Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 29 lipca 2012

Wróciliśmy. Po dwóch tygodniach cudownego byczenia się, nicnierobienia, spania w dowolnych godzinach nocy (i dnia), przyjemnych spacerów na lunch, obiad lub przekąskę, miłych niezliczonych spotkań przy kawie i litrach piwa, 28-miu (tylko!) godzinach tłuczenia się po autobusach i samolotach, 3/4 milowym sprincie po frankfurckim lotnisku aby złapać samolot, brudni i bez bagażu szczęśliwie dotarliśmy do domu. Do ciężko chorego bliskiego członka rodziny; zwierzaków, których połowa jest na nas śmiertelnie obrażona; prania, którego nie można zrobić, bo nadal nie wróciło z przestrzeni; trzech kilo poczty, głownie śmieciowej; zakupów nowych gaci i kosmetyków, żeby było w czym iść jutro do pracy; samochodu, który wydaje się gabarytów ogromnego czołgu; ogólnego zmęczenia i zdezorientowania: jednym słowem życia, tego prawdziwego, gdzie jutro trzeba iść do pracy, a za tydzień wznowić podróże służbowe. Dwa tygodnie laby zdecydowanie mnie rozbestwiły i muszę sobie dziś przypomniać gdzie jestem i jak mam na imię. 

sobota, 21 lipca 2012

Parę lat minęło od mojej ostatniej wizyty w Polsce i dużo się zmieniło - na lepsze. Ilość wrażeń aż się przelewa w głowie i wypycha spod palców, postaram się to jakoś uporządkować.

Dziedzina usług zdecydowanie się poprawiła. Ludzie są mniej gburowaci, bardziej komunikatywni, częściej i bardziej otwarcie witają się z obcymi, są milsi. To jedna z pierwszych refleksji po zejściu z płyty lotniska i chyba dla mnie najważniejsza, bo czuję się w kraju dużo mniej nieswojo niż w minionych latach.

Okęcie

Okęcie, po wieloletnich remontach, mile mnie zaskoczyło. Zaczęło się od tego, że myślałam że zagubił nam się bagaż, bo nie wiedziałam o kolejnej hali z paskami do rozładowywania bagażu, na której samotnie leżały nasze dwie walizki. Poza kilkutaśmową bagażownią jest też nowy hotel Mariott dosłownie o dwa kroki od lotniska oraz ładnie zorganizowany dworzec autobusowy i kolejowy. 

Trasa do Suwałk 

Od kilku już lat rodzina nie odbiera mnie z Okęcia samochodem, tylko używam prywatnego przewoźnika autobusowego z bezpośrednim połączeniem z Okęcia do Suwałk. Jest to rozwiązanie dość komfortowe dla wszystkich. Niestety po ponad dobie tłuczenia się trzema samolotami z długimi czasami oczekiwania pomiędzy, 6-cio godzinna jazda autobusem po wąskich wyboistych drogach nie jest atrakcyjna. Suwałki Polski B nie mają bowiem ani lotniska do lotów cywilnych, ani autostrady. Gdybym mieszkała w jakiejkolwiek innej części kraju, mogłabym tam dolecieć bądź bezpośrednio z innych krajów Europy, bądź lotem międzykrajowym. Warszawa, Rzeszów, Gdańsk, Szczecin, Poznań, Katowice czy Kraków mają lotniska. Na północnym wschodzie Polski diabeł mówi dobranoc i nikomu nie wydaje się zależeć na zbudowaniu jakiejś normalnej infrastruktury. Szczerze mówiąc bardzo mnie to irytuje, bo dojazd z Syracuse do Suwałk zajął mi ponad 34 godziny, a po takiej podróży dochodzi się do siebie dniami. 

