Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 30 września 2008

Lewey Lake mieści się około 50 mil w głąb parku Adirondacks, 12 mil od malowniczego miasteczka Speculator. Największym zaskoczeniem naszego tam pobytu były intensywne jesienne barwy nieobecne w Syracuse, które leży zaledwie 70 mil od południowej części gór. W Adirondacks byłam wcześniej tylko dwa razy, raz zimą i raz latem, ale nigdy jesienią. Widoki były niesamowite i zdecydowanie mogę powiedzieć, że to najpiękniejsza pora roku w Adirondacks. Nasze oczy nie mogły się wprost nacieszyć mgłą otulającą szczyty gór, bogatymi czerwieniami i żółciami drzew, czystym powietrzem i niezmąconą ciszą. Wszystko to napawało człowieka rzadko doświadczanym w naszych szybkich czasach spokojem ducha.

Na wyprawę byliśmy przygotowani solidnie i poradziliśmy sobie świetnie. Nie oznacza to, że nie było nerwówek, bo w całym tym sprzęcie ciężko było cokolwiek znaleźć pomimo najlepszych wysiłków organizacyjnych. Do tego jeden dzień i noc padało i przenikająca wilgoć nie miała okazji wyschnąć w towarzystwie gęsto nas okalających drzew, musieliśmy więc sobie radzić z wszechobecną wodą i błotem. Mimo to, nasze otoczenie i towarzystwo członków klubu kajakowego były przednie i bawiliśmy się znakomicie.

Nasze pole namiotowe

Pies okazał się pewnym problemem. Kiedy byliśmy na naszym polu namiotowym, przywiązany był do drzewa i zadowolony albo chodził i wąchał, albo też siedział lub leżał i ukontentowany obserwował otoczenie. Uwielbiał chodzić na spacery, choć nasz wypad nie był nastawiony na wędrówki po górach, a na wyprawy kajakowe. Spał z nami w namiocie i szybko się przystosował. Na początku warczał i szczekał na widok świateł latarek i odgłosów rozmów, ale ogólnie spał całą noc i nie szczekał godzinami, czego się obawialiśmy. Problem pojawił się, kiedy mieliśmy go zostawić samego. Kiedy był szczeniakiem zostawialiśmy go w klatce na czas pobytu w pracy. Od dłuższego czasu jednak klatki nie używamy. Na czas spływu zamknęliśmy go w klatce w naszym namiocie-altanie, gdzie mógł obserwować co się dzieje na zewnątrz. Strasznie był z tego stanu rzeczy niezadowolony i okazało się, że on po prostu nie cierpi klatki. Jak tylko odeszliśmy to wył i piszczał. Mój pies, który rzadko szczeka i prawie nigdy nie piszczy wyśpiewywał serenady. Mimo to zostawiliśmy go narażając się na mandat lub wyrzucenie z parku, bo nielegalnym jest zostawianie zwierząt bez opieki. Nie było nas trzy godziny, a kiedy wróciliśmy pies był spokojny. Mimo to więcej nie zdecydowaliśmy się go zostawić. Na drugi dzień kiedy mój mąż poszedł biegać, zostawił go wprawdzie na godzinę, ale w samochodzie. Siedzenie w samochodzie psu zupełnie nie przeszkadza, ale po temu musi być odpowiednia temperatura, bo samochód zbyt łatwo się nagrzewa. Nie wiem, czy w przyszłości będziemy go zabierać. Nie jest to problem przy wędrówkach górskich, ale przy kajakowaniu – zdecydowanie.

