Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 31 lipca 2013

Pod wpływem dyskusji u Wielbłądów, postanowiłam napisać notkę o swoim motywatorze: Fitbit Flex.

Fitbit Flex to maleńki (3x1cm) wodooporny gadżet noszony w lekkiej gumowej bransoletce i rejestrujący ilość przemierzanych dziennie kroków, dystans w milach oraz długość i jakość snu.

 Fot. web

 Fot. web

Fitbit różni się od krokomierza sprężynowego tym, że rejestruje inne formy ruchu niż tylko chód, np. jazdę rowerem, pływanie czy kajakowanie, choć w tych przypadkach nie jest w stanie prawidłowo ocenić przemierzonego dystansu. Fitbit kontroluje się za pomocą strony internetowej, gdzie można ustawić sobie dzienne cele (np. 10000 kroków, 30 minut intensywnej aktywności, ilość spalonych kalorii lub dystans). Fitbit synchronizuje się zdalnie z komputerem przy pomocy małego wtyku USB kiedy jest się pobliżu. Można go też synchronizować ze smartfonem za pomocą technologii Bluetooth. Na stronie internetowej wpisuje się swoją wagę, wzrost, płeć i wiek i na tej podstawie szacowana jest ilość spalanych kalorii. Strona internetowa ma też osobistą deskę rozdzielczą, która pokazuje status wszystkich pomiarów w odpowiednich kolorach na dany dzień.

Sam Fitbit ma niezwykle prosty interfejs: 5 światełek LED wielkości łepka od szpilki. Jedno światełko symbolizuje 20% osiągnietego dziennego celu, więc jeśli np. mamy ustawiony dzienny cel na 10000 kroków i chcemy zobaczyć, jak nam idzie, wystarczy postukać palcem w bransoletkę, a zapali nam się tyle światełek, ile procent osiągnęliśmy. Np. jeśli po postukaniu zapalą się dwie lampki a trzecia miga, to znaczy że 40% dziennych kroków już jest zaliczone, a kolejne 20% jest w trakcie. Kiedy natomiast cel osiągniemy, Fitbit zaczyna wibrować i błyskać światełkami jak szalony – wtedy wiadomo, że dzienny cel został osiągnięty.

Jeśli chcemy rejestrować sen, wystarczy postukać w Fitbit tyle razy, aż zacznie wibrować i światełka zmienią konfigurację. Wtedy cacko będzie liczyło ile minut zajęło nam zasnąć, ile razy się budzimy, oraz jak często przewracamy się z boku na bok, po czym poda nam wydajność snu w procentach. Po obudzeniu należy tryb nocny wyłączyć tym samym sposobem. Uwaga: Fitbit chyba nie nadaje się dla osób pracujących na budowie, gdyż wbijanie gwoździ non-stop aktywuje i de-aktywuje tryb snu.

Fitbit ma także funkcję budzenia, również ustawianą ze strony internetowej. Budzi wibrowaniem i nawet ma snooze, jeśli się funkcji używa razem z funkcją spania i po wibrowaniu alarmu nie wyłączy się trybu snu. Gadżet zakłada, że zaspaliśmy i będzie wibrował ponownie.

Fitbit zaleca się nosić na niedominującej ręce, choć jeśli się go nosi na dominującej, to można to sobie zaznaczyć w ustawieniach. Domyślam się, że wtedy obliczenia dokonywane są trochę inaczej biorąc pod uwagę nadaktywność dominującej dłoni.

Wykresy snu i aktywności fizycznej można monitorować na stronie na wszelkich grafach. Fitbit raz w tygodniu wysyła e-mail z raportem za minione 7 dni. Jeśli osiągnie się coś większego, dostaje się odznaki, np. odznaka za przejście 15 tys kroków dziennie. Fitbitować można się samemu lub z przyjaciółmi, którzy mają Fitbita. Na stronie można też prowadzić dziennik dotyczący wagi czy spożytych posiłków z przeliczeniem na kalorie, ale sama tej funkcji nie używam.

Fitbit trzeba ładować raz na 5 dni za pomocą malutkiego kabla USB z korytkiem na końcu, w które wciska się Fitbit po wyjęciu z bransoletki.

