Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 29 sierpnia 2013

To nie jest płatna reklama, ale wg mnie świetna okazja na nabycie wielokrotnie nagrodzonej pozycji Jacka Dukaja Lód. Publio sprzedaje ją za 9,90 zł do piątku w południe polskiego czasu. Oczywiście jest w obu formatach: EPUB i MOBI. Jeśli interesuje Was fantastyka, okazja nie do przepuszczenia. Miłego czytania!

piątek, 23 sierpnia 2013

To była zwyczajna, niczym nie wyróżniająca się dziura, koło której przejeżdżaliśmy setki razy zawsze komentując: musimy tam kiedyś pójść. W końcu nadszedł moment na zwiedzanie lokalnych „dziur” – czyli lokali w naszym najbliższym sąsiedztwie, w których z jakiś przyczyn jeszcze nie byliśmy.

Budynek stary jak świat, raczej nie widział ani centa renowacji. Pośrodku wielki okrągły bar o miedzianych ladach i kranach i wytartych drewnianych stołkach. Czterech rosłych barmanów w sile wieku o osobistym uroku Szreka pracujących parami. Zawsze tych samych. Mało wyrafinowane menu, skromny zasób piw z beczki. Nie sądziłam, że wsiąkniemy tam na dobre.

Co wyróżnia ten bar od tuzinów innych w okolicy? Całkiem sporo. Po pierwsze, nie jest sieciówką. Jeden z barmanów, ten najbardziej szrekowy, jest współwłaścicielem. Po drugie, obsługa jest rewelacyjna. Po trzecie, bar przyciąga gości w każym wieku: od młodziutkich studentów po zgarbionych emerytów, a wśród tak zróżnicowanej klienteli zawsze można spotkać ciekawych ludzi. Po czwarte, mają najlepsze na świecie skrzydełka kurczęce. Po piąte, mają nasze ulubione piwo z beczki. Po szóste, mają przyzwoite ceny. Po siódme, okrągły kształt baru bardzo sprzyja poznawaniu ludzi i zaczynaniu rozmów z obcymi, czego nie zaobserwowałam na taką skalę w innych barach w jakich bywałam. W rezultacie miejsce to stało się dla nas swoistą oazą, do której udajemy się przynajmniej raz w tygodniu dla miłego spędzenia czasu. Nie wszystko złoto, co się świeci.

czwartek, 22 sierpnia 2013

W swojej kuchni na co dzień w ogóle nie używam śmietany, tymczasem ostatnio nie tylko zaczęłam używać słodkiej, ale też z okazji napadu ogórków zakupiłam kwaśną celem zrobienia - pierwszy raz od jakiś 120 lat - mizerii. O ile dobrze pamiętam w kraju nad Wisłą sprzedawano śmietanę w butelkach o określonym % tłuszczu, a to czy była słodka czy kwaśna zależało od tego czy jest świeża. W kraju nad Mississippi natomiast sprzedają kwaśną w kubeczkach w różnych odmianach oraz słodką w karonach, też w różnych odmianach, ale jako zupełnie inne produkty, co sporadycznie przysparza mi kłopotów jako śmietanowemu antytalenciu. Ale odbiegam od tematu: wylizawszy łyżkę po kwaśniej śmietanie doszłam do wniosku, że smak ten nieodmiennie kojarzy mi się z Polską. Mizeria natomiast wyszła taka sobie - jakby pusta w smaku.

środa, 21 sierpnia 2013

W wiosce obok otworzył się rzeźnik, a właściwie mała masarnia pod nazwą Side Hill Farmers, która sprowadza mięso od drobnych hodowców w promieniu 80 mil i przetwarza je na miejscu. Zwierzęta dostarczane są w całości, a więc można kupić dosłownie każdą ich część. Sklep oferuje zarówo surowe jak i przyrządzone mięsa, przede wszystkim wieprzowinę, wołowinę i kurczaki. Do tego można tam kupić nabiał, jajka, owoce i warzywa - w sezonie oczywiście, oraz przetwory typu dżemy i galaretki produkowane na lokalnych farmach z lokalnych plonów.

