Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 31 lipca 2009

Biegam już jedenasty tydzień, w miarę systematycznie, chociaż bywają odstępy od reguły. Ani razu przez ten okres nie biegałam na bieżni, wszystkie treningi były na świeżym powietrzu.

Tydzień 7: 4 biegi (30, 36, 24 i 28 min), 2 spływy kajakowe (11 i 8 mil).

Tydzień 8: 2 biegi (40 i 34 min), 2 spływy kajakowe (9 i 11 mil) – biwak trochę wszedł w paradę z bieganiem.

Tydzień 9: 4 biegi (45, 30, 40 i 30 min).

Tydzień 10: 3 biegi (20, 30 i 30 min), 3 spływy kajakowe (5, 10 i 7 mil).

Tydzień 11: 4 biegi (30, 40, 27 i 27 min), 2 spływy kajakowe (17,5 i 8 mil).

Życie pokazuje, że mój święty cel 5-ciu biegów w tygodniu po prostu nie wypalił. Nie martwi mnie to zbytnio, gdyż najważniejsza jest systematyczność, a nie trzymanie się na siłę matrycy. Mimo to staram się jak mogę nie spaść poniżej 4-ech razy w tygodniu. Dla mnie najtrudniej z treningami w ciągu tygodnia po pracy, choć i w weekendy bywa ciężko ze względu na spływy. Powoli widzę zachęcające rezultaty: mała acz utrzymująca się utrata wagi, zmniejszenie objętości ciała oraz utwardzenie i rozbudowanie mięśni. Czy jest łatwiej? Nie bardzo. Biegam szybciej i dłużej, ale łatwo nie jest, zwłaszcza przy dużej wilgotności powietrza. Mimo to, bieganie przynosi mi dużą satysfakcję.

czwartek, 30 lipca 2009

Amerykę ogarnęła mania SMS-owania. To, co w Europie przyjęło się już kilkanaście lat temu jako tańsza metoda porozumiewania się za pomocą komórki, w Stanach przyjęło się dużo później jako „sekretna” forma przekazywania sobie wiadomości przez nastolatków. Obecnie w Stanach panuje szał SMS-owy zarówno wśród młodzieży jak i innych grup wiekowych. Rodziny wykupują ryczałtowe plany pozwalające na wysyłanie od kilku do kilkunastu tysięcy SMSów miesięcznie, które są w większości wykorzystywane przez dzieci i młodzież. Kiedyś tekst był tańszą formą komunikacji niż sama rozmowa przez komórkę. Dziś to jest moda, a za modę płaci się dodatkowo.

Ostatnio SMS-owanie zajmuje specjalne miejsce w mediach jako bezpośrednia przyczyna straszliwych, śmiertelnych wypadków spowodowanych pisaniem wiadomości tekstowych przez operatorów pojazdów. Było już kilka wypadków na szeroką skalę z pociągami, których maszyniści pisali SMS-y w czasie prowadzenia pociągu. Dla niektórych był to błąd śmiertelny. Dziś radio NPR podało, że badania przeprowadzone przez uniwersytet Virginia Tech wskazują, że osoba pisząca SMS-a podczas prowadzenia pojazdu jest 23 razy bardziej skłonna do wypadku. Współczynnik ten jest wyższy od prowadzenia samochodu po pijanemu. Rząd federalny przygotowuje się do wprowadzenia prawa zabraniającego pisania SMS-ów w trakcie prowadzenia pojazdów. Poprzez wstrzymanie funduszy dotujących dla stanów, rząd federalny zamierza położyć nacisk na indywidualne stany, aby również wprowadziły takie prawo. Tak się składa, że w moim hrabstwie Onondaga takie prawo obowiązuje od 1 lipca br. Na samą myśl ogarnia mnie pusty śmiech.

Od wielu lat w stanie Nowy Jork używanie telefonu komórkowego podczas jazdy jest zabronione z wyjątkiem rozmów przez słuchawkę kablową bądź bezprzewodową. Niestety nic z tego nie wynika. Podczas 20-to minutowej jazdy do pracy notorycznie widuję kilkunastu kierowców rozmawiających przez telefon. Nie powiem, irytuje mnie to. Jeżeli nie daje się upilnować rozmów telefonicznych, to jakim cudem ma się upilnować miłośników pisania za kółkiem? Odkąd weszło nowe prawo zabraniające pisania SMS-ów, nadal na porządku dziennym są kierowcy stukający kciukami po klawiaturze telefonów w czasie jazdy. Nic, ale to nic się nie zmieniło. Nie wiem czego trzeba tym ludziom żeby zrozumieli, że za każdym razem kiedy piszą SMS-a za kierownicą poruszającego się pojazdu ryzykują życie swoje i innych. Nie wiem jak Wy, ale ja nie chcę umierać przez jakiegoś kretyna, dla którego SMS jest ważniejszy od ludzkiego życia.