Oczywiście pies stał się źródłem dodatkowych „atrakcji.” Raz zgubił mi się w lesie o 4 rano. Próbowałam go wyprowadzić, ale zanim znalazłam smycz w namiocie, wymknął mi się. Stałam w ciemnym i mokrym lesie z lampą na głowie i zastanawiałam się jak go do cholery znajdę. Z drugiej strony gdzież on miałby pójść, skoro istota z niego bardzo towarzyska? Słyszałam dzwonienie jego obroży, ale go nie widziałam. Dostrzec czarnego psa w ciemnym lesie to szukanie igły w stogu siana. Poszłam do altany po kluczyki do samochodu, żeby wyciągnąc coś dobrego do jedzenia, a tu nagle słyszę kaszlanie tuż przy swojej nodze. Ufff, zguba sam mnie znalazł. Można iść spać. Drugi incydent był w łazience. Jak szłam się myć, brałam psa ze sobą do łazienki i spuszczałam go luzem. Jednego wieczoru ktoś nadchodził. Prawie wszyscy na biwaku byli z klubu, więc myślałam, że to pewnie znajoma babka. Pies ustawił się ochoczo przed drzwiami merdając ogonem gotów powitać nowoprzybyłą. Kobieta otworzyła drzwi i jak nie wrzaśnie z przerażenia!  Pies się zdziwił i zaczął szczekać jak dziki. Ile ja się naprzepraszałam... Całe szczeście babka była miłośniczką psów i nie ponieśliśmy konsekwencji mego bezmyślnego czynu.

W piątek popłynęliśmy z grupą jeziorem Indian Lake. Było wietrznie i padało, płynęliśmy pod wiatr a przez to bardzo powoli. Kiedy się zatrzymaliśmy wysiąść, było nieprzyjemnie zimno. Zrobiliśmy 6.5 mili i sam spływ był fajny, ale pakowanie się po spływnie było fatalne. Byliśmy mokrzy, zmarznięci, a cały mokry sprzęt oczywiście wylądował w samochodzie, zaś obłocone kajaki na dachu samochodu, który wyglądał że pożal się Boże. Na dodatek nie było gdzie sprzętu wysuszyć, więc na drugi dzień trzeba było używać mokrego.

Splyw jeziorem Indian Lake

Wieczorem odbył się grupowy obiad. Potraw było cała masa, a my z mężem przynieśliśmy butelkę wódki. Wódka miała być wyborem praktycznym, że niby po niej się mniej sika niż po piwie. Amerykanie teoretycznie wódki czystej nie piją, ale przy naszej butelczynie marki Three Olives o smaku wiśniowym towarzystwo bardzo się rozochociło i cała półtoralitróweczka poszła ino szum. No i proszę, znów powielam stereotyp żłopiącej wódkę Polki.

W sobotę mój mąż został z psem, a ja popłynęłam z klubem na 15.5 milową wyprawę. Tym razem było sucho i ciepło, choć pochmurnie, a tafla jeziora była gładka jak lustro. Niestety miałam niesamowicie silny ból głowy spowodowany odwodnieniem organizmu. W piątek unikałam wody, bo podczas spływu trudno o łazienkę, wieczorem popiliśmy wódeczki, w sobotę znów za mało wody. Ból tak się nasilił, że myślałam, że pęknie mi głowa. Spływ był również po Indian Lake, ale w inną część jeziora. Było tak pięknie, że nie do opisania. Wszystkie drzewa i skały odbijały się w niezmąconej tafli jeziora i żeby tylko nie ta głowa, czułabym się jak w raju. Przy samym koniuszku jeziora natknęliśmy się na faceta w kamuflażu siedzącego ze strzelbą na krzesełku. Ciarki mi przeszły po plecach, bo nie jestem przyzwyczajona do oglądania broni palnej. Rozpoczął się sezon polowania na niedźwiedzie i on właśnie na jednego czekał. Wątpię, czy się doczekał, bo żaden niedźwiedź nie podejdzie do jeziora z 20 kajakarzami. Przy końcu jeziora grupa postanowiła wysiąść i pójść oglądać jakiś wodospad,  a ja z trzema innymi osobami wyruszyliśmy w drogę powrotną. Kiedy dobiłam do brzegu, czekał już na mnie mój zanudzony na śmierć mąż i bardzo zadowolony pies. Bądź co bądź psu towarzystwo męża przez cały dzień bardzo odpowiadało, a mężowi towarzystwo tylko psa nieco mniej.