Restauracje

Lokalne restauracje wykazują się dużą kreatywnością. Wystroje są bardzo atrakcyjne, artystyczne i ze smakiem. Menu jest zachwycająco bogate i również dostępne po angielsku. Obsługa jest również miła i bardzo się stara, jednak nadal ma niedociągnięcia wg standardów, do których jestem przyzwyczajona. Dlaczego oczekuję usług akurat na poziomie Stanów Zjednoczonych, tego nie wiem, ale tak jest. Porównajmy punkt po punkcie.

W Stanach obsługa wita cię przy drzwiach, prowadzi do stolika i podaje menu. Po chwili przychodzi kelnerka przyjąć zamówienie na napoje, podczas kiedy ma się czas wybrać posiłek. Przychodzi z napojami, przyjmuje zamówienie na posiłek (lub czeka dłużej). Po złożeniu zamówienia, obsługa zabiera menu, upewnia się, czy nadal mamy napoje, czy nie przynieść następnych. Kiedy przyniesiony jest posiłek, wszystkie osoby przy stoliku dostają go w tym samym czasie. Po kilku minutach obsługa sprawdza, czy posiłek smakuje, czy jest taki, jaki powinien być. Potem ma baczne oko czy czegoś nie trzeba. W końcu po upewnieniu się, że nie chcemy czegoś jeszcze - przynosi rachunek. 

W Polsce, a spostrzeżenia będą wypadkową kilku suwalskich restauracji, są pewne różnice. W restauracji klient usadza się sam gdzie mu wygodnie, a kartę dań albo dostaje przy drzwiach, albo mu się donosi. Zostawia się go samego z menu nie wiadomo ile czasu, a potem składa się zamówienie przeważnie już w całości. Kelner lub kelnerka minimalizuje kontakt tylko do momentów wzięcia zamówienia, chyba że się zasygnalizuje potrzebę. Posiłki nie zawsze podawane są razem i nikt nie przychodzi sprawdzić, czy czegoś jeszcze nie trzeba i czy są w porządku. Pomimo coraz większego profesjonalizmu obsługi i uprzejmości, mam wrażenie że gastronomia nie została ustandaryzowana i że pewnych zachowań po prostu obsługi się nie uczy.  

Zauważyłam, że lokale coraz bardziej nastawiają się na rodziny z dziećmi i bardziej dojrzałą wiekowo klientelę, co mnie niezwykle cieszy. 

Woda 

W amerykańskich restauracjach woda podawana jest za darmo (jest to kranówa), podczas gdy butelkowa woda w polskich restauracjach kosztuje średnio połowę kufla piwa. Napoje gazowane w Stanach podawane są z beczki i są darmowe uzupełnienia (tzn. możesz siedzieć cały wieczór i wypić 10 pepsi za cenę jednej), a w Polsce płacisz od butelki. O ile wodę uważam za podstawę życia i cenię jej darmową dostępność w amerykańskich lokalach, o tyle jak najbardziej popieram polski model serwowania napojów gazowanych. 

Kawa 

Zamówienie "normalnej" kawy w restauracji graniczy z cudem, ale to moja wina, a nie restauracji. W Stanach w przeciętnej knajpie króluje średniej jakości lura z ekspresu przelewowego, a w kawiarniach można wypić wszystko łącznie z kawą Americano, czyli espresso uzupełnione wrzątkiem do objętości normalnego kubka. W Polsce menu kawowe jest półkilometrowe, ale pojęcia są różne i ciężko (mi) się dogadać i wytłumaczyć o co mi chodzi. Albo dostaję espresso, które zreszą lubię, albo jak już się uprę na "normalną" kawę, mam do wyboru parzoną po turecku z metrem mułu na dnie filiżanki, bądź rozpuszczalną, której nie pijam.

Ogólnie z zachwytem obserwuję, że następuje ogólne "odżegnanie" od kaw rozpuszczalnych i w wielu domach prywatnych częstowana jestem wyborną kawą z ekspresów ciśnieniowych jakiej nie powstydziłyby się najlepsze kawiarenki świata.

