Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 29 sierpnia 2008

Od kilku dni gryzie mnie pewna sprawa, w której dyplomatycznie milczę. Jednakże dzisiejszego poranka kompletnie zalała mnie krew i postanowiłam dać upust swojemu wzburzeniu, bynajmniej nie w kierunku źródła mojej frustracji, ale w formie niniejszego wpisu.

Tak się składa, że mój mąż i ja bardzo cenimy sobie zdrowy styl życia, który przejawia się nie tylko w uprawianiu sportu, ale także w sposobie żywienia jaki praktykujemy. Większość posiłków przygotowujemy w domu ze świeżych produktów, nie jadamy mrożonek ani gotowych obiadów z mikrofalówki. Cenimy sobie pełnoziarnisty chleb i makaron, brązowy ryż, surowe bądź gotowane na parze warzywa, świeże lub suszone owoce, rybę lub drób z grilla, fasolę, niskotłuszczowy nabiał i małe porcje przy posiłkach. Nie jadamy w fast foodach, unikamy czerwonego mięsa, nadmiaru soli, cukru i tłuszczu. Dokonujemy wyborów z umiarem, jednocześnie niczego sobie specjalnie nie odmawiając. Dodam, że w Stanach zdrowe żywienie jest trudne, bo prawie cała spożywka produkowana jest pod publikę i jest nafaszerowana cukrami i solami, o których człowiek nie ma pojęcia. Trzeba więc wybierać uważnie i czytać opakowania, co skrupulatnie czynimy. Nie jesteśmy fanatykami, nikomu nie narzucamy naszego stylu – po prostu robimy swoje.

W tym tygodniu z narastającą zgrozą przyglądam się co jedzą moi goście i czym karmią swoją trzyipółletnią córeczkę. Wiem, że to nie moja sprawa i ani słowem nie zdradziłam się, co na ten temat myślę. Nie obchodzi mnie też, co jedzą rodzice, są przecież dorosłymi ludźmi. Serce natomiast mi się kraje jak widzę czym karmiona jest dziewczynka. Na liście znajdują się m.in. pepperoni (suszona bardzo słona wędlina), boczek, popsicles (lody na patyku), krakersy, ciastka, chipsy, gumowe misiaczki (robione z soku owocowego ze sztucznie dodawanymi witaminami), ser, frytki, napoje gazowane, soki, parówki i cała masa innych przetworów, o których istnieniu nawet nie wiedziałam. Sama sól, cukier, tłuszcze nasycone, konserwanty i inne chemikalia w ogromnych ilościach dziennie. Ani razu nie widziałam, żeby dziecko zjadło jakieś warzywo poza kukurydzą na kolbie, nie wspominając już o owocach czy jakichkolwiek innych pożywniejszych rzeczach. Kiedy dziś rano weszłam do kuchni i zastałam małą jedzącą loda na patyku z czterema kawałkami boczku na talerzu, to myślałam, że się przewrócę!

Kiedyś opiekowałam się dwójką chłopców. Chłopcy jedli zdrowe i zróżnicowane posiłki, a pomiędzy posiłkami mleko, jabłko, banan, mrówki na kłodzie (kłoda = łodyga selera posmarowana masłem orzechowym, mrówki = rodzynki poukładanie na selerze), marchewkę lub inne sensowne rzeczy. Lody czy inne słodyczne jedli tylko raz dziennie, na deser, i to tylko wtedy kiedy zjedli wszystkie warzywa. Czyli się da, jak rodzicom zależy. Rozumiem, że niektóre dzieci są niejadkami i ciężko jest w nie cokolwiek wcisnąć, ale dziecko wyrabia sobie gusta żywieniowe na podstawie tego, czym je karmi rodzic. Zupełnie więc nie rozumiem szwagra i jego żony: w każdej innej dziedzinie są rewelacyjnymi rodzicami, dlaczego więc kompletnie nawalają jeśli chodzi o żywienie? Czy nie mają pojęcia o zdrowym żywieniu, czy też idą na łatwiznę? Jak widzę ich stertę jadalnych śmieci w mojej kuchni, okiem wyobraźni widzę nadwagę, kłopoty z sercem, ciśnieniem, cholesterolem i miażdżycą. Może nie teraz, ale wcześniej czy później. Dla mnie napychanie małej istotki takimi śmieciami to takie samo przestępstwo jakim byłoby palenie przy niej papierosów.

