Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 09 sierpnia 2017

Nie wiem kiedy dokładnie to się stało, ale te książkowe i filozoficzne porady o "życiu w teraźniejszości" stały się moją rzeczywistością. Przypuszczam, że sprawiła to moja praca.

Wracając pamięcią do lat szkolnych człowiek zawsze miał cel, żeby skończyć szkołę, dostać się do dobrego ogólniaka, potem na studia, wszystko po to, żeby dostać dobrą pracę, żeby móc przetrwać, a jeszcze lepiej - godnie żyć. Mówi się, że zawsze potrzebujemy nowych celów, ale czy to prawda? Doszłam do etapu, że po prostu... jestem. Ciągle pracuję nad samoudoskonalaniem, w domu i pracy, ale to dla mnie hobby, a tak zwyczajnie nie mam żadnych konkretnych celów poza robieniem dobrej roboty we wszystkim, czego się podejmę. Jestem i to mi wystarcza. Oczywiście mam plan emerytalny i planuję za 5-10 lat sprawić sobie mały wygodny dom w cieplejszym klimacie, ale to wszystko. Poza tym najdalsze plany to ewentualnie przyszłoroczne wakacje, może następny weekend. Bywają dni, że jestem tak pochłonięta pracą, że 5-ta godzina wydaje się odległą przyszłością, a co dopiero nadchodzący weekend. Kiedy wybieram się za dwa dni na drugi zakątek kraju, jest to dla mnie odległe wydarzenie, o którym nie warto myśleć do czasu wieczoru lub poranka przed (w zależności od pory lotu) - kiedy to się człowiek spakuje. Czas się wygodnie rozciąga, kiedy półtoradniowy weekend w domu pomiędzy wyjazdami wydaje się tygodniem - tyle wtedy można zrobić. Pewnie, nie jestem w rozjazdach ciągle, to przychodzi falami, ale przez to, że bywam - czasem po 9 tygodni pod rząd - mam zupełnie inne podejście do czasu. Funkcjonuję w bańkach minut, zwłaszcza bardzo sobie cenię podróże samolotem, kiedy jestem w mile odizolowanym świecie własnych myśli, muzyki lub książki. Dzięki temu, że pracuję nad wieloma projektami, z wieloma ludźmi, w wielu miejscach sporo rozpiętych geograficznie, ostatnie 3 lata jawią mi się niczym dekada: coś, co wydarzyło się zaledwie rok temu wydaje się być zapomnianą, bardzo odleglą przeszłością.

Uwielbiam spędzać czas z mężem, ale lubię też być sama w trasie. Nie mam problemu z jadaniem samej w restauracjach, czasem podróżuję sama, czasem z klientami, czasem ze współpracownikami. Jest ciekawie, czasem łatwo, czasem parszywie trudno. Czasem nie dosypiam, czasem mam doły, ale nieważne co się zdarzy - zawsze wracam do oazy domowej, którą jeszcze bardziej cenię. 

Mogłby ktoś pomyśleć, że brak mi ambicji do "robienia kariery." Sęk w tym, że odkąd osiągnęłam poziom architekta (w mojej firmie "architekt rozwiązań" to osoba, która projektuje dopasowanie gotowego oprogramowania z półki do konkretnych wymagań klienta i robi plan wszelkich integracji do innych systemów, a potem to wdraża z pomocą konsultantów lub bez) mam ogromną autonomię w pracy i naprawdę lubię to co robię (z wyjątkami). Pozycje "wyżej" to kierownik zespołu lub (kochany w USA) "waniliowy" kierownik projektu, który traci kontakt z samym oprogramowaniem, a ja wolę rozwiązywać ciekawe problemy i konfigurować oprogramowanie niż zarządzać ludźmi czy rozkładem zadań zespołów.

Tym sposobem trwam.

P.S. Jak czytelnicy ostatniego wpisu się zapewne domyślają, ostatnio u mnie się polepszyło: dostałam nowy projekt (a w zasadzie dwa). Ogromny, skomplikowany, ale nowe problemy do rozwiązania i ciekawi, świetni ludzie dostarczyli mi odskoczni od ostatniego "wykolejonego" projektu, który przysporzył mi gór stresu i bólu. Wprawdzie mój "wykolejony" projekt (który nadal przysparza mi stresu i bólu ale z dalszej perspektywy, więc nabrałam dystansu) w końcu podniesie się z popiołu i kiedyś go trzeba będzie skończyć - nie martwię się tym dzisiaj. Chwilo - trwaj.

02:04, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
statystyka