Piwo

Całe życie miałam w wysokim uważaniu polskie piwo. Nagle odkryłam, że ono jest dobre, ale nic nadzwyczajnego, a słynne "jasne pełne" jest zwyczajnie na jedne kopyto. W tej dziedzinie odkryłam raczej zmianę swoich własnych gustów i preferencji, niż zmian w kraju. Za to słyszę o rozwoju browarów lokalnych owocującym coraz bardziej zróżnicowanymi gatunkami piwa.

Sklepy

W Suwałkach jakiś czas temu otworzono centrum handlowe Suwałki Plaza robione na modłę amerykańskiego "mall." Są czyste łazienki, jasno oświetlone sklepy, kino multimedialne, kręglarnia, małpi gaj dla dzieci, salon gier, kawiarenki, fast foody i inne atrakcje. Ogólna atmosfera centrum bardzo przypomina atmosferę centrów amerykańskich. Co więcej, można pochodzić po sklepach i pooglądać towar bez obsługi dreptającej ci po piętach z dezaprobatą i rzucającej podejrzliwe spojrzenia. To ostatnie jest, moim zdaniem, największym postępem. Centrum otwarte jest dłużej niż do przepisowej 18-tej i do tego otwarte jest w niedzielę (!). Tutaj naprawdę nie było co ze sobą robić w niedzielę.

Łazienki

Łazienki są czystsze, mają papier toaletowy i są za darmo. Nareszcie! 

Produkty kosmetyczne

Produkty kosmetyczne mają hybrydowe opisy polsko-niemiecko-angielskie lub tylko w jedym z tych języków. Czasem trudno się połapać.

Guliwer w krainie Liliputów

Mam trudności z przestawieniem się na miniaturowe rozmiary tutejszych sprzętów i produków. Miniaturowe filiżaneczki, lodówki, piekarniki, kuchenki, kartony z sokami i mlekiem, łazienki, czy fotele powodują, że czuję się jak w domu dla lalek.

Kwiaciarnie, apteki, bary

Są dosłownie co trzy kroki. Nie do pojęcia.

Transport miejski

Czysty, nowoczesny, wydajny.

Pogoda

Górska bądź późnojesienna. Wichury, deszcze, przenikliwy ziąb, ciągle zachmurzenie. Przyjechaliśmy średnio przygotowani, bo Syracuse tak niskich temperatur w lipcu nie ma.

Ceny

W zasadzie na temat cen nie wyrobiłam sobie do końca zdania, ale zważywszy na bardzo szeroką skalę zarobków, tanio raczej nie jest. 

Taksówki

Ostatnie dwa kilometry od autobusu z Okęcia do domu pokonaliśmy taksówką. Taksówkarz "zaśpiewał" nam 8 euro, podczas kiedy licznik pokazał 8 zł. Do tej pory mam niesmak.

Awruk

Proszę jeszcze raz przeczytać powyższy podtytuł, ale od końca. To nazwa firmy budowlanej. Nazwa napisana na szybie, przy otwartych na oścież drzwiach ukazuje się w całej swojej okazałości. 

Po raz pierwszy od 13 lat mam wrażenie, że jakbym tu musiała wracać to dałoby się tutaj żyć.

czwartek, 12 lipca 2012

Kolega z pracy, któremu 7 tygodni temu urodził się syn, wracał dziś do domu tą samą trasą co ja o zbliżonej porze dnia, praktycznie pół godziny za mną. Kobieta włączająca się do ruchu go nie zauważyła i zahaczyła o tył jego wynajętego samochodu typu minivan. Starcie spowodowało wielokrotne dachowanie jego samochodu, a on... wyszedł z tego bez najmniejszego zadrapania, podczas gdy ona wylądowała w szpitalu z drobnymi obrażeniami. Pokazali krótki wywiad z nim w lokalnej telewizji.

Za każdym razem kiedy wsiadasz za kierownicę jesteś tylko krok od śmierci...

