Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 31 października 2008

Happy Halloween - Cayuga Lake Inlet

Smierc tez lubi plywac

Fot. CNY Kayakers

czwartek, 30 października 2008

niedziela, 26 października 2008 – Ithaca, Cayuga Lake Inlet, 6.75 mil

Ithaca to miasteczko uniwersyteckie położone gdzie diabeł mówi dobranoc, które słynie z tego, że mieści się tam jeden z najbardziej renomowanych amerykańskich uniwersytetów należących do Ivy LeagueCornell University. Ithaca znana jest również z pięknego położenia przy jeziorze Cayuga, znacznej liczby parków, wodospadów i winnic, oraz atrakcyjnej atmosfery.

W ostatnią niedzielę wybraliśmy się z klubem kajakowym właśnie do Ithaca, żeby spędzić słoneczne niedzielne popołudnie wśród pięknych wzgórz i niebieskiej wody jeziora Cayuga. Do dziś nie pojmuję jak to się stało, że zamiast zapowiadanego „raju” przyszło nam oglądać miasteczko z jego najgorszej strony. Byliśmy w miejscach gdzie mało kto zapuściłby się pieszo z własnej woli. Oficjalna wersja zmiany kursu z jeziora Cayuga na miejskie kanały to silny wiatr i zbyt duże fale na jeziorze. Zamiast płynąć po czystych falach, zwiedzaliśmy brudne zakamarki mulastych miejskich rzeczek. Odkrywaliśmy też jak mieszkają bezdomni. Muszę przyznać, że chociaż nie tego po spływie oczekiwałam, towarzyszył mi mały dreszczyk emocji właśnie dlatego, że z bliska obejrzałam miejsca, których nie mogłabym bezpiecznie obejrzeć w innych okolicznościach.  Przy głównym kanale był duży port z drogimi jachtami, a dosłownie kilkadziesiąt metrów dalej płynąc mniejszym kanałem był lasek, gdzie królowały kempingi bezdomnych wyposażone w stare krzesła, kołdry, namioty, hamaki i inne różności. W potoku walały się śmieci, zardzewiałe wózki do zakupów i pudła. Tu piękne wzgórza i żagle – tam bieda. Założę się, że tej biedy z ulicy nie widać.

Tak czy inaczej, spływ był przyjemny i można go było uznać za udany: pogoda była śliczna, płynęło się fajnie, a jezioro nie zając – nie ucieknie. Kolega kajakarz dodatkowo nas ubawił płynąc w ogromnej masce trupiej czachy na głowie, bo w końcu zbliża się Halloween. Przechodnie i przejeżdżający kierowcy byli rozbawieni i wyrażali swoją radość klaksonami lub wesołym machaniem.

P.S. Zdjęcie kajakarza w przebraniu wkrótce.

Cayuga Lake Inlet

Miejski szczur

Siedziba bezdomnych

Port w Ithaca

Fot. CNY Kayakers

środa, 29 października 2008

Nie byłby to Syracuse gdyby nie wczesne opady śniegu. Pierwszy śnieg był tydzień temu, popadało trochę rano. Tymczasem wczorajsze ostrzeżenia przed burzami śnieżnymi okazały się prawdziwe. Wracając z pracy mijałam po drodze samochody pokryte grubą warstwą śniegu. W samym mieście jeszcze dużo nie ma, ale na wyżej położonych obrzeżach miasta oraz dalej na wschód nasypało tyle, że pozamykano dziś niektóre szkoły. U mnie na osiedlu leży tylko cienka warstwa, ale ciągle pada. Witamy w Centralnym Nowym Jorku.

piątek, 24 października 2008

Kiedy wczoraj wróciłam ze spaceru z psem, pod domem powinien był już stać samochód męża. Ale nie stał. To, że ktoś się spóźnia 10-15 minut nic nie znaczy, łatwo można utknąć w korku. Mimo to ogarnął mnie niepokój. Pierwsze co zrobiłam po wejściu do domu to złapałam za komórkę: trzy nieodebrane telefony od męża i jedna poczta głosowa. Wybrałam numer poczty głosowej i z sercem w gardle nasłuchiwałam. Nic. Nic nie było słychać. Dotarło do mnie, że mój telefon podłączony był do bezprzewodowej słuchawki Bluetooth. Zanim znalazłam słuchawkę i założyłam, usłyszałam tylko samą końcówkę wiadomości bardzo zdenerwowanego męża: „... i teraz czekam aż przyjedzie policja.” Sekundy oczekiwania, aż wiadomość zostanie odtworzona od początku były chyba najdłuższymi sekundami mego życia. W końcu odsłuchałam i odetchnęłam z ulgą. Był cały i zdrowy. Usłyszałam lekkie trąbienie klaksona, wyjrzałam przez okno. Mąż właśnie zajechał pod dom.