Fitbit faktycznie motywuje, bo człowiek sprawdza lampki i czeka jak pies Pawłowa na zwycięskie wibracje, które zwykle zaskakują w najmniej oczekiwanym momencie.

Cena: $99.95
(ponoć w Polsce dużo drożej)

Zalety:

  • Lekki
  • Wodooporny
  • Długo trzyma ładowanie
  • Prosty w obsłudze

Wady:

  • Bezużyteczny bez komputera i internetu (lub smartfona)
  • Nasze dane osobowe trzymane są w chmurze – kwestia prywatności
  • Kolejny gadżet do pilnowania, ładowania i pamiętania gdzie są kable
  • Fitbit w bransoletce zaparowuje od wody i potu i trzeba go wyjmować i suszyć, podobnie
    jak wnętrze bransoletki (tzn. tylko jeśli nam to przeszkadza)
wtorek, 30 lipca 2013

Moja ulubiona część tygodniowego pobytu w Nowym Jorku – prawie półtoramilowy spacer do pracy (tak, po raz pierwszy w swoim amerykańskim życiu mam możliwość chodzić do pracy pieszo!) – okazała się deczko uciążliwa latem. Miałam ogromne szczęście, że przyjechałam tu już po nieludzkiej wręcz fali upałów, bo teraz nie jest już gorąco, a jedynie ciepławo z miluśną bryzą. Mimo wszystko mój długi spacer w rynsztunku służbowym (czyt. ubrana do biura z ogromnym i ciężkim plecakiem zawierającym przemysłowej skali laptop i inne oporządzenie konieczne zarówno do pracy jak i do przetrwania w trudnych miejskich warunkach) okazuje się operacją męczącą i potliwą. Rano jeszcze jest pół biedy, ale wieczorem trochę gorzej. Wczoraj na przykład, kiedy się wreszcie dotelepałam do schłodzonego pokoju hotelowego, zupełnie jak nie ja zaległam horyzontalnie na wielkim łożu, gdzie znieruchomiałam na czas nieokreślony pasywnie wydając nieznośną woń. Kiedy w końcu głód mnie skłonił do powstania – trzeba przecież udać się na jakieś łowy obiadowe – swoje życie w pionie zaczęłam od prysznica.

Hotel opuściłam z pewną nieśmiałością, sceptycznie zstępując rozsuwanymi drzwiami z lobby na dziedziniec niczym wampir z krypty. Świeżo wykąpana i przebrana, podążyłam ulicami ostrożnie i wolno jak geko na łowach, stąpając płynnie i powoli z jednego placka cienia w drugi. Tylko się nie spocić, tylko się nie spocić... Czułam jakbym żyła w zwolnionym kadrze filmu. Z natury chodzę jak tornado, szybko i dynamicznie, często niechcący strasząc niczego nie podejrzewających przechodniów i współpracowniów wyłaniających się normalnym krokiem zza węgła. Takie ostrożne stąpanie było niczym gra, której celem było np. nieobudzenie śpiącego potwora. Niestety! Nie potrafię się oprzeć sygnalizacji świetlnej, która pokazuje, że zostało tylko 16 sekund aby przejść przez ulicę teraz. A więc robię zryw, w locie przemieszczam się przez pasy, po to tylko by po drugiej stronie znowu wpaść w tryb na melasę. W końcu dotarłam do celu podróży: ciemnej jaskini, gdzie podano mi obiad. Zanim wyjdę, będzie już chłodno.

15:14, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (7) »

Czternastopiętrowy hotel na Brooklynie ma na dachu taras widokowy. Na lewo jest widok na most Verrazano prowadzący do Staten Island, na prawo na Brooklyn, a na wprost po prawej na czubek Manhattanu. Siadam i kontempluję kontury drapaczy chmur na tle krwawego nieba. Mój wzrok przesuwa się na lewo od migających światłami budynków i niespodziewanie odnajduje ciemny, odległy horyzont lasów po drugiej stronie rzeki, gdzieś w New Jersey. I tam zostaje. Tylko tam chcę patrzeć. Czuję się jakbym dopiero teraz mogła oddychać. 

