Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 31 sierpnia 2009

Obiecuję, że już ostatni raz Was męczę kontemplacją składników spożywczych, ale kiedy to zobaczyłam, nie mogłam się powstrzymać. Oto zagadka: na podstawie niżej wymienionych (spisanych żywcem z opakowania) składników, zgadnijcie jaki to produkt. Dodam, że znalazłam go w rezultacie uprzątania własnych szafek kuchennych.

Enriched Bread (Enriched Wheat Flour, Malted Barley, Niacin, Ferrous Sulfate, Thiamin Mononitrate, Riboflavin, Folic Acid, High Fructose Corn Syrup, Corn Syrup, Partially Hydrogenated Vegetable Oil, [Soybean Oil and/or Cottonseed Oil and/or Canola and Corn Oils]). May Contain Salt, Yeast, Sugar, Honey, Sesame and/or Poppy Seeds, Molasses, Wheat Gluten, Whey, Soy Flour, Whole Wheat Flour, Butter, Skim Milk, Buttermilk, Lactic Acid, Distilled Vinegar, Soy Lecithin; Dough Conditioners (Mono and Diglycerides, Sodium and/or Calcium Stearoyl Lactylate), Yeast Nutrients (Contains One or More of The Following: Monocalcium Phosphate, Calcium Sulfate, Ammonium Sulfate); Calcium Propionate (Preservative), Potassium Sorbate (Preservative), Romano Cheese (Sheep's Milk, Cheese Culture, Salt, Enzymes), Salt, Oregano, Garlic Powder, Dehydrated Parsley, Black Pepper.

czwartek, 27 sierpnia 2009

Jedną z bardzo dobrych zasad zdrowego żywienia jest less is more – mniej znaczy lepiej. Chodzi o składniki. Przypatrzmy się kilku przykładowym składnikom produktów jakie mogą się znaleźć w Waszym koszyku podczas zakupów spożywczych. Oczywiście mowa tu o składnikach z punktu widzenia produktu końcowego matki natury, a nie o analizie pierwiastów przez mikroskop, ani też o pestycydach czy antybiotykach użytych w hodowli.

Jabłko. Składnikiem jabłka jest... jabłko. Dla porównania sos jabłkowy może się składać z jabłka, cukru, utrwalaczy i sztucznych kolorów. To samo z bananem. Składnikiem banana jest banan. Kupne suszone banany dla porównania często zawierają cukier, olej i utrwalacz. Im więcej składników, tym większe szanse na zaśmiecenie naszego organizmu niepożądanymi chemikaliami.

Bochenek chleba. Chleb domowej roboty naszej babci składał się z ilości składników, które dało się policzyć na palcach jednej ręki: mąka (zmielone żyto), drożdże, woda. Trzy składniki. Może sól, może przyprawy. Czy kiedykolwiek przyglądaliście się uważnie liście składników amerykańskiego chleba? Na oko ma około 50 składników. To samo z plackami tortilla. Czy dokładnie wiadomo co w tym chlebie jest? Czy wiemy, co jemy? Jeśli jesteśmy chemikami lub biologami – być może. Dla reszty z nas to ciemna magia nierozpoznawalna bez encyklopedii.

Mrożony obiad do mikrofalówki. Zachęcająca propozycja: chudy kurczak z warzywami i ziemniakami, tylko 200 kalorii i tylko 10 minut przygotowania w mikrofalówce. Poczytajcie składniki. Ile ich jest? A żeby taki obiad samemu zrobić, potrzebny jest kurczak (składnik: 1), ziemniaki (składnik: 1) i warzywa (składnik: 1). Do tego suszone zioła i przyprawy, składnik 1 od przyprawy. W podobnej potrawie zrobionej samemu składniki da się policzyć na palcach dwóch rąk, a do tego wiadomo dokładnie czym są.

Migdały. Zdrowe są. Ale czy są surowe, czy też prażone w oleju i posypane solą?

Płatki śniadaniowe. Napakowane sztucznie witaminami, ale czy wiemy czym jeszcze? Przez co przeszły w procesie produkcji?