Otwarcie tej masarni jeszcze bardziej zmieniło mój sposób nabywania produktów spożywczych latem. Kiedyś już pisałam o modelu Community Supported Agriculture (CSA), gdzie można zapisać się na "prenumeratę" warzyw i owoców w sezonie od konkretnej farmy płacąc za cały sezon z góry. Dostaje się "działkę" raz na tydzień od czerwca do listopada, a ilość zależy od pogody. Lata urodzaju czy nieurodzaju traktowane są tak samo, dlatego model ten nazywa się "community supported" - społeczność wspiera rolnika w ten sam sposób niezależnie od tego jak będzie wyglądał dany sezon. W tym roku podjęłam współpracę z inną farmą niż w poprzednich latach - Lucky Moon Farm jeszcze bliżej domu i kupuję od nich również jajka, które latem dostarczane są do punktu odbioru razem z warzywami, a zimą odbieram je bezpośrednio z farmy. Co wtorek po pracy jeżdżę więc po odbiór warzyw i jaj, potem jadę do rzeźnika, gdzie wybieram mięso na najbliższy tydzień. Tam je tną wg zamówienia, odważają i pakują w papier jak za dawnych czasów. Do supermarketu jeżdżę po wszystko inne, czego nie udaje mi się kupić z miejscowych źródeł. Ma to ogromny urok, gdyż z tygodnia na tydzień nie jestem w stanie przewidzieć co będzie na obiad: będzie to, co jest w torbie z farmy i co ma do zaoferowania masarnia. Lato jest pełne smacznych niespodzianek.

wtorek, 13 sierpnia 2013

Dziś spędziłam większość dnia w trasie do Massachusetts. Nie jest to zła trasa, całość poza samą końcówką to wygodna autostrada, tylko daleka i długa: 373 mile, trochę powyżej 6,5 godziny. Autostrada pozwala wykorzystać wygodną funkcję tempomatu (cruise control), gdzie ustawia się samochód na automatyczną jazdę z określoną prędkością i nie trzeba w ogóle dotykać pedału gazu. W rezultacie mój dzień sprowadził się do wciskania plusów i minusów na jednej wajsze, dostosowując tym samym prędkość do warunków jazdy, oraz innych plusów i minusów na kierownicy, dostosowując głośność dźwięków w zależności od utworu płynącego z samochodowych głośników. Czułam się, jakbym przez całą drogę grała na fortepianie, a do tego tylko lewą ręką. Jestem kompletnie wyplusominusowana.

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wpis ten jest raportem do wpisu Ćwicz rano - jak zbudować nawyk, bo być może interesuje Was, czy coś dobrego wyszło z mojego budowania nawyku czy też nie.

Poranną rutynę udało mi się utrzymać, z niewielkimi potyczkami, i wdrożyłam się w nią tak, że kiedy coś wypada i nie starcza mi czasu na ćwiczenie, popadam w ekstremalną irytację. Wydawać by się mogło, że to dobry znak, ale może nie do końca. Otóż stwierdziłam, że ranki mnie stresują, bo się wiecznie spieszę i wiecznie spóźniam. W weekendy jest gorzej, bo dłużej śpię i wtedy czas mi się rozłazi między palcami, rutyna się rozpada i wpadam w zły humor.

Dzięki gadżetowi Fitbit dokonałam zaskakującego odkrycia dotyczącego głównego źródła moich częstych złych humorów w weekendy. Otóż okazuje się, że spanie powyżej 8 godzin mi... szkodzi. Całe życie uważałam, że jak niedosypiam to jestem zołzą (jestem!), ale zawsze byłam przekonana, że potrzebuję spać przynajmniej po 8 godzin. Tymczasem Fitbit pokazał mi, że nie tylko tyle faktycznie nie sypiam, bo wychodzi mi średnia poniżej 7 godzin, ale też że na takiej ilości snu funkcjonuję optymalnie. Problem zaczyna się w weekendy, kiedy śpię po 8-9 godzin. Wtedy wstaję rozmemłana, zmęczona, marudna i w naprawdę paskudnym humorze. Od lat nie mogłam rozszyfrować tego fenomenu, tymczasem powód tego stanu, chociaż niekoniecznie logiczny, okazał się prosty do skorygowania.