Z jednej strony mam ochotę wygarnąć rodzicom dziewczynki, a z drugiej udusić amerykańskie koncerny produkujące te badziewie i reklamujące je w kontekście dzieci. W końcu jednak, według amerykańskiego zwyczaju, nie wtrącam się w nie swoje sprawy. Zamykam gębę na kłódkę i nie robię nic.

czwartek, 28 sierpnia 2008

Dzień czwarty dzielenia domu z naszymi gośćmi. Wrócił normalny puls życia, wszyscy się przyzwyczaili i nawet kot w piwnicy wylazł wreszcie spod stołu i zaczął spać na swoim posłaniu i jeść. Wczoraj jednakże nowo pozyskany spokój został zaburzony kiedy okazało się, że kot zniknął z piwnicy jak magik Houdini. Piwnica nie jest duża, z dwóch pomieszczeń kot miał dostęp tylko do jednego i po przeszukaniu każdego kąta i wnęki – kota ani widu. W końcu, po dłuższym szukaniu, dało się słyszeć bardzo ciche i nieszczęśliwe miauczenie ze... ściany. Wszyscy pędem do źródła dźwięku, dawaj zaglądać, a tu z głębokiej wnęki ściany wystaje rura, z której wystają wąsy utkniętego głową w dół kota. Komitet ratowniczy w postaci kociego pańcia dał radę jakoś go stamtąd wyciągnąć doznając tylko lekkich obrażeń przedramienia. Kolejny kryzys zażegnany.

Późnym wieczorem, kiedy już wszyscy wybierali się do łóżek, nasz pies nieoczekiwanie dostał kompletnego bzika. Zaczął wściekle obszczekiwać drzwi do piwnicy i warczeć niskim, gardłowym i tak groźnie brzmiącym tonem, że aż ciarki szły po plecach. Dziewczynka zaczęła płakać, że pies pożre jej kota. Wszyscy zgromadzili się przed drzwiami do piwnicy, skąd wyraźnie dało się słyszeć wściekłe prychanie i syczenie. Tuż za drzwiami! Przyłożywszy twarz do samej podłogi, kota było również widać. Waleczna bestia siedział przycupnięty na pierwszym stopniu schodów do piwnicy, skąd miał idealny widok na podłogę w kuchni przez trzycentymetrową szparę. A więc widział psa doskonale, a mimo to się nie wycofał! Tak sobie szczekali i prychali, aż się oboje uspokoili, ale żadne nie opuściło pozycji: kot tkwił na stopniu, a pies warował przed drzwiami. Tak też ich zostawiliśmy udając się na spoczynek.
środa, 27 sierpnia 2008

W tym tygodniu w progach naszego skromnego domu gościmy rodzinę męża: brata z żoną, ich trzyipółroczną córeczkę i... kota. Przesympatyczna rodzina wcale nie jest u nas na wakacjach. Mieszkają u nas, bo są chwilowo bezdomni po sprzedaży domu, podczas gdy ich nowy dom jest nadal w trakcie budowy. Od pierwszego września mają wynajęte mieszkanie, ale póki co, na ulicy przecież mieszkać nie będą. Stąd ten kot.

Ponieważ mamy nieduży dom, dużego psa, oraz niedużą papugę o dużym ego, kot z konieczności mieszka w piwnicy. Mimo to, obecności trójki zwierząt nie da się nie zauważyć. Kot jest w stanie ciężkiego stresu i nie wychodzi spod stołu w piwnicy. Nie je i nie siusia. Papug jest w siódmym niebie, bo każdy się z nim bawi, zwraca na niego uwagę, gada do niego, no i w domu jest większy ruch i więcej hałasu, co wprawia go w stan euforycznego rozświergotania. Fruwający albo cieszy się towarzystwem dziewczynki, która wspina się na krzesło obok klatki żeby na niego popatrzeć, albo cieszy się swobodą latając sobie po kuchni i mając do wyboru aż dwie łyse głowy do srania zamiast jednej. Natomiast pies...

Pies również jest w niebie, chyba nawet ósmym, bo aż nie wie co ma ze sobą robić ze szczęścia. Po pierwsze, zważywszy na ilość ludzi w domu, prawie o każdej porze ktoś coś je. Pies towarzyszy wszystkim jedzącym, a zwłaszcza dziewczynce, bo jest mała i może coś upuści. Po drugie, kudłacz uznał dziewczynkę za bardzo atrakcyjne stworzenie, bo oka z niej nie spuszcza i wszędzie za nią chodzi. Mała nie wie co ma o tym myśleć, raz się śmieje, a drugi raz próbuje od niego uciekać. Po trzecie, kudłacz ma tyle nowych pokus, że nie może się powstrzymać. Życie stało się nagle bardzo skomplikowane i trzeba wszystkiego pilnować. Dziewczynka ma pokaźną ilość różnorakich zabawek, więc pies czeka tylko na okazję, aby coś zwinąc i pożreć. Ponadto nasi goście złożyli surplus swojej spiżarni na podłodze w pokoju koło kuchni, za zamkniętymi drzwiami. W środku nocy kudłacz tak pchał łbem w zamknięte drzwi, aż klamka puściła i zeżarł paczkę rodzynek w polewie jogurtowej zanim którekolwiek z nas zdążyło zejść na dół. Diabeł jaki w niego wstąpił, czy co? Taki z niego zwykle dobry pies... Po czwarte i ostatnie, kudłacz chyba wywąchał tego kota, bo dziś rano długo wystawiał drzwi do piwnicy. Stał jak skała i ruszał mu się tylko nos. Mówimy tutaj o zaledwie niecałym dniu pobytu naszych gości... Ciekawe, co będzie dalej?
wtorek, 26 sierpnia 2008

Jest wiele kategorii kajaków w zależności od przeznaczenia. Kajaki górskie, krótkie i krępe niczym kaczuszki, są łatwe w manewrowaniu przez rwące potoki. Kajaki rekreacyjne, niezbyt długie i o dużych kokpitach, są stabilne i trudne do przewrócenia, a dzięki temu idealne na niedługie spływy z piwkiem lub wędką w dłoni. Kajaki do siedzenia na wierzchu, świetne przy pięknej pogodzie, są dobre do leniuchowania na falach. Kajaki morskie, długie, wąskie i dla niedoświadczonych niebywale chybotliwe, są najbardziej praktyczne do długich wycieczek w różnych warunkach pogodowych i na różnych wodach.

Kajak morski, często zwany też turystycznym, a z angielska touring, sea, lub ocean, jest szybki, wytrzymały i ma dużą wyporność, dzięki czemu można nim pływać nie tylko na wielogodzinne wyprawy dzienne, ale też na kilkudniowe wyprawy z całym rynsztunkiem biwakowym w kajaku. Typowy kajak morski jest jednoosobowy, ma mały kokpit, wysoko uniesiony dziób o ostrej linii, dwie wodoszczelne komory bagażowe, czasem dodatkową mniejszą komorę blisko kokpitu, oraz zwykle wyposażony jest w skeg lub ster. Na pokładzie znajdują się też siatki lub linki pokładowe, za które można założyć dodatkowy bagaż lub podręczne przedmioty. Kajakiem morskim można pływać po rzekach, jeziorach, morzach i oceanach z wyłączeniem potoków górskich. Kajak morski jest kajakiem na prawie każdą okazję i świetnie się sprawuje na wysokich falach.

