Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 28 października 2009

Mąż dziś założył dawno nieużywane spodnie i z niezadowoleniem odkrył, że brak w nich dwóch guzików. Zamiast wykazać empatię dla przykrej sytuacji guzikowej, odpłynęłam myślami w krainę, w której bardzo dawno nie byłam.

W moim rodzinnym domu była metalowa puszka po landrynkach, różowa z niebieskimi kolibrami i kolorowymi kwiatami, w której moja babcia trzymała guziki. To był cały kalejdoskop guzików, który wydawał mi się najciekawszym skarbem na świecie. Były guziki perłowe, srebrne, złote, z kości słoniowej, drewniane i plastikowe; obleczone skórą, dzianiną bądź materiałem; starodawne i wpółczesne; płaskie i wypukłe; okrągłe, podłużne, kwadratowe i trójkątne. Niektóre miały kotwice marynarskie, inne krateczkę, jeszcze inne kropki; miały dwie dziurki, cztery dziurki lub pętelkę; były maciupkie lub nieprzyzwoicie wielgachne. Lubiłam opóżniać zawartość puszki na koc i przyglądać się wszystkim guzikom po kolei. Guziki miały też dziwny, specyficzny zapach i czasem wystające z dziurek strzępy nici. Jak komuś urwał się guzik i go zgubił, zawsze dało się coś dopasować.

Dlaczego w moim domu nie ma ani jednego guzika?

poniedziałek, 26 października 2009

Film „Revolutionary Road” zaskoczył mnie swoim geniuszem: prostotą uwypuklenia rozczarowania, jakie często towarzyszy początkom dorosłego życia. Myślę, że każdy może się odnieść do któregokolwiek z elementów filmu jak praca, małżeństwo, czy kontakty międzyludzkie. Myślę, że w pewnym sensie dorosłe życie to pułapka monotonności.

Całe swoje życie od wczesnych lat szkolnych po studia tyrałam na swoją przyszłość. Zabieganie o oceny, o dobrze zdane egzaminy, o dostanie się na taki czy inny kierunek, do takiej czy innej uczelni. Wszystko to było maratonem po pracę, ba, może nawet karierę. Cele nie były jasno sprecyzowane poza tym, że chciałam, żeby móc na siebie zarobić i zawsze mieć na podstawowe potrzeby i może trochę więcej. Niezbyt wygórowane. Maraton po samodzielność i samoistnienie.

Mam wyuczone dwa zawody: w Polsce – nauczycielka angielskiego, w Stanach – informatyk. W Polsce w zawodzie pracowałam tylko rok, potem wyjechałam do Stanów. W Stanach mogłam zacząć od zera i szukałam zawodu uniwersalnego, gdyż nie byłam pewna w jakim kraju przyjdzie mi się osiedlić. Skończyłam dwie szkoły w wybranym kierunku, na amerykańskich uczelniach, z wyróżnieniami. Szczytem mojego sukcesu był tutejszy magister z kolorowymi szalami i medalem zdobiącymi moją czarną togę. Trzy miesiące przed zakończeniem szkoły dostałam dobrą ofertę pracy w renomowanej firmie. Telefon z ofertą zadzwonił jak stałam zmarznięta w połowie lutego czekając na autobus. Byłam pijana ze szczęścia. Ta oferta była uwieńczeniem moich wieloletnich starań. Była metą mojego maratonu. I was living the dream.

Po skończeniu szkoły rozpoczęłam pracę w nowym zawodzie. Miałam prawie godzinę dojazdu w jedną stronę, 8 godzin pracy i godzinną przerwę na lunch. Z życia studenckiego i półetatowej asystentury przerzuciłam się na cały etat i chodziłam jak zombie. Po 11 godzinach siedzenia na tyłku (zanim przyszło mi do głowy chodzić na lunchowe spacery) wracałam do domu prawie nieprzytomna ze zmęczenia. Po obiedzie siadałam na kanapie przed telewizorem, a potem szłam spać. I rano od nowa. W środku lata szłam z biura do samochodu i nagle stwierdziłam, że ostatnio nawet nie wiem jaka jest pogoda. I wtedy do mnie dotarło: „So this is it???” Ten kierat z 10 dniami wakacji rocznie był uwieńczeniem moich dwudziestoparoletnich zabiegów? To po to tyrałam całe swoje życie, żeby teraz chodzić jak automat i pracować, pracować, pracować i starzeć się bez oglądania czterech pór roku? Poczułam się rozczarowana. Jakby mnie ktoś ograbił ze wszystkich złudzeń i nadziei.

