Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 29 września 2009

Jestem posiadaczką sporej ilości butelek sportowych, których używam do picia wody. Używam ich przeważnie na spływach i w pracy. Do pracy, razem z lunchem, codziennie przynoszę dwie duże butle wody kranowej z domu zamiast kupować zgrzewki wody butelkowej i zużywać nieprzyzwoite ilości plastiku. Mam jedną ulubioną butelkę Camelbak, którą zabieram na spływy bo ma gumową końcówkę i słomkę, dzięki czemu wystarczy nadgryźć końcówkę i się napić, zamiast używać dwóch rąk do odkręcania nakrętki. Niestety butelka jest śliska i czasem wyślizguje się zza linek kajaka, a na dodatek zostawia na powierzchni brzydkie rysy. Aby uniknąć zarysowywania i ślizgania, wymyśliłam szybkie rozwiązanie: wycięłam dno piankowego cozy do piwa i nasunęłam tubę na butelkę. Teraz butelka ma gruby, miękki „rękaw” który chroni kajak przez zarysowaniem i zapobiega ślizganiu butelki. Moje rozwiązanie zdało egzamin w 100%, ale też przysporzyło mi sporo wstydu.

W poniedziałek prowadziłam szkolenie w placówce odwykowej. Przyszłam parę minut wcześniej żeby się przygotować i poza laptopem i projektorem na stole wylądowała moja butelka z wodą. W chwilę później nachyliła się do mnie pani uczestnicząca w szkoleniu i łagodnie acz stanowczo poprosiła mnie, żebym nigdy więcej nie przynosiła tej butelki do ich placówki. Dlaczego? Mój cozy od piwa z jednej strony świecił napisem „Think when you drink” (myśl kiedy pijesz, albo pij z głową), a z drugiej... reklamą piwa Miller.

19:43, anetacuse , Praca
Link Komentarze (8) »
niedziela, 27 września 2009

Stan Nowy Jork, zwłaszcza w centralnym regionie, może się "pochwalić" jednym z najwyższych w kraju podatkiem od nieruchmości. Poniższa mapka, zaczerpnięta z artykułu w lokalnej gazecie Post-Standard pokazuje wysokość podatku od nieruchmości w różnych częściach Stanów naliczanego od domu wartego $250 000.

http://www.syracuse.com/today/index.ssf/2009/09/tax_burden_weighs_on_cny.html

Source: Syracuse.com

czwartek, 24 września 2009

Tak się mniej więcej czuję na koniec tygodnia. Koniec tygodnia jest dziś dlatego, że jutro mam wolne. Jutro mam wolne dlatego, że mieliśmy jechać na ostatni w tym sezonie biwak kajakowy. Ale nie jedziemy. I tak biorę wolne. Muszę się wyspać.

Zaczęło się w zeszłą sobotę. Około 3 nad ranem zbudził nas głośny dźwięk, coś gdzieś łupnęło w piwnicy. Ponieważ się nie powtórzył, poszliśmy spać. Wstaliśmy o 6-tej aby jechać na spływ. Mąż wziął prysznic i stwierdził, że woda jest podejrzanie chłodna. Akurat tej nocy były przymrozki, więc doszliśmy do wniosku że należy podkręcić temperaturę na bojlerze. To doprowadziło do odkrycia, że mamy zalaną piwnicę a nasz bojler jest kaput. Spuściliśmy resztę wody z bojlera. Kurki w naszych wannach są tak skonstruowane, że woda leci tylko przy równym ciśnieniu z obu rur: zimnej i ciepłej. Przy braku ciepłej wody z kranów nie leciało nic, więc nie można nawet było wziąc zimnego prysznica. Zmywarka też oczywiście nie działała, bo podłączona jest do wody gorącej. Tylko krany w zlewach działały. Garami więc nosiliśmy wodę do wanny, zarówno zimną jak i podgrzaną na kuchence. W weekend nici z serwisu, ale mieliśmy dwa dni na rozeznanie się w sprawie. Chcieliśmy podgrzewacz przepływowy, ale instalacja okazała się niebotycznie droga w przeciwieństwie do instalacji bojlera. Udało się umówić hydraulika na poniedziałek razem z zakupem nowego bojlera. I oczywiście w poniedziałek ktoś musiał być w domu, bo nie wiadomo kiedy spec się pojawi. Zostałam ja.

