Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 27 września 2013

Moja papuga też karmi psa, ale zrzuca jedzenie na podłogę i potem patrzy, jak pies je. Tymczasem można w bardziej cywilizowany sposób, proszę bardzo:

 

(Jorge Alberto Magaña)

środa, 25 września 2013

Wiecie, albo nie wiecie, że zawodowo zajmuję się wdrażaniem systemów komputerowych do zarządzania kapitałem takim jak m.in. oczyszczalnie ścieków i kanalizacja, mosty i tunele, remizy strażackie, floty autobusowe i dystrybucji gazów itp. dla państwowych i prywatnych przedsiębiorstw. Praca ta w zarysie wygląda tak: wygranie kontraktu; spotkania z klientem celem analizy i dokumentacji potrzeb; instalacja i konfiguracja systemu; zbieranie, manipulacja i wprowadzanie danych; pisanie raportów i dokumentacji; szkolenie; go-live (wdrażanie gotowego systemu w życie) oraz wsparcie techniczne. W zależności od wielkości jeden projekt może trwać miesiące albo lata i często przekłada się na "dłubanie w danych," które zdaje się trwać wieczność i bywa bardzo żmudne. Tę fazę zwykle wykonuje się zdalnie bez konieczności spędzania czasu z klientem. Konfiguracja systemu i wprowadzanie danych dla dużej organizacji to jak patrzenie na mrówkę przez mikroskop: człowiek jest tak pochłonięty malutką cząstką mrówki, że nie pamięta nawet, że patrzy na mrówkę. Kiedy więc dochodzi do go-live, człowiek w końcu zaczyna widzieć nie tylko samą mrówkę, ale też jej naturalne środowisko.

W trakcie go-live przypada mi jedna z dwóch ról: albo siedzę w biurze i zdalnie wspieram załogę wdrażającą system na żywo w lokalizacji klienta, albo wdrażam system na żywo w lokalizacji klienta i mam załogę wspierającą mnie w biurze. Zarówno w zeszłym jak i tym tygodniu pełnię tę drugą funkcję. A więc jak mi minął dzień? Zobaczcie sami.

Wczoraj po południu dobijam do Nowego Jorku. Udaje mi się zaparkować w mikroskopijnym miejscu pod dziwnym kątem ciesząc się, że w ogóle jest miejsce. Zrobiłam się w tym bardzo dobra. W hotelu proszę o pokój dla niepełnosprawnych, żeby mieć więcej miejsca na jogę. Noworojskie pokoje hotelowe są jak dla Calineczki, myślę więc, że może uda mi się przechytrzyć system. Nie bardzo, ale o tym później.

Wstaję jak zwykle o 5-tej. Po zaparzeniu i wypiciu kawy rozkładam się z matą do jogi. Przestrzeń nadal jest niewystarczająca, ale daję radę. Potem marnuję trochę czasu na internecie, przez co nie starcza mi czasu na siłownię - trochę z wyboru. Wskakuję pod prysznic. Prysznic to klęska żywiołowa z kategorii "powódź." Łazienka dla niepełnosprawnych, więc brodzika ani wanny niet, tylko spływ w podłodze, a podłodze brak odpowiedniego skosu do ujścia wody. Tak więc zalałam łazienkę i korytarz doszczętnie, nie ma nawet jak się poruszać, sprzątnąć też nie bardzo jest czym, a wody na kilka centymetrów. Trochę mnie to opóźnia.

Schodzę na śniadanie, po czym idę programować GPS w nowym samochodzie firmowym. Mam też karteczkę ze "skrótem" do mojej lokalizacji dnia nr 1, bo dział z którym mam pracować rozsiany jest w trzech lokalizacjach (sam klient ma setki lokalizacji w mieście Nowy Jork). Z finezją włamywacza do sejfów cofam zaboksowany samochód z "parkingu" i ruszam "skrótem" do pracy. Idzie dobrze z mego karteluszka dopóki nie postanawiam zdać się na GPS. Ten instruuje mnie aby skręcić pod prąd, więc kiedy tego nie robię daję radę się porządnie zgubić i zdezorientować. Korki wszędzie, a ja jeżdżę pętlami i próbuję znaleźć swój cel. Za trzecim razem w końcu rozpoznaję miejsce i udaje mi się zaparkować. Biorę plecak z laptopem, torebkę i karton pełen dokumentacji technicznej i idę wystawać przy drzwiach, żeby mnie ktoś wpuścił. Jest dopiero 7:30, a ja już wykończona.