Tyle tutaj spędzam czasu, a nadal nie nauczyłam się lubić tego miasta.

niedziela, 28 lipca 2013

W mojej kuchni nastała epoka kamienia: sprawiłam sobie moździerz z granitu. Pomysł powstał z potrzeb wynikłych podczas moich kuchennych improwizacji: jak lepiej miażdżyć, kruszyć i tłuc składniki na poczekaniu niż w moździeżu nie mając przy tym fury zmywania? Od ponad pół roku codziennie mielę kawę ręcznym młynkiem na korbę, co sprawia mi ogromną przyjemność, pomyślałam więc, że mogę rozszerzyć zakres swoich atawistycznych przyjemności również do tłuczenia kamieni(ami).

Moździesz sprawdza się rewelacyjnie do miażdżenia świeżych ziół jak mięta czy bazylia, uwalniając tym samym ich aromatyczne soki. Można w nim robić pesto, sosy do sałatek, tłuc czy kruszyć orzechy, miażdzyć czosnek czy rozkruszać na proch lekarstwa. Łatwo się go myje, a urządzenie samo w sobie jest również nietuzinkową kuchenną dekoracją. 

Fot. Amazon.com

Rytmiczny dźwięk tłuczenia kamienia o kamień wprawia moją papugę w ekstatyczny taniec: wyciąga rytmicznie szyję i staje na paluszkach (o ile jesteście to sobie w stanie wyobrazić) jednocześnie napuszając się i rozpościerając ogon i zmniejszając średnicę źrenic z pełnych czarnych do maciupkich, wielkości główki szpilki, po czym powraca do pozycji wyjściowej i zaczyna od początku.

W USA ikonka moździerza (ang. mortar and pestle, w aptekarstwie apothecary grinder) jest symbolem recepty.

 

Fot. http://en.wikipedia.org/wiki/Mortar_and_pestle

03:31, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (6) »
wtorek, 23 lipca 2013

Cooper ma pszczółkę. Dostał ją od swojej opiekunki wakacyjnej. Na punkcie pszczółki oszalał. Potrafi z nią wysiadywać godzinami: to ją delikatnie skubie, to ociera ją sobie o dziób, to drapie się nią za uchem, albo zakłada ją sobie za głowę i pociera nią piórka, albo po prostu trzyma ją w łapie w trakcie przeczesywania sobie piórek. Potrafi zejść na sam dół klatki tylko po pszczółkę, która mu upadła. 

Gdzie ja znajdę drugą taką pszczółkę jak tej zabraknie? Gdzie sprzedają takie mikropluszaki?

P.S. Przepraszam za kiepską jakość zdjęć, ale nijak nie byłam w stanie skłonić aparatu do ustawienia poprawnie ostrości. Obiecuję Wam jednak, że kiedy para osławionych fotografów odwiedzi mnie tego lata, ładnie ich poproszę o przeprowadznie profesjonalnej sesji zdjęciowej z pszczółką oraz o zgodę opublikowania papuzio-pszczółkowych zdjęć.

poniedziałek, 22 lipca 2013

Zanim przyjechałam do Stanów miałam zupełnie inne hobby: kolarstwo górskie. Fakt, po górach jako takich nie jeździłam, ale śmigałam po górzystych, błotnistych i trudnych terenach, po lasach, polach i przez strumyki wąziutkimi mostkami z pojedyńczych desek. Z niewydolnego ciecia bojącego się własnego cienia mój ówczesny chłopak, brat i koledzy brata wyciosali całkiem niczego sobie rowerówę. W pewnym momencie byłam naprawdę dobra. Rower był przedłużeniem mojego ówczesnego życia, znikałam na długie godziny w weekendy i wieczorami, a raz nawet pojechaliśmy rowerami z Suwałk do Elbląga w dwa dni, a wróciliśmy w trzy śpiąc pod namiotami w trasie.

W lipcu 1999, trochę ponad miesiąc przed moim wylotem do Stanów, miałam wypadek. Oczywiście wtedy nikt nie nosił kasków. Zjeżdżałam bardzo szybko ze stromej kamienistej góry, kiedy u jej stóp natrafiłam na grząskie poletko miałkiego piachu i rower natychmiast utracił prędkość. Uderzenie było tak ogromne, że w ogóle do mnie nie dotarło co się stało: zgrabałam się jakoś do pozycji półsiedzącej lustrując z niedowierzaniem swój rozkawałkowany rower i patrząc jak krew z głowy leje mi się strumieniami na uda i wsiąka w gorący piasek. W tym czasie dojechało do mnie dwóch moich przyjaciół i kiedy odciągnęli mnie na bok drogi - po raz pierwszy w życiu zemdlałam.