Przykłady możnaby mnożyć w nieskończoność. Moją największą frustracją przy robieniu zakupów spożywczych jest to, że wszyscy wszystko „ulepszają.” Żeby kupić produkty z najmniejszą ilością składników muszę się oczytać naklejek i mieć oczy dookoła głowy. Bo masło orzechowe sprzedają w wersji niskotłuszczowej, a te ma dodawane milion składników, a przy zakupie łatwo się pomylić. Bo orzechy się praży w oleju i otacza solą lub cukrem. Bo najprostszy nawet krakers składa się z miliona rzeczy, na widok których cierpnie mi skóra. Kupując w miarę dostępności organiczne owoce i warzywa zapewniam sobie najmniejszą ilość składników i uniemożliwiam anonimowym korporacjom faszerowanie mnie niezdrowymi środkami konserwującymi, a przynajmniej mam taką nadzieję. Oczywiście warzywa i owoce też nie są wolne od chemikaliów, ale wybieram najmniejsze zło z możliwych. Kupuję surowe nasiona i orzechy, surowe masła z tych orzechów, bez dodatków. Syrop klonowy i syrop z agawy zawierają tylko syrop klonowy i tylko syrop z agawy jako jedyny składnik. Gotuję ziarna w domu wiedząc, że mój ryż zawiera tylko ryż, a komosa ryżowa tylko komosę ryżową. Dodam do tego co mi się podoba, ale to mój świadomy wybór. Co do reszty, albo decyduję się zrobić sama od podstaw, albo szukam najlepszej alternatywy. Mogę robić własny chleb i makaron, albo szukać takiego z jak najmniejszą ilością składników. Wybieram wodę zamiast napojów. Ekologiczno-organiczny trend w Stanach zdecydowanie rozszerzył wachlarz możliwości, z czego chętnie korzystam. Moje ciało to świątynia, a nie śmietnik.

Niezależnie od tego czy jesteście mięsożercami czy wegetarianami, czy lubicie jeść tłusto czy chudo, nie dajcie się uwieść pięknym opakowaniom i reklamom telewizyjnym. Miejcie swój rozum, czytajcie naklejki i dokonujcie świadomego wyboru.

Poniższy przepis powstał w procesie moich improwizaji kuchennych metodą prób i błędów, dlatego też nie ma podanych dokładnych ilości. Efektem końcowym jest makaron w pysznym wegańskim kremowym sosie, który w zależności od przygotowania przypomina makaron w sosie Alfredo, albo też znany nam w Polsce makaron z serem - twarożkiem.

Sos a la Alfredo:

  • Tahini (pasta sezamowa) - ok. 1/4 lub 1/2 szklanki
  • Mleko sojowe - ok. 1 lub 1-1/2 szklanki
  • Silken tofu (te mięciutkie, do deserów) - 1/3 lub 1/2 kostki, należy odcedzić wodę
  • Przyprawy w/g gustu: papryka, curry, kminek, itp.

Jeśli się chce mieć kremowy sos Alfredo, zmiksować powyższe składniki w blenderze. Jeśli ma się ochotę na bardziej twarożkową konsystencję sosu, należy wymieszać trzepaczką ręczną, wtedy tofu będzie miało małe grudki.

Warzywa i makaron:

Ugotować swój ulubiony makaron i odcedzić. Ja lubię pełnoziarniste sprężynki, do nich najlepiej klei się sos. Podsmażyć swoje ulubione warzywo (np. brokuły, brukselka, cukinia itp.) na oleju rzepakowym z orzeszkami piniowymi (mogą być pestki słonecznika lub dyni lub orzechy) i żurawinami. Dodać ugotowany makaron, zalać wszystko sosem a la Alfredo i poddusić. Oczywiście można przyprawić czym dusza zapragnie, na słodko, słono, lub na pikantno. Smacznego!