Koncowka Indian Lake

Wieczorem odbył się kolejny wystawny obiad, ale już bez wódeczki. Towarzystwo wydało się rozczarowanie. Fajnie było, dawno się tak dobrze nie bawiłam.

Niedzielę rozpoczeliśmy już o 6:40 rano. Obudził nas odgłos rzygania, gdyż pies w końcu wyhaftował zeżartą w piątek pończoszkę. Skoro już nie spaliśmy, postanowiliśmy wstać. Część członków klubu właśnie wyruszała na mini-spływ po Lewey Lake. Trochę dla mnie za rano. Zjedliśmy śniadanie, spakowaliśmy się i wyruszyliśmy do domu.
poniedziałek, 29 września 2008

Z nieznanych sobie przyczyn uwielbiam proces przywracania mocno rozbałaganionego stanu rzeczy do stanu pierwotnego, czyli ładu i porządku. Do procesów tych należą przede wszystkim sprzątanie po imprezach i rozpakowywanie się po wycieczkach.  Czynności związane ze sprzątaniem dużego bałaganu i odkładaniem rzeczy na miejsce absorbują mnie w sposób prawie chorobliwy.

Wczoraj, na przykład, wróciliśmy właśnie z trzydniowego biwaku w górach Adirondacks. Padało, więc przywieźliśmy do domu stertę mokrych namiotów, śpiworów, ubrań i sprzętu. Samochód i kajaki z zewnątrz pokryte były błotem, a w środku dużą ilością piachu. Jak wpadłam namiętnie w wir pracy, to godzinami lubowałam się w kretyńsko żmudnych czynnościach przywracania rzeczy do stanu używalności dopóki wszystkiego nie skończyłam. Rozkładanie namiotów i śpiworów, żeby wyschły; suszenie i polerowanie śledzi; suszenie aluminiowych stelaży i smarowanie łączy silikonem; mycie samochodu i kajaków w środku i na zewnątrz; pucowanie naczyń na wysoki połysk; odkładanie wszystkiego na miejsce w logicznych grupach; odpiaskowywanie i suszenie sprzętu kajakowego; pranie i czyszczenie niezliczonych ręczników i ubrań; oraz mycie psiej smyczy, misek i szczotkowanie psa – jednym słowem każdy duperel doczekał się mojej uwagi. A wszystko to w podskokach jakbym co najmniej tańczyła na balu, a nie walała się w błocie i piachu. Cześć! Mam na imię Aneta i uwielbiam się rozpakowywać.
czwartek, 25 września 2008

Wpis Ani K. zainspirował mnie do podjęcia tematu, do którego opisania zbierałam się już od jakiegoś czasu. Temat dotyczy z lekka niestandardowego prowadzenia domu przeze mnie i męża. Anarchia to do końca nie jest, ale mimo to nasz styl prowadzenia domu jest bardziej na luzie od innych znanych mi domów.

Kiedy się pobraliśmy, nie dyskutowaliśmy w szczegółach jak będzie wyglądał nasz dom, kto będzie zajmował się czym, ani jak sobie nasze domowe pielesze wyobrażamy. Ot, kochaliśmy się, byliśmy dopasowani, zgadzaliśmy się w poglądach na życie i pozwoliliśmy, aby cała reszta dotarła się sama. Rzeczywiście nasz styl prowadzenia domu uformował się naturalnie pod wpływem czasu i różnych czynników zewnętrznych. Na początku dużo rzeczy robiliśmy razem, potem kto miał czas, a z czasem część obowiązków stała się tylko jego lub tylko moja. Tak więc podział ról istnieje w następujących kategoriach:

On: całe pranie, czyli wszystkie ubrania, pościel i ręczniki włącznie ze złożeniem i odłożeniem na półkę; śmieci; mycie podłóg; odkurzanie; karmienie ptaszka; ostrzenie noży.