03:25, anetacuse , Praca
Link Komentarze (6) »

Wczoraj, zgodnie z planem, wybrałam się spacerkiem na Greenpoint, polskiej dzielnicy w Nowym Jorku.

Dojście z hotelu na Greenpoint, chociaż to zaledwie mila, było dość nieprzyjemne. Okolica przemysłowa, pusta, brudna i wyjątkowo śmierdząca. Do tego ostatniego faktu przyczyniła się zarówno oczyszczalnia ścieków, jak i wysypisko śmieci.

Samo Greenpoint ani nie zachwyciło, ani nie rozczarowało. Słyszałam wystarczająco dużo o tej dzielnicy, że była ni mniej ni więcej tym, czym się spodziewałam. Dużo polskich szyldów: sklepy, piekarnie, lekarze, prawnicy, hydraulicy, księgarnie, apteki i inne biura podróży afiszujące się po polsku. Na ulicy język polski co kilka kroków. Ogólne wrażenie przygnębiające, może dlatego, że byłam tam wieczorem i było jakoś martwo. Za długo nie pochodziłam, a widok nie był warty fotografowania. Wieczór zakończyłam w restauracji poleconej mi przez Evitę o nieoryginalnej acz dźwięcznej nazwie "Karczma."

Restauracja bardzo przypadła mi do gustu, zarówno ze względu na wystrój i atrakcyjne menu jak i bardzo przystępne ceny. "Karczma" stylizowana jest po staropolsku, a polskie kelnerki pracują ubrane w stroje ludowe. W tle przyjemna polska muzyka wpasowująca się w stylizację lokalu, która zresztą wygląda na bardzo przemyślaną z przywiązaniem uwagi do szczegółów.

Skusiłam się na chleb ze smalcem i kiszonymi ogórkami na przystawkę, pierogi z grzybami i kapustą na obiad, a wszystko to zapiłam Żywcem z beczki (tzn. podano go w kuflu, ale piwo było lane). Obiad był przepyszny, za to po nim czułam się jakbym połknęła ołowianą kotwicę morską. Jak to dobrze, że wybrałam się pieszo!

środa, 11 lipca 2012

Kiedy wczoraj po pracy czekałam na skwerku na Evitę, odczułam silne deja vu. Niespełna miesiąc temu na tej samej ławce czekałam bowiem na Stardust. Poczułam się jak blogowy pająk zwabiający swoje potencjalne ofiary do swojej sieci, zacierając przy tym wszystkie osiem owłosionych łap. 

Evita nadeszła ubrana w ładną letnią sukienkę, podczas kiedy ja - tak jak ostatnio - kisiłam się w pełnym rynsztunku spodni na kant, bluzki i ciężkiego plecaka z laptopem. Tym razem jednak byłam na tyle przezorna, żeby przebrać się w sportowe buty.

Spędziłyśmy niezwykle sympatyczny wieczór najpierw spacerując po promenadzie z widokiem na Brooklyn Bridge, a potem w miłej restauracji u Tereski. Mam nadzieję, że się nie obrazi jeśli podzielę się z Wami jej zdjęciem wybornych naleśników jakie tam zjadłyśmy.

Jak do tej pory z czterech blogowych znajomych poznanych osobiście wszyscy okazali się naprawdę świetni w realu. Mam wrażenie, że przędę całkiem fajną sieć kontaków.

Fot. Evita

P.S. Dziś wybieram się pieszo na samotny podbój Greenpointu, bo nidgy tam wcześniej nie byłam.

00:23, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »
wtorek, 10 lipca 2012

Na parterze głównej kwatery nowojorskiej straży pożarnej jest ogromna tablica wypełniona plakietkami z nazwiskami poległych w czasie służby. Poza samymi plakietkami najbardziej ściska serce prawa strona tablicy prezentująca puste miejsca czekające na kolejne.

