Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 29 września 2014

Znaczną część dzisiejszej niedzieli spędziłam zwisając głową w dół z kajaka w jeziorze Oneida. Z asystą męża i kumpla z klubu kajakowego uczyłam się eskimoski. Ich asysta polegała przede wszystkim na stawianiu mojego kajaka do pionu ilekroć schrzaniłam "wstańkę" (czyli w większości przypadków), oszczędzając mi tym samym każorazowego wypadania z kajaka, wylewania wody i ponownego wsiadania. Otrzymałam też pomoc od strony technicznej, gdyż kumpel nie tylko sam umie, ale jest dobry w uczeniu innych.

Pogoda była cudownie słoneczna i ciepła, zupełnie letnia, a i woda jak na tę porę roku była nadal w miarę ciepła. Niemniej jednak po tak wielu próbach nabierania nowej "ciepłej" wody w neoprenową koszulę, byłam zziębnięta do szpiku kości i tak się trzęsłam, że mało nie odgryzłam sobie języka. Wg. moich instruktorów, samodzielnie udało mi się wstać dwa razy. Niestety po wielu nieudanych próbach i powtarzaniu kombinacji starych i nowych błędów, byłam zbyt zmęczona, aby udane "wstańki" utrwalić i ponowić: były przypadkowymi trafami wśród wielu, wielu w większości spartaczonych prób. Tak więc nie mogę powiedzieć, że się eskimoski nauczyłam, ale wiem, że jestem stosunkowo blisko sukcesu. Doskonale rozumiem w czym problem, ale samo rozumienie nie pomaga w udoskonaleniu manewru i eliminacji błędów. Tylko praktyka pomoże, a sezon niestety się kończy. Druga sesja za tydzień.

Poza eskimoską, przepłynęliśmy ponad 11 mil, ja z użyciem drewnianego wiosła grenlandzkiego. Wrażenia miałam mieszane, ale to temat na inny wpis.

czwartek, 18 września 2014

Jest sezon na pomidory i co tydzień napływają do nas m.in. spore ilości wszelkich gatunków pomidorów z "naszej" farmy (mamy sezonową "prenumeratę" warzyw z miejscowego gospodarstwa rolnego, tzw. farm share). Sezon zaczął się deszczowo i początkowo zajadaliśmy się głównie sałatą i rukolą, w końcu jednak wszystko obrodziło fantastycznie. Nie ma nic lepszego niż soczyste pomidory w ogromnych ilościach, delektuję się więc nimi do oporu. Moja ulubiona forma ich konsumpcji to sałatka pomidorowa: pokrojone pomidory z awokado i/lub innymi warzywami z oliwą z oliwek i odrobiną sosu sojowego.

Odkryciem tego sezonu są dla mnie również tomatillo, które, chociaż do pomidorów podobne, mają dużo gęstszą konsystencję miąższu i najlepiej spożywa się je po przyrządzeniu termicznym. Wg. Wikipedii po polsku nazywa się to-to miechunka pomidorowa (brr). Podsmażone w jajecznicy są po prostu niebem w gębie!

16:11, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (7) »
środa, 17 września 2014

Na naszej działce namiętnie polują koty z sąsiedztwa doprowadzając naszego psa do szewskiej pasji. Stąd mamy oplute okno. Dziś rano znaleźliśmy na wjeździe świeżutką daninę: malutkiego, ślicznego, aczkolwiek nieżywego kreta. Nie było też wątpliwości, z której części naszej działki został wykopany, bo były tam ślady łap, rozorany tunel i dziura. To prawie tak jakby kot zostawił tabliczkę: Widzisz, ja się przydaję. Masz tu na pociechę.

Kiedy w sektorze prywatnym ogromnej korporacji pada serwer z bazą danych jednego z większych systemów - po godzinach, administrator bazy danych zakłada sweter na piżamę i jedzie do biura go stawiać. W sektorze rządowym, administrator bazy danych wysyła mejl o następującej treści: Logowanie zdalne nie działa. Serwer się zaciął. Jutro przyjadę trochę wcześniej do pracy i go postawię.

Dlatego nie pracuję dla sektora rządowego.