Ja: prowadzenie finansów i płacenie rachunków; ścieranie kurzy; mycie klatki ptaszka; wyprowadzanie psa na spacery; szczotkowanie psa i mycie mu uszu; robienie zakupów spożywczych.

I... to wszystko. Cała reszta leci jak popadnie. Tzn. oboje gotujemy, sprzątamy po obiedzie, opróżniamy zmywarkę, zmieniamy pościel, podlewany kwiatki, kosimy trawę, sprzątamy kuchnię, pokoje i łazienki, karmimy psa, myjemy samochody, robimy zakupy przemysłowe i pracujemy nad domem, ale nie razem w sensie „na raz” – tylko jak się komu kiedy zechce i kto kiedy ma czas. O dziwo wcale nie zarastamy brudem i nigdy nie kłócimy się o prace domowe. Jak jestem w humorze, to myję gary cztery dni pod rząd, innym razem on, albo czasem stoją ze dwa dni aż się zrobi góra i zawsze któreś z nas je w końcu umyje. To samo z kiblami, wanną i kurzami. Ot, kiedy zacznie przeszkadzać to się zrobi, trochę tu, trochę tam. Nie ma grafiku, że w każdą sobotę „od tej do tej” sprzątamy. Czasami jak już się trochę zapuści, mówię do męża, że może poświęcimy dziś dwie godziny na sprzątanie. Kiedy on coś takiego słyszy, nie chce zmarnować dnia i tak szybko macha szmatą, że sprzątając we dwójkę jesteśmy w stanie doprowadzić cały dom na wysoki połysk w jeden poranek. Mąż sprząta z prędkością błyskawicy i do tego dobrze, tzn. nie tak dokładnie jak ja, ale w miarę dokładnie. Moja strategia to nie przyglądać się zbyt blisko: jak nie widzę, że w jednym rogu wanny zostały trzy włosy, to się nie czepiam, tylko się cieszę, że posprzątał. Poza dokładnością, różnimy się też podejściem. Ja mam podejście metodyczne, jak myję łazienkę, to całą milimetr po milimetrze. On np. umyje tylko zlew, albo kibel, ale tylko w środku, a nie na zewnątrz. Na początku mi to przeszkadzało, a potem cieszyłam się, że teraz zostało mi do sprzątania tylko to, czego nie zrobił on. O ile to mniej roboty! Mój mąż sprząta sam z siebie. Czasem wracam z treningu, a on wypucował podłogę w kuchni i odkurzył. Wtedy łapię za szmatę i kończę robotę. Albo i nie kończę.

W naszym domu rzadko panuje syf, ale często panuje bałagan: psie zabawki rozwalone po podłodze, przepocone ubrania po treningach suszą się na różnych drzwiach po całej chałupie zanim trafią do kosza na brudną bieliznę, sterty butów przy wejściu, papiery, ba – nawet męża skarpety na barze w kuchni. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Jak ktoś ma przyjść, zbiera się ten bajzel w 10 minut i znów jest przyzwoicie. Wszystko funkcjonuje jak należy i bardzo nam z tym dobrze.

wtorek, 23 września 2008

Nie od dziś wiadomo, że Stany Zjednoczone nie są krajem przyjaznym w zakładaniu rodziny: wysokie ubezpieczenie zdrowotne, krótkie urlopy, krótkie lub nieistniejące urlopy wychowawcze, wysoki koszt opieki nad dzieckiem, oraz wysoki koszt studiów to tylko wierzchołek góry lodowej. Większości rodzin już nie stać, aby jedna osoba pracowała, a druga wychowywała dziecko, skazane są więc na oddanie dziecka w ręce przedszkoli i opiekunek nawet jeśli tego nie chcą. W dzisiejszym świecie od dzieci oczekuje się wiele, muszą brać udział w sportach i innych zajęciach żeby nie być „do tyłu” w porównaniu z rówieśnikami. Nie tylko jest to kosztowne, ale rodzice zmuszeni są zupełnie podporządkować się grafikowi zajęć swojej pociechy. W rezultacie większość amerykańskich rodzin, zwłaszcza wielodzietnych, spędza znaczną część swego wolnego czasu w samochodzie wożąc swoje dzieci z jednych zajęć na drugie.