W sobotę byłam na ślubie przyjaciółki i miałam okazję poprzyglądać się kreacjom pań założonym na tę umiarkowanie formalną okazję, gdyż ślub odbył się w parku pod wiatą. Niezależnie od kreacji, a były to przeważnie sukienki, w dziedzinie obuwia zdecydowanie królowały klapki-japonki i większość kobiet - niezależnie od wieku - miała wytatuowane stopy bądź kostki. Sama jestem przeciwna tatuażom i żadnego nie posiadam, natomiast oglądanie tak napiętnowanych stóp jeszcze bardziej zniechęciło mnie do tej metody "upiększania" ciała. Przynajmniej panowie, gdy ubiorą się w garnitur, nadal wyglądają konserwatywnie elegancko, choćby mieli tatuaże na 90% ciała, z wyjątkiem oczywiście twarzy, szyi lub rąk.

wtorek, 03 lipca 2012

Dziś rano w radio NPR słuchałam rozmowy nt. amerykańskiej tradycji pieczenia placków/tart i m.in. dlaczego tutejsze wypieki są dużo słodsze od wypieków europejskich. Wg. antropologa żywności przyczyną przesłodzenia była prohibicja.

Amerykanie tradycyjnie pożerali dużo mięsa i wypijali duże ilości alkoholu, ale kiedy nadeszła prohibicja wiele firm zamiast alkoholu zaczęło produkować soft drinks, czyli słodkie napoje bezalkoholowe, podczas kiedy jednostki rekompensowały sobie utratę procentów wzmożoną konsumpcją słodkości i zwiększoną ilością cukru. 

Luuudzie! Drugie podejście, dwie godziny kopania. Bo ja go tak dobrze schowałam. Żeby się broń Boże nie zgubił ani nie zapodział. Tylko się w tyłek kopnąć.

Paszport. Swojego polskiego paszportu szukałam. Za niecałe dwa tygodnie wylatuję do Polski, a wiadomo jakie jest prawo: obywatele polscy mają używać paszportu polskiego do przekraczania granicy. Ogarnęła mnie paranoja, bo mój polski paszport ostatni raz granicę na oczy widział w 2009. Potem dostałam paszport amerykański, którego używałam do przekraczania granicy z Kanadą i Irlandią, ale akurat do Polski nie latałam. 

Pewnie się denerwuję na darmo, bo miliony Polaków są z pewnością w sytuacji bezpaszportowej (bez ważnego polskiego paszportu) i pewnie do Polski latają na czym tylko mogą, ale bałam się utkąć. Planuję przekroczyć granicę na paszporcie amerykańskim, a polski mieć "na zapas." W każdym razie go znalazłam, ale tylko cudem i w desperacji. Na przyszłość zapobiegliwości mówimy "nie," bo szkodzi.

Za to ile ja rzeczy znalazłam! Dwa indeksy z Polski, identifikatory trzech uniwersytetów amerykańskich, identyfikator stanu New Jersey, identyfikator stanu Nowy Jork, learner's permit (pozwolenie na jazdę przed prawem jazdy), cztery przeterminowe prawa jazdy każde z innym adresem i trzy pod poprzednim nazwiskiem, przeterminowaną zieloną karę, zgubioną drugą część ślubnego nagrania, dyplom magisterski i całą masę innych ciekawostek. 

Idę spać. Może w końcu przestaną mi się śnić koszmary.

poniedziałek, 02 lipca 2012

Na spacerze po osiedlu natknęliśmy się na parę z psem. Yin i Yang, przyszło mi od razu na myśl: Bauer i Bolt. Namówiliśmy ich na wieczorną psią schadzkę.

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Bauer i Bolt

Para przyjechała z wizytą z Illinois. Nie tylko mają psa tej samej rasy i płci o imieniu na tę samą literę, ale w domu mają też papugę podobnej odmiany, również pływają kajakami morskimi, a ona też pracuje w IT. Jej ojciec mieszka na naszej ulicy. Zarówno my jak i dwoje czworonogów mile spędziliśmy razem czas. Być może uda nam się spotkać jeszcze raz.

statystyka