Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 30 września 2010

Kajakiem przez tamę bobrową

Kajakiem przez tamę bobrową

Fot. Kim W., Anne S.

wtorek, 28 września 2010

Jest jedna rzecz, której w swoim domu nie ogarniam: dziennie kumulujące się papierzyska. Doprowadza mnie to do pasji, alebowiem kataloguję papiery w sporej metalowej szafce, wszelkie rachunki i wyciągi otrzymuję elektronicznie i płacę albo regularnym przelewem automatycznym, albo przez internet, a MIMO TO tonę w papierach. Jakieś wyciągi z planów emerytalnych, jakieś potwierdzenia, przypomnienia, ciągle coś napływa pocztą i ciągle aktowanie nowych przybytków wymyka mi się spod kontroli. Wiecznie mam stertę papierów w kuchni i nie mogę się wygrzebać.

Zna ktoś złoty środek?

czwartek, 23 września 2010

Kajakowanie w estuarium rzeki Św. Wawrzyńca i po rzece Saguenay dostarczyło mi bardzo mocnych wrażeń. Może nie tyle wrażeń, co zwyczajnej traumy. Poznałam strach jakiego nie dane było mi wcześniej doświadczyć. Pierwotny strach, który jeży włosy na karku, ściska żołądek do wielkości pestki śliwki, wysusza usta na wiór, zmienia ton głosu i sieje panikę. Przesadzam? Pewnie. Strach jest subiektywny. Nie byłam gotowa na to, co mnie spotkało.

Pływam dopiero od trzech lat. W trzy sezony przepłynęłam ponad 1000 mil w różnych warunkach. Nie umiem eskimoski, ale znam kilka sprawdzonych technik ratunkowych. Wydawało się, że posiadłam minimalne umiejętności, przy których mogę się zapuścić w nieznane. Posiadłam na tyle, że podołałam bez wywrotki. Nie posiadłam wystarczająco, bo czułam paraliżujący strach.

Problem z kajakowaniem na terenie parku morskiego Saguenay-St. Lawrence polega przede wszystkim na zmienności i nieprzewidywalności pogody i nawarstwiających się elementów, które czynią warunki ekstremalnymi z minuty na minutę. Obie rzeki mają bardzo niską temperaturę wody; przypływy i odpływy w połączeniu z prądem rzek tworzą niebezpieczne wiry; jednostki pływające od pontonów z silnikiem po statki i olbrzymie kontenerowce powodują duże fale, które odbijają się od skalistych brzegów dając efekt pralki; warunki zmieniają się wraz ze zmianą linii brzegowej; a hulający wiatr potrafi rozsierdzić powierzchnię wody w rzędy spienionych, stromych fal. Wszystkie w.w. czynniki oprócz lodowatej wody dane mi było poznać osobiście w przeróżnych konfiguracjach. Psychicznie nie pomagała bliskość brzegu, gdyż w razie wywrotki nie sposób wspiąć się na śliską, prawie pionwą skałę fjordu.

W pierwszym podejściu w pierwszy poranek na wakacjach wybraliśmy się z naszej zatoczki na rzekę Św. Wawrzyńca. Było trochę wietrznie, ale co tam takie fale. Akurat był odpływ, więc zaczynaliśmy na paskudnie śliskich skałach. Uśmiechy od ucha do ucha. Tylko co wypłynęliśmy zza przysłowiowego węgła naszej zatoczki, uderzyły w nas fale. Kiedy kolega Bob zobaczył, jak mój kajak praktycznie znika mu z oczu w korycie pomiędzy dwoma falami, zwątpił, czy wypłynę. Wypłynęłam. Fale uderzały z dużą częstotliwością i lepiej było nie patrzeć na kajaki towarzyszy, bo rzucało nimi tak gwałtownie, że robiło się miękko w nogach. Zdecydowaliśmy się na odwrót. Zawracanie się w wysokich falach jest niebezpieczne, trzeba dobrze wyliczyć. Udało się. Wróciliśmy bezpiecznie.