Z racji przymusowego dnia wolnego zrobiłam pranie i pogrzebałam się przy garach, doczekawszy się przy okazji udanej instalacji nowego bojlera. Za godzinę miałam ciepłą wodę. Niestety tego dnia zauważyłam również, że coś jest nie tak z moim psem. Nic nie jadł i kiepsko wyglądał. Psy czasem tak mają. W poniedziałek nie zjadł nic.

We wtorek w nocy próbował haftować, ale nie miał czym. Znowu nie zjadł śniadania. Doszłam do wniosku, że ma niestrawność albo się czymś przytruł i na wieczór ugotowałam mu pierś kurczaka z białym ryżem, co jest zalecane dla psów po biegunce lub wymiotach. Po 48 godzinach w końcu odzyskał apetyt i zjadł aż mu się uszy trzęsły. Potem poszliśmy na długi spacer.

W środę o 1:30 rano pies nas uraczył zwrotem obiadu na biały dywan w sypialni. Wymiociny były tak kwasowe, że splamiło dywan na zielono i niczym nie odchodzi. Niezbyt się wyspaliśmy. Umówiłam go do weterynarza. Był letargiczny. U weterynarza zatrzymali go na dwie godziny na kroplówkę celem uzupełnienia płynów oraz na zastrzyk sterydów. Po dwóch zaledwie godzinach wyglądał jak nowy i wesoło szukał zaczepki. Pasożytów w kale nie miał, a wyniki badania krwi jeszcze nieznane. Niestety nasz weterynarz podejrzewa, że pies cierpi na chorobę Addisona (Addison's Disease), która jest genetyczna i często występuje u pudli standardowych. Choroba Addisona jest przewlekłym niedoborem hormonów produkowanych przez korę nadnerczy. Poczytałam sobie na ten temat i odkryłam, że mój pies miał prawie wszystkie z opisywanych symptomów, co by tłumaczyło jego częste i nieprzewidywalne kłopoty trawienne z biegunką i wymiotami. Jest tylko jeden test, który definitywnie określą tą chorobę i będziemy go robić, aby wiedzieć na pewno. Choroba nie jest uleczalna, ale przy systematycznym zażywaniu odpowiedniego hormonu przez resztę życia pies funkcjonowałby w pełni normalnie. Z jednej strony wolę żeby tej choroby nie miał, a z drugiej gdyby miał, byłabym mu w stanie pomóc bez narażania go na górki i dołki przez jakie czasem przechodzi. No bo jeśli tej choroby nie ma, to nie wiadomo co ma i jak mu pomóc. Czas pokaże. Tak czy inaczej, pies miał być oddany pod opiekę pewnej pani na czas naszego biwaku, ale wychudzonego i osłabionego czworonoga za nic nikomu pod opiekę nie oddam, nie będę go też ciągnać pod namiot.