Na pasie autostrady I-90 leżało podejrzanie dużo kamieni i dużych kawałków asfaltu. Mąż próbował je ominąć kiedy nagle coś wielkiego uderzyło w przednią szybę samochodu tuż przed jego twarzą. Wielki kawał asfaltu. Szyba pękła niczym pajęczyna wokół dużego białego wklęśnięcia z małą dziurką w samym środku, ale się nie rozleciała. Mąż rozejrzał się za źródłem ataku, myślał, że coś spadło z jakiejś ciężarówki. Tylko, że żadnej ciężarówki w pobliżu nie było. Na poboczu zauważył natomiast kilku uciekających chłopaków. W pobliżu było osiedle mieszkaniowe. Zatrzymał się, zadzwonił na policję. Dojechał do stacji przy najbliższym zjeździe, tam znalazł się wśród innych kierowców również składających raport policyjny. Kamienie niektórych trafiły, a niektórych nie. Jak dotychczas nikt nie ucierpiał obrażeń fizycznych. Ucierpiały tylko samochody. Szyba do wymiany, całe szczęście za darmo. To już trzecia wymiana szyby w trzyletnim samochodzie męża. Poprzednie dwie pękły od zwykłego kamyka na szosie.

Młodzi ludzie nie mają wyobraźni. Kilka lat temu nastolatek zrzucił kulę od kręgli z mostu nad autostradą. Trafiona nią osoba zginęła na miejscu. Mam nadzieję, że tych gówniarzy złapią zanim kogoś niechcący zabiją.
15:18, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »
czwartek, 23 października 2008

niedziela, 19 października 2008 - Kayuta Lake; 11.6 miles

Oglądając zdjęcia z ostatniego spływu dokonałam dobijającego odkrycia: mój prześliczny i praktyczny kombinezon wodoodporny sprawia, że wyglądam jak spuchnięty balon. Nie jest do dobra wiadomość dla żadnej kobiety i nie jestem tym zachwycona, bo wyglądam jakbym nagle przytyła ze 20 kg. Po pierwsze, kombinezon zaprojekowany jest obszernie, żeby mogło się pod nim zmieścić wiele warstw ubrań. Po drugie, po zapięciu zamka zamyka się w środku powietrze, które po ściśnięciu tułowia kamizelką wodoodporną w większości gromadzi się w zakończonych lateksem rękawach. Wyglądam więc jak żeński odpowiednik gubernatora Kalifornii Arnolda Schwarzeneggera. Po trzecie i ostatnie, neoprenowa stójka przydusza szyję, a jak się jeszcze człowiek nagimnastykuje przy wiosłowaniu, to mu puchnie buźka. Ratunku! Całe szczęście znalazłam pragmatyczne rozwiązanie tego problemu: nie przyglądać się zdjęciom! No przecież nie porzucę komfortu wodooporności dla swojej próżności...

Niedzielnego poranka przed wyruszeniem na spływ musieliśmy zeskrobać szron z samochodu. Było pioruńsko zimno, ale słonecznie i naprawdę ładnie. Szron ślicznie mienił się w słońcu. Klubowicze, w liczbie większej niż się można było spodziewać bo aż 17 osób, poubierani byli odpowiednio. Było ładnie i bezwietrznie i po wejściu do kajaka i założeniu fartucha od razu zrobiło się dużo cieplej. Pogoda była zdradliwa, bo w słońcu człowiek się przegrzewał, a jak tylko powiało, to zaraz robiło się zimno. Spływ jeziorem Kayuta to jeden z dłuższych spływów klubowych, więc zwykle uczęszczają na niego bardziej doświadczeni kajakarze, dzięki czemu poruszaliśmy się szybkim tempem. Jeden facet się wywrócił, czego mu szczerze współczułam, bo woda była naprawdę lodowata. Całe szczęście miał na sobie kombinezon wodoodporny, ale głowa mu poszła pod wodę jedynie w czapce baseball’owej. Po czymś takim to ból głowy murowany przez tydzień. Nie on jedyny zażył kąpieli. Jedna babka, która jest trochę większych rozmiarów i ma trudności z wchodzeniem i wychodzeniem z kajaka, straciła równowagę i wpadła do wody. Zamoczyła się porządnie, bo miała na sobie jedynie ubranie przeciwdeszczowe, które chroni przed ochlapaniem, ale nie przed zanurzeniem. Na dodatek mieliśmy prawie 2 godziny wiosłowania do powrotu, więc musiała płynąć mokra. Jak zwykle zrobiliśmy sobie przerwę na lunch i ciepła herbatka w termosie się przydała. Lejek FUD też się przydał.