Problemy z poprzednich dwóch paragrafów sprowadzają się do jednego i tego samego rozwiązania: lekiem na całe zło jest... wstawanie o piątej. W ciągu tygodnia musi to być piąta bez wyjątków, bo mam do pracy na ósmą. W weekendy zaś szósta albo później, jeśli poszłam później spać, byleby nie przekroczyć magicznego numerka 7.5 godzin snu. Jeśli myślicie, że wstawanie o tak nieludzkiej porze przychodzi mi łatwo, to się mylicie: nie przychodzi. Co mnie jednak motywuje to to, że każdego dnia mam wyznaczony tylko JEDEN cel: wstać o wyznaczonej porze. Kiedy już wstanę, wszystko inne samo wskakuje na swoje miejsce bez popychania: mam czas na prawdziwy trening (45-50 minut zamiast góra 20) i wszystko inne przed pracą, a w weekendy mogę się relaksować nawet do dwóch filiżanek kawy a i tak zmieszczę trening przed jakąkolwiek ludzką weekendową porą. Jedym słowem: mam czas na wszystko na czym mi zależy, a przez to mniejszy stres. Czuję się dzięki temu znacznie szczęśliwsza.

niedziela, 11 sierpnia 2013

Plamy słońca przedzierające się przez łagodnie kołyszące się czubki drzew. Dostojne świerki, modrzewie, klony i tuzin innych gatunków rosnących pysznie w tym nie-lesie. Świergot ptaków, skrzek wiewiórek, szum wielkich koron, lekkie orzeźwiające podmuchy wiatru. Krzewy i kwiaty, kompozycje, zieleń, głęboka zieleń wszędzie, piękno na każdym kroku. Powietrze rześkie i chłodne, pachące wakacjami. Przemykające się chyłkiem wiewiórki, ich mniejsi kuzyni wiewiórki ziemne, wolno pasący się gruby świstak, zgromadzone przy karmnikach ptaki. Przy pierwszym głębokim oddechu znikają codzienne sprawy, wzrok pasie się na bogatej zieleni, umysł się wyłącza i chłonie tylko spokój i piękno w tym dokładnie momencie. Najlepsze jest to, że aby tego doświadczyć wystarczy zrobić tylko jeden krok: za próg własnego domu.

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Skąd pochodzi mleko? Z kartonu. A bita śmietana? Z puszki w aerozolu.

Jak przez mgłę pamiętam paskudny proszek "Śnieżka," z którego robiło się "bitą śmietanę." Była kiepska. To było w Polsce. Kiedy przyjechałam do Stanów, natychmiast zakochałam się na zabój w bitej śmietanie. Takiej, jakiej w lokalach nie żałują na wierzchołkach lodów. Ale wiadomo: bitą śmietanę robią szefowie kuchni z dyplomem instytutów kulinarnych. I to tylko w tych bardzo drogich restauracjach. W "normalnych" lokalach wypryskują ją z puszek. A takie puszki, jak wkrótce odkryłam, można kupić w supermarkecie.

Kiedy jeszcze nie musiałam dbać o linię, kupowałam sobie niekiedy taką puszkę po czym wpryskiwałam bezpośrednio do ust w samochodzie, na parkingu przed supermarketem. Całą. Miłość do bitej śmietany mi pozostała, ale teraz pozwalam sobie na degustację tylko sporadycznie, po małej filiżance na raz i w domu.

Niedawno byłam na obiedzie u znajomych, gdzie na deser było strawberry shortcake. Nie wiem jak to przetłumaczyć, ale są to pokawałkowane truskawki zmieszane z cukrem i nakładane na małe krążki ciasta z bitą śmietaną na wierzchu. Znajoma zaczęła coś miksować, więc pytam co. A ona, że bitą śmietanę. Że co?! - zdziwiłam się nieinteligentnie. Bitą śmietanę. To łatwe. 

Ponoć nie święci garnki lepią, więc mistyczna mgła okalająca bitą śmietanę nagle opadła. (Dawno temu mówiono, że to trudne, że łatwo sknocić, że zamieni się w masło, że trzeba pół dnia ubijać.) Ekperymentalnie kupiłam malusieńki kartonik śmietany do ubijania (heavy cream) i po uprzednim schłodzeniu końcówek miksera i pustej miski w zamrażalniku, z maleńką ilością cukru, w jakieś 60 sekund, ubiłam najlepszą śmietanę na świecie. Po czym ją we czwórkę pożarliśmy (ja, mąż, papuga i pies).

Świat bitej śmietany stanął przede mną otworem. Teraz wiem, że bita śmietana pochodzi z kartonika.

czwartek, 01 sierpnia 2013

Pamiętacie może, że nie mogłam się zdecydować, czy podoba mi się "Pan Lodowego Ogrodu?" Coś w tej książce jest takiego, że przyciąga jak magnes, nie pozwala się porzucić. Jeśli lubicie fantastykę, z czystym sumieniem mogę Wam polecić tę książkę, a przynajmniej pierwszy tom. Ja póki co zabieram się za drugi. Dodam, że ilustracje Dominika Brońka są równie rewelacyjne.

statystyka