Drugi spływ, bezpośrednio po naszym odwrocie na rzece Św. Wawrzyńca, był na rzece Saguenay i był bardzo udany i w miarę spokojny. Wtedy właśnie zaliczyliśmy długą sesję z białuchami. W drodze powrotnej w zakręcie rzeki wiatr wzmógł się pomiędzy fjordami i przebijaliśmy się przez duże fale. Czułam się zaniepokojona tak nagłą zmianą warunków, ale póki płynę naprzeciw falom mam pełną kontrolę. Zaliczyliśmy 17,5 mili.

Trzeci spływ w drugi dzień wakacji był tym, którego nigdy nie zapomnę. Zaczęło się niewinnie, rzeka Saguenay była płaska o lustrzanej powierzchni. Tym razem popłynęliśmy z prądem, w stronę rzeki Św. Wawrzyńca. Po 5-ciu milach ogarnęło mnie dziwne przeczucie i bardzo silny impuls odwrotu. Kolega Bob chciał płynąć dalej do określonego punktu linii brzegowej, a ja się zgodziłam. Po pół mili zobaczyliśmy bardzo dziwny, ciemny placek na wodzie. Jakby tam coś było. Co jakiś czas przepływaliśmy przez takie placki, gdzie widocznie było głębiej i przypływ zderzał się z prądem, bo zwykle mocno traciliśmy na prędkości. Ten placek był większy i pofalowany, nie wyglądał dobrze. Postanowiliśmy zawrócić i w tym momencie wiedziałam, że przede mną dwie godziny horroru. Nie lubię surfować na dużych falach, bo jeśli nie ustawi się odpowiednio kajaka bardzo łatwo można stracić kontrolę i wywrócić. W takich warunkach trzeba ciągle walczyć o właściwe położenie, co wymaga dużego wysiłku i koncentracji. Wiatr się wzmagał, fale nadchodziły od tyłu, a my walczyliśmy każdym ruchem wiosła, żeby przeć naprzód i nie dać się przewrócić. Wiedziałam, że w tych warunkach żadne z moich opracowanych technik ratowania w grupach się nie przyda. Wiedziałam, że jak się wywrócę, narażę na niebezpieczeństwo swojego męża i kolegę, bo wiem, że będą chcieli mi pomóc. Nie było brzegu, tylko strome skały. Nie było wyjścia. Nie mogłam wyjść, rzucić wiosłem o glebę i odejść, musiałam dopłynąć. Bałam się jak cholera, ale robiłam wszystko co mogłam. I tak płynęliśmy. W pewnym momencie fale dochodziły do półtora metra i totalnie wymiękłam, ogarnęła mnie panika i wykrzyczałam, że dalej nie dam rady, że już nie mogę. Nie chciałam temu sprostać. Wysiadałam psychicznie, chociaż fizycznie trzymałam się dobrze. Jeszcze trochę, a minęliśmy wystający punkt linii brzegowej i się trochę uspokoiło. Dopłynęliśmy. Te dwie godziny minęły dziwnie szybko. Doszłam wtedy do czterech wniosków: (1) Nie patrz na inne kajaki, bo przerazisz się widząc jak nimi rzuca. Pilnuj własnego nosa, a położenie innych obserwuj z boku; (2) Nie patrz na nadchodzące fale, bo widząc ich wielkość wpadniesz w panikę. Obserwuj je kątem oka i działaj na podstawie kąta kajaka i odczuwanej siły; (3) Najmniej egoistycznym podejściem w takiej sytuacji jest bycie egoistą. Zajmij się sobą, żeby inni nie musieli; (4) Naucz się eskimoski. Po spływie wylądowaliśmy w knajpie na piwie. Zdjęcia wyglądają spokojnie i pięknie. Blizna została tylko wewnątrz, a przecież nic się nie stało.