Spływ był bardzo satysfakcjonujący, bo choć raz czułam, że naprawdę był trudny. Było długo, szybko i w całym rynsztunku, którego jeszcze niedawno nie trzeba było nosić. Myślałam, że padnę ze zmęczenia. Bolały mnie plecy, ramiona i barki zwłaszcza, że był to drugi dzień kajakowania pod rząd. 20 mil w dwa dni. Nie mogę się doczekać kolejnej niedzieli, choć nie jestem pewna w jakim będę stanie po sobotnim Halloween Party.

Kayuta Lake

Przerwa na lunch

Bob

Fot. CNY Kayakers

środa, 22 października 2008

Nie pamiętam kiedy ostatnio osiągnęłam takiego wkurwa. Wczoraj wszystko we mnie wezbrało i wybuchłam jak napakowany gorącą lawą wulkan. Czułam podnoszące się ciśnienie, szum w uszach, zakleszczający się żołądek, zaciskającą się klatkę piersiową, aż w końcu mną zatrzęsło, przelało się i wybuchłam histerycznym płaczem wrzeszcząc prosto do słuchawki do reprezentanta firmy ubezpieczeniowej.

Wszystko zaczęło się rok temu kiedy zmieniłam pracę. Ze zmianą pracy nastąpiła zmiana ubezpieczenia zdrowotnego. Nie miałam pojęcia, jak dobrze miałam w poprzedniej firmie, bo była to moja pierwsza praca i moje pierwsze ubezpieczenie. Moje nowe ubezpiecznie otrzworzyło mi oczy na problemy gryzące Amerykę, które trafnie opisane zostały przez Salon Nowojorski.

Oboje z mężem jesteśmy zdrowi jak przysłowiowy koń. Poza usługami dentystycznymi, mąż potrzebuje co jakiś czas nowych wkładek ortopedycznych, a ja soczewek kontaktowych; on regularnie korzysta z usług kręglarza, a ja raz w roku chodzę do ginekologa na badania kontrolne. I to wszystko.

Moja poprzednia firma była self-insured, co znaczyło, że sama pokrywała koszta medyczne według ustalonego planu zarządzanego przez wynajętą firmę ubezpieczeniową. Płaciłam składkę $120 miesięcznie za dwie osoby, własny wkład co-pay wynosił $15 od wizyty i mogłam pójść do jakiegokolwiek lekarza bez skierowania. Wkładki ortopedyczne pokryte były w 80%, a wizyta profilaktyczna u dentysty w 100%, czyli za czyszczenie zębów dwa razy do roku i rentgena szczęki raz na rok nie płaciłam nic. Przez ponad dwa lata składka nie podrożała ani razu.

