Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 29 lipca 2011

Life in the fast lane. Nie dokońca wiem, jak udaje mi się tak dobrze funkcjonować przy tak zawrotnym tempie życia. Praca, z godzinami, dojazdami, wyjazdami służbowymi, wszechogarniającą polityką, przemyślnymi ruchami. Wieczory i weekendy wypełnione po brzegi. W ostatnią sobotę przy ponad 90-cio stopniowym upale pomogłam koleżance z pracy przy przeprowadzce. Pakowanie, ładowanie, potem rozładowywanie ciężarówki. Wróciłam wieczorem i z pomocą męża posprzątałam dom. W niedzielę przepłynęłam 18 mil kajakiem w upał, a wieczorem przespacerowałam psa. W poniedziałek byłam gotowa na maraton nieprzyjemnych i trudnych spotkań w pracy nadrabiając przez resztę tygodnia część godzin za piątek, bo w piątek jedziemy na biwak. Śpię o godzinę mniej niż kiedyś i dziwo zupełnie nadaję się do życia. Czasem zdążę pobiegać, wybrać się na spacer w teren, a ostatnio zaczęłam nawet czytać wieczorami. Dziwi mnie, jak elastyczne są nasze ciała i umysły, jak się adaptują. Może lato to energetyzująca pora roku. Może w końcu się wypalę. Póki co do listy hobby dopisałam chodzenie po górach z plecakiem, pierwszy wypad już w następny weekend.

Po dwóch i pół roku wegetarianizmu zaczęłam jeść mięso. Po intensywnych dwutygodniowych wakacjach nagle napadła mnie nieodparta chęć. Mięso śniło mi się po nocach i okupowało myśli w dzień. Po tygodniu się poddałam. Zarówno zaniechanie mięsa jak i do powrót do niego przyszło samo z siebie. 

Staram się maksymalnie korzystać z szybko umykającego lata. Jeśli nie pada, na lunch wyrywam się do parku nad jeziorem, żeby poczuć bryzę i napawać się zielenią. Huśtam się na huśtawce kiedy na placu zabaw nie ma dzieci. W weekendy kajakuję ile się da. Resztę lata oglądam zza okna w pracy.

Jutro jedziemy w góry pod namiot na trzy dni. Wypad jest kajakowy, więc nie z plecakiem. Rano dokończymy pakowanie samochodu po sam dach z pierzastym i futrzastym inwentarzem włącznie i pojedziemy tam, gdzie nie dociera sygnał komórki.

Wam też życżę miłego weekendu!

sobota, 16 lipca 2011

Pracuję dla dużej międzynarodowej firmy, która ma jedno z biur (moje) w szczerym polu za małą odległą mieściną. Sekretarka naszego zespołu siedzi dość daleko ode mnie i normalnie bym nie przypuszczała, że w zasięgu słuchu, jednak dzisiaj przekonuję się o nadprzyrodzonych właściwościach naszych uszu. Nagle mój umysł skupia się na słowach wypowiadanych daleko na korytarzu. Słowa, które pasują do opisu mnie. Komuś o mnie opowiada. Nie może to być złe, bo rozmawia w miejscu publicznym, dość głośno, pozytywnym tonem głosu. Idę na zwiad, bo biurko sekretarki jest po drodze do łazienki. Widzę nieznaną sobie kobietę. Sekretarka rozpromienia się na mój widok i mnie przedstawia. Młoda ładna kobieta jest rewindentem księgowym. Mówi płynnie po polsku ze słodkim delikatnym akcentem brzmiącym trochę jak kresowy. Mieszka w Buffalo. Rozmawiamy. Jej rodzice przyjechali z Polski z okolic Sandomierza. Urodziła się tutaj. Kiwam głową stwierdzając, że 90% Polaków z jakimi się stykam na obczyźnie pochodzi z południowej lub centralnej Polski, a ja z północno-wschodniej, z samego kąta kraju. Nie nazywam miasta, bo przecież i tak nikt o nim nie słyszał. Na co moja rozmówczyni: moja ciocia mieszkała w Suwałkach. Naprawdę??? Nie wierzyłam własnym uszom. Powiedziałam jej, że ja właśnie jestem z Suwałk. Jej ciocia wyemigrowała w okolicach czasu, kiedy się urodziłam i nazwisko nie brzmi znajomo. Mimo wszystko człowiek praktycznie czuje, że ktoś w mojej rodzinie pewnikiem kiedyś otarł się o ciocię w jakiejś kolejce. Moja rozmówczyni z kolei się zastanawia, jak ja się znalazłam w tak odległym biurze na prowincji USA. 

03:34, anetacuse , Praca
Link Komentarze (12) »
piątek, 08 lipca 2011

Czyszczenie pióropusza

Cooper w trakcie wieczornego przeczesywania piórek. Zdjęcie: K.P.

statystyka