Dostosowanie się zajęło mi ponad trzy miesiące, w trakcie których byłam fizycznie wykończona i przytyłam. A potem wzięłam się w garść. Schudłam, zaczęłam lepiej organizować czas i czerpać satysfakcję z pracy, choć odkryłam, że niestety nie jest moją pasją. To wtedy zaczęłam się interesować zdrowym żywieniem, a później kajakarstwem. Przyszedł czas na Revolutionary Road, czyli na własny dom z American Dream. My akurat o tym marzyliśmy i nasz własny kąt był i jest dla nas oazą, a nie kotwicą czy barierą. Jestem szczęśliwa i cieszę się tym co mam, choć czasem mi żal... beztroski, wakacji i wolnego czasu, które są przywilejem tylko dzieci. Ale przecież ucieczka do Paryża tego nie zmieni.

piątek, 23 października 2009

Dwa tygodnie temu zadzwoniłam do swojego lekarza rodzinnego celem umówienia wizyty na szczepienie przeciw grypie. Tej zwykłej grypie, nie świńskiej. Poinformowano mnie uprzejmie, że szczepionka im się skończyła (tak, wszędzie trąbią, że są braki), ale zadzwonią do mnie jak tylko będzie dostępna.

Zadzwonili wczoraj i zostałam umówiona na dzisiejszy poranek. Pojawiłam się więc u lekarza, odczekałam odrobinę, po czym pielęgniarka zaprowadziła mnie do małego pokoiku zwanego exam room. Popatrzyła w moją kartę, poparzyła na mnie i pyta:

- Czy pani ma astmę?

- Nie, nie mam.

- Jest pani zdrową 32-latką?

M-hm. (I taką właśnie chciałabym pozostać.)

- To się pani szczepionka nie należy. Mamy ich mało i są zarezerwowane dla osób w grupie ryzyka.

No mało mnie szlag nie trafił. Spytałam, po co więc do mnie dzwonili. Wytłumaczyłam, że od ponad dwóch tygodni byłam na liście i wczoraj dostałam telefon, że mam przyjść.

- Aaa, na liście pani była. Ja panią bardzo, bardzo przepraszam.

Szczepionkę dostałam, a pielęgniarka mi wytłumaczyła, że żebym ja tak dzisiaj prosto z ulicy sobie weszła, a równocześnie wszedłby 76-letni pan z astmą, to wtedy pan by dostał, a ja nie. No ale skoro na liście byłam...

Jakie to są w ogóle kryteria? Ludzie nie w grupie ryzyka i nie z listy nie dostają, a ludzie nie w grupie ryzyka a z listy dostają? A jakby ten staruszek wszedł 15 minut po mnie, to by tej szczepionki nie dostał? Teraz, zamiast się cieszyć, że dostałam szczepionkę, czuję się jak padalec, który ją ukradł chorym staruszkom.

czwartek, 22 października 2009

San Franciso wprowadziło prawo, które zakazuje wyrzucania odpadków organicznych do śmieci (NPR, Morning Edition, 21/10/2009). Mieszkańcy miasta otrzymują specjalne pojemniki kompostowe na odpady organiczne, po czym miasto odpady odbiera, kompostuje, a kompost sprzedaje lokalnym rolnikom. Dzięki kompostowaniu oraz segregowaniu odpadów ze szkła, metalu, plastiku i papieru, miastu udaje się zredukować ilość śmieci lądujących na zsypach o 72%. Częstotliwość odbierania śmieci w kompleksach mieszkaniowych zmniejszyła się o 50%, a do tego śmieci mniej śmierdzą. Pierwszym miastem, które wprowadziło kompostowanie było Seattle (informacja zawarta w poprawce). Miejmy nadzieję, że inne miasta szybko wezmą przykład.

Kompostowanie to najbardziej ekologiczna metoda na odpady organiczne. Sama o tym myślałam, ale nie prowadzę ogrodu, a nikt w Syracuse kompostu nie skupuje, więc nie miałabym co z nim zrobić. Obecnie używam garbage disposal, czyli młynka na odpady organiczne wbudowanego w odpływ zlewu kuchennego. Odpady organiczne to 70% wody, więc przynajmniej wędrują zmielone do oczyszczalni ścieków, zamiast na zsyp. Ponoć zupełnie przyzwoite rozwiązanie, przynajmniej wg. producenta InSinkErator. A co Wy robicie z odpadami organicznymi?

poniedziałek, 19 października 2009

Dzisiaj rozpatruję kwestię, czy sport to zdrowie. W sobotę przepłynęłam kolejne 20 mil kajakiem i wszystko było super aż do dzisiaj. Od rana tak mnie boli kręgosłup w krzyżu, że ledwo mogę chodzić. To już drugi raz. Pierwszy był po pierwszej dwudziestomilówce i też z dwudniowym opóźnieniem. Nigdy wcześniej kręgosłup mnie nie bolał. Starzeję się, czy się przeforsowałam? Jakieś sugestie zapobiegawcze?