środa, 29 lipca 2009

Temat polskich konsulatów na obczyźnie, zwłaszcza w kontekście ubiegania się o nowy paszport, przewałkowany już został doszczętnie na łamach wielu blogów. Jak do tej pory były to zwykle obserwacje konsulatów w Stanach Zjednoczonych. Dziś rano otrzymałam e-mail od swojego brata, który mieszka w Irlandii, a który tylko potwierdził, że niekompetencja polskich urzędników nie ma związku z geograficznym położeniem ambasady. Oto treść:


"W zeszły piątek 24 lipca miałem termin w ambasadzie na wyrobienie paszportu. Tzn. miałem dać wypełniony formularz w okienku i zostawić 106 euro w drugim. Niestety zapomniałem - miałem ciężki tydzień. Olśniło mnie dopiero w sobotę. Pojechałem z samego rana w poniedziałek. Wytłumaczyłem grzecznie pani (młodszej ode mnie) moją sytuację i mówię:

- Proszę pani, miałem termin w piątek. 

- To proszę przyjść w piątek.

- Ale ten co już był.

- To proszę przyjść w ten piątek co był.

Zapytałem, czy istnieje szansa na otrzymanie choćby jakiegoś zaświadczenia kim jestem, gdyż nie posiadam żadnych dokumentów żeby wjechać ani wyjechać z Irlandii ani udowodnić przed stosownymi organami mojej tożsamości. Pani stwierdziła: „Proszę pana! My tu wydajemy paszporty!” Oczywiście dokumenty posiadam jednak chciałem zobaczyć reakcję urzędnika ambasady.

Reasumując: po trzykroć mea culpa! Zapomniałem o terminie! Jadąc do ambasady w następny dzień jej pracy wierzyłem, iż urzędnik pomoże. Skoro obsłużył o jednego petenta mniej w piątek, to dlaczego nie może obsłużyć jednego więcej w poniedziałek? Nie ma nadprogramowych tłumów, gdyż wszyscy są umawiani telefonicznie. Wiara jest jednak dla głupców. Urzędnik oznajmił mi, iż 2 osoby obsługują 60 petentów dziennie. Kolejka umówionych osób sięga końca września, czyli w tej chwili czeka na spotkanie 3600 osób (jeśli są to sami kawalerowie i panny). Jeśli przyjąć, iż wszyscy chcą wyrobić tylko paszport tymczasowy, to „zarobek" dzienny ambasady wynosi 2700 euro (miesięczne pobory niezłego irlandzkiego fachowca), a jeśli 10-cio letni to prawie 6400 euro.

Z obliczeń wynika iż do ambasady RP w Dublinie miesięcznie wpływa kwota z przedziału od 54 000 euro do 127 000 euro. Niższa kwota wyliczona na podstawie opłaty za paszport roczny tymczasowy, wyższa na podstawie opłaty za paszport 10-cio letni. Więc pytam: dlaczego tylko dwie osoby obsługują potrzeby obywateli RP przebywających w Irlandii w liczbie 60 tyś (dane wg. ambasady, irlandzki urząd ds. spraw społecznych wydał 250 tyś numerów PPS -odpowiednik NIP- polskim obywatelom)? Na stronach ambasady można znaleźć informację, iż poszukują do pracy stażystów.

Cóż mogę rzec. W ambasadzie (czyt. klitka na 3 piętrze z czterema okienkami) zostałem potraktowany jak kajtek za PRLu, który przeszedł do GSU po chleb, a pani sklepowej nie chciało się wstawać."


Tutaj można poczytać więcej na temat polskich konsulatów:

Śluza Mud Lock - Seneca River

Śluza Mud Lock - Seneca River

Śluza Mud Lock - Seneca River

Śluza Mud Lock - Seneca River

Stateczek

Małe psy mają dobrze

Edgar - pies kajakarz

Fot. Greg Ramsey

wtorek, 28 lipca 2009

www.playaway.comNa blogu Ewy777 była kiedyś mowa o książkach audio i o ile dobrze pamiętam, większość osób wypowiadających się zdecydowanie wolała sobie poczytać niż posłuchać. Książki audio dostępne są na kasetach, na płytach CD, jak również w formie MP3, gdzie na jednym krążku można zmieścić 16 godzin nagrania, zamiast tradycyjnych 74 minut na CD. Do kupienia są raczej drogie, ale są za to dostępne w bibliotece.