Praca z pierwszą turą klientów lokalizacji nr 1 idzie bardzo dobrze. Wysyłam ze 100 maili do swojego zespołu i robię mnóstwo notatek i drobnych konfiguracji "w locie." Około godziny 9:30 udaję się do lokalizacji nr 2.

Przegapiam wjazd na autostradę, ale jadę inną trasą i odpoczywam siedząc w mega korkach (na autostradzie też były korki). Dojeżdżam na miejsce, ale znów trzeba jeździć w kółko, tym razem w poszukiwaniu parkingu na ulicy. Znajduję kilka przecznic dalej nie wiedząc, czy na pewno legalny - tak naprawdę do końca nigdy nie wiadomo. Biorę plecak, torebkę i pudło z dokumentacją i idę. Na miejscu jestem o 10:30 - godzinę później, niż planowałam. Spotykam się z kierownictwem, omawiamy najistotniejsze kwestie. Jest 11. Wyruszam do lokalizacji nr 3 z uczuciem euforii, że w tym tygodniu już nie muszę wracać do lokalizacji nr 2.

Samochód stoi gdzie go zaparkowałam - bez mandatu. Wsiadam i jadę z Long Island City do lokalizacji nr 3 w centrum Brooklynu. Są okropne korki, być może z powodu spotkania United Nations. Pokonanie 6 mil autostradą zajmuje mi prawie godzinę. Docieram, wjeżdżam do płatnego garażu, przychodzi walet zabrać samochód. Szukam pudła z dokumentacją. Nie ma - zostało w lokalizacji nr 2. Walet odprowadza samochód, a ja idę na lunch z kolegą z pracy, który w tym tygodniu ma rotację monitorowania systemu w siedzibie głównej.

O 1-szej idę do lokalizacji nr 3. Nigdy tam nie byłam, więc skutecznie gubię się na ogromnym piętrze budynku. W końcu ktoś prowadzi mnie do centrum operacyjnego pełnego ekranów na całą salę jak na filmie. Ale to nie te centrum dowodzenia i nie mój system, więc zostaję odeskortowana w inne miejsce, do małego pokoju z kilkoma komputerami i telewizorem włączonym na kanał o gotowaniu. "Moi" ludzie zchodzą się z lunchu, przedstawiam się i resztę popołudnia spędzam we w miarę relaksującej atmosferze żonglując luźne rozmowy towarzystkie (interesuje ich moja polskość, co lubię jeść i gotować) i pomoc przy systemie. W końcu na własne oczy widzę, jak system, który żmudnie konfigurowaliśmy, programowaliśmy i testowaliśmy jest używany przez docelową grupę do tworzenia zleceń naprawy zgłaszanych awarii. To moja mrówka przy pracy! O 3:30 oni zwijają majdan, więc ja też.

Odbieram samochód i wjeżdżam na zapchaną miejsce przy miejscu autostradę. Tracę rachubę czasu, jadę i piszę (ten wpis, w myślach). Dojeżdżam do lokalizacji nr 2 i tym razem znajduję parking bez problemu, bo wiele ludzi kończy pracę wcześniej. Odzyskuję swoje pudło z dokumentacją. Wracam do hotelu. Miejsc parkingowych nie ma, ale jest jedno na ulicy. Parkuję w kopertę, udaje mi się nie naruszyć motocykla. W lobby tłumaczę recepcjonistce moją wpadkę z łazienką i proszę o zmianę pokoju. Idę się przepakować i zmieniam pokój.

Piszę, ale jeszcze dzisiaj czeka mnie praca. I obiad, może pójdę na obiad. A może nie. Wczoraj poszłam pieszo na Greenpoint do Karczmy, ale to daleko i raczej mi się nie zechce.

Jutro powtórka z rozrywki. Mam nadzieję, że będzie łatwiej. W czwartek też, ale tylko pół dnia, a potem jadę do domu. Jakbym miała taki grafik cały czas, dawno bym rzuciła tę pracę, bo stres jest potężny, ale od czasu do czasu da się wytrzymać. Poza tym, bycie na froncie, czyli w terenie (in the field) jest bardzo motywujące.