czwartek, 15 października 2009

Podgrzewana papuzia gałąź (www.amazon.com)W moim domu pierwszą oznaką zbliżającej się zimy jest kiedy pies przenosi się spać z parteru na piętro, a drugą - kiedy zaczyna nam się pakować do łóżka. Właśnie od dwóch nocy śpi z nami. W tym roku przejmujący chłód zapanował dość nagle i zauważyliśmy, że jest też zimno naszej papudze. Klatka Kolumba zakryta jest grubym ręcznikiem i kocem z trzech stron i od góry, a z przodu przypięta jest grzejąca lampa. Mimo to Kolumb siedzi na drążku osowiały, brzuchem na łapkach jakby wysiadywał jajka, co mu się wcześniej nie zdarzało, a do tego stroszy się i trzęsie. Zauważyliśmy też, że nie siada na drążku przy ulubionym lusterku, ale na drążku najbliżej lampy. Ogrzewanie domowe chodzi normalnie a prawdziwej zimy jeszcze nie ma, więc jego zachowanie nas niepokoi, zwłaszcza że to pierwszy raz, a zim przeżył z nami już kilka. Daliśmy mu mocniejszą żarówkę i piankę izolacyjną wokół klatki, ale ciągle szukamy lepszego rozwiązania. Wczoraj przyszło mi do głowy, że fajnie byłoby mieć ogrzewany drążek, ale nie wiedziałam, czy takie rzeczy w ogóle produkują. Wystarczyło wyguglować i okazało się, że tak. W życiu nie pomyślałam, że będę kupować podgrzewane drążki papudze, ale przecież nie dam mu marznąć. Szkoda tylko, że nie można kupić podgrzewanej kanapy do salonu.

środa, 14 października 2009

Wczoraj na obiad robiłam fasolkę szparagową z tofu. Zachciało mi się posiekanych migdałów, ale miałam tylko całe. Eksperymentalnie zatrudniłam nieużywany młynek do kawy celem rozdrobnienia orzechów. Niby delikatnie i pulsacyjnie guzik naciskałam, ale efekt był mizerny. Się proszę ja Was rozdrobniły, ale niezupełnie jak mi się widziało. Tępe brzydkie niedobitki wystawały z migdałowego prochu. Machnęłam ręką i zmieliłam resztę na proszek. Wrzuciłam do miseczki. Potem zmieliłam siemię lniane. Ten młynek do kawy przydatny jednak jest. Połączyłam zmielone siemię lniane z proszkiem migdałowym. Do tego dodałam niezmielonych ziaren sezamu, trochę kminku, papryki czerwonej w proszku, oraz innych przypraw. Ugotowaną fasolkę podsmażyłam z tofu i obsypałam orzechowym prochem. Ale wyszło pyszne!

W moim rodzinnym domu bułka tarta była nieodzownym elementem codziennej kuchni. Stanowiła panierkę do wszelkich kotletów i ryb. W moim domu bułki prawie nie używam, bo i nie mam z czym, za to uwielbiam ją z kalafiorem i fasolką szparagową. Ostatnio przestałam używać bułkę, bo nie podobał mi się jej skład. A tu proszę: rozwiązanie znalazło się samo.

poniedziałek, 12 października 2009

Nadeszły czasy kajakowania na cebulkę. Czasy drżenia jak osika tuż przed i zaraz po każdym spływie. Bo w kajaku jest ciepło. Dolna połowa ciała zabezpieczona jest w kokpicie fartuchem, żadne wiatry jej nie smagają. Tułów ubrany w ciepłe przylegające do ciała bluzy i specjalną kurtkę do kajakowania (ang. paddle jacket) - nie tylko nieprzemakalną, ale ze specjalnymi lateksowymi końcówkami nadgarstków i szyi, żeby nawet kropla wody nie wleciała; do tego kamizelka asekuracyjna, która też trzyma ciepło oraz czapka i rękawice. Jedyne co pozostaje odkryte to twarz. Jeszcze się ociągam przez założeniem suchego kombinezonu, jeszcze nie jestem gotowa na wyrwane lateksem włosy, wciskanie się z wysiłkiem przez gumowe rękawy oraz wyglądanie jak kosmita.

Wczoraj było pięknie. Słońce świeciło pełną parą, ale wiał spory wiatr i było zimno. Spływ jeziorem Skaneateles był super, wiatr rozbryzgiwał fale o dziób i burty i fajnie huśtało. Pełnia życia, nawet w październiku, a zimna wcale nie było czuć dopóki nie wysiadło się z kajaka. Po powrocie miałam pałające czerwienią policzki, nie od słońca bynajmniej, ale od wiatru. Czułam się trochę jak po trzech lampkach wina, czerwonolica i gorąca na twarzy, ale bez rauszu.