Moja obecna firma używa planu HMO. Na dzień dobry plan kosztuje mnie prawie $500 miesięcznie za dwie osoby, przy $20 co-pay od wizyty. Mogę używać jedynie lekarzy z ich listy (participating network), więc jeżeli np. chodzę do Dr. Wspaniałego od wczesnego dzieciństwa, ale Dr. Wspaniały nie jest na ich liście, to mi za wizytę nie zapłacą i już, więc nie mogę do niego chodzić. Na początek trzeba wybrać lekarza rodzinnego bądź internistę z ich listy. Do niego się idzie bez skierowania, jak również do ginekologa. Ani do kręglarza, ani do podiatry, ani do żadnego innego lekarza bez skierowania pójść nie można, nawet jeśli się tam chodziło od lat. Mało tego, że trzeba płacić za wizytę po skierowanie, to trzeba to skierowanie co rok odnawiać. Zanim się pójdzie do lekarza trzeba się nasprawdzać, czy aby ten lekarz na pewno jest na liście. Za wkładki ortopedyczne, które kosztują $800, ubezpieczenie nie płaci wcale, choć te zapobiegają rozwijaniu się chorób kostnych wymagających interwencji chirurga, za które ubezpieczenie musiałoby zapłacić. Klapki na oczach, biurokracja, marnowanie pieniędzy i czasu, że rzygać się chce. Żeby tego było mało, nową pracę zaczęłam pod koniec października zeszłego roku, a od stycznia składki za ubezpieczenie drastycznie podrożały.

Kiedy byłam biedną i nieubezpieczoną studentką, korzystałam z usług kliniki ginekologicznej Family Planning prowadzonej przez rząd. Klinika działa na zasadzie sliding scale fee, co oznacza, że osoby nieubezpieczone płacą tylko określony procent od swoich zarobków. Chodzi o to, żeby podstawowe usługi były dostępne nawet biednym kobietom. Według ich skali płatniczej na podstawie moich ówczesnych zarobków za usługi nie płaciłam wcale. Kiedy skończyłam szkołę i dostałam „prawdziwą” pracę z ubezpieczeniem i solidnymi zarobkami – nadal chodziłam do kliniki, tylko teraz płaciłam całą sumę za usługi – ja co-pay, a moje ubezpieczenie resztę. Klinika jest otwarta w soboty i było mi na rękę korzystać z ich usług zamiast z usług prywatnej praktyki. Poza tym, klinika rządowa jest tańsza od prywatnych praktyk, więc ubezpieczyciel tylko oszczędzał na moim wyborze.

W sierpniu nadszedł czas na moje coroczne profilaktyczne badanie ginekologiczne. Na wszelki wypadek zadzwoniłam do swojego ubezpieczyciela sprawdzić, czy potrzebuję skierowania i czy moja klinika jest na liście. Dowiedziałam się, że skierowania nie potrzebuję, ale że powinnam sprawdzić na stronie internetowej, czy jest na liście, bo chyba jest, ale powinnam się upewnić. Na stronie internetowej nie mogłam się niczego doszukać, bo nie wiem kogo klinika zatrudnia z nazwiska, a pod nazwą kliniki nic nie wyskakiwało. Postanowiłam zaryzykować i poddałam się badaniu. Dwa miesiące później, czyli wczoraj, dostałam list od ubezpieczalni z odmową zapłacenia za badanie, bo lekarz był spoza listy i nie miałam do niej skierowania. Natychmiast zadzwoniłam do ubezpieczalni to wyjaśnić. Już wtedy powoli zaczynała mi lecieć para z uszu. Chytra firma miała nagranie mojej rozmowy telefonicznej sprzed wizyty, więc mi babka powiedziała, że mi powiedzieli, że nie potrzebuję skierowania i klinika JEST na ich liście, ale że mi także doradzili żebym dokładnie sprawdziła. W moim przypadku okazało się, że klinika była na liście, ale pielęgniarka, która mnie badała nie była. Więc oni za to nie zapłacą, bo pielęgniarka mnie badająca nie figuruje na liście. Kiedy już puściły mi nerwy i wybuchłam płaczem, wykrzyczałam babie w słuchawkę, że jestem zdrowa jak koń, płacę grubą kasę za ubezpieczenie i jedyne o co proszę to zapłacenie za jedyną w roku wizytę, a oni mi nawet tego odmiawiają. I że skąd ja mam niby wiedzieć jak idę do kliniki kto mnie tego dnia przyjmie? Babka przyczepiła się do tego, że mi powiedzieli, żebym jeszcze raz sprawdziła, ja zaś do tego, że mi powiedzieli, że klinika była na liście. Stanęło na tym, że oni to rozpatrzą. Oddzwonią. Kiedyś-tam. Na koniec naszej rozmowy babka spytała, czy coś jeszcze może dla mnie zrobić. Ja jej na to: „Ależ jak najbardziej: proszę mnie zastrzelić i zakończyć tą torturę.” Jak dziś powiedziałam o tym swojemu szefowi, a pracuję w wydziale zdrowia psychicznego, gdzie o samobójstwach się nie żartuje, to powiedział, że miałam szczęście, że do moich drzwi nie zapukała policja.