poniedziałek, 24 sierpnia 2009

“Put your head down!” (głowa w dół) – ryknął zachęcająco w moją stronę instruktor, kiedy po raz kolejny z trudem postawiłam kajak do pionu z pozycji wiszenia głową w dół przytrzymując się splecionych w kułak rąk stojącego obok męża. Uczę się eskimoski, na razie bez wiosła, tylko wychodzenie do pionu trzymając się czegoś i kończenie prawidłowym hip snap – czyli końcowym rzutem bioder mającym na celu wyprostowanie kadłuba. Po raz kolejny wywróciłam się i wisząc do góry nogami starałam się skoncentrować na głowie, aby utrzymać ją przechyloną w przeciwnym kierunku niż powierzchnia wody. Intuicyjnie ma się tendencje to natychmiastowego wystawiania głowy z wody celem zaciągnięcia się powietrzem, tymczasem głowa ma wyjść z wody ostatnia. Kiedy w końcu udało mi się przezwyciężyć instynkt i utrzymałam głowę przytuloną uchem do ramienia bliżej dna, efekt był niesamowity. Rzut bioder poszedł tak lekko, jak nigdy wcześniej i postawiłam kajak do pionu dużo łatwiej. Kto by pomyślał, że mam taki ciężki łeb.

A może już niedługo będę mogła tak:

sobota, 22 sierpnia 2009

Dzisiaj mija 10 lat odkąd po raz pierwszy postawiłam stopę na amerykańskiej ziemi. Kto by pomyślał, że mi ta stopa tak tu już zostanie...

czwartek, 20 sierpnia 2009

Zima idzie. Pies przeniósł się spać z parteru na pięterko.

wtorek, 18 sierpnia 2009

Wydaje Wam się, że jestem wysportowaną kobietą akcji? Że biegam, że kajakuję, że szuram na rakietach śnieżnych i uprawiam takie czy inne sporty? Czy przyszłoby Wam do głowy, że spędziłam dzieciństwo jako zakompleksiony grubasek, który unikał ruchu jak kot wody? Że zajęcia w-fu były największym koszmarem mego życia i że wolałam zapaść się w mysią dziurę niż w nich uczestniczyć? Że spędziłam dzieciństwo z nosem w książce, a rzadko kiedy na podwórku? To teraz już wiecie.

Kiedy miałam 13-14 lat niepostrzeżenie wyrosłam z dziecięcej otyłości, ale wysportowana bynajmniej nie byłam. W wieku lat 19 zaczęłam korzystać z mini-siłowni mojej cioci. Ku mojemu ogromnemu zaskoczeniu, potrzeba było zaledwie miesiąca aby moje ciało nabrało zupełnie nowej formy. Odleciałam z zachwytu. Od tamtej pory nawet się nie oglądnęłam: wyciskałam na siłowni z trenerem, chodziłam na aerobiki i jogę, jeździłam rowerem, uprawiałam Taekwondo, Nordic Walking, łyżwiarstwo, rolki, bieganie, pływanie, chodzenie na rakietach śnieżnych i oczywiście kajakarstwo. Sport zdominował moje życie, zadomowił się na dobre. Ale za błędy dzieciństwa płacę do dziś.

Nieważne ile godzin dziennie ćwiczę, ile lat uprawiam różnorodne sporty, ani nawet co i ile jem: nigdy nie byłam w stanie pozbyć się brzuszka. Mam sześciopak mięśni na brzuchu – pokryty znaczną warstwą tłuszczu nie nadającego się do pokazania w bikini. Pomimo znacznego umięśnienia, moje ramiona nigdy nie wyglądają na ładnie wyrzeźbione jak ramiona wielu kobiet, które nie spędzają życia na sportach, ale które od dzieciństwa były aktywne choćby wisząc na trzepaku. Czy to kwestia wyrabiania się od dzieciństwa, czy też kwestia genów – tego nie wiem. Wiem to, że chociaż akceptuję siebie jaką jestem, pielęgnuję miłość własną i znam swoje mocne i słabe strony, czasem trafia mnie szlag i mam ochotę wyrzucic w górę obie ręce i wykrzyknąć: WTF?!

poniedziałek, 17 sierpnia 2009

11 sierpnia gubernator stanu Nowy Jork David Paterson, George Soros, oraz burmistrz miasta Nowy Jork Michael Bloomberg ogłosili dotację dla biednych rodzin pod hasłem „powrót to szkoły.” Każda rodzina na zasiłku miała otrzymać $200 od dziecka na przybory szkolne, a pieniądze pochodziły ze pakietu Obamy na wsparcie ekonomii, który wpłynął do portfela stanu Nowy Jork.