Dziś, o ironio, na Alasce jest cieplej niż u nas. Mamy wolne z okazji Dnia Kolumba. Kajaki już na samochodzie, będziemy podbijać jezioro Onondaga. Opłynięcie go w okół to ok. 10 mil. Ciepła herbatka w termosie się przyda.

Zdjęcia z jeziora Skaneateles:

Skaneateles Lake

Skaneateles Lake

Skaneateles Lake

Skaneateles Lake

Skaneateles Lake

Fot. CNY Kayakers

czwartek, 08 października 2009

Stany są znane z licznych inicjatyw charytatywnych. O każdej porze roku zawsze ktoś zbiera na coś pieniądze. Na schronisko dla zwierząt SPCA, na pomoc ofiarom huraganów i tsunami, na fundację raka piersi, na białaczkę, na kościoły, na organizacje humanitarne, na chore dzieci, na organizację harcerzy itp. List jest długa. Bez wątpienia jest to bardzo szlachetne, ale bywa też męczące. Zbiórki ogłaszane są w kościołach i w pracy, pod centrami handlowymi, w telewizji. Człowiek daje tu, daje tam i cieszy się, że może pomóc, ale czasami czuje się osaczony. Przecież nikt nie ma sakwy bez dna.

Najciekawsze w tym wszystkim są metody zbierania funduszy. Wiele organizacji po prostu prosi o donacje gotówkowe, ale wiele organizuje jakąś imprezę, której zadaniem jest nie tylko zebranie pieniędzy, ale również reklama danej organizacji. Chyba jedną z najpopularniejszych metod są różnego rodzaju zawody i marsze. Ludzie biorą udział w wyścigu rowerowym, triathlonie, biegu czy marszu po opłaceniu wstępu, który im umożliwia uczestnictwo. Pieniądze przeznaczane są na cele charytatywne. Są też benefity, gdzie uczęszcza się na przyjęcie, często wystawny obiad. Ale są też inne formy, które czasem mnie dziwią.

W naszej gazetce pracowniczej ogłoszono właśnie akcję zbiórki na pomoc niemowlakom pod hasłem "March of Dimes - Blue Jeans for Babies." Fundacja March of Dimes zajmuje się badaniami nad zdrową ciążą i zdrowiem noworodków i koncentruje się na zapobieganiu chorobom wrodzonym, przedwczesnym narodzinom oraz śmiertelności noworodków. Bardzo ważne zagadnienia dla każdej młodej mamy. Co mnie jednak zaskoczyło, to wybrana metoda zbiórki.

Otóż aby pomóc organizacji, można wykupic naklejki, znaczki, koszulki lub bluzy, które pozwolą na ubranie się gorzej do pracy na jeden dzień lub cały tydzień w zależności od wysokości wpłaty. Do tego jest zachęcające hasło: "Dress down to help keep babies healthy!" - "Ubierz się gorzej, aby pomóc utrzymać dzidziusie w zdrowiu!" Osobiście mam z tym problem, bo w moim budynku i tak bardzo duża część pracowników z niezrozumiałych dla mnie przyczyn codziennie ubiera się flejtuchowato, bardziej na ryby, niż do biura. W Europie to by (chyba?) nie przeszło. Amerykańskie wygodnictwo już zupełnie zatarło granice pomiędzy tym co wypada a czego nie i naprawdę nieprzyjemnie się patrzy na osoby obu płci w dresach, adidasach i innych nieadekwatnych ubraniach w miejscu pracy. A teraz jeszcze zachęca się ludzi do ubierania się jak bądź w imię szlachetnego celu. Dlaczego nie same znaczki, żeby pokazać swoje wsparcie? Dlaczego ta zbiórka ma wpłynąć negatywnie na wygląd pracowników o dobrym sercu? Ja wiem, że dress down nie musi oznaczać "gorzej" a jedynie mniej formalnie, ale praktyka pokazuje, że dla tutejszych dress down=byle jak. Czepiam się?

Czasem jak mój pies choruje i zarzyga mi dywan, ludzie komentują: "z psem to jak z dzieckiem." Hm, podchwytuję. W pewnym sensie mają rację. Człowiek jest odpowiedzialny za czworonoga, musi o niego dbać, karmić, wozić do weterynarza, bawić się, kochać. Mimo to "psi" obowiązek jest niewspółmiernie mniejszy od obowiązku rodzicielskiego i ktoś, kogo najwyraźniej wkurzyło to porównanie, wyprodukował filmik brutalnie ilustrujący zasadnicze różnice. Oceńcie sami:

Baby HD from summer of tears on Vimeo.

 
1 , 2
statystyka