halloween w krajach anglosaskich jest chyba już wszystkim znane. Dziś natomiast zadzwoniłam do domu (północno-wchodnia Polska) i dowiedziałam się, że do drzwi zadzwoniła grupa poprzebieranych dzieci i zażądała cukierków. Może ktoś mnie oświeci: od kiedy tradycja halloweenowa przywędrowała do Polski???

Bywają pary, które w związku małżeńskim trwają dziesiątki lat. Dzieci, wnuki, prawnuki dawno odchowane, jest tylko ich dwoje. Ciepło mogłoby się robić na sercu. Czasem widzi się na ulicy parę zasuszonych staruszków trzymających się za ręce i wtedy człowiek im zazdrości - tej miłości, która przetrwała tyle lat. Mamy cichą nadzieję, że i nasza miłość tak przetrwa. Ale bywa inaczej. Para, która trwa pod jednym dachem, związana na zawsze świętym sakramentem, żyje w nienawiści, złośliwości i niechęci, zatopiona w rwącej rzece żółci. Trwają, bo tylko to znają, razem od lat szczenięcych. Trwają, każde z nich w nieszczęściu, jedno narzeka na drugie, prowadzą nieme i krzyczące wojny. I tak im schodzą cenne minuty starości.

piątek, 29 października 2010

Stan Nowy Jork jest trzecim najbardziej zaludnionym stanem w USA z ilością mieszkańców szacowaną na 19,541,453 w 2009 roku, podczas gdy jest zaledwie 27. pod względem powierzchni. Populacja jest nierówno rozłożona i aż 42% ludności zamieszkuje miasto Nowy Jork (8,274,527). Z 62 miast w stanie Nowy Jork, 9 największych miast plasujących się po Wielkim Jabłku jest nieproporcjonalnie od niego mniejsza:

  1. New York City (8,274,527)
  2. Buffalo (279,745)
  3. Rochester (211,091)
  4. Yonkers (196,425)
  5. Syracuse (141,683)
  6. Albany (93,523) - stolica stanu
  7. New Rochelle (72,967)
  8. Mount Vernon (67,924)
  9. Schenectady (61,280)
  10. Utica (59,336)

Duża szkoła średnia w Rochester, NY. Do szkoły przychodzi policja z psami na rutynową kontrolę w poszukiwaniu narkotyków u uczniów. Ustawiają młodzież w szereg i pies obwąchuje wszystkich po kolei. Wywąchuje dziewczynie plecak. Podchodzi policjant i bez ceregieli wywala zawartość plecaka na podłogę. Znajdują... inhalator. Dziewczyna ma astmę. Ma obowiązek mieć pozwolenie lekarskie na ten inhalator w biurze pielęniarki szkolnej i również przy sobie, ale nie ma, a tego u pielęgniarki nie mogą znaleźć. Dziewczyna zostaje zawieszona w prawach ucznia dopóki jej matka nie dowiezie do szkoły świstka od lekarza. Bo teraz młodzież nadużywa rekreacyjnie również inhalatorów i bez świstka posiadanie ich jest nielegalne. Współpracownica mego męża - matka dziewczyny - nie jest zachwycona. "To zakrawa na państwo policyjne. Ile jeszcze reguł, żeby chronić rzesze przed postępkami garstki najgłupszych?" - pyta.

Pomyślałam sobie, że jakbym miała dzieci, miałabym ogromną ochotę wyprowadzić się daleko stąd, do małej dziury w środku pól kukurydzianych, gdzie szeryfem jest wujek Franek, naczelnikiem poczty ciocia Zosia, małą szkołą zarządza sąsiadka Vivian, a największą zbrodnią młodzieży jest palenie papierosów i przewracanie śpiących krów.

czwartek, 28 października 2010

Liberalny styl internetu używany na forum, w e-mailach, SMSach, blogach i portalach społecznościowych rzucił ciemny cień na interpunkcję. Możliwość dodawania uśmiechniętych bądź zawstydzonych buziek do tekstów minimalizuje dwuznaczność i jest "cool." Martwimy się, że zostaniemy źle zrozumiani, więc dodajemy odpowiednią buźkę i po wszystkim. A przecież kiedyś były tylko słowa i interpunkcja. Same słowa wystarczyły, czy też musiały wystarczyć, do prawidłowego i jednoznacznego przekazania treści, ale i dwuznaczność miała swoje miejsce i często była pożądana i zamierzona. Sama z biegiem czasu uzależniłam się od emotikonów, a mimo to bardzo staram się nie używać ich w służbowej korespondencji elektronicznej. Coraz częściej jednak emotikony wkradają się do takiej korespondecji i widok ten mnie mierzi. Czy prezes firmy napisałby oficjalne memo zakończone zmarszczonymi brwiami emotikonu? O czym świadczy nasz e-mail jeżący się od buziek? O ile emotikony są naprawdę fajne w internetowym życiu towarzyskim, o tyle wydają mi się nieprofesjonalne w biurze.