Miałam więcej szczęścia niż rozumu. Wprawdzie brzydko rozcięłam sobie łuk brwiowy, który mi zszyto na pogotowiu, miałam zdartą skórę z połowy twarzy od środka czoła do dolnej połowy lewego policzka, byłam poobijana i posiniaczona na całym ciele tak, że ledwo mogłam chodzić i bardzo kulałam, jednak niczego nie złamałam i nie miałam poważnych ani długotrwałych obrażeń. Dostałam skierowanie do szpitala na obserwację, ale je zignorowałam, po czym wróciłam na swój wakacyjny kemping. Pierwsza noc była koszmarem, bo z bólu nie mogłam spać, nie mówiąc już o przewróceniu się na drugi bok. Wciąż miałam piasek w uszach i we włosach, ale nie mogłam się schylić, żeby je umyć. Każdy ruch bolał, a mimo wszystko chodziłam pływać (nie mocząc głowy) i co wieczór pokonywałam pieszo 2 km do baru na piwo. Kuśtykając drogą w szortach eksponujących mój 30-to centymetrowy czarny siniak na lewym udzie - noszenie długich spodni za bardzo bolało, z połówką twarzy przypominającą krwawy stek wyglądałam jak Terminator po finałowej bitwie. Byłam lokalną atrakcją, gdyż wszyscy wszędzie się na mnie gapili. Rekonwalescencja na świeżym powietrzu nad wyraz mi posłużyła, bo wykurowałam się szybko i bez blizn na twarzy, z wyjątkiem oczywiście tej po szyciu. Na czas wylotu do Stanów byłam jak nowa.

To był koniec jazdy rowerem, gdyż w Stanach roweru nie posiadałam. Dopiero w 2001 sprawiłam sobie rower górski, ale nie bardzo miałam okazji do jazdy i używałam go tylko od czasu do czasu, bardziej jako środek trasportu i sporadyczne narzędzie rekreacyjne, niż hobby.

Ostatnio mój szwagier sprawił sobie nowy rower i bardzo namawiał mnie i męża żebyśmy z nim pojechali w teren. Długo czekaliśmy na odpowiednią porę, aż w końcu dzień ów przyszedł wczoraj. Zapakowaliśmy rowery na bagażnik i kiedy prowadziłam auto co raz zerkając na swój rower we wstecznym lusterku, czułam, że oto nadchodzi przełom i zacznie się nowa era: będę znowu jeździć! Aż wyłaziłam ze skóry z podekscytowania nie mogąc się doczekać szlaku. Szwagier zapewniał, że to będzie łatwa, olesiona trasa.

Dojechaliśmy na miejsce i wyruszyliśmy leśną drogą. Czułam wiatr w uszach i adrenalinę we krwi. Byliśmy dobrze rozpędzeni kiedy ścieżka zaczęła prowadzić stromo w dół. Jechałam coraz szybciej z wielkim uśmiechem od ucha do ucha, kiedy nagle coś zaczęło się ze mną dziać: poczułam nieopisany, większy niż słońce strach. Zaczęłam powoli wyhamowywać, ale to nie było proste. Rower był rozpędzony, trasa kamienista, a ja jechałam najlepiej jak umiałam czując, że się rozklejam z każdą milisekundą. Zaczęłam oddychać jak parowóz, poczułam panikę i kiedy w końcu prawie już zjechałam z tej góry na dole był miałki piach... Zrobiło mi się słabo, ale nie było czasu. Placek piachu był mały i go przejechałam, ale gdy zatrzymałam rower i z niego zsiadłam dopiero poczułam, że trzęsę się konwulsyjnie na całym ciele, oddycham jakby mnie goniło stado bizonów, łydki i kolana mam jak z waty, a do tego się jąkam.