Pierwszy raz przyszło mi do głowy słuchać książek audio podczas długich podróży służbowych, kiedy godziny spędzałam za kierownicą. Byłam zafascynowana faktem, że mogę słuchać czegoś ciekawego i wzbogacającego, a jednocześnie poświęcić uwagę prowadzeniu samochodu. Odkąd przestałam jeździć służbowo, książki elektroniczne poszły w kąt.

Zeszłej jesieni postanowiłam powrócić do czytania. Niestety publicznie ogłoszona akcja „odchamiania” się nie powiodła, gdyż czytać po prostu nie mam czasu. Mam stertę rozpoczętych książek, które czytam po tak maciupkim kawałku, że nigdy nie mogę dobrnąć do końca. Prawie cały wolny czas poświęcam sportom, komunikacją miejską nie jeżdżę, więc w drodze do pracy nie poczytam, a przebrnięcie przez książki na CD w samochodzie zajmuje miesiąc, bo aż tak daleko nie dojeżdżam. Ostatnio jednak dokonałam przypadkowego odkrycia, które—jak domniemam—zmieni moje życie. Playaway.

Playaway jest samogrającą książką audio. Jest to małe lekkie cacko zasilane pojedyńczą baterią AAA, niewiele większe od iPod’a, na którym nagrana jest jedna książka. Wypożycza się to z biblioteki, wtyka własne słuchawki i gotowe. Wypożyczając Playaway nie muszę mieć odwtarzacza MP3 i nie muszę niczego ściągać – po prostu wtykam się i idę. Dzięki temu mogę słuchać książek spacerując z psem, jadąc i idąc do pracy, jedząc lunch, sprzątając kuchnię, czy biegając. Dla mnie to rewolucyjne, gdyż teraz i wilk syty, i owca cała: robię to co zwykle, a jednocześnie „czytam.” Problem jedynie w tym, że biblioteka póki co ma mały wybór Playaway, chyba dlatego, że są bardzo drogie. Ale są inne opcje. W bibliotece można również elektronicznie wypożyczać książki na MP3 bez wychodzenia z domu, więc mam w planie kupić iPod’a – zdaje się, że jestem jedyną osobą na tej planecie bez odtwarzacza MP3. Czas to zmienić – w imię czytania.

P.S. Właśnie przypadkowo natknęłam się na przydatny link na pierwszej stronie GW: http://audioteka.pl/

poniedziałek, 27 lipca 2009

Rzadko oglądam telewizję, ale kiedy już oglądam, ogarnia mnie niesmak. Polskie reklamy podpasek z wczesnych lat 90-tych są niczym w porównaniu do dziesiątek reklam amerykańskiej telewizji dotyczących impotencji, zatwardzenia, biegunki, zgagi, bezsenności, odchudzania, popuszczania moczu, puszczania wiatrów i innych im podobnych. Na większość w/w dolegliwości dostępne są „złote środki” w postaci preparatu lub pigułki, które wystarczy kupić i zażyć, a jakość życia poprawi się natychmiastowo.

Masz zgagę? Dlaczego zmieniać swoją dietę i wyeliminować tłuste, smażone czy pikantne potrawy, kiedy można zażyć tabletkę i dalej obżerać się gównem? Masz problemy z załatwianiem się? Po co jeść pełnoziarnisty chleb, warzywa, owoce i pić wodę, skoro można wpierdalać chipsy, frytki, pizzę, napoje gazowane i wszelkie inne modyfikowane chemicznie jedzenie, po czym zażyć sobie pigułkę lub zjeść reklamowany jogurt raz dziennie, a wtedy wycieczki do sracza staną się regularne? Przytyłaś? Nie ćwicz, jedz co chcesz, tylko weź tę pigułkę przed posiłkiem a sama zobaczysz rezultaty. Na wszystko jest odpowiedź. W chemii.

Naszpikowano rynek modyfikowaną chemicznie żywnością, rozpropagowano niezdrowe fastfoody, zrobiono ludziom wodę z mózgu. Rezultatem jest nacja ludzi z dużą nadwagą, nadciśnieniem, cukrzycą i masą innych problemów zdrowotnych, którym udałoby się zapobiec prowadząc zdrowy styl życia w postaci zdrowego odżywiania i ruchu fizycznego. Zamiast pokazać, że są naturalne metody złagodzenia lub całkowitego wyeliminowania wielu dolegliwości, na wszystko podaje się gotowe środki. Żaden koncern farmaceutyczny nie nauczy społeczeństwa prawidłowego odżywiania, bo to nie jest lukratywne. Koncerny nie zarobią przecież na ludziach jedzących brokuły i pijących wodę, a na pigułce zmiękczającej stolec i owszem. Medycyna i farmaceutyka na zdrowych nie zarabia, więc propagowanie zdrowego stylu życia nie leży w ich interesie. Tak więc jest pigułka na schudnięcie, na spanie, na stanie, na zgagę, na pierdzenie i na zatwardzenie. Jest również pigułka na efekty uboczne w/w pigułek, oraz pigułka na efekty uboczne pigułki od efektów ubocznych. Ot, amerykańskie życie w pigułce.