Badanie kosztowało $201. Mnie stać na zapłacenie tej sumy, ale nie po to płacę tysiące dolarów rocznie za ubezpieczenie, żebym jeszcze musiała sama płacić za wizyty. Dziś wszyscy w pracy o tym usłyszeli, a przede wszystkim mój szef i kierowniczka kadr. Pomogą mi z tym wnioskiem. Póki co mój ubezpieczyciel trzy tygodnie temu poinformował mnie listownie, że od 1 stycznia mój plan już nie będzie dostępny, więc nawet nie wiem jakie ubezpieczenie będę miała od Nowego Roku.

Pieprzone amerykańskie ubezpieczalnie. Bez serca, bez duszy, chciwe i głuche na logikę. Jeżeli taką łaskę mi robią o rutynowe badanie ginekologiczne, to co będzie jak się kiedyś naprawdę rozchoruję?

niedziela, 19 października 2008
sobota, 18 października 2008

Oneida Lake


W nocy był mróz. Wczesnym rankiem szron pokrywał dachy i trawniki. W dzień miało być słonecznie i powyżej zera, w sam raz na pierwszy test kombinezonów wodoodpornych na jeziorze Oneida.

Wyruszyliśmy przed południem. Było ślicznie, świeciło słońce, niebo było błękitne, a tafla jeziora gładka i tak przejrzysta, że widać było dno. Celem podróży była wyspa Frenchman’s Island. Płynąc po spokojnym jeziorze delektowaliśmy się pogodą i widokiem. Było niesamowicie niebiesko i bezwietrznie. Po godzinie dotarliśmy na miejsce i siedząc na pomoście zjedliśmy zapakowany wcześniej lunch.

 Oneida Lake 1 Oneida Lake 2 Oneida Lake 3 

Nie mogłam się oprzeć pokusie wejścia do jeziora w kombinezonie. Było to bardzo dziwne uczucie, bo woda wypierała do góry powietrze zamknięte w środku, a od stóp do pasa czułam nacisk napierającej wody, którego się nie czuje wchodząc w stroju kąpielowym czy piance. Poza ciśnieniem czułam temperaturę wody i zaczęło mi się robić zimno, więc na tym eksperyment zakończyłam. Kombinezon okazał się naprawdę rewelacyjny. Jest nie tylko wygodny, ale naprawdę chroni przed zamoczeniem. Nie ważne jak głęboko wejdziesz do wody, jesteś sucha. Można wchodzić po kolana, co ułatwia wejście do kajaka, można wkładać ręce aż po łokcie, bo woda się nie wlewa do rękawów, można też iść pływać, choć nie przypuszczam, aby było to wygodne. Poza zaletami, kombinezon ma też trochę wad. Chociaż kombinezon zapewnia pełną swobodę ruchu tułowia, to ogranicza nieco zginanie nóg, co utrudnia wsiadanie i wysiadanie z kajaka. Do tego wydaje irytujący szeleszczący dźwięk podczas wiosłowania, przez który kiepsko się rozmawia, bo nic nie słychać. Ostatnim mankamentem jest to, że człowiek czuje się trochę przyduszony wokół szyi. A tak poza tym, pełen komfort psychiczny i fizyczny.

Ten kombinezon jest wodoodporny!

Po zakończonym lunchu przystąpiliśmy od okrążenia dwóch wysp i udania się w drogę powrotną. W międzyczasie jezioro przeszło szybką metamorfozę, bo zerwał się silny wiatr i znaleźliśmy się na sporych falach, co oznaczało jeszcze większą frajdę i więcej wysiłku przy wiosłowaniu.