01:11, anetacuse , Praca
Link Komentarze (9) »
wtorek, 24 września 2013

Raz na kilka lat, kiedy pula jest wysoka, kupuję kilka losów loterii stanowej. Tak, jestem świadoma rachunku prawdopodobieństwa i niemożliwej praktycznie szansy na wygraną, ale czasem należy dotować stanowe szkolnictwo... Za każdym razem jak kupimy los, przechodzimy przez bardzo rozwijające ćwiczenie pt. Co zrobimy jak wygramy? Kilka lat temu po kilkugodzinnych debatach doszliśmy do wniosku, że po prostu wolimy nie wygrać. W tym roku dyskusja co uwiera nas w życiu i co byśmy zmienili mając kupę forsy doprowadziła do bardzo ciekawych wniosków, które pozwolą nam stopniowo ukierunkować się inaczej niż dotychczas i to bez wygranej. Bo żeby osiągnąć cel, trzeba najpierw wiedzieć, czego się naprawdę chce od życia. Zaganiany pracą człowiek czasem sobie w ogóle nie zadaje tego pytania, tylko prze do przodu dzień po dniu na ten sam deseń i tak mu upływa życie. Czasem perspektywa mało prawdopodobnej wygranej otwiera pozamykane klapki i nowe nurty myśli. Mogę więc powiedzieć, że moje $3 zostały bardzo dobrze zainwestowane w rozpoczęcie nowej drogi do nowych celów.

P.S. A może jednak wygram? ;) Nadzieja umiera ostatnia.

00:43, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »
poniedziałek, 23 września 2013

Tegoroczny biwak w parku stanowym Lewey Lake w górach Adirondacks był naszym pierwszym w tym roku. Planowanie okazało się koszmarem logistycznym, bowiem oryginalny plan miał być taki, że wyjazd po pracy w czwartek, pakowanie się w ciągu tygodnia, tymczasem dość późno wypadła mi podróż służbowa do Nowego Jorku od poniedziałku do czwartku. Główkowałam jak mogłam i w końcu wyszło tak, że zakupy i większość pakowania skończyliśmy w weekend, w poniedziałek mąż zawiózł mnie do pracy, skąd pojechałam z szefową samochodem służbowym do Nowego Jorku, skąd z kolei wyleciałam do Syracuse w środę wieczór (zamiast wracać samochodem w czwartek), mąż odebrał mnie z lotniska i w czwartek pracowałam z domu mogąc skończyć o dwie godziny wcześniej i dojechać w góry przed zmrokiem. Uff...

Biwak nie jest tym, co tygrysy lubią najbardziej. Nie biwakujemy z pasji spania na podłodze i odmrażania sobie tyłków, ale dlatego, że uwielbiamy góry, chodzenie po górach i kajakowanie, jak również trzymamy się z grupą ludzi, którzy biwakują. Lubimy naturę, ale nie kochamy biwakować. W tym roku przeanalizowałam wszystkie poprzednie wycieczki i doszłam do wniosku, że wspólnym mianownikiem dla nich jest stres. Ciągle gdzieś w biegu, na czas, bo spływ, bo klub, bo pływanie, wszystko na łapu capu. Do tego zimno, często mokro i brudno, wszysto byle jak. W tym roku postanowiłam to zmienić, postanowiłam skupić się na samym procesie biwaku i zmianie otoczenia. Obiecałam sobie, że nie będę niczego robiła pod sznurek, ale według własnego rytmu próbując złapać chwilę, a nie następną atrakcję.

Na miejsce dojechaliśmy około 7 wieczór, ciut po zachodzie słońca. Znaleźliśmy nasze poletko nad samym jeziorem Indian Lake, to samo co w zeszłym roku i przystąpiliśmy do rozbijania obozu. Pies poszedł obwąchać okolicę, dobrze już mu znaną. Udało nam się rozbić namiot sypialny i dzienny jeszcze przed kompletnym zmrokiem. Była pełnia księżyca. Zatrzymałam się, żeby popatrzeć na ogromny księżyc tuż ponad łańcuchem gór odbijający się jeziorze pomiędzy gałęziami krzywego małego drzewa na naszym poletku. Widok był pocztówkowy. Stałam i patrzyłam, zapisując go w pamięci.