15:37, anetacuse , Praca
Link Komentarze (5) »
środa, 27 października 2010

Znalazłam się w sytuacji, że muszę uzupełnić swoją garderobę. W przeciwieństwie do większości kobiet, akt zakupu ubrań wyjściowych jest dla mnie prawdziwą torturą. Nie lubię i nie umiem. Sprzęt kajakowy, ubrania sportowe - owszem, ale coś "do ludzi" - ratunku! Od tygodnia więc upycham swoją awersję do zakupów w ciemny kąt i zmuszam się chodzenia po sklepach. Wystarczy jeden sklep, a dostaję ataku paniki z nadmiaru wrażeń. Całe szczęście w tym bolesnym procesie towarzyszy mi dzielnie mąż, który ma oko na fajne ciuchy. Co wybierze, nie dość, że na mnie pasuje, to jeszcze jest gustowne. W zasadzie ja się zastanawiam po jaką cholerę łażę po sklepach, zamiast usiąść w domu z książką i herbatą i wysłać męża samego na zakupy, niech przyniesie mi gotowy łup (co zresztą czasem czyni sam z siebie). Ale nie o tym miało być. Miało być o rozmiarach.

Sprawa rozmiarów doprowadza mnie do szewskiej pasji. Co z tego, że znam swój rozmiar spodni, butów, koszulek czy stanika, skoro ta wiedza w ogóle się nie przydaje? Rozmiar wydaje się tu być jedynie sugestią, początkiem długiej nudnej drogi mierzenia i dopasowywania metodą prób i błędów. Nie dość, że każda marka pasuje w innym rozmiarze, to jeszcze produkty tej samej marki pasują w innym rozmiarze w zależności od modelu. Np. buty Clarks. Jedne są dobre w rozmiarze 8, inne w 8-1/2 a jeszcze inne w 9. Nie można wybrać rozmiaru i gotowe, trzeba mierzyć w nieskończoność, bo ten sweter pasuje w rozmiarze S, a tamten w rozmiarze M. To ja się pytam: po co te rozmiary?

wtorek, 26 października 2010

Z natury jestem kawoszem. Kawę uwielbiam i praktycznie nie mogę bez niej żyć. Zwykle piję 3-4 kubki dziennie. Tymczasem od półtora tygodnia mam awersję do kawy. Zaczęło się od przeziębienia i kaca: na kacu absolutnie nie mogłam kawy nawet tknąć i tego dnia nie wypiłam wcale. Potem powróciłam do picia porannej kawy, ale z mniejszą przyjemnością, natomiast przez resztę dnia na myśl o kawie normalnie mnie odrzuca. Myślałam, że to przejściowe, ale kac i przeziębienie minęły, a awersja do kawy nie. Czy Wam się coś podobnego kiedykolwiek zdarzyło?

poniedziałek, 25 października 2010

Wychowałam się nieopodał torów kolejowych i przy zasypianiu zawsze towarzyszył mi stukot kół pociągu. Nie dość, że się przyzwyczaiłam, to jeszcze uważam ten dźwięk za kojący. Często zastanawiałam się kto takim pociągiem jedzie i dokąd. Naszła mnie ostatnio refleksja, że fajnie byłoby znów zasypiać do odgłosu pociągu, niestety (lub stety) zasypiam w zupełnej ciszy, bo u mnie to nawet samochodów nie słychać. O ile można kupić sobie płyty z białym szumem, np. z odgłosem wodospadu, śpiewem wielorybów, szumem fal, czy ćwierkaniem ptaków, nie słyszałam, żeby ktoś sprzedawał płyty ze stukotem pociągu. A szkoda.

21:46, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (8) »
wtorek, 19 października 2010

Sporothrix kiedyś pisała o narastającym zjawisku uczenia dzieci w domu. Nie będę powtarzać dyskusji, bo można przeczytać tu: "Czy baraminologia to sztuka tworzenia baranów?" Tymczasem wpadł mi w ręce fajny filmik:

poniedziałek, 18 października 2010

W moim biurze od tygodni współpracownicy pokładają się od przeziębień jak kostki domina. Ja dziarska byłam i nic a nic mnie nie ruszało. Potem rozchorował się Resvaria, u którego byliśmy z wizytą. Pod koniec ostatniego tygodnia złapało w końcu i mnie. Ale żeby tylko mnie. Na dobre pochorował się też pies i to zupełnie znienacka. Wieczorem spacer i wszystko super, czas spać, a on łazi. Łazi, kaszle, charczy, skomle, przełyka, tupie pazurami o podłogę: wypuść go. Wpuść. Wypuść. Wpuść. Caaałą bożą noc. Pies nie zmrużył oka, mąż też nie - bo wypuszczał/wpuszczał psa, a ja i owszem pospałam nieco, dorywczo. Rano wstaliśmy jak zombie - chorzy i niewyspani. Zamiast do pracy pognaliśmy z psem do weterynarza. Nie tylko ma kłopoty trawienne, ale też zapalenie oskrzeli. I o ile moje leczenie ogranicza się do jednej łyżki stołowej syropu NyQuil na noc w cenie $7 za butelkę, o tyle u weterynarza zostawiliśmy śliczną okrągłą sumę $450. Pooglądaliśmy sobie prześwietlenia z precyzyjną narracją, a do domu wróciliśmy z torbą specjalnego jedzenia na delikatne żołądki, antybiotykiem oraz dwoma innymi lekami. Mam nadzieję, że pies szybko wyzdrowieje, bo serce się kraje na niego patrzeć. A mi może uda się wyspać.

Zdrowia wszystkim życzę.

 
1 , 2
statystyka