Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 30 sierpnia 2010

Marzenia się spełniają! Nie wiem czy ktoś jeszcze pamięta, ale niespełna dwa lata temu marzyłam o kajakowaniu z wielorybami. Wtedy nie myślałam, że realizacja planu nastąpi tak szybko. Nastąpiła. Spędziłam tydzień na terenie rezerwatu indiańskiego Essipit przy Les Escumins nad zatoką rzeki Św. Wawrzyńca w kanadyjskiej prowincji Quebec. Faktycznie pływałam z wielorybami prawie ocierającymi się o mój kajak. Wyprawa obfitowała w bogate wrażenia, więc będę opisywać w częściach.

Nigdy nie myślałam, że mogę zobaczyć 6 gatunków ssaków morskich w zasięgu jednego dnia jazdy samochodem od mojego miejsca zamieszkania. Les Escumins leży 575 mil od Syracuse i jazda zajmuje 11-12 godzin.

W porównaniu do Stanów Zjednoczonych, prowincja Quebec bardzo przypomina mi Europę:

  • Mniejsze samochody.
  • Mniejsze porcje w restauracjach, nawet tych sieciowych; malutkie kubeczki z kawą, małe talerzyki. Przy jedzeniu na miejscu, jedzenie podawane jest w naczyniach wielorazowych. Przynajmniej w Tim Hortons.
  • Mniejsze i zgrabnie zaprojektowane domy.
  • Pranie suszące się na sznurkach przy domu.
  • Wysokie ceny paliwa.
  • Powszechność palenia papierosów.
  • Brak widocznej otyłości wśród miejscowej społeczności.
  • "Zasuszony" szczupły wygląd starszyzny.
  • Mniej usług typu salony, sklepy i restauracje, a więcej firm produkcyjnych: traktory, materiały budowlane, tartaki.
  • Częste wyprzedzanie na jednopasmówkach.

Quebec ma surowy klimat, przepiękne góry i bardzo gęste lasy. Poza Montrealem i Quebec'em nie jest gęsto zaludniony. W prowincji Quebec mówi się po francusku. Im dalej na wschód, tym mniej ludzi mówi po angielsku. O ile anglojęzyczna prowincja Ontario ma wszystko opisane w dwóch językach, w Quebec oznaczenia drogowe są wyłącznie po francusku. Nie rozumiesz, twoja strata. Za to produkty w supermarketach są opisane dwujęzycznie. O ile dysponuję kulawym, podstawowym francuskim, o tyle tematy, jakie mnie interesowały były nie do przebrnięcia.

P.S. Facebookowcy mogą obejrzeć zdjęcia na FB. Tutaj też będą zdjęcia, ale później.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

W miniony weekend przepłynęłam 28 mil: 18 mil w sobotę i 10 mil w niedzielę. Zwykle do 15-tu mil idzie bez kłopotu, a po 15-tej człowiek się zaczyna trochę męczyć i nabywa mniejszych lub większych obrażeń jak pęcherze na dłoniach (pomimo rękawiczek) czy odparzenia skóry na biodrach, brzuchu i różnych częściach zadka (zwłaszcza w upały), do czego przyczynia się fartuch neoprenowy. Po takiej wyprawie wystarczy naparstek piwa, żeby się zwyczajnie upić. Za to jak dobrze się śpi.

Spędzanie godzin na wodzie ma nieodparty urok. Możliwość oglądania przyrody z bliska dobrze działa na nerwy. Czaple wszelakiej maści, bielik amerykański, lis, gęsi, kaczki, żółwie, ryby, mewy i inne żyjątka dają się podglądać z bliska. Na zachmurzonym jeziorze Ontario doświadczyć można samotności coraz rzadszej w naszym zaludnionym świecie. Na rzece akurat nie, gdyż tam pełno motorówek, co też ma pewien urok, gdyż można ostro pomykać na kilwaterze lub na nim surfować w zależności od kierunku, z którego napływa łódź. A to juz doświadczenie warte parku rozrywki. Ruch wodny zależy od pory roku i pogody i już niedługo praktycznie zaniknie.

Odliczam dni do Quebec'u.

środa, 11 sierpnia 2010

Nie wiem jak u Was, ale mi lato mija w zawrotnym tempie. Weekendy spędzam na wodzie i jak do tej pory "zaliczyłam" trzy biwaki pod namiotem, w tym jeden spływ kanałem Rideau w Kanadzie i jedno spotkanie w plenerze z Resvarią i Kobietą Pracującą. Pomimo, że lato umyka, czeka mnie jeszcze jedna wielka przygoda, mianowicie kajakowanie z wielorybami przy ujściu rzeki Św. Wawrzyńca w kanadyjskiej prowincji Quebec na terenie rezerwatu Indian Essipit. Nabyłam aparat wodoodporny i wstrząsoodporny i obiecuję wkleić zdjęcia o ile uda mi się coś ciekawego sfotografować. Ale to dopiero pod koniec sierpnia. Kolejny biwak szykuje się na końcówkę września kiedy w górach Adirondacks będzie wystarczająco zimno w nocy, że trzeba będzie pakować kalesony.

Nie licząc zajęć hobbystycznych w weekendy, w dni powszednie kiszę się w mieście, a lato tego roku mamy bardzo upalne, nie tylko zresztą my. W pracy to jeszcze pół biedy, ale w moim nieklimatyzowanym domu jest naprawdę gorąco. Ratuje mnie mrożona kawa wg. przepisu Ani Buzuk. Przepis zaadaptowałam następująco: jedną łyżeczkę mocnej kawy rozpuszczalnej wsypuję do grubej wysokiej szklanki i zalewam odrobinką wrzątku. Pokręcę szklanką aż kawa się rozpuści, po czym dodaję trochę syropu klonowego i znów kręcę, aż się zmiesza. Dodaję trochę mleka sojowego, znów mieszam. Resztę szklanki wypełniam kostkami lodu, po czym dopełniam mlekiem sojowym. Naprawdę rewelacja, a do tego tanio i szybko.

Dodatkowe atrakcje to wzmożona częstotliwość chodzenia do kina, oraz konsumpcja zwiększonych ilości piwa i lodów. Żeby nie było, że niezdrowo się odżywiam, 90% konsumowanej przez nas żywności pochodzi z lokalnych gospodarstw rolnych, gdyż w tym roku po raz pierwszy zapisaliśmy się do Community Supported Agriculture i otrzymujemy pół buszla warzyw tygodniowo, które zresztą skrzętnie i na bieżąco przejadamy. Do tego nadal zamawiamy inne produkty miejscowe przez internet. Zakupy w supermarkecie stały się lekką, krótką i przyjemną wizytą po kilka drobiazów niewystępujących w naszym rodzimym regionie. Zważywszy, że pudło z warzywami dostarczane jest raz w tygodniu do pracy, a zamówienie internetowe - do domu, jest to dla mnie ogromna oszczędność czasu.

Intelektualnie ogarnęło mnie kompletne lenistwo. Wprawdzie namiętnie słucham pasjonujących książek, ale wena na pisanie kompletnie mnie opuściła, co zresztą widać po zzieleniałych stronach tego bloga. Miłej reszty lata wszystkim życzę!

statystyka