Coraz więcej par wstrzymuje się przed posiadaniem dzieci z wyboru. Wymagania logistyczno-finansowe są jednym w wielu czynników, który przyczyniają się do takiej decyzji. Zjawisko to stało się na tyle powszechne, że nikogo już nie dziwią bezdzietne pary i presja społeczna na posiadanie rodziny jest mniejsza. Posiadanie czy nieposiadanie dzieci stało się tylko i wyłącznie osobistym wyborem. Bezdzietne pary mają czas, wolność i środki, których nie miałyby przy posiadaniu dzieci. Takie pary nazywa się DINK’ami - Dual Income No Kids (podwójne zarabiający bezdzietni).

Jako powszechne zjawisko bezdzietność z wyboru została dogłębnie zbadana. Zdziwiłam się bardzo kiedy odkryłam, że Wikipedia podaje aż 32 dwa powody dla których ludzie decydują się na nieposiadanie dzieci. Poniżej jest pełna lista w moim tłumaczeniu:

Brak chęci posiadania dzieci:

  1. Brak znaczących powodów do posiadania dzieci
  2. Ogólna niechęć do zachowań typowym dzieciom
  3. Ogólna niechęć do dzieci
  4. Obserwacja wpływu posiadania dzieci na rodzinę lub znajomych
  5. Brak instynktu macierzyńskiego/ojcowskiego
  6. Niechęć do poddania się wyznaczonym rolom społecznym
  7. Wystarczająca satysfakcja czerpana z posiadania zwierząt domowych
  8. Przekonanie, że dzieciństwo jest zbyt stresującym doświadczeniem

Pobudki osobiste, środowiskowe i zawodowe:

  1. Niechęć do poświęcenia swojej prywatności i wolności dzieciom
  2. Niechęć do poświęcenia czasu dzieciom
  3. Niechęć do rosnącej odpowiedzialności finansowej za dziecko, bądź finansowa niemożność posiadania dziecka
  4. Przeświadczenie, że posiadanie dziecka spowoduje zastój w karierze
  5. Obawa, że posiadanie dziecka spowoduje utratę pracy lub ubezpieczenia zdrowotnego, np. przy braku urlopu macierzyńskiego
  6. Przeświadczenie, że nie spodoba się rola rodzica
  7. Przeświadczenie, że utrzymanie odpowiednich więzi z partnerem, zarówno emocjonalnych jak i intymnych, nie będzie możliwe przy posiadaniu dzieci
  8. Urojona lub rzeczywista niezdolność do bycia odpowiedzialnym i cierpliwym rodzicem
  9. Utrzymywanie wolności wyboru
  10. Utrzymywanie spontaniczności i elastyczności w przypadku zmiany pracy lub miejsca zamieszkania w krótkim czasie

Pobudki zdrowotne:

  1. Obawa o zdrowie rodzica lub dziecka
  2. Obawa, że istniejąca choroba jak np. cukrzyca, depresja, lub ryzyko ciąży pozamacicznej może spowodować niebezpieczną lub trudną ciążę lub późniejsze trudności z wychowaniem dziecka
  3. Strach przed śmiercią matki lub dziecka
  4. Obawa, że dziecko odziedziczy chorobę genetyczną
  5. Niedostępność dobrej jakości i przystępnych cenowo opcji opieki nad dzieckiem
  6. Strach przed ciążą, porodem i połogiem, jak również przed trwałymi zmianami ciała (np. spadająca atrakcyjność)