Po tym spływie przez resztę tygodnia byłam totalnie popaprana. Na wodzie bałam się własnego cienia, bałam się odpłynąć gdzieś dalej, oglądałam się na flagi i drzewa obserwując siłę i kierunek wiatru. Cieszyły mnie obserwacje przyrodnicze, ale nie cieszyło mnie kajakowanie. Nie tam, nie wtedy.

Pływałam przez resztę tygodnia pomimo strachu, ale byłam bardzo konserwatywna wchodząc w paradę chłopakom. Jeszcze przy jednej okazji napotkaliśmy ciemne pomarszczone plamy zderzenia prądu z przypływem. Z 3,5 mil na godzinę nagle zwolniliśmy do 1,5 mili na godzinę przy takim samym wysiłku. Akurat kolega zaoferował, że zrobi zdjęcie mi i mężowi. Pozując do zdjęcia ze zdziwieniem stwierdziłam, że mój GPS rejestruje prędkość 2,6 mili na godzinę. Nie załapałam dlaczego, przecież staliśmy w miejscu. Dopiero po chwili, kiedy zobaczyliśmy charakterystyczną skałę, którą minęliśmy jakiś czas temu dotarło do nas, że dryfujemy z prędkością 2,6 mil na godzinę, a nawet tego nie czuliśmy. Straciliśmy 300 metrów. Przebicie się z powrotem było dużym wysiłkiem. Przypływ był szybki, praktycznie było widać jak rzeka się napełnia, bo było wąsko i przypływ wody powodował odbijanie się jej od skał i fale. W przerwie na lunch mąż "zaparkował" swój kajak jakieś półtora metra od brzegu. Zanim zjedliśmy, jego rufa była w wodzie. Dopłynęliśmy bez kłopotu pomimo dziwnych i częstych zmian w częstotliwości, kierunku i wielkości fal.

Woda w rzekach była słona. Po spływach musieliśmy płukać sprzęt elektroniczny. Kamizelka i ubrania pokryte były cienką białą warstwą soli, którą można było strzepać. Parę karabińczyków zardzewiało. Ustnik butelek z wodą zawsze był słony od bryzgającej wody.

Na drugi dzień po powrocie z Kanady poszłam uczyć się eskimoski i zrobiłam nawet niezłe postępy. Moje "mojo" jeszcze nie wróciło, powoli uczę się cieszyć się pływaniem od nowa i pokonywać irracjonalny siedzący we mnie strach.

środa, 22 września 2010

Dorosłość, określona prawnym wiekiem lat 18 w Polsce a 21 w Stanach nie jest stanem, który nadchodzi magicznie w dniu odpowiednich urodzin. Nie idziemy spać jako dziecko, by się nagle obudzić jako dorosły. Nie ma tak, że osiągamy dorosłość prawną i w tym momencie zamawiamy ciężarówkę, aby zapakować cały swój dobytek z domu rodziców i wyprowadzić się na swoje. Zwykle dajemy nogę stopniowo. Najpierw wyjazd na studia, bądź jeszcze wcześniej - do szkoły średniej z internatem. Internat, stancja, akademik są stanem przejściowym i nie uważamy ich za dom. Wracamy do domu na święta, tam jest nasz pokój i nasze rzeczy. Potem niektórzy wracają do domu rodzinnego na parę lat, inni wynajmują gdzieś mieszkanie i powoli wiją sobie gniazdko. W końcu następuje znalezienie sobie miejsca stałego, uważanego za nasz pierwszy dorosły dom. I co wtedy? Każdy się urządza, kupuje nowe meble, przywozi swój dobytek z miejsc tymczasowych. Jesteśmy na swoim. A co ze stertą skarbów w domu rodzinnym?