15:27, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 15 września 2014

Napisał klient z prośbą o uaktualnienie numeru telefonu pewnej firmy w ich systemie. Najpierw cichaczem na ów numer zadzwoniłam, upewniając się, że faktycznie jest prawidłowy, a dopiero potem uaktualniłam dane. Zdarzało się bowiem, że ktoś z dworu prosił o skrócenie drążka, a po fakcie okazywało się, że to była noga tronu króla.

18:08, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 września 2014

W trakcie urlopu nr 2 otrzymałam mejla od szefowej z wypunktowaną listą pytań odnośnie załadowanych danych pewnego wydziału. Ogarnął mnie nielichy stres, bo do przerabiania danych tego wydziału w ogóle się jeszcze nie zabrałam, przed wyjazdem sprawdziłam jedynie czy jest dostępna najnowsza kopia bazy danych i ją sobie skopiowałam na twardy dysk celem pracy nad danymi w najbliższej przyszłości. Doszłam do wniosku, że kobieta najwyraźniej przejrzała dane ładowane w 2012 roku, co postawiło mnie przed niepięknym dylematem: czy po powrocie przyznać się jej, że danych patykiem nie ruszyłam i że patrzy na listę urządzeń sprzed dwóch lat, czy cichcem zweryfikować listę sprzed dwóch lat z nową listą i zamieść sprawę pod dywan jako poprawienie wykonanego zadania.

Kiedy wróciłam, szefowej w biurze nie było, miałam więc okazję głębiej sprawę zbadać. Loguję się do bazy danych klienta, otwieram odpowiednią tabelę i widzę, że znajduje się tam ponad 41 tys. rzędów danych (!) załadowanych 31 lipca br. (!!) i ostemplowanych... moim nazwiskiem (!!!). 41 tysięcy rzędów danych, które załadowałam ze swojego loginu po uprzednim czasochłonnym oczyszczeniu i skonfigurowaniu do odpowiedniego formatu, a JA TEGO NIE PAMIĘTAM! Zrobiło mi się po prostu słabo. Zaczęłam przeszukiwać swoje pliki i powoli dokopywać się do dowodów rzeczowych, że faktycznie tę robotę wykonałam. Nawet mi się to i owo zaczęło przypominać. Sytuacja jednak bardzo zaburzyła moją wewnętrzną równowagę, bo robić to i tamto na autopilocie to jedno, ale przerabiać i ładować tysiące danych, co wymaga ogromnego skupienia, to już zupełnie inna sprawa.

Miałam szczęście w dwóch punktach: (1) nie muszę latać jak kot z pęcherzem i tego robić, bo jest zrobione; (2) przypadkowo uniknęłam okazji zrobienia z siebie kompletnej idiotki przed szefową, co już mi się kilka razy wcześniej zdarzyło, aczkolwiek na dużo mniejszą skalę. 

Przypadek umysłowej nieobecności urlopowej (dane załadowałam tuż przed urlopem nr 1), czy powinnam się martwić?

20:12, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
sobota, 06 września 2014

Kiedy biwakujemy z pudlem i papugą i zabieramy papugę na spacery razem z psem, oraz śpimy w tej samej blaszanej puszce z obydwoma zwierzakami, jesteśmy ekscentryczną nowością dla naszych sąsiadów. Niemniej jednak ktoś nas w minionym tygodniu przebił: była para z dwoma wielkimi białymi puchatymi psami i udomowioną świnią. Boskie!

Od kilku lat interesuję się udomowionymi miniaturowymi świniami, ale zdecydowanie nie jako dodatek do moich dwóch zwierzaków, których mi zdecydowanie na dzień dzisiejszy wystarcza, ale jako opcję w jakiejś dalekiej przyszłości. Świnie są bardzo inteligentne.