czwartek, 23 lipca 2009

Świt nad śluzą Newboro, Kanada

Nad śluzą Newboro, Kanada - gotowi

Nad śluzą Newboro, Kanada - spakowani

Wysiadanie przy śluzie Chaffeys

Nasz obóz nad śluzą Davis

 Nasz obóz nad śluzą Davis

Zachód słońca przy śluzie Davis

Przy śluzie Davis

Poranek przy śluzie Davis

Śluza Davis - śniadanko

Czteropiętrowa śluza Jones Falls

Zdjęcia robione przez członków CNY Kayak Club

czwartek, 16 lipca 2009

Kanał Rideau bardzo mnie zaskoczył. Kiedy słyszę słowo „kanał,” wyobrażam sobie wodę w korycie prostym jak drut, z równymi brzegami, może z kilkoma zakrętami i to wszystko. Tymczasem kanał Rideau okazał się chaotyczną mozaiką jezior i rzek. Patrząc na mapę wydaje się, jakby filuterny artysta zamoczył pędzel w puszce niebieskiej farby i z zamachem strząsnął go o ścianę. Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak nasz przewodnik nawigował przez te wody od śluzy do śluzy bez zgubienia się.

Wyprawę zaczęliśmy w Newboro, 140 mil na północ od Syracuse. Pierwszą noc spędziliśmy przy śluzie pod namiotami. W sobotę rano spakowaliśmy wszystkie nasze manatki do kajaków. Potem odprowadziliśmy samochody do celu naszej podróży w zatoce Seeley, a jeden samochód przywiózł wszystkich z powrotem. Pomimo, że rano było pięknie i słonecznie, około 9 rano nadeszła burza, którą musieliśmy przeczekać. Wokół nas roiło się od błyskawic. Półtorej godziny staliśmy przy brzegu ubrani w kurtki nieprzemakalne i czekaliśmy aż przestanie grzmieć. W końcu o 11 udało nam się wyruszyć.

Zapakowane na maksa kajaki były ciężkie jak cholera i zdecydowanie było widać różnicę w wiosłowaniu. Co ciekawe, załadowane kajaki były dużo stabiliniejsze i łatwiej utrzymywały nadaną im prędkość, ale ogólnie płynęło się dużo wolniej. Na początku płynęliśmy pod wiatr i na dużych falach, ale kiedy się rozpogodziło wiatr ustał. Po 7 milach dotarliśmy do śluzy Chaffeys. Ponieważ za przeprawy śluzami się płaci i zajmują dużo czasu, kajaki przeprowadzaliśmy lądem wokół śluz. Pomimo, że prawie każdy miał dwukołowy wózek i tak było ciężko z uwagi na wagę kajaków. Najpierw zjedliśmy lunch, a dopiero potem zabraliśmy się za transport łodzi. Na nieszczęście w naszym nowo zakupionym wózku odpadło koło, bo było źle dokręcone. Aby je dokręcić trzeba było zdjąć końcówkę osi, co spowodowało uwolnienie sprężyny i zgubienie się małego elementu niezbędnego do ponownego złożenia wózka. Tak więc od tej pory musieliśmy pożyczać wózek od  innych. Do kolejnej śluzy było tylko 2 mile. Śluza Davis była naszym ostatecznym sobotnim celem, gdyż tam planowaliśmy nocować. Po dotarciu na miejsce rozbiliśmy namioty i przystąpiliśmy do robienia obiadu. Popołudnie i wieczór spędziliśmy miło w gronie dobrych znajomych odpoczywając.

W niedzielę pogoda wyjątkowo dopisała. Wstaliśmy około 6:30 i po śniadaniu i spakowaniu się wyruszyliśmy w trasę. Przed nami było tylko 3 mile do kolejnej śluzy Jones Falls. Była to 4-ro piętrowa śluza, największa jaką w życiu widziałam. Trzy komory były jedna za drugą niczym wielkie schody. Czwarta, najwyższa, była po drugiej stronie małego stawu. Przeprowadzenie kajaków było nielada wysiłkