Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 20 lipca 2014

Wreszcie zabrałam się za umycie tych cholernych okien. Cholernych, bo uważam mycie okien za marnotrawstwo cennych godzin życia. Na dzięwięć lat mieszkania w swoim domu okna zdarzyło mi się myć dopiero drugi raz i to tylko na górze. Jedynym powodem, dla którego było zza nich jeszcze cokolwiek widać to to, że mieszkam w USA gdzie nie pali się węglem, tylko gazem naturalnym. Nie ma sadzy pokrywającej szyby, jest tylko zwykły kurz i pyłki. No i jest pleśń i mech przy uszczelkach, bo klimat paskudnie wilgotny. Ale to nie wszystko: są jeszcze wielkie larwy.

Suwane okna, gdzie dół podjeżdża do góry, albo góra zjeżdża do dołu, otwierają się również tak, że można je złożyć zewnętrzną szybą do środka do umycia. Otwieram i odchylam więc najpierw dolną, potem górną część, unoszę osłonę z siatką i nagle do środka sypie mi się siano. Takie drobne sianko przypominające ptasie gniazdo. Patrzę, a w szynie siatkowej osłony zakolegowało mi się rzędem stado wielkich larw. Dobrze im tam widać, bezpiecznie. Ponieważ po odczepieniu ich patykiem wydawały dość obrzydliwą woń, najlepszą metodą wydało mi się je wyodkurzać, więc tak zrobiłam. (W najbliższym czasie NIE planuję opróżniać kanistra odkurzacza.) Larwy były we wszystkich oknach, niektóre kokony były puste i suche, ale większość wydała się zamieszkana.

Zastanawiam się teraz, czy akt eksmisji był słuszny. W końcu po pierwsze, one mieszkały na zewnątrz mojego domu, a nie wewnątrz, więc w sumie co mi do tego. Po drugie, skoro miejsce już było zamieszkałe, nikt nowy by się (chyba?) nie wprowadził. A tak, jeśli znowu będę kiedyś myła okna (no dobrze, przyznaję się, że obiecałam sobie robić to teraz raz do roku), pewnie znowu będę odkurzać siano.

Wie ktoś może, czym są moi byli lokatorzy?

 

środa, 16 lipca 2014

Firma wysłała mnie na szkolenie. Przez internet. 4 dni od 9-tej do 17-tej. Czasu kalifornijskiego, czyli od 12-tej do 20-tej czasu nowojorskiego. W praktyce wygląda to tak, że od 8-mej do 12-tej pracuję, a potem się szkolę. W zasadzie to dobrze, bo roboty za ciebie nikt nie zrobi i ma się cały ranek na ogarnięcie tego i owego. Ponieważ od poniedziałku do czwartku mam dwunastogodzinnie dni pracy, postanowiłam pracować z domu, żeby do tego wszystkiego nie dokładać sobie jeszcze godziny dojazdów.

Wszystko sprawdza się dobrze, poza tym, że siedzenie na tyłku przez tyle godzin jest bardzo męczące. Zajęcia przez internet sprawdzają się dużo lepiej, niż się spodziewałam, zwłaszcza, że grupa jest mała i wkładają nam do głowy nie tylko teorię, ale również praktykę: w wirtualnym laboratorium każdy dostaje swój własny komputer z oprogramowaniem i loginem i każdy robi indywidualne ćwiczenia. Do tego instruktor nas do tego stopnia angażuje, że człowiek ani nie pośpi, ani nie poczyta, bo w każdej chwili może być wyrwany do odpowiedzi. Uczestnicy są rozsiani po całych Stanach, każdy w innej strefie czasowej. Jest naprawdę fajnie.

W sensie fizycznym, jestem dosłownie przykuta do krzesła. Do południa jestem uwiązana mniej, bo tylko telefonicznie i mailowo, ale od kompa mogę odejść kiedy mam ochotę. Od południa przed kompem ze słuchawkami i mikrofonem, czyli na kablach. Dobrze, że mamy w miarę częste przerwy, a po pracy mąż donosi mi obiad pod sam nos. Za to nie muszę nigdzie jechać, śpię we własnym łóżku, jem własne posiłki, a wieczory spędzam z rodziną. Fajne mamy czasy.

18:46, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
środa, 09 lipca 2014

Mieszkamy (-liśmy?) we w miarę stabilnym klimacie, tymczasem wczoraj tornado zabiło 4 osoby o rzut kamieniem od mojej pracy. Rzucało domami, samochodami. Nigdzie już chyba nie jest bezpiecznie. Więcej informacji tu.

Jako ciekawostkę dodam, że National Weather Service, czyli krajowy serwis pogodowy, wysyła ostatnio ostrzeżenia na komórkę przed anomaliami pogodowymi w rejonie, w którym dana komórka się znajduje. Możecie sobie wyobrazić moje zdumienie, kiedy wczoraj w porze obiadu telefon zaburczał nieznanym mi dźwiękiem i zostałam poinformowana, że do mego regionu nadciąga tornado i mam szukać schronienia. Powiadomienia przyszły tylko na smarfona, a na głupie telefony już nie, chociaż powinny dojść do wszystkich.

poniedziałek, 07 lipca 2014

W miniony weekend Stany Zjednoczone obchodziły 238. urodziny. 4 lipca - Dzień Niepodległości - zawsze obchodzony jest bardzo hucznie, a w tym roku tym bardziej, bo wypadł w piątek, co oznaczało długi weekend. Obchody to wyjazdy, fajerwerki, pikniki, zgromadzenia rodzin i przyjaciół, świeże powietrze, dużo alkoholu i wypadki typu utrata rąk lub palców.

My spędziliśmy weekend w górach Adirondack biwakując. Poszliśmy pod prąd i zamiast jechać do miasteczka na oglądanie fajerwerków, oglądaliśmy zachód słońca. Pole biwakowe, napakowane do ostatniego poletka, było tamtego wieczoru kompletnie opustoszałe, bo wszyscy wybrali się na pokaz fajerwerków. Późnym wieczorem zrobiło się głośno, bo ludziska wrócili i świętowali do późnej nocy, za to ranek był wyjątkowo długo cichy jak makiem zasiał, bo każdy z kolei odsypiał. Dziś naród snuje się niemrawo i odpoczywa w pracy.

wtorek, 01 lipca 2014

Zachęcona wpisem Ajki - Minimalistki z Prostego Blogu, sięgnęłam po książkę polskiego stylisty Tomasza Jacykowa O elegancji i obciachu Polek i Polaków. Od stóp do głów. Książka wciągnęła mnie natychmiast - zaskakuje, uczy, obraża, rozśmiesza - po prostu powala. Ta bardzo niepoprawna politycznie książka o modzie zawiera przydatne porady dla obu płci i wyśmiewa niedopasowane style noszone przez panie i panów. Na pewno zrobi autorowi wielu wrogów, ale też zyska mu przyjaciół. Sporo się z niej można dowiedzieć, a przy tym ostro pośmiać.

"(...) W ogóle lata pięćdziesiąte uważam za najkorzystniejszy okres dla urody kobiecej. Co prawda była to uroda bardzo nienaturalna, ale za to każda pani była piękna. Ponieważ obowiązywał pewien kanon, którego trzeba się było trzymać. I wszystko jedno, czy kobieta miała burzę włosów na głowie, czy trzy włosy w siedem rzędów, wzięła to na piwo nakręciła na wałki, natapirowała widelcem, zlała cukrem a potem i przez tydzień tak chodziła. Czy miała oczy niczym jeziora Wiktorii, czy miała dwie szparki jak dwa węgielki, to sobie dżdżownicę walnęła nad okiem, rzęsisko przyczepiła i miała wielkie oko. Czy miała wiszące ogrody Semiramidy, czy jajka sadzone na boczku, to założyła sztywny stanik niczym półkę i miała biust. Czy miała talię, czy też talii nie miała, to ta talia się przez taki biust sama robiła. (...)"

Dusimy się we własnym sosie. Dobrze, że pracuję, bo w biurze klima, ale szkoda mi psa - on upały bardzo źle znosi.

statystyka