Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 11 września 2012

Poznałam kolejną koleżankę z bloga obok: Evek. Evek (z Chicago), spotkała się ze mną (z Syracuse) - w Nowym Jorku.  Przyleciała na trzy dni z wizytą u Evity i pomimo bardzo napiętego grafiku zwiedzania znalazła dla mnie czas. Przyznam, że wszystkie gwiazdy na niebie poukładały się chyba specjalnie na tę okazję, bo ja w Nowym Jorku byłam tym razem tylko na jeden dzień: przyjechałam w niedzielę i dziś w południe już wyjeżdżałam z powrotem. Tu złożę również głęboki ukłon w stronę Evity, która obmyśliła całkiem zgrabny plan aby nam to spotkanie umożliwić i usprawnić.

Wysoka, niebieskooka Evek również nie odbiegła moim o niej wyobrażeniom, tym bardziej, że wielokrotnie rozmawiałyśmy wcześniej na Skypie. Przyjechała do mnie do centrum Brooklynu i trochę nam zajęło się odnaleźć, gdyż czekałam pod inną stacją metra niż ta na którą ona przyjechała. Potem pomaszerowałyśmy na obiad do restauracji "Teresa" - tej samej, w której byłyśmy z Evitą - gdzie również zjadłyśmy naleśniki. Zapadł zmrok, a my wybrałyśmy się na most Brooklyński, gdzie wprawdzie pioruńsko wiało, ale było nadal dość ciepło. Przespacerowałyśmy się w tę i z powrotem i nacieszyłyśmy oczy nocną panoramą miasta.

Mam nadzieję, że Evek opisze swoje nowojorskie przygody opatrzone zdjęciami u siebie. Jeśli tak, to nieomieszkam tu wrzucić linka.

02:22, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »
środa, 05 września 2012

Mieliśmy długi weekend z okazji poniedziałkowego Dnia Pracy. Niestety w poniedziałek po południu musiałam jechać do Nowego Jorku. Spodziewałam się zaporowych korków spowodowanych falą nowojorczyków wracających z długiego weekendu w plenerze, ale poza jednym zapchanym odcinkiem 20-to milowym do celu dojechałam bez przeszkód - aż się zdziwiłam.

Dziś wstałam o 5:30. Dzień zaczął się źle od samego początku. Najpierw zaparzyłam sobie pojedyńczy kubek hotelowej kawy, na który zużyłam ostatnią śmietankę i na dodatek dałam za dużo wody i się przelała. Kawy bezkofeinowej - przez pomyłkę. Wściekła wylałam zawartość do zlewu, nasunęłam jakieś ciuchy na piżamę i zjechałam windą do lobby po kolejną śmietankę, po czym zaparzyłam kawę normalną. Potem odkryłam, że rozładowała mi się bateria w myszce do laptopa, a bez niej źle mi się pracuje. Oczywiście baterii zapasowej nie miałam. Chwilę później zdałam sobie sprawę, że po niedawnej migracji mojej firmy z Lotus Notes do Outlooka, przez co wyczyścili mi jeżynę (Blackberry), moja konfiguracja osobistego konta na tymże telefonie koliduje z konfiguracją służbową i wysyłam ludziom maile nie z tego konta co trzeba. Musiałam uważnie przekonfigurować i nawysyłać maili testowych. Następnie odkryłam, że zapomiałam pianki do włosów, a przy takiej wilgotności powietrza będę miała na głowie siano. Ostatnio notorycznie zapominam jakiś ważnych dla siebie kosmetyków. Była zaledwie 6:30. Zeszłam na śniadanie później niż planowałam, po czym odkryłam, że zapomniałam prowiantu, czyli przegryzek. Pojechałam z powrotem na górę.

Jakoś udało mi się dojechać do celu bez błądzenia i nawet znaleźć parking na ulicy. Reszta poranku była spokojna. W południe wyruszyłam na lunch. Pojechałam na Queens Boulevard, gdzie mieści się fajna japońska restauracja. Pod wiaduktem kolejowym jest płatny parking miejski. Zaparkowałam w strefie czerwonej (nie wiem nawet, co to znaczy) i poszłam zapłacić do parkomatu strefy czerwonej. Niestety parkomat nie działał, gdyż nie dało się wepchać ani karty, ani monet. Skorzystałam więc z parkomatu strefy zielonej, zapłaciłam, po czym przeparkowałam samochód do strefy zielonej. Z ulgą położyłam paragon na desce rozdzielczej i poszłam poczytać przy miso i sushi. W drodze powrotnej kupiłam żel do włosów i baterie do myszki. Świat wyglądał dużo raźniej dopóki nie zobaczyłam wetknietęgo za wycieraczkę... mandatu. Za parkowanie. Za to, że przez nieuwagę położyłam paragon opłaconego parkingu wydrukiem w dół (na drugiej stronie też był wydruk, ale nie ten co trzeba). Za parkowanie na godzinę zapłaciłam $1, mandat wynosi $35. Mam 30 dni na odwołanie się.

Po pracy udało mi się tylko trochę zabłądzić w drodze powrotnej, ale parkowanie w zupełnie porąbany wielkościowo i przestrzennie prostokąt jadąc tyłem ukosem po chodniku udało mi się na medal. W deszcz i niebywałą duchotę pieszo powlokłam się 1-1/4 mili do restauracji Królewskie Jadło na Greenpoincie, gdzie zjadłam schabowego z ziemniakami i surówkami z marchwi i buraków oraz zapiłam to piwem. Może jutro będzie lepiej: kawy bezkofeinowej już nie ma, żel do włosów i bateria do myszki są i może na lunch pójdę pieszo albo wcale.

01:58, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (9) »
statystyka