Kiedy po studiach wyjeżdżałam do Stanów miało to być tylko tymczasowe. Wyjechałam z dwoma walizkami, a cała reszta została w domu. Z czasem zaczęłam stopniowo zwozić różne swoje manele, które teraz zalegają w szufladach i zastanawiam się, po jakie licho to zwoziłam. Faktem jest, że w moim rodzinnym domu jest cała masa moich rzeczy nikomu niepotrzebnych, ale też niewadzących. Leżą gdzieś po kątach jak stary zapomniany ołtarzyk. Rzadko o tym myślę, a kiedy odwiedzam, przeglądam stare pamiątki ze zdziwieniem  i falą wspomnień. Co mam z tym zrobić? Przebrać i wyrzucić? Zostawić, żeby ktoś kiedyś wyrzucił? Zabrać ze sobą?

Co się stało z Waszymi rzeczami z dzieciństwa? Czy skrupulatnie opróżniliście kiedyś zajmowane miejsca w swoich rodzinnych domach, czy też możecie się pochwalić zapomnianym dorobkiem nadal kurzącym się w domach Waszych rodziców?

czwartek, 09 września 2010

W naszym domu mąż zajmuje się praniem, on też wybiera i kupuje płyn do prania. Wczoraj wróciłam wcześniej z pracy i natchnęło mnie na upranie ręczników. Wrzuciłam je do pralki i nalałam płyn do nakrętki odmierzając dawkę. Nakrętka wydała mi się dziwnie mała, spojrzałam więc na etykietę butli z płynem a tam jak wół pisze: zmiękczacz do tkaniny. Umarłam ze śmiechu, po czym konstatując, że od kilku tygodni nie pierzemy, a płuczemy i zmiękczamy brudne ciuchy, nastawiłam pranie w płynie do płukania. Kiedy mąż wrócił z pracy spytałam, czy wie, że płyn do prania jest w istocie płynem do płukania zmiękczającym tkaniny. Oczywiście nie wiedział, ale zaświeciła mu się żarówka i nagle znalazł logiczne wytłumaczenie dla nowej faktury naszych ubrań. Całkiem produktywny to był wieczór: zrobiłam obiad, posprzątałam, zawiozłam rowery do serwisu, zabrałam psa na spacer i... zmiękczyłam stertę brudnych ręczników. Ręczniki miękkie, a wieczór niezwykle wesoły.

15:30, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (4) »
środa, 08 września 2010

Maya.d zaprosiła mnie do blogowego łańcuszka, który wydał mi się uroczy. 10 rzeczy, które lubię:

  1. Zwierzęta. Nie tylko moje. Dzikie lubię obserwować, a swoje rozpieszczać. Nie wyobrażam sobie życia bez zwierząt.
  2. Dostawać e-maile z domu.
  3. Jesień. Za rześkie powietrze, zapach, cudowne kolory, dynie, Święto Dziękczynienia i Halloween.
  4. Poranną gorącą kawę ze śmietanką. Niezastąpiona!
  5. Kajakarstwo. Bo uciekam od tłumów i jestem bliżej natury.
  6. Harmonijne domowe wieczory z mężem i zwierzakami. Kiedy siedzimy razem na kanapie w towarzystwie rozciągniętego na pół podłogi (lub kanapy) psa oraz papugi siedzącej u mnie na palcu przeczesującej sobie piórka i sporadycznie usiłującej oderwać mi choć jeden paznokieć.
  7. Masaż, zwłaszcza głowy i stóp.
  8. Spacery po lesie jesienią i zimą.
  9. Zimne piwo w upalny dzień.
  10. Swój dom i jego okolice. Przytulna cicha oaza, z której blisko zarówno do teatru czy na koncert, jak i na pole kukurydziane czy w góry.
A co jest na Waszej liście?
20:27, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (4) »
piątek, 03 września 2010