Sam pomysł jest chwalebny: są pieniądze, dlaczego nie pomóc biednym dzieciom zakupić przybory do szkoły, a jednocześnie nie wesprzeć ekonomii? Tymczasem rząd stanowy kompletnie nawalił. W zeszły wtorek na konta zasiłkowe tysięcy nowojorczyków wpłynęła gotówka bez jakichkolwiek wskazówek na co ją przeznaczyć. Nikt nikogo nie uprzedził, nie było ogłoszenia w mediach, a lokalne oddziały nie były przygotowane na falę jaka nastąpiła. Tego dnia w biurze Social Services ustawiła się kilometrowa kolejka, a wiele lokalnych bankomatów wyszło z gotówki. Ludziska pobrali kasę i polecieli do sklepów bynajmniej nie z artykułami szkolnymi. Prawie natychmiastowo w wielu sklepach z elektroniką zabrakło dużoekranowych telewizorów.

Lokalni podatnicy pienią się ze złości, że po raz kolejny z kieszeni ciężko pracującej klasy średniej kasa jest rozdawana na lewo i prawo bez żadnego pomyślunku i odpowiedzialności. Ludzi najbardziej bolało nie to, że ci na zasiłku dostali dotację na artykuły szkolne dla swoich dzieci, ale na formę, w jakiej ją dostali. Chodziło o to, że dotacja miała być na dzieci, a nie na rozrywkę, elektronikę i inne widzimisię wielu nieodpowiedzialnych rodziców. Rząd powinien był rozdać vouchery czy kupony, które można wydać tylko i wyłącznie na przeznaczony cel, a nie rzucać gotówką, która w wielu wypadkach pójdzie na papierosy i alkohol. Można też było rozdać pieniądze szkołom czy kościołom, aby zakupiły odpowiednie materiały i rozdały je potrzebującym. Jest wiele metod, które zapewniłyby prawidłowe ulokowanie funduszy, a rozdawanie gotówki zdecydowanie nie jest jedną z nich.

Przykro się robi, że człowiek tyra dzień po dniu (całe szczęście ma robotę i gdzie tyrać w tych kryzysowych czasach),  a rząd rzuca kasą na lewo i prawo zupełnie nie myśląc o skuteczności takiego  „dobrego uczynku.” Nowy Jork jest w pierwszej piątce najbardziej opodatkowanych stanów w całym kraju. Jeszcze kilka takich pomysłów, a chyba przyjdzie czas zbierać manele i wyprowadzić się do innego stanu, który bardziej szanuje ciężko zarobione pieniądze swoich mieszkańców. Pennsylvania, na przykład, jest równie piękna. Zresztą z 49 stanów jest z czego wybierać.

piątek, 07 sierpnia 2009

Aleksandra poprosiła mnie o udostępnienie mojego tygodniowego menu. Postaram się je opisać w jak największych szczegółach. W kuchni zwykle improwizuję, nie podaję więc konkretnych przepisów, a jedynie pomysły.

Śniadanie

  • Płatki śniadaniowe firmy Uncle Sam, ze względu na ich pełnoziarnistość i bardzo niską zawartość cukru (<1 g) z mlekiem sojowym Silk bez dodatku cukru. Do płatków zawsze dodaję pestki dyni, słonecznika, nasiona sezamu oraz świeże jagody lub suszone owoce jak żurawiny, wiśnie, czy morele. Czasem mieszam z innymi niskocukrowymi płatkami.
  • Owsianka z naturalnych płatków górskich (rolled oats). Również dodaję nasion, pestek i owoców jak w przypadku płatków. Zamiast gotować, zalewam wrzątkiem, zakrywam i daję się moczyć aż zmiękną w międzyczasie przygotowując lunch lub pijąc kawę. Potem dodaję odrobinę mleka sojowego bezcukrowego.
  • Naleśniki z gotowej kupnej mieszanki z dodanymi do ciasta jagodami, nasionami siemienia lnianego i pestkami słonecznika. Trzeba uważać jaką mieszankę się kupuje, bo wiele zawiera nabiał i jajka. Najlepiej beznabiałową i pełnoziarnistą. Do tego syrop klonowy, bo niskocukrowe syropy zastępcze są strasznie nafaszerowane chemią. Ewentualnie można posmarować konfiturą.
  • Komosa ryżowa lub kasza gryczana, zwykle podgrzane z dodatkiem mleka sojowego, nasion i owoców, czasem kiełków.