Poszliśmy na nocny spacer odwiedzić znajomych w innej części parku. Zimno i ciemno nadeszły szybko, dużo szybciej niż w mieście. Ledwo po 9-tej poszliśmy spać. Tzn. chcieliśmy spać, ale było tak zimno, że nie dało się zasnąć. Mamy wkładki termiczne do śpiworów, więc po włożeniu ich oraz dodatkowych ubrań, w tym zimowych czapek, nareszcie udało się zasnąć. 

Wstaliśmy trochę po 6-tej. Czułam się, jakby mnie ktoś obił kijem baseballowym, ale zapowiadał się piękny dzień. Zaczęliśmy go od śniadania i kawy, po czym podjechaliśmy do daleko oddalonych pryszniców, żeby się wykąpać. Czyści, w lepszych humorach, pojechaliśmy odwiedzić jeszcze innych znajomych w jeszcze innej części parku. Pies był wniebowzięty.

Zanim wróciliśmy do obozu, ociepliło się znacznie. Poranna mgła znikła i słońce zaczęło prażyć dość gorąco jak na koniec września. Znalazłam płaski placek ziemi, gdzie rozciągnęłam swoją matę do jogi i zaczęłam ćwiczyć. Stojąc w pozycji wojownika spod przymrużonych powiek widziałam góry i jezioro, a na twarzy czułam gorące słońce. Poczułam, że po raz pierwszy od bardzo długiego czasu udało mi się naprawdę zrelaksować i zostawić wszystkie problemy dnia codziennego za sobą. Byłam zupełnie gdzie indziej, w środku gór, gdzie nie działają komórki i udało mi się być tylko tam, zarówno ciałem jak i duchem. Tego dnia nie popłynęliśmy z klubem na spływ, ani nie wyszliśmy z nimi na obiad. Leżałam na macie w cieniu i czytałam na Kindlu przysypiając od czasu do czasu. Kiedy ostatni raz leżałam plackiem na trawie? 15-20 lat temu? Było bosko. Rytm dnia również odpowiadał naszemu kudłaczowi, który zdecydowanie nie lubi biwakować. Zrelaksował się bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, bo byliśmy wszyscy razem: on nie znosi, kiedy na biwaku się rozdzielamy. Był wyluzowany, leżał koło mnie i obserwował otoczenie. Mąż poszedł biegać, ale pies poznaje kto i po co się wybiera, wiedział, że to tymczasowe. Po południu poszliśmy z psem na spacer a potem pojechaliśmy na wycieczkę krajoznawczą do North Creek, gdzie mają fajną stację kolejową z chodzącymi pociągami dla turystów. Wieczorem zrobiliśmy obiad i siedzieliśmy przy ognisku. Pies spał jak zabity.

Druga noc była cieplejsza i tym razem spałam świetnie. Kolejny ranek i podjęliśmy decyzję powrotu do domu o dzień wcześniej. Nie dlatego, że było źle, ale dlatego, że było świetnie wg. zasady quit while you're ahead, czyli (z hazardu) - odejdź od stołu póki wygrywasz. Miało padać. Już było widać zmianę pogody, nadszedł gwałtowny wiatr. Biwakowanie w ulewę w zimnie do przyjemnych nie należy, więc zwinęliśmy się szybko i wyruszyliśmy z powrotem okrężną drogą zatrzymując się na lunch w Old Forge. Dobrze wyszło, bo wczoraj faktycznie lunęło, a my mieliśmy czas się ogarnąć, wyspać i trochę odpocząć od odpoczywania, bo jutro znowu jadę do Nowego Jorku.

W góry wracamy na jedną noc w najbliższy weekend, ale będziemy spali w przyczepie kempingowej przyjaciół. Swoją drogą, marzy nam się coś takiego:

Teardrop Trailer

Fot. http://www.cozycruiser.com/

Sam(a) i za darmo. Tutaj: http://www.codecademy.com

Strona polecona przez Politykę z 21 listopada 2012 r. 

Fajnie jest zrobiona. Lekcje są przystępnie opisane i krótkie. Moża wybrać m.in. z JavaScript, HTML/CSS, PHP, Python, Ruby i API. Można uczyć się od podstaw, lub ćwiczyć znany już język. Po lewej jest panel z teorią i zadane ćwiczenie do teorii. Pośrodku pisze się kod. Wynik kodu można oglądać w okienku po prawej.