Już raz udało mi się pokonać strach w kajakarstwie, zamierzałam zrobić to samo z rowerem. Pierwszy raz miał być łatwy, miałam stopniowo się uczyć od nowa. Wyszło inaczej. Po uspokojeniu się na ile się dało pojechaliśmy dalej, ale wypad podszyty był strachem i sporą część trasy przeszłam pieszo. Byłam zła jak osa: na swój strach, na swoją niekompetecję i mazgajowatość, ale wypad był udany mimo wszystko. Zrobiliśmy ponad 5 mil na wąskich leśnych ścieżkach podszytych korzeniami i kamieniami, po trawie, żwirowymi drogami. Zziajaliśmy się i spociliśmy do momentu wykończenia i ekstazy jak szczeniaki.

Nie mogę się doczekać następnego razu, w końcu teraz mam fajny i porządnie mocowany kask.

niedziela, 21 lipca 2013

Polacy w USA pracują na czarno. Polacy są nierozgarnięci, krąży o nich wiele dowcipów. Polacy wykorzystują innych Polaków zatrudniając ich do pracy na czarno, płacąc im marne grosze pod stołem, bez ubezpieczenia i świadczeń i traktując jak psa. Polacy nadużywają alkoholu, lubią się obnosić przed bliźnimi, są zawistni i tylko im pieniądze w głowie. 

Otarłam się o taki stereotyp Polaków w Stanach, ale tylko z drugiej ręki. Słyszałam o podobnych sytuacjach, które przytrafiły się komuś, kogo znam, lub znajomym moich znajomych. Odnoszę wrażenie, że opis z pierwszego paragrafu jest prawdą, ale reprezentuje tylko mały procent rodaków i częściej występuje w większych skupiskach ludzkich jak np. w Nowym Jorku czy Chicago, gdzie jak w każdym wielkim mieście znajdzie się pełno cwaniaczków i szui niezależnie od narodowości.

Przez 14 lat mieszkania w Stanach niezmiennie spotykam się z bardzo pozytywnym odbiorem Polaków i na każdym kroku widzę silne wpływy polskie na tutejszą kulturę. USA to tzw. "melting pot", czyli mieszanka wielokulturowa, a kultura polska zostawiła niemałe dziedzictwo. 

Kiedy tylko tu przyjechałam i ktoś z tubylców dowiadywał się, że jestem z Polski, znaczna ich część natychmiast mnie informowała z dumą, że oni też są Polish. Oczywiście natychmiast ich pytałam, czy mówią po polsku, na co się okazywało, że nie tylko nie mówią po polsku, ale nigdy w Polsce nie byli, za to ich babcia ze strony mamy była Polką. Na początku czułam z tego powodu głęboką irytację, bo jak można mówić komuś, że się jest Polish, kiedy się nie jest. Trochę mi zajęło zrozumieć, że ludzie tutaj są dumni ze swoich korzeni i zawsze cię poinformują, że są Irish, Polish, English czy Hungarian. W odbiorze takich stwierdzeń miały znaczenie różnice językowe, bo w Polsce ktoś z babcią Irlandką nie powiedziałby, że jest Irlandczykiem, ale że jest irlandzkiego pochodzenia. Tutaj powiedzieć I'm Irish może znaczyć zarówno obywatelstwo jak i pochodzenie. Tak czy inaczej, moje pochodzenie zawsze przyczyniało się do pozytywnej reakcji moich rozmówców, popartej albo przyznaniem się do własnych korzeni, albo do znajmości kogoś Polish (interpretację zostawiam Wam), albo też do wyznania miłości w kierunku pierogies, golupki, czy kielbasy (nieodmieniane).

Kiedy po raz pierwszy poznałam swoich teściów, on niemieckiego, a ona włoskiego pochodzenia, pierwsze słowa jakie wypowiedział do mnie starszy pan było Daj mi buzi. Możecie sobie wyobrazić moją minę! Potem pochwalił się znajomością swinia i idz do domu mama w dupe bije i paroma innymi zwrotami. Teść wychował się w Utica i jego rodzina była jedyną niepolską rodziną w sąsiedztwie - wychował się wśród Polaków i jego natychmiastowa sympatia do mnie miała podłoże w jego wysokiej opinii o Polakach. Do dziś wspomina ze łzami w oczach, że jako młodzik w czasie wielkiej depresji pracował dla polskich farmerów, gdzie mógł mieć to, czego brakło innym: jedzenie. On płacze, kiedy mówi co na tej farmie jadł kiedy inni głodowali. Ponoć nawet miał się ożenić z jedną z ich córek. Z historii teścia jak i wielu innych zebranych przeze mnie na przełomie lat, Polaków charakteryzuje przede wszystkim jedno słowo: dobroć. Kindness. Potem to, że są pracowici. 

Polskie wpływy widać wszędzie. Na północ od Syracuse jest miejscowość Pulaski, w górach Adirondacks miejscowość Poland, w Nowym Jorku most Kosciuszko (i pewnością setki innych nazw ulic i miejsc). W najzwyklejszym sklepie spożywczym można kupić mrożone pierogies, pakowane chrusciki, produkowaną przez miejscowe firmy kielbasa polska, w monopolowym wódki Sobieski, Chopin i Luksusowa. W Chicago i Nowym Jorku odbywają się coroczne parady polskie, w Syracuse od 60-ciu lat odbywa się doroczny polski festiwal. Ludzie kupują koszulki z napisem I'm Polish, piją polskie piwo, kupują pączki i celebrują. Dla mnie to była farsa, granie poleczek i muzyki, której nikt w Polsce nie słucha, kupowanie szalików Lecha i figurek Matki Boskiej, ale prawda jest taka, że Amerykanie polskiego pochodzenia są dumni ze swoich korzeni i je świętują najlepiej jak umieją. 

Wpływy polskie widać też w literaturze. Żałuję, że nie zanotowałam ile razy w książkach anglojęzycznych napotykałam nawiązania do Polski i Polaków. Jedna z nowszych pozycji jaka mi zapadła w pamięć to Woda dla słoni kanadyjskiej autorki Sary Gruen. Akcja dzieje się w moim rejonie - centralnym Nowym Jorku w Ithaca, gdzie mieści się Cornell University i w Utica, gdzie wychował się mój teść. Główny bohater ma polskich rodziców i wśród zawiłych zwrotów akcji odkrywa, że słoń w którego posiadanie wszedł, reaguje na komendy... po polsku. Niezależnie od polskich wpływów, książka jest naprawdę warta przeczytania, więc jeśli jeszcze jej nie czytaliście - gorąco polecam.

Poza skupiskami Polonii w Nowym Jorku i Chicago, są mniejsze skupiska w innych miastach. W Syracuse są dwie polskie dzielnice. Jedna jest skongregowana woków Bazyliki Najświętszego Serca Pana Jezusa - Basilica of the Sacred Heart of Jesus - w zachodniej części miasta, tam też znajduje się Dom Polski - Syracuse Polish Home. Druga obejmuje dzielnicę Eastwood w centralnej części miasta przy kościele Transfiguracji - Transfiguration Church. Obie dzielnice są dość podupadłe i cierpią na brak napływu nowej krwi, podobnież z parafiami - moja znajoma Annie, 90-cio letnia kobieta mówiąca dość czystym polskim pomimo tutejszego urodzenia mówi, że coraz mniej młodych ludzi chodzi do kościoła. Myślę, że te dzielnice, pomimo postępującej erozji, zachowają swój polski charakter w takim czy innym stopniu.

Niezależnie od skupisk Polonii, Polaków można spotkać dosłownie wszędzie. Większość liczących się amerykańskich uniwersytetów ma polskich profesorów i naukowców - polskich z Polski jak i tych polskiego pochodzenia. Polacy bezpośrednio zasilają świat nauki i wiele innych dziedzin.

Polskość jest wszczepiona, w różnych stopniach, w świadomość Amerykanów, miesza się w codzienność, historię, kuchnię, kulturę i geografię. Jak na niewielki kraj porównywalny wielkością do stanu Texas, Polacy mają niezwykłą siłę przebicia. Nawet jeśli ostatnia osoba opuszczająca Polskę zgasi światło, polskość płynie obecnie w żyłach całego świata, a już na pewno Stanów Zjednoczonych.