Kajaki morskie budowane są z polietylenu, laminatu, laminatu poliestrowo-szklanego lub kompozytów, czyli laminatów na bazie włókna węglowego, kewlaru i żywic epoksydowych (Wikipedia). Polietylen jest najtańszym i najbardziej wytrzymałym z materiałów, ale też najcięższym. Najdroższym i najlżejszym jest kompozyt. Kajaki z laminatu i kompozytów są bardziej podatne na zniszczenie, ale podobno łatwe w naprawie. Im lżejszy jest kajak, tym zwinniejszy i szybszy, stąd kajaki laminatowe są bardziej popularne od polietylenowych.

poniedziałek, 25 sierpnia 2008

niedziela, 24 sierpnia 2008

Glen Haven,  południowy kraniec Skaneateles Lake; 6 mil

Skaneateles Lake jest jednym z jezior polodowcowych Finger Lakes, o których już kiedyś pisałam. Ma szesnaście mil długości i jest jednym z najczystszych jezior w Stanach Zjednoczonych. Południowa część jeziora położona jest w niebywale głębokiej szczelinie, której strome ściany porośnięte są lasem. Północny kraniec ma łagodniejsze brzegi, które przy czubku jeziora są prawie równe z lądem. Jadąc drogą wzdłuż jeziora i obserwując położoną hen głęboko w dole taflę wody, zupełnie nie mogłam sobie wyobrazić jak wyglądać musi droga prowadząca na dół. Długo nie musiałam czekać, bo wkrótce skręciliśmy w prawo i rozpoczęliśmy długi zjazd krętą drogą w niekończący się dół. Miałam poważne obawy, czy mój biedny czterocylindrowy samochód obładowany ciężkim ładunkiem da radę nas stamtąd wywieźć. Najwyraźniej nie doceniłam swego auta, gdyż w drodze powrotnej spokojnie wywiozło nas na górę na dwójeczce.

Ze względu na słoneczną i upalną pogodę na spływ zjawiło się aż 27 kajakarzy i wyjątkowo udało nam się wyruszyć na czas. Najpierw płynęliśmy rzeczką, która w końcu wpadła do jeziora. Od krańca jeziora wyruszyliśmy południową stroną do niewielkiej plaży przy klifach, gdzie się zatrzymaliśmy na odpoczynek. Wiele osób kąpało się pomimo charakterystycznej dla jeziora lodowatej wody, a niektórzy uczyli się eskimoski, czyli obrotu w kajaku o 360 stopni. Ja sama nie zdecydowałam się na naukę, gdyż nie byłam wyposażona w odpowiednie ubranie, a wiszenie z kajaka głową dół pod wodą w bawełnianym ubraniu zupełnie mi nie przypadło do gustu. W tym tygodniu spodziewamy się dostawy zamówionych pianek, więc jest szansa, że eskimoski pouczę się w przyszły weekend. Póki co, miło było się pogapić i wyciągnąć parę wniosków.

Rzeczka do jeziora

Jezioro Skaneateles 1

Jezioro Skaneateles 2

Jezioro Skaneateles 3

Eskimoska 1

Eskimoska 2

Czas wysiadac

Fot. G. Ramsey

sobota, 23 sierpnia 2008

Drut ostrzowy zwany też drutem brzytwiastym jest rozwojową wersją drutu kolczastego. Jest to ogrodzenie typu agresywnego, tzn. powodujące straty u osoby je forsującej. W odróżnieniu od drutu kolczastego, nie jest stosowane w postaci liniowej, lecz w formie zwojów (okręgów) drutu stalowego, o średnicy zależnej od zastosowania (od 30 cm do 1 m), z zamocowanymi ostrzami wykonanymi z blachy. (Source:Wikipedia)

Spotkanie na terenie więzienia umożliwiło mi jedynie skąpy widok na pięknie zaprojektowany i utrzymany budynek administracji, budynki więzienne, oraz podwórze. Miałam również okazję oglądać budynek administracji z wewnątrz, ale ten był normalnym biurem o zaostrzonym systemie bezpieczeństwa.

Więzienie położone jest na obrzeżach miasta na malowniczym pagórku z widokiem na las. Dzień był wczoraj wyjątkowo słoneczny i pierwsze co mi się rzuciło w oczy to setki metrów lśniącego oślepiająco w słońcu podwójnego płotu zakończonego zwojami drutu brzytwiastego. Po podwórzu przechadzali się w kółko gęsiego ubrani w granatowoszare mundury więźniowie – zupełnie jak w serialu „Prison Break.” Więzienie to przeznaczone jest dla ludzi o lżejszych przewinieniach, jak np. jazda samochodem po pijanemu, nieumyślne spowodowane śmierci, kradzież, czy sprzedaż narkotyków, w odróżnieniu od seryjnych morderstw i innych przestępstw ciężkiego gabarytu.