Przekonanie, że dobrym uczynkiem jest wstrzymanie się przed dalszym zaludnianiem świata:

  1. Przekonanie, że większy wkład społeczny można uzyskać pracą niż posiadaniem dzieci
  2. Przekonanie, że ludzie mają tendencję do posiadania dzieci ze złych powodów
  3. Przekonanie, że wprowadzanie na świat niechcianych dzieci jest niemoralne
  4. Troska o środowisko i przeludnienie
  5. Opinia, że czyjeś poświęcenie się karierze wpłynie negatywnie na rodzicielstwo, lub że wykonywany zawód nie pozwoli na bycie dobrym rodzicem
  6. Przekonanie, że rozmnażanie się jest niemoralne
  7. Uczucie, że świat jest zbyt okropny, żeby na niego wprowadzać dzieci

Filozoficzne:

  1. Pogląd, że wychowanie dzieci, którego skutkiem jest podział ról rodzicielskich jest z góry założonym podejściem społecznym, które ogranicza wybór stylu życia i okazję do rozwoju jednostki. Argument mocny wśród ruchów feministycznych.
poniedziałek, 22 września 2008

...czyli o zakładaniu i zdejmowaniu kombinezonu wodoodpornego. Zalecane: tabletki uspokajające, dobrze przewietrzone pomieszczenie, wazelina bądź mydło, rurka do oddychania na wszelki wypadek, ewentualnie pielucha.

Lewa noga, prawa noga. Już. Teraz wciągnąć kombinezon do pasa. Ciężko idzie przez biodra, ale już. Połowa drogi za nami. Lewa ręka, prawa ręka. Wszystko pięknie. Prawie. Zaraz, coś tu nie tak. A gdzie głowa ma iść? Cholera, gdzie ma się zmieścić głowa? Otwór na głowę jest przy karku, za nic nie da się naciągnąc na tyle wysoko, żeby w ogóle był w pobliżu głowy. Dobra, zdejmujemy.

Zdejmujemy? Ale jak? Ręce nie chcą wyjść z długich lateksowych klejących się do skóry rękawów. Pchamy dłoń do środka, próbujemi ciągać za rękaw, we dwójkę, pojedyńczo i nic. Zanoszę się głośnym, histerycznym śmiechem drepcząc zygzakiem zgięta w pół po pokoju. Mąż stoi bezradnie na środku pokoju próbując wyrwać łapska ze szponów lateksu. Poci się z wysiłku. Chyba prędzej w nim umrze, niż go zdejmie. Gimnastyka na całego, ale rączki w końcu wyszły, a reszta też.

A może trzeba od głowy zacząć? To może ja spróbuję, mam w końcu mniejszą głowę? Zaczynam przesadzać głowę przez ciasną, neoprynową dziurę. Zgniecione czoło, powieki, nos, usta... przeszła! Tadam! Już wiem, że reszty kombinezonu nie założę, bo jednak trzeba od nóg zaczynać. Zaczynam robić się niebieska na gębie. Ale ciasne. Zdejmować natychmiast. Ale jak??? Padam na kolana, żeby mieć obie ręce wolne. Mąż zdejmuje mi kolczyki, bo inaczej urwę uszy razem z kolczykami. Leżę w pozycji płodowej próbująć ściągnąć kombinezon z szyi i ryczę ze śmiechu. Ni cholery nie pójdzie. Zaczynam panikować. W końcu milimetr po milimetrze, ryzykując trwałą deformację twarzy, utratę uszu i oskalpowanie, udaje mi się to ustrojstwo ściągnąć razem z garścią włosów. Żebyśmy to mieli na taśmie, to byłby nr 1 hit na YouTube.