Lunch

  • Przynajmiej trzy razy w tygodniu na lunch jem sałatkę przygotowaną rano przed pracą (parę razy również na obiad, ale nie w ten sam dzień, w którym ją jadłam na lunch). Mam płaski pojemnik o pojemności 3 szklanek i w nim robię sałatki na wynos. Kupuję organiczne sałaty różnych gatunków, szpinak, rukolę – są już umyte, co mi oszczędza czas. Do sałaty dodaję różne kombinacje warzyw i nasion: pomidor, rzodkiew, por, awokado, suszone żurawiny, grzyby, cukinię, paprykę, gotowaną soczewicę, fasolę (z puszki: cieciorka, bób, co mi wpadnie w ręce), kiełki i surową wykiełkowaną fasolę różnych gatunków, orzeszki piniowe, pestki dyni i słonecznika, siemię lniane, nasiona sezamu, drobne kawałki orzechów włoskich. Czasem dodaję wędzone tofu. Oczywiście nie wszystko na raz, chodzi jedynie o to, żeby ta sałatka nie była cały czas taka sama. Na to organiczny sos do sałatek lub taki domowej roboty. Unikam niskotłuszczowych (low fat), bo te są napakowane dodatkowym cukrem i masą chemikaliów.
  • W pozostałe dni pracy, na lunch zabieram resztki z obiadu.
  • W weekendy na lunch robię wegetariańskie kanapki na chlebie żytnim lub pełnoziarnistym placku tortilla: zamiast masła używam pasty z migdałów lub domowej roboty hummusu, albo też sojowego majonezu. Do kanapki wkładam sałatę, pomidor, kiełki, czasem tofu lub awokado. Do smaku czasem pokrapiam sosem do sałatek. Czasem miażdżę widelcem połówkę awokado z łyżką salsy pomidorowej i tą paćką smaruję chleb lub placek. Takie kanapki są pyszne.