Najbardziej udane "polowania" na wieloryby były o wczesnym poranku i późnym popołudniem w estuarium rzeki Św. Wawrzyńca. Rzeka aż roiła się od wielkich ssaków wydychających energicznie powietrze tak głośno, że było je słychać na mile. Dźwięk niósł się znakomicie po niezmąconej, spokojnej wodzie i zawsze informował nas gdzie patrzeć. Nasz rejon przy Essipit obfitował w płetwale karłowate i morświny, niemniej jednak wydaje się, że widzieliśmy przynajmniej kilka finwali. Finwale i płetwale od grzbietu wyglądają bardzo podobnie, a w oczach laika różnią się przede wszystkim wielkością oraz tym, że jeden ma bardziej haczykowatą płetwę od drugiego. Widzieliśmy ich tak wiele i tak różnej wielkości, że trudno było powiedzieć co jest co. Wielkość wieloryba na oko można było ocenić dystansem od czubka głowy do płetwy oraz ładognością lub ostrością łuku grzbietowego. Ssaki wypływały na powierzchnię w serii 4-5 szybkich wynurzeń, po czym dawały nura w głębiny i ginęły nam z oczu na dłuższy czas. Kąt grzbietu w momencie nura zwykle zdradzał ich zamiary. W przeciwieństwie do białuch, większe bestie nie wydawały się nami specjalnie zainteresowane, ale też sobie nic z nas nie robiły. Osobnik płynął - wydawało się - prosto na nas, po czym nurkował w bezpiecznej odległości. Kilka razy były w odległości ok. 40 m od nas. Tylko raz jeden osobnik wypłynął na powierzchnię zbyt blisko kajaka kolegi Boba (znów jego ciemny, czerwony kajak) i minął go prawie na wyciągnięcie wiosła, którym Bob chlapał, uprzedzając stworzenie w ostatnim momencie, że jednak ma towarzystwo. Bob nieźle się wystraszył i dostał trzęsawki na całym ciele, czemu ja się zupełnie nie dziwię.

Rzeka obfitowała też w morświny: lśniące, ciemnoszare, delfinopodobne stworzonka o sympatycznych mordkach hasające w grupach. One również nie były nami zainteresowane, ale podpływały dużo bliżej od giagantów, więc można było z bliska podziwiać ich aksamitną skórę lśniącą w słońcu. Małe i zwinne, poruszały się na tyle szybko, że nie udało nam się ich sfotografować.

Kaszaloty w trójkącie parku Saguenay-St. Lawrence pojawiają się rzadko. Wprawdzie ręki sobie nie dam uciąć, ale jestem prawie pewna, że widzieliśmy jednego osobnika. Jasnoszary kolor i charakterystyczny kwadratowy kształt głowy był niepodobny do żadnych innych napotkanych osobników, za to do złudzenia przypominał kaszalota znanego mi ze zdjęć.

Fotografowanie wielorybów, poza białuchami, okazało się bardzo trudne. Nasz automatyczny aparat był zbyt wolny. Trzeba przycisnąć guzik do połowy, żeby automat ustawił ostrość, potem docisnąć, żeby zrobić zdjęcie. Przeważnie zanim aparat cyknął, wieloryb już się schował. I tak w kółko Macieju. Aparat miał też problemy z ustawieniem ostrości kiedy w tle była tylko rzeka, niebo i mgła. O wiele lepiej wychodziły zdjęcia z brzegiem w tle. Ostatnim mankamentem był brak "okienka do patrzenia" w aparacie. Duży ekran był niestety niewidoczny w słońcu i człowiek fotografował na ślepo. Zrobiliśmy dziesiątki zdjęć, aby wyłowić zaledwie garstkę w miarę dobrych.

Wschód słońca nad rzeką Św. Wawrzyńca

Wyprawa o poranku; rzeka Św. Wawrzyńca

Płetwal karłowaty

Płetwal karłowaty

Czyjaś płetwa

Rzeka Św. Wawrzyńca

Zbliżający się płetwal

Płetwal karłowaty

czwartek, 02 września 2010

Kiedy planowaliśmy wycieczkę nad zatokę Św. Wawrzyńca wiedzieliśmy, że na pewno zobaczymy wieloryby, gdyż wybieraliśmy się na teren parku morskiego Sagueney - Św. Wawrzyńca (Saguenay-St. Lawrence Marine Park). Nigdy jednak nie przypuszczaliśmy, że zobaczymy ich tak wiele i z tak bliska. Podczas jednego zaledwie spływu udało nam się zobaczyć aż 7 gatunków ssaków morskich: białuchy (beluga whales), morświny (harbor porpoises), finwale (fin whales), płetwale karłowate (minke whales), kaszalota (sperm whale) szt. 1, oraz dwa rodzaje fok w tym fokę szarą (grey seal).