***

Niekulturalne komentarze oraz komentarze nie wnoszące bezpośrednio do dyskusji będą kasowane.

sobota, 20 lipca 2013

Od dłuższego czasu mamy upał, który osiągnął nasilenie w minionym tygodniu. Jesteśmy uważani za nienormalnych, bo nie tylko nie posiadamy centralnej klimatyzacji, ale w tym roku nie czuliśmy potrzeby instalowania przenośniego klimatyzatora w oknie. Fakt ten ma sporo wspólnego m. in. z a) kocią wręcz ciepłolubnością mojego męża, b) moją aklimatyzacją do tutejszych upałów, których w minionych latach wręcz nie znosiłam i miewałam mordercze tendencje gdy było mi za gorąco, c) renowacjami naszego domu wiążącymi się z instalacją wdmuchiwanej w ściany mineralnej izolacji oraz nowego sidingu instalowanego na papier Tyvek i podkładkę styropianową. Tak więc pomimo morderczych upałów, dom trzymał się w miarę dobrze i na gorące noce wystarczał wiatrak, który świetnie chłodził sypialnię. Gdybym miała siedzieć w domu w ciągu dnia, na pewno bym nie wytrzymała, ale że oboje pracujemy w schładzanych biurach, spędzanie wieczorów i nocy w nieklimatyzowanym domu było znośnie.

Pod koniec tego tygodnia sprawy jednak zaczęły wymykać się spod kontroli pod kątem temperatur i nasza tolerancja się nieco uszczerbiła. W piątek po pracy wróciliśmy do domu tak dusznego, że prawie nie było czym oddychać. Biedny pies ledwo zipał. Na górze było dobrze ponad 90 stopni F (ponad 30 C), a na dole "tylko" 85. Postanowiliśmy zainstalować klimatyzator w dolnej łazience, żeby pies miał choć jedno miejsce na parterze gdzie mógłby się ochłodzić. Pozostałe pomieszczenia parteru nie mają okien przystosowanych do klimatyzatora.

Po instalacji klimy pojechaliśmy do Oswego, miejscowości nad jeziorem Ontario 45 mil od Syracuse, odwiedzić teścia i zabrać go na obiad. Po obiedzie w dość niestety ciepławej restauracji, odwieźliśmy teścia do domu. W telewizji przerwano nadawanie programu aby podać meteorologiczny stan alarmowy. Faktycznie wiatr się nasilił i kiedy wyjrzeliśmy przez okno, trudno było uwierzyć w jego gwałtowność i siłę. Postanowiliśmy dokonać natychmiastowej ewakuacji i udać się do domu.

Jazda była surrealistyczna. Wszystko luźne latało w powietrzu, głównie liście i urwane gałęzie, ale też pył i śmieci. Droga była usłana kawałkami drzew i co jakiś czas coś uderzało w samochód. Było dosyć strasznie. Byliśmy pod ogromną czarną chmurą, której koniec było widać dalej na południe gdzie akurat jechaliśmy, jednak nie udało nam się uciec przed burzą. Wichura i wiatr towarzyszyły nam aż do domu, wspomagane błyskawicami. Kilka mil od domu zaczęło błyskać na horyzoncie miasta jasnym mlecznobiałym światłem. Było nienaturalne, zupełnie jak ogromny stroboskop, tylko na naprawdę ogromną skalę. Nie wiedzieliśmy i nadal nie wiemy, czy to były błyskawice czy spięcia w jakimś transformatorze. 

Kiedy dojechaliśmy do domu od razu stało się oczywiste, że nie ma prądu. Wszędzie na osiedlu ciemno, a w domu gorąco. Nie było wyjścia tylko uspokoić zwierzęta i iść spać. Na górze było piekło. Otwarte okna nie zapewniły nawet najmniejszej bryzy. Zasnęłam natychmiast i nawet pospałam jakoś tak do 1-szej, kiedy obudziłam się zlana potem i wiedziałam, że dalszego spania nie będzie. Prądu nadal nie było. Metodą Stardust, namoczyłam sobie bawełnianą koszulkę w zimnej wodzie i zakryłam się nią. Wprawdzie tymczasowo zrobiło mi się nieco lepiej, niestety bez najmniejszych ruchów powietrza rozwiązanie było krótkotrwałe. W końcu oboje z mężem wstaliśmy i przenieśliśmy się na parter, gdzie było chłodniej. Otworzyliśmy przednie i tylne drzwi tworząc chłodny przewiew. On siedział z psem na tarasie, ja kończyłam niewielkie opakowanie topniejących w zamrażalniku lodów. W końcu mąż zniósł na dół dwie dmuchane pianki kempingowe, prześcieradło i dwie poduszki i umościliśmy się na podłodze w siłowni na macie do ćwiczeń. Poszliśmy spać na podłodze z miłą chłodną bryzą, bo siłownia ma dwa okna po innych stronach domu niż sypialnie na górze. Psu się bardzo podobało. Nareszcie zasnęłam. O 3-ciej obudziło nas mruganie zegara przy kuchence w kuchni - jest prąd! Przeprowadziliśmy się spać z powrotem do sypialni i to był koniec nocnych przygód.