Spotkanie w jakim uczestniczyłam dotyczyło programu odwykowego dla więźniów, który nie tylko pomaga im pozbyć się nawyków używkowych, ale też szkoli ich w przystosowaniu do życia po wyjściu z więzienia. Uczą się jak szukać pracy, jak umiejętnie i zgodnie z prawdą powiedzieć potencjalnemu pracodawcy, że właśnie wyszli z pierdla, jak i gdzie załatwiać należne sprawy papierkowe, znaleźć kwaterunek i tym podobne. Program ma na celu pomoc w rozpoczęciu życia na własną rękę po to, żeby ludzie ci jak najszybciej mogli zacząć żyć na własny rachunek i po to, aby obniżyć przyszły recydywizm. Jak dotąd program wykazuje się niezwykłym sukcesem – jak się okazuje, jak pokażesz komuś jak żyć, podasz rękę i wskażesz drogę, mają oni szansę zacząć od nowa bez wpadania w zamknięte koło ciągłego popełniania nowych przestępstw celem przetrwania.

18:00, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »
piątek, 22 sierpnia 2008

Dzisiaj mija 9 lat odkąd przyleciałam do Stanów. Zastanawiająco szybko poczułam się tu jak w domu.

Pierwsze miesiące pełne były odkrywania i uczenia się rzeczy oczywistych dla tutejszych, a stresujących dla mnie. Ciągle się gubiłam jadąc samochodem. Nie wiedziałam, że są czterostronne znaki stopu, gdzie zatrzymują się wszyscy na skrzyżowaniu i w kolejności przejeżdżają: zatrzymałam się i stałam jak głupia, denerwując się, że wszyscy uderzają po klaksonach i na mnie machają. Używałam formalnych zwrotόw brytyjskiego angielskiego, które tutaj uważano za śmieszne. Przyzwyczaiłam się do innych kranόw i gniazdek, rozwodnionego piwa, kawy z ekspresu o podejrzanej konsystencji oraz kilogramów lodu w zimnych napojach. Nauczyłam się zostawiać wysoki napiwek w restauracjach oraz dodawać podatek do wszystkiego co kupowałam, bo nie był wliczony w cenę. Przyzwyczaiłam się, że wszystko tutaj jest w większej skali.

Wiele rzeczy dziwiło mnie i śmieszyło, budziło pogardę lub podziw, ale co ujęło mnie najbardziej to grzeczność. Gdzie nie poszłam, wszędzie ludzie byli mili, mόwili „przepraszam” gdy musieli przejść w sklepie tuż przed moim nosem, uśmiechali się i byli pomocni, czy to osobiście, czy też przez telefon. W parkach i na ulicy wszyscy mόwili sobie „cześć” nawet jeśli się nie znali. Na początku przyjęłam to ze sceptycyzmem, ale wkrόtce polubiłam ten sposόb bycia. Często zarzuca się Amerykanom, że w swoim entuzjastycznym zachowaniu są sztuczni i że jest ono udawane. Udawane czy nie, świat jest dużo przyjemniejszy kiedy ludzie są dla siebie mili. Natomiast amerykański zwyczaj obściskiwania się przy powitaniu i innych okazjach uważałam za kretyński i nienaturalny i sztywniałam jak kukła ilekroć ktoś mnie uściskiwał. Po latach nauczyłam się te uściski przyjmować, potem oddawać, aż w końcu stały się naturalną częścią mego życia.