Dzwonimy do kumpla. Jak się to cholersto zakłada? ...Tak ...Tak... Dobra, dzięki. Acha. Najpierw prawe ramię w rękaw, a lewe ramię i głowę później i koniecznie na raz. Dobra. Spróbujemy.

Próbuję najpierw ja, bo jestem mniejsza. Ciach-mach i jestem w kombinezonie. W całości. Od pasa w dół na mnie pasuje, ale góra jest wielgachna. Szyja już tak nie uwiera za drugim razem. Teraz pora założyc to-to na męża. Jakoś otworzyłam paskudnie trudny, wodoodporny zamek i prawie siłą wyrwałam się z lateksowych nadgarstków i szyi-pułapki. Znów o mało co nie straciłam nosa. Kolei na próbę generalną z mężem w roli głównej.

Mąż wsunął się po pas, prawa ręka, pół lewej, a do głowy ciągle za daleko. Manwerował, kurczył się, zginał i wyginał i nie poszło. Stało się jasne, że jeśli nawet uda się ten kombinezon na niego założyć, on go w życiu nie zdejmie bez podarcia materiału. Rezygnujemy.

Móż mąż jest za wysoki, żeby założyć kombinezon, choć wszystkie jego wymiary pasują w tabelę producenta. Trzeba go wymienić na większy. Najwyraźniej w Stanach szczupli mężczyźni są tylko niskiego lub średniego wzrostu, a ci wysocy już nie są szczupli. Trudno. Mąż będzie miał kombinezon, w którym będzie mógł podwoić swoją wagę. Albo może mu go nadmuchać helem i sobie polata?

Ciekawe co będzie z moim. Mój kombinezon jeszcze nie przyszedł. Też jestem wyższa od przeciętnej amerykańskiej kobiety jak na swoje wymiary. Czy jestem skazana na porażkę i też będę musiała wymieniać normalny rozmiar na „namiot” tylko ze względu na wzrost?

Wodoodporne zamki kombinezonu są paskudnie trudne do otwarcia. Szyja i nadgarstki niemożliwe do szybkiego zdjęcia. Ogólne uczucie klaustrofobi. Za to wygląd  – kosmiczny. Całe szczęście są dodatkowe zamki do sikania, bo jakby człowiek musiał iść za potrzebą i przyszłoby mu taki kombinezon zdejmować, to by się prędzej zlał do środka. Ale to przecież nie problem, bo kombinezon jest wodoodporny.

piątek, 19 września 2008

Zdjęcie dostałam e-mailem i uśmiałam się do łez.

WTF

Dla niewtajemniczonych: WTH = What The Fuck?, co można grzecznie przetłumaczyć „Co za licho?” lub mniej grzecznie "Co za ch*?" kiedy coś jest wyjątkowo poje*. Pieczątki tego typu używane są w biurach do potwierdzenia otrzymania lub odbioru dokumentów.

00:44, anetacuse , Praca
Link Komentarze (4) »
czwartek, 18 września 2008

Z góry uprzedzam, że dziś ponownie poruszę temat fizjologiczny, zresztą bardzo zbliżony do wpisu Kobieto! I ty możesz siusiać na stojąco! Rzecz dotyczy przedmiotu pod nazwą Feminine Urinary Director, czyli FUD, który nie ma nic wspólnego z dyrektorem, a jedynie z kierowaniem strumienia moczu z dogodnej pozycji w dogodnym kierunku.

Moje zainteresowanie tematem ma podłoże czysto praktyczne. Ostatnio opisywałam kombinezony wodoodporne do kajakowania. Kombinezony, które z mężem wybraliśmy posiadają zamek z przodu mający ułatwić opróżnianie pęcherza. Z facetem sprawa prosta, ale długo zachodziłam w głowę jak taki zamek ułatwić ma życie kobiecie która, choćby była akrobatką, przez zamek nie da się rady wysikać i kropka. W końcu doczytałam się w specjalistycznej prasie kajakarskiej, że do takiego typu kombinezona trzeba dokupić lejek FUD. Wszystko jasne! Ostatnim razem śmichy-chichy, a teraz przymierzam się do zakupu lejka.