W połowie drogi powrotnej dostrzegłam na jeziorze dużego przepięknego motyla, którego jedno skrzydło przyklejone było do tafli wody. Motyl miotał się, ale nie miał siły się oderwać. W przypływie nagłego impulsu sięgnęłam po niego wiosłem, ale był za daleko i mój nagły ruch tylko niebezpiecznie zachybotał kajakiem. Po odzyskaniu równowagi postanowiłam po niego wrócić. Zawróciłam więc półkolem i przekonałam się, że wcale niełatwo jest coś wyłowić z wody. Ruch moich wioseł powodował dodatkowe fale, które odpychały ode mnie motyla. Po trzecim, tym razem bardzo wolnym okrążeniu, byłam już wystarczająco blisko i delikatnie wyłowiłam motyla na wiosło. Motyl natychmiast zerwał się do lotu i wylądował z powrotem w wodzie. Za drugim podejściem ześlizgął mi się z wiosła. Za trzecim podejściem już go prawie miałam, kiedy spadł mi tuż przy kajaku. Tym razem wyłowiłam go dłonią, a jego nóżki miały dobrą przyczepność na mojej neoprenowej rękawicy. Niestety nie da się wiosłować z motylem na dłoni, więc go delikatnie położyłam na napiętej przestrzeni mojego fartucha. Motyl zaczął spacerować w moją stronę i zbliżył się na tyle do mojego tułowia, że nie mogłam wiosłować bez ryzyka zgniecenia biedaka. Po chwili zaczął się wspinać po mojej kamizelce ratunkowej i w końcu usadowił się wygodnie zaledwie parę centymetrów od mojej twarzy. Był piękny. Policzyłam mu nóżki i czułki, obejrzałam skrzydełka i doszłam do wniosku, że chyba nie jest wybrakowany. Zaczęłam wiosłować i tak sobie płynęliśmy: on się suszył, a ja się na niego gapiłam. Bardzo chciałam, żeby mąż zrobił mu zdjęcie i liczyłam, że dowiozę go do brzegu, który był niedaleko. Niestety się zagapiłam, a kiedy znów zwróciłam wzrok na kamizelkę, motyla już nie było. Zrobiło mi się bardzo przykro, że nie zauważyłam czy bezpiecznie odleciał, czy też znowu wpadł do wody.


Ponad 8 mil spływu na rześkim powietrzu dobrze nas wymęczyło, tymczasem trzeba było przespacerować psa i odpocząć, bo jutrzejszy spływ to 12 mil.

 

P.S. Właśnie zupełnie przypadkiem dowiedziałam się z wpisu Ani K. co to był za motyl. Otóż to był Monarch płci męskiej.

piątek, 17 października 2008

Jak się zmienia olej w USA? – Często.

Nie jest to wprawdzie blog samochodowy, ale zainspirowana ostatnią wymianą doświadczeń przy okazji wpisu o zmianie koła, postanowiłam podzielić się jeszcze jednym samochodowym doświadczeniem. Najczęściej wykonywanym serwisem samochodowym jest zmiana oleju. Olej teoretycznie powinno się zmieniać co 3,000 mil, ale to według warsztatów samochodowych, które chcą zarobić. Ja trzymam się instrukcji obsługi producenta, który moim zdaniem wie najlepiej jak często zmieniać olej w samochodzie, który sam zaprojektował i wyprodukował. A według producenta olej powinno się zmieniać co 5,000 mil, co też czynię. Konieczność częstej wymiany oleju wynika z dużych odległości pokononywanych w krótkim okresie czasu, gdyż w Stanach miasta są dużo bardziej rozłożone w przestrzeni. Uświadomił mnie o tym mój tata. Kiedy po raz kolejny napisałam mu w e-mailu, że zmieniliśmy olej, on odpisał: „Co z tym olejem? Wy go zmieniacie i zmieniacie.” Wyszło na to, że tata zmienia olej raz na rok albo i rzadziej, a my co parę miesięcy.

Zmiana oleju w moim wydaniu wygląda następująco. Wjeżdżam bezpośrednio do garażu Valvoline o porze dnia, kiedy nie ma kolejki. Panowie i panie mechanicy zmieniają mi olej, sprawdzają reflektory, kierunkowskazy, poziom płynów, ciśnienie w oponach, stan filtrów i wycieraczek oraz dopełniają co tam trzeba, kiedy ja słucham muzyki lub przyglądam się swoim paznokciom. Na prośbę włączam silnik i światła. Po 10 minutach płacę i jadę do domu. A nie mówiłam, że zmiana oleju jest prosta?
czwartek, 16 października 2008