Żeby powyższego było mało wczoraj na naszej ulicy znaleźliśmy zbłąkanego starszego cocker spaniela. Przerażające było to, że pies nie uciekał od samochodów. Cocker był czarny, więc jak tylko zajdzie słońce przestanie być widoczny. Pies był najwyraźniej czyjś, bo świeżo od psiego fryzjera oraz z obrożą i tagami. Wzięłam zapasową smycz i komórkę i poszłam przeczytać psu tagi z obroży aby powiadomić właściciela. Pies miał aż cztery plakietki, ale niestety równie zaawansowane wiekiem jak sam pies, wytarte i nieczytelne. Ku lekkiej panice mego męża przyprowadziłam więc psa do domu, zdjęłam jej obrożę, umyłam plakietki i pod bardzo ostrym światłem udało mi się odczytać adres. To tylko kilka domów od nas, ale nigdy wcześniej tego psa nie widziałam. Zaprowadziłam psa pod wskazany adres, ale nikogo nie było w domu. W międzyczasie moja sąsiadka z naprzeciwka zastanawiała się jak to jest, że mój pies (też czarny, też długi pysk i długie uszy) mi się skurczył o 2/3 rozmiaru... Aż wyszła z domu mu się przyjrzeć z bliska, no i oczywiście powiedziałam jej, że to nie mój pies. Za pomocą internetu wyszukałam numer telefonu i zostawiłam właścicielom wiadomość. Potem przyszło czekać. Suczka była bardzo głodna, więc nakarmiłam ją małą ilością kurczaka z ryżem. Wyglądała na zadowoloną i zrelaksowaną, bo wkrótce ukontentowana zasnęła na podłodze. Mój pies dobrze przyjął naszego gościa, tak więc spędziliśmy wieczór w towarzystwie dwóch czarnych śpiących psów. Już się zaczęłam zastanawiać jak suczkę przenocować, kiedy o 9:40 wieczór zadzwoniła właścicielka, a za chwilę do drzwi zapukał jej mąż. Oczywiście mój pies był pierwszy do powitania gościa, więc zabawne było oglądać skonfundowaną minę pana na widok wielkiego pudla zamiast swojej suczki, z jasno wypisaną na czole myślą "no ale to nie mój pies." Jego cocker spaniel jednak szybko wyłonił się zza słupopodobnych nóg mojego psa i wszystko zostało wyjaśnione. Nareszcie mogliśmy iść spać.

W nocy pies wstał tylko raz aby wyjść na dwór, ale już nie wymiotował. Kryzyz został zażegnany, a teraz czekamy na długoterminowe rozwiązanie problemu. Już 4:30 a weterynarz nie dzwoni pomimo kilku telefonów z naszej strony. Jak na nie lubię czekania!

piątek, 18 września 2009

Co rusz wykazuję się totalną ignorancją. Najpierw myślałam, że mlecze to kwiatki polne służące do plecenia wianków. Potem pomieszkałam trochę przy sąsiadach bardzo dbających o swoje trawniki i odkryłam, że mlecze to chwasty. Wczoraj zaś odkryłam—Olaboga, co to było za odkrycie!—że rzeczone mlecze to... mój lunch.

Dandelion to po angielsku mlecz. Mlecz w języku polskim występuje pod bardzo ładną nazwą mniszka lekarskiego. Dandelion greens to liście sałatopodobne, których używa się do spożycia – młode na surowo, a dojrzałe ugotowane. Liście mlecza są bardzo bogate w witaminy. 55 g liści (ok. 1 szklanki) zawieraja 112% zalecanej dziennej dawki witaminy A, 32% witaminy C, 10% wapnia i 9% żelaza. Sam fakt, że mlecze-chwasty oraz mlecze-liście jadalne używają tego samego słowa dandelion nie wystarczył mi żeby uznać je za jedną i tę samą roślinę. Wczoraj po raz pierwszy odebrałam swoje zamówienie warzyw i owoców z Madison-Chenago Bounty i znalazły się tam liście mlecza, no bo przecież trzeba próbować nowych zielsk. W domu otwieram torbę, wyciągam liście, patrzę... Przecież ja mam tego pół trawnika! No i po tym zrobiłam się dociekliwa. Okazało się, że z mniszka lekarskiego można robić: wino kwiatowe, miód pitny zwany miodkiem majowym, jeść w sałatkach i używać do celów leczniczych. Zarówno korzeń jak i liście i kwiaty są do czegoś przydatne. Założę się, że moja prababcia to wszystko wiedziała. Gdzie ja się uchowałam?

Swoją drogą te liście mlecza są paskudnie gorzkie. Ale, jak już zauważyła Alicja, mam w sobie coś z masochisty.

wtorek, 15 września 2009

Blogowanie to dawanie się podglądać, a czytanie blogów to jawne lub anonimowe podglądanie za zgodą podglądanego. W czasach kiedy każdy rozjechał się po świecie i zanikają wspólnoty w dawnym tego słowa znaczeniu, blogosfera pozwala się odnaleźć i zawrzeć nowe znajomości. Gdybym została w swoim rodzinnym mieście, zapewne wpadałabym do swoich koleżanek na kawę oraz zapraszała je do siebie. Na emigracji mam mniej bliskich znajomych niż w rodzinnym mieście, a intensywny styl życia i dalekie odległości nie pozwalają na częste widywanie się. Czasem mam wrażenie, że żyjemy z mężem na pustyni. Widzimy dziesiątki ludzi w pracy, sąsiadów po pracy, ale kontakty z bliskimi są najczęściej na telefon. Każdy jest zajęty swoim życiem i ciągle gdzieś biegnie, my też. Weekendy są najlepsze, bo wtedy jest czas i zawsze spotykamy się z naszym klubem kajakowym na spływach. W zasadzie widujemy się dużo częściej z kajakarzami, niż z rodziną...