Nic tylko zamieniać blogowanie na kodowanie. Żartuję. Przecież można zjeść ciastko i mieć ciastko jeśli się naprawdę chce (no, może zjeść połowę, a drugą mieć).

wtorek, 17 września 2013

Miss America 2014 - kontrowersyjna, bo pierwsza w historii konkursu ukoronowana tym tytułem kobieta hinduskiego pochodzenia, pochodzi z miasteczka, w którym się osiedliłam. Jej wybór wywołał falę rasizmu i nietolerancji, fawrotyką była bowiem Miss Kansas, która jest wg. wielu uosobieniem Ameryki: żołnierzem, zwolennikiem broni, myśliwym (strzela z łuku) i kobietą tatuaży. Dla jednych symbolem Ameryki jest prawo posiadania broni, dla innych to, że to kraj emigrantów gdzie każdy ma szansę na sukces i spełnienie marzeń. Myślę, że jury wolało kobietę w cekinach od kobiety z bronią. Miss America 2014 - prawda, że pięknie tańczy?

sobota, 14 września 2013

Nie wiem jak najlepiej przetłumaczyć nazwę tego ćwiczenia, ale jest to trening z girią (kulą odlaną z żelaza), a ściślej jej huśtanie, jakkolwiek idiotycznie by to nie brzmiało. Prawidłowe wykonanie tego ćwiczenia jest istotne dla rezultatów treningu jak również dla uniknięcia urazów, o które łatwo zwłaszcza przy ciężkiej wadze.

Ćwiczenie z girią może wygląda banalnie, ale obejmuje znaczną ilość mięśni całego ciała: uda, pośladki, łydki, plecy, brzuch i mięśnie ramion. Jest idealnym ćwiczeniem całego ciała jeśli nie ma się serca albo czasu na wykonywanie odrębnych zróżnicowanych ćwiczeń siłowych na poszczególne mięśnie. Zalecana początkująca waga dla pań to 25 lbs, dla panów 44 lbs. Wg. Tima Ferrissa, zalecana częstotliwość treningu to dwa razy w tygodniu minimum 75 powtórzeń bez przerw (chociaż na samym początku robi się ile się da lub z przerwami), z czasem zwiększając do 150 powtórzeń. Jeśli przy pierwszych podejściach 75 powtórzeń wychodzi łatwo, to znaczy że dobrana waga jest zbyt lekka. Waga będzie dobrana prawidłowo jeśli za pierwszym razem da się zrobić nie więcej niż 30 powtórzeń - ja zaczynałam od lżejszej wagi, żeby się łatwiej wdrożyć.

Girie są sprzętem dość drogim, dlatego zalecane jest wypróbowanie różnych wariantów wagowych przed zakupem na ile to możliwe np. w klubie sportowym lub sklepie. Można też kupić girię rozkładaną (adjustable kettlebell), do której się dodaje lub odejmuje odważniki.

Krótka wersja:

Długa wersja:

piątek, 13 września 2013

Przypomniałam sobie, że można słuchać polskiego radia przez internet, więc wrzuciłam RMF FM. A tam reklama środka na apetyt dla dzieci 'Apetizer' - wymiawiane dokładnie tak jak napisałam. Od razu zwiędło mi ucho od samego dźwięku spolszczonego anglicyzmu. Reklama zdziwiła mnie o tyle, że niedawno czytałam artykuł w "Polityce" o tym, że w Polsce notorycznie przekarmia się dzieci wg. zasady 'zjedz wszystko z talerza,' i że zaczyna to owocować otyłością (tylko, czy na pewno akurat to?). Nie zjadają z talerza, daj im 'Apetizer'?

Widzę, że Polska w swoich reklamach zaczyna doganiać Amerykę, i nie jest to komplement.

Z mojego doświadczenia i obserwacji wynika, że ludzie z motywacją i samodyscypliną albo motywują swoją postawą innych (mniejszość), albo działają im na nerwy (większość).

wtorek, 10 września 2013

Czyli o niedziubkowaniu się z papugą po śniadaniu.

Mąż rano:

-Did Cooper get hot pepper today?
-Yeah.
-My lips are on fire!

Przynajmniej wiem, że dzieciak zjada swoje warzywa.

 
1 , 2
statystyka