Lejek znalazłam w ulubionym sklepie Hjuston, REI. Czytając recenzje konsumentów trudno jest nie wpaść w euforię. Jedna kobieta pisze, że teraz i ona może wysiusiać swoje imię na śniegu. Większość kobiet zdecydowanie poleca lejek na wszelkie wypady podróżniczo-awanturnicze na świeżym powietrzu. Niektóre używają go w namiocie, żeby uniknąć wychodzenia w nocy zimną porą, a inne chwalą sobie dyskrecję jaką FUD zapewnia w niesprzyjających warunkach. Prawie wszystkie radzą, żeby manewr sikania FUDem przećwiczyć w domu pod prysznicem.

Jakkolwiek dziwny to pomysł, na myśl o rozbieraniu się w zimę z całej górnej części ciepłego kombinezonu zdecydowanie wolę posłużyć się lejkiem.

Feminine Urinary Director

Source: http://www.rei.com/product/407267

Ostatnio chodzi nam po głowie kajakowanie z wielorybami. Wieloryby można oglądać w wielu miejscach, na przykład przy ujściu rzeki Św. Wawrzyńca, na Alasce, nieopodal British Columbia, czy koło wysp San Juan. Jest wiele firm, które specjalizują się w organizowaniu takich spływów-ekspedycji. Póki co, jest to jedynie pomysł w zarodku. Ale czy na pewno dobry?

 

wtorek, 16 września 2008

Biwakując ostatnio w Westcott Beach State Park miałam okazję z bliska przyjrzeć się zwyczajom biwakujących amerykańskich rodzin. Odnoszę się tu wyłącznie do biwakowania stacjonarnego w cywilizowanym parku stanowym gdzie są łazienki, prąd i sklepy nieopodal.

Amerykańskie rodziny uwielbiają biwakować i czynią to z rozmachem. Większość poletek biwakowych wygląda jak małe królestwo, które w jak największym stopniu imituje... bycie w domu. Mamy więc następujące sprzęty: przyczepa kempingowa lub namiot wielkości stodoły, wielki namiot-altana, stół piknikowy, dywany i chodniki, wycieraczka, krzesła i stoły, lampiony i lampy, grill, kuchenka, gar do smażenia indyka, toaster, tabliczka z imieniem rodziny, radio lub odtwarzacz grający na maksa żeby wszyscy słyszeli, telewizor, rowery, żeby było czym jeździć po kempingu, koniecznie piwo i papierosek. Do tego, proszę usiąść, niektórzy posiadają anteny satelitarne na stojaku! Żeby można było oglądać wszystkie opery mydlane jak już się jest na tym łonie natury. Prawie każdy ma ciężarówkę, minivana albo pick-up’a. Jedzenie i picie pełną gębą, wypas cały dzień. Dorośli siedzą na tyłku przez większość dnia chyba, że się plażują. Wtedy to nawet leżą. Mało kto przybywa bez dzieci, psa, kota, czy ptaszka. Dzieci latają cały dzień zachwycone, przy minimalnej ilości nadzoru, a dorośli siedzą przy ognisku słuchając muzyki country, klnąc głośno i chlając już od rana. Berbecie łażą w łazience po brudnej podłodze, kiedy mama siedzi na tronie. Czasem rodziny udają się na ryby, czasem popływać motorówką lub jetski, ale przeważnie się nie wysilają. Najwyżej wyskoczą na obiadek do jakiejś tłuściutkiej restauracji kiedy już im się naprawdę nie chce smażyć tego indyka. Wymarzone amerykańskie wakacje rodzinne. Tanie.

Taka mi się myśl nasuwa, że amerykańska inteligencja to to nie jest.

 
1 , 2 , 3
statystyka