Przyszedł chłodny front, z czego się bardzo cieszę.

P.S. Jeśli się Wam wydaje, że ostatnio często piszę o braku prądu, to macie rację. Mieszkam w swoim domu 8 lat i przez pierwsze 7 utrata prądu była zjawiskiem bardzo sporadycznym i krótkim, tymczasem ostatnio tracimy go coraz częściej i dłużej. Plaga jakaś?

http://syracuse.blox.pl/2012/11/Wieczor-bez-pradu.html

http://syracuse.blox.pl/2013/05/Sztorm-ladowy-nr-2.html

19:27, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (6) »
czwartek, 18 lipca 2013

Narzędzia:

  1. Kindle Keyboard (ma syntezator mowy).
  2. Wgrany na Kindle słownik angielsko-polski.
  3. Odpowiednio dobrane pod kątem stopnia trudności książki anglojęzyczne dla średniozaawansowanych.
  4. Służąca osobistą pomocą anglistka.

Królik doświadczalny:

Tatacuse o średniozaawansowanym poziomie znajomości angielskiego wyposażony w w/w narzędzia.

Metoda:

Systematycznie czytać anglojęzyczną literaturę wspomagając się słownikiem, ucząc się zarazem słówek, składni i gramatyki w praktyce. Uczyć się wymowy od syntezatora.

Oczekiwania:

Wzrost płynności czytania po angielsku, choć raczej niekoniecznie płynności dialogowej.

----------

Dołączam historię Henryka Minimalisty i jego sukcesu przy nauce języka: http://drogaminimalisty.blogspot.com/2011/10/skuteczna-nauka-angielskiego-bez-szkoy.html

20:17, anetacuse , Język
Link Komentarze (13) »
środa, 17 lipca 2013

Jest cicho. Nienaturalnie cicho i pusto. Czasem tylko pluszcze woda i krzyczy jaki ptak. Łapię się na tym, że mówię do siebie. 

Chyba nigdy nie byłem tak długo zupełnie sam. W domu nawet samotny człowiek bez przerwy słyszy mowę. Mówią przedmioty, sprzęty domowe. "Klucze! Brakuje kluczy!" - wykrzykuje czip wprasowany w kurtkę, kiedy wychodzisz z domu. Gada dom, lodówka, telewizor, samochód.

Kiedy byłem mały, te wszystkie rzeczy jeszcze na dokładkę usiłowały człowieka pilnować i wychowywać. Takie były czasy. "To czwarta puszka piwa! - rugała mojego ojca lodówka. - Jedno piwo to jedna jednostka alkoholu i stanowi równowartość dwudziestu pięciu setnych grama czystego spirytusu! Nawet taka ilość może być groźna dla zdrowia." Szlag mógł trafić. Zwłaszcza w środku nocy. Dlatego ojciec zaklejał taśmą kody kreskowe na opakowaniach i lodówka nie mogła podliczać mu cholesterolu, cukru, trójglicerydów i jednostek alkoholu.

- "Pan Lodowego Ogrodu" Tom I, Jarosław Grzędowicz

Całe szczęście moja lodówka (jeszcze?) do mnie nie mówi, aczkolwiek takie zrzędzenie mogłoby mieć zbawienny wpływ na obwód talii. Lektura łatwo wchodzi, ale jeszcze nie mogę się zdecydować, czy mi się podoba czy nie.

Poza tą pozycją, czytam także "Jeżycjadę" Musierowicz (od końca) oraz "Boże Igrzysko" Daviesa.

A co Wy czytacie tego lata?

 
1 , 2
statystyka