Jeśli chodzi o spanie z psem w przyczepie, bestia wcale nie zajmuje 25% powierzchni szerokości, a dobre 30%+. W rezultacie nauczyłam się spać na wampirka, tj. podczas spania na plecach krzyżuję przedramiona na piersi, bo ręce wzdłuż ciała mi się zwyczajnie nie mieszczą (tzn. wszystko zależy od tego jak pies akurat śpi). Od czasu do czasu muszę przestawiać łapy, bo lądują na mnie w dziwnych miejscach, albo przez sen puchacz kopie niczym kangur. Całe szczęście lubię spać na boku. A świnia to przynajmniej krótkie nogi ma.

piątek, 05 września 2014

Wróciłam z pięciodniowego pobytu z beztelefonicznej, bezinternetowej, bezmuzycznej i bezmedialnej dziczy, czyli gór Adirondacks, Lake Eaton State Park nieopodal Long Lake, NY. Nie powiem, było dziwnie, było ciężko, trochę się czułam na początku zagubiona w tym odcięciu, ale potem - żal było wyjeżdżać. Tym bardziej, że jak rzadko w górach pogoda dopisała wybornie.

Z tego lata wycisnęliśmy ostatnie soki, a przyczepa nam w tym bardzo pomogła. Zaliczyliśmy 8 kempingów, w sumie 20 nocy w przyczepie; tydzień w Bar Harbor, ME w wynajętym mieszkaniu z widokiem na port; oraz jedną noc w motelu w Canandaigua, NY, gdzie byliśmy na wielkiej rodzinnej fecie - ślubie i weselu siostrzeńca męża. Zjechał się cały klan męża z różnych części Stanów i było naprawdę fajnie. Po całym lecie spędzonym w rozjazdach, z przyjaciółmi, rodziną i krewnymi i znajomymi królika, psa, papugi i sąsiadów pomyśleliśmy, że przyda nam się wypad w ciche miejsce, z dala od ludzi, tylko we dwoje. No, prawie we dwoje, jeśli nie liczyć inwentarza.

Od ludzi uciekamy. Ludzi szukamy. Większość naszych wypadów jest grupowych: biwakował z nami mój tata, biwakowaliśmy z najbliższymi przyjaciółmi, z klubem kajakowym, ze znajomymi znajomych. Zawsze jest fajnie, wesoło, spędzamy wyjątkowe chwile z bliskimi, bez pośpiechu. W tym tygodniu odkryliśmy, że biwakowanie solo bez grupy otwiera drogi do nowych znajomości, do spędzania wieczorów na pogawędkach z obcymi przy ognisku. Kiedy człowiek nie jest zwrócony do środka swojego kręgu, robi się bardziej otwarty na zewnątrz. Wyjazd poza sezonem, który oficjalnie zakończył się w poniedziałek (Labor Day), również przyczynia się do spotykania pokrewnych dusz, funkcjonujących poza przyjętymi normami kalendarzowymi.

W tym tygodniu poznaliśmy kilkoro naprawdę fajnych ludzi. Była jedna sympatyczna para spod Buffalo i inna bardzo sympatyczna para z Waszyntonu, DC. Ona okazała się Polką mówiącą płynnym angielskim z lekkim niemieckim akcentem, gdzyż jej domem pomiędzy Polską a USA była Austria. Oboje z pokrewnej do mojej dziedziny zawodowej, o podobnych zainteresowaniach i poglądach. Potem poznaliśmy Brytyjczyka, emerytowanego profesora fizyki, który trzy lata uczył w Ankarze zanim wyemigrował do USA. Poza książkami naukowymi, niedawno opublikował pozycję dla laików nt. elektryki i magnetyzmu pełnej ciekawych eksperymentów. Zgadliście pewnie, że ją kupiłam i będę teraz w wolnym czasie robić baterie z ziemniaków. Okazało się przy okazji, że mąż Polki-Austriaczki również jest fizykiem z wykształcenia, tylko poszedł w naprawę komputerów. Możecie sobie wyobrazić głębię rozmów w tym międzynarodowym gronie, jakże inną od chleba powszedniego.

Z wypoczynku zjechaliśmy na czas, bo dziś wieczorem ma nadejść horendalna burza. Staram się nie myśleć o poniedziałku, żeby nie popaść w depresję. No ale zawsze jest Boardwalk Empire (Zakazane imperium), które ostatnio oglądamy namiętnie.

statystyka