Patrząc krytycznie na te 9 lat mam satysfakcję, że ich nie zmarnowałam. Osiągnęłam dokładnie to, co miałam nadzieję osiągnąć i dotarłam tam, gdzie planowałam. Żeby jeszcze te Stany nie były tak daleko od Polski...

czwartek, 21 sierpnia 2008
Na spotkanie służbowe. Nie mogę narzekać, pracę mam w porywach dość ciekawą, jak nie pogotowie psychiatryczne, to więzienie. Tam też potrzebują pomocy przy uzależnieniach i chorobach psychicznych. Nigdy w więzieniu nie byłam, więc niezmiernie ciekawa jestem jak ono wygląda.
17:30, anetacuse , Praca
Link Komentarze (9) »
środa, 20 sierpnia 2008

Historia ta wydarzyła się w zeszłym roku, kiedy kochanie moje futrzaste jeszcze głupim szczenięciem był i pożarł w całości gacie mego męża. W całości – bo nic z nich nie zostało – natomiast mieliśmy dowody, że jednak je trochę przeżuł przed połknięciem. Teraz, będąc młodocianym matołem o większym doświadczeniu życiowym, jak już dorwie czyjeś majtki, to zgrabnie wyżera samo krocze. Całe szczęście zapędy te są raczej sporadycznym przypadkiem, niż regułą.

O brakujących majtkach dowiedzieliśmy się dopiero jakiś dzień po fakcie, kiedy w kupie kudłacza ukazał się spory kawałek gumy z napisem Haynes. Przez kolejne spacery ukazywało się coraz więcej dowodów rzeczowych, aż któregoś pięknego poranka byliśmy świadkami eksmisji największej z dotychczasowych porcji. Kiedy kudłacz zaczął srać, z tyłka zaczął mu wychodzić niekończący się kawał materiału. Pies napinał się w skupieniu i kiedy już wydusił dobre 20 cm, sznur zamiast odpaść nadal wisiał mu przy tyłku. Wyraźnie zestresowany zaczął chodzić i podskakiwać gwałtownie zarzucając tyłkiem, jednocześnie wprawiając śmierdzący dzyndzel w ruch wahadłowy. Patrzyliśmy z mężem ze współczuciem kiedy nagle gówniany bicz o mało nie strzelił mego męża po nogawce. Mąż szybko się zreflektował i w porę odskoczył, a ja odsunęłam się profilaktycznie na bok. Najwyraźniej kudłacz wymagał interwencji. Trzeba go było przytrzymać i ostrożnie wyciągnąć przez torebkę resztki nieszczęsnych majtek. Operacja się powiodła: pacjent przeżył.

Kudłacz nadal ma zapędy do zjadania małych pończoszek do kostek. Zrezygnował jednakże ze skarpet i gaci, z drobnymi wyjątkami oczywiście.
wtorek, 19 sierpnia 2008

Od dłuższego czasu obserwuję pewien trend wśród blogowiczów na obczyźnie: żądza kiszonej kapusty. Żądza nie byle jaka, bo za kiszoną kapustą, która smakuje po polsku, a taką podobno trudno znaleźć. Problem ten mnie nie dotyczył, bowiem kapusta obchodziła mnie tyle, co zeszłoroczny śnieg. Tymczasem w tym roku chętki miewam jakieś dziwne, to na buraczki, to na śledzika, to na barszcz, to na czerwoną kapustę, bądź właśnie na kapustę kiszoną. Kupuję więc te produkty gdzie popadnie i się nimi zażeram trzęsąc uszami i obrzydzając życie mężowi, który robi się szary na twarzy od samego widoku, nie mówiąc już o zapachu. Unika więc patrzenia i czym prędzej wynosi swój delikatny nos jak najdalej od kuchni. Czasem, kiedy objem się śledzikiem, podążam za nim i pytam filuternie: „Kochanie, czy mogę Cię pocałować?”

Ale miało być o kapuście. Wydaje mi się, że znalazłam kapustę tę jedyną, która smakuje właśnie tak, jak powinna. Fakt, mogę się mylić, przez tyle lat poza krajem może się człowiekowi smak odkapuścić, niemniej jednak warta jest polecenia. Jest to kapusta firmy Silver Floss, Barrel Cured (kiszona w beczce), Bavarian Style (styl bawarski) i można ją kupić w słoikach bądź plastikowych torbach. Ponoć firma ta jest jedną z dwóch najlepszych marek kapuścianych w Stanach, o czym można poczytać tu.

Jak już spróbujecie, koniecznie podzielcie się swoimi kapuścianymi doświadczeniami.

15:41, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (5) »
 
1 , 2 , 3
statystyka