Obiad

  • Moje ulubione wariacje to krótko podsmażane warzywa z tofu. Kupuję twarde (extra firm) tofu, odlewam z niego wodę i daję poleżeć przez parę minut na talerzu wysłanym złożonym na czworo ręcznikiem papierowym. Na wierzch również kładę złożony na czworo ręcznik papierowy i dociskam niedużą deską do krojenia i czymś ciężkim. Tym sposobem wyciskam wodę z tofu. Do jednego obiadu na 2 osoby, z którego zawsze zostaje mi trzecia porcja na lunch, używam 1/3 kostki tofu. Resztę wkładam do plastikowego pojemnika wysłanego świeżym ręcznikiem papierowym i wkładam do lodówki – zjadamy w przeciągu tygodnia, a przechowuje się bardzo dobrze. Tofu kroję w kostkę i podsmażam na oleju rzepakowym (canola oil) z sosem sojowym Bragg’s Liquid Aminos (podobny do sosu sojowego, ale produkowany bez dodatku soli i procesu fermentacji), szybko dodaję wybrane warzywo (zwykle tylko jedno), np. brokuły, brukselka, fasolka szparagowa, cukinia, do tego fasolę lub soczewicę (z puszki lub wcześniej ugotowane) oraz drobne dodatki jak nasiona, orzechy czy pestki, drobno krojone suszone pomidory, żurawiny, itp. Czasem dodaję tahini (pasta sezamowa) i trochę mleka sojowego. Do tego przyprawy: curry, czerwona papryka, kminek, itp. Za każdym razem robię inną mieszankę, więc nigdy się nie nudzi. Do tego zrobienie takiego obiadu zajmuje tylko 10 minut.
  • Wiele razy na obiad jadamy sałatki, patrz lunch.
  • Zawijasy z placków tortilla. Tych mam dwie wersje: surową i gotowaną. W wersji surowej do placka tortilla wkładam pastę z awodako i salsy, sałatę, kiełki i kiełkowaną fasolę, pomidor, itp. W wersji gotowanej toritillę napełniam gotowaną fasolą i gotowanymi warzywami, np. cukinią i grzybami. Do tego salsa i przyprawy. Tutaj też jest wiele miejsca na improwizację i zmiany.
  • Sałatki z ziaren i warzyw. Do miski wkładam pokrojone warzywa: pomidor, koreander, bazylię, cukinię, por, paprykę, awokado (koniecznie!)  oraz co mam pod ręką plus ziarna i nasiona. Gotuję jedno z wybranych ziaren: pęczak, kaszę gryczaną, proso (millet), komosę ryżową (quinoa) – uwielbiam, lub brązowy ryż. Po ugotowaniu odcedzam wodę (jeśli jest) i wrzucam gorące ziarno prosto na zimne warzywa. Dodaję sos do sałatek, mieszam i gotowe – w temperaturze pokojowej, gdyż zimne z lodówki warzywa neutralizują gorące ziarno.
  • Hamburger z warzyw (np. Boca Burgers) na pełnoziarnistym chlebie pita z sałatką lub kukurydzą.
  • Makaron pełnoziarnisty z bezmięsnym sosem pomidorowym i warzywami.
  • I na obiady i na lunch jadamy też domowej roboty zupy, które zwykle gotuję raz w tygodniu w niedziele, aczkolwiek dużo rzadziej latem.

Małe co-nieco pomiędzy posiłkami

  • Mieszanka (1/2 cup) naturalnych (surowych i niesolonych) orzechów codziennie: migdały, macadamia, pekany, orzechy włoskie, laskowe, nerkowe, brazil i inne.
  • Owoce (1-2 dziennie): organiczne jabłka, banany, daktyle, kiwi i inne sezonowe.
  • Chipsy tortilla (multigrain) z salsą; krakersy z masłem migdałowym; łyżka masła orzechowego; gorzka czekolada.

Planuję wypróbować robienie „twarożku” z rzodkiewką, szczypiorkiem lub porem z miękkiego tofu. Mam też w planie zakup sokowirówki z myślą o piciu soku z warzyw, których albo nie lubię, albo za długo się gotują i nie mam na nie cierpliwości.

środa, 05 sierpnia 2009

"Czymże więcej jest bieganie niż stawianiem jednej nogi przed drugą?" - zapewniam siebie pokrzepiająco biegnąc z nadludzkim wysiłkiem gorącą szosą w upalny wtorkowy wieczór. Agonia mięśni, pulsująca gorącym tętnem głowa, przegrzane, śliskie od potu kończyny - jedyne na co mam ochotę to paść na wznak na cudzy trawnik i tak tam leżeć. Oczami wyobraźni przywołuję jednak odległy dystans dzielący mnie od swego własnego trawnika, którego zdecydowanie nie chciałabym pokonać pieszo. Więc biegnę, noga za nogą. Potem moje myśli odsuwają odczuwany dyskomfort i skupiają się na formułowaniu słów w zdania, a zdań w paragraf. Na blog. Zdecydowana większość moich blogowych wpisów powstaje w mojej głowie niczym w brudnopisie podczas spacerów z psem lub podczas biegania.

Dzisiaj nawet mój pies nie chciał ze mna pobiec. Leżał plackiem na chłodnym skórzanym fotelu i z apatią patrzył na mnie kiedy entuzjastycznie próbowałam go zachęcić do wspólnego biegu. Nawet powieką nie ruszył. Tak go zostawiłam i pobiegłam sama. On i ja mamy to ze sobą wspólnego, że oboje nie lubimy upałów. Zdaje się jednak, że pies docenia własny komfort dużo bardziej niż ja. On się nie przejmuje czy powinien, ale czy mu się chce. Mądra bestia.

 
1 , 2
statystyka