Co mnie fascynuje w blogosferze to zawieranie znajomości, które prawdopodobnie nigdy nie miałyby miejsca osobiście, nie tylko ze względu na różnice geograficzne, ale również ze względu na różnice w stylu życia. Szansa, że zawarłabym znajomość z matką z dzieckiem w realu byłaby nikła z przyczyn oczywistych, tymczasem w blogosferze znam kilka i z dużą ciekawością czytam o ich przygodach z macierzyństwem. Dzięki blogom można „zajrzeć” komuś do garnka, do domu, do związków, do ich rodzinnego miasta i kraju dzieląc się radami i doświadczeniami oraz porównując podobieństwa i różnice. Jakbym pamiętała ilu nowych rzeczy nauczyłam się od innych blogerów, ile pomysłów mi się przydało i jak poszerzyły mi się perspektywy – lista byłaby długa. Na emigracji blogosfera częściowo zastąpiła osobiste kontakty międzyludzkie, które w pokonywanej pieszo Polsce były łatwiejsze niż tutaj. Człowiek cieszy się z innymi, martwi się ich zmartwieniami, zaśmiewa się z ich dowcipów no i czeka na kolejne wieści. Zupełnie jak pogaduszki z sąsiadką w drodze ze sklepu.

piątek, 11 września 2009

Niezaprzeczalnie idzie jesień. Ciemno się robi już przed 8 wieczór, a zarówno poranki jak i wieczory są chłodne. To bardzo nastraja do gotowania. Z lampką czerwonego wina, słuchając jazzu krzątam się po kuchni wyciskając czosnek do swojej boćwiny (Swiss Chard) duszonej z przyprawami. A wczoraj zrobiłam sałatkę wegetariańską z ciecierzycy a la tuńczyk wg. Niny.

Dokonałam przypadkowego cudownego odkrycia. Rolnicy z dwóch sąsiadujących hrabstw Madison i Chenango założyli inicjatywę zakupu produktów prosto od nich. Iniciatywa nazywa się Madison Bounty / Chenango Bounty. W w/w hrabstwach wybrane przez klienta przez internet produkty dostarczane są klientowi do domu. Dopiero niedawno inicjatywa wkroczyła do mojego hrabstwa i zamówioną żywność można odbierać w czwartki w lokalnej YMCA, która mieści się bardzo blisko mojego domu. Działa to tak, że co piątek rano rolnicy aktualizują inwentarz na internecie. Zamówienie należy złożyć do 12 w poniedziałek. Rolnicy pakują produkty wg. zamówienia i w czwartek się odbiera i płaci. Poza warzywami i owocami można także kupić mięso, jajka, nabiał, dżemy, wypieki, makaron, mąkę i nawet ciastka dla psa. Nie dość, że jedzenie lokalne i zakup wspiera tutejsze farmy, ale mi to zaoszczędzi dużo czasu i pieniędzy. Dziś pojechałam się rozeznać i udało mi się kupić parę warzyw i ziół: pomidory, bazylię, patisony, cukinię, paprykę i boćwinę. Ręce zacieram na dalszą współpracę.

czwartek, 03 września 2009

Nadchodzi długi weekend, święto Labor Day, czyli pracy. Powszechnie wiadomo, że w święto pracy należy leniuchować, w związku z czym pakuję namiot i kajaki i zabieram się z mężem i psem do dzikiej puszczy gdzie królują brunatne niedźwiedzie. Będę się oddawać meandrowaniu kajakiem po Rzece Łosia oraz tamtejszych licznych jeziorach, bezcywilizacyjnej beztrosce i piciu piwa. Wszystkim życzę błogiego odpoczynku. Do napisania po weekendzie!

statystyka