Naszym pierwszym odkryciem była wesoła gromadka zapierających dech w piersiach śnieżnobiałych waleni (białuch). W zatoce Bay Mill rzeki Saguenay napotkaliśmy ich ok. 15, niektóre z młodymi. Młode walenie są koloru szarego. Stadko bawiło się bestrosko w zatoce wypływając na powierzchnię samotnie lub w grupach. Siedzieliśmy jak trusie przez dobre pół godziny i przypatrywaliśmy się bialutkim łukom co raz wynurzającym się z wody. Było ich pełno z każdej strony. Gdzie się nie odwróciliśmy słychać było charakterystyczny dźwięk szybko wydychanego powietrza. Po pewnym czasie zaczęły podpływać coraz bliżej, przeważnie dwójkami i trójkami. Było je widać idealnie pod powierzchnią wody i szybko zweryfikowaliśmy, że są tej samej długości co nasze kajaki: ok. 6 metrów. Przepływały obok w tę i nazad, a po pewnym czasie zaczęły nurkować pod naszymi kajakami. Na początku dość głęboko, a potem coraz płycej, coraz bliżej kadłuba. Jeden wynurzył się tuż przy mnie, z bliska widziałam połyskującą w słońcu białą skórę z ciemniejszymi znamionami. Podpłynął w moją stronę, wypuścił powietrze tuż przy moim prawym łokciu i dał nura tuż pode mną, praktycznie na wyciągnięcie ręki. Siedziałam sparaliżowana, z sercem w gardle i gęsią skórką na całym ciele. Nie wiem, czy bardziej ze strachu, czy ekscytacji. Potem przepływało ich pod nami coraz więcej i jeden niechcący otarł się o dno kajaka naszego towarzysza Boba. Prawie go przewrócił. Osobnik zawrócił i otarł się jeszcze dwa razy. Wysnuliśmy teorię, że ponieważ Bob ma plastikowy kajak o bardzo porysowanym spodzie, waleń najprawdopodobniej drapał sobie grzbiet o jego dno. Z kolei kajaki moje i męża mają gładkie, świecące białe spody, co moim zdaniem zachęciło walenie do przyjrzenia się nam z bliska - od spodu pewnie wyglądaliśmy na przedstawicieli ich gatunku. Obserwowanie ich z tak bliska było absolutnie niesamowitym wrażeniem, którego nigdy nie zapomnę. Po ponad godzinie bliskiej obserwacji zatrzymaliśmy się na plaży na lunch. Kiedy wystartowaliśmy w dalszą drogę płynąc w dość szybkim tempie przez zatokę, ze zdumieniem i strachem stwierdziliśmy, że mnie i męża gonią dwa białuchy - jedna sztuka od kajaka. Wyglądało to jak naturalne przedłużenie białego spodu kajaków: oba miały nosy tuż przy naszych rufach i tak płynęły, jakby to była dla nich zabawa w berka. Tylko przy naszych, a nie przy czerwonym kajaku Boba. Potem oba zmieniły kurs i usiadły na ogonie kajaka Boba. W końcu nas opuściły. Gdyby nie zdjęcia, ciężko byłoby mi uwierzyć, że całe zajście naprawdę miało miejce.

Białucha (waleń)

Białucha (waleń) wpływający pod kajak

Białucha (waleń)

Białucha (waleń) za rufą kajaka

Białucha (waleń)

W następnym odcinku: reszta towarzystwa cięższego kalibru.

statystyka