niedziela, 12 października 2008

Salmon River Reservoir, Redfield, NY

Takiej ładnej pogody na październikową niedzielę to nawet na loterii nie można było wygrać! Cieplutko i słonecznie – w sam raz na krótki rękawek i spodenki. Żeby nie złotoczerwone korony drzew otaczające jezioro, wydawać by się mogło, że to sam środek lata. W tym roku mamy więc Indian Summer, czyli babie lato. Poza lśniącą taflą wody i przepysznymi kolorami jesiennymi, na spływie podziwialiśmy dziesiątki małych pajączków, które niesione wiatrem wiły cienkie srebrzyste pajęczyny od jednego kajaka do drugiego. Byłoby to nawet romantyczne, gdyby nie moja niechęć do pająków. Stworzenia te ośmionożne nie zważały jednak na moje preferencje i kilka egzemplarzy zadomowiło się u mnie na kajaku, całe szczęście zachowując bezpieczny dystans od mojej arachnofobicznej osoby. W międzyczasie miałam okazję na głębokie przemyślenia, czy gdyby mi jeden taki egzemplarz wlazł do kokpitu, wolałabym obcowanie z gościem, czy pływanie w lodowatej wodzie. Doszłam do wniosku, że to zależałoby zarówno od wielkości pająka, jak i panujących warunków pogodowych.

Na spływ zjawiło się 24 kajakarzy, co spowodowało kompletne wypełnienie się parkingu przy miejscu wodowania. Niektórzy musieli parkować podwójnie, a jeszcze inni na trawie obok. Wyruszyliśmy wielkim stadem wielokolorowych kajaków wypełnionych różnej płci i wieku osobami zadowolonymi z życia. Czas nam upłynął miło na robieniu zdjęć, rozmowach, przyglądaniu się czaplom i samolotom, ignorowaniu latających pająków i wiosłowaniu tu i ówdzie. Grupa w sporej części składała się z „wakacyjnych” kajakarzy, którzy pływają tylko w ładną pogodę, więc rytm spływu był pooowooolny. W końcu wylądowaliśmy na piaszczystej plaży niemałej wyspy, gdzie jak zwykle wesołe grono przystąpiło do ciamkania i gaworzenia, tudzież bliższego poznawania fauny i flory wgłąb wyspy. Po przerwie wyruszyliśmy w drogę powrotną, tym razem opływając wysepki z drugiej strony, gdzie mieliśmy widok na przeciwległy brzeg zalewu. Spływ wyniósł niecałe 8 mil.

Po spływie wybraliśmy się tłumnie na obiad do lokalnej restauracji, gniazda miejscowych redneck’ów. Najgorsze było to, że zanim skończyliśmy z obiadem, zrobiło się ciemno. To tyle na temat „środka lata.” Nie oszukujmy się: idzie zima.

P.S. Nie mogłam się powstrzymać przed podzieleniem się moim świeżutkim odkryciem podobieństwa pomiędzy słowami „kajak” i „pająk” –  zwłaszcza po usunięciu polskich znaków: Weź pajaka do kajaka.

Trasa

Salmon River Reservoir

Fot. CNY Kayakers

środa, 15 października 2008

Nieczęsto opada mnie wena na zrobienie czegoś pożytecznego, zwłaszcza w dzień powszedni po pracy. Tymczasem wczoraj, niemożliwie zmęczona po poniedziałkowej eskapadzie, próbowałam zająć się czymś co uniemożliwi mi przypadkowe uśnięcie przed normalną porą nocną. To „coś” było... sprzątaniem piwnicy.

Czułam dziwną satysfakcję w przywracaniu dawno utraconego porządku. Ułożyłam wszystkie narzędzia w odpowiednie przegródki i powyszukiwałam brakujące „zbiegłe” narzędzia z szuflady w kuchni, dokąd one zawsze jakimś cudem trafiają. Duże narzędzia elektryczne poustawiałam gdzie nie przeszkadzały. Ogarnęłam oba stoły do majsterkowania, wyrzuciłam śmieci i zepsute graty, pościągałam większość wszędobylskich grubych pajęczyn, z pomocą męża przeorganizowałam rowery i kajaki i zamiotłam. Przy okazji poznajdywałam zguby, których nie mogłam się doszukać od miesięcy. Teraz nie mogę się nacieszyć. Dziś rano aż musiałam zejść i sobie popatrzeć. Kurcze, może powinnam częściej sprzątać piwnicę?
20:18, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »
 
1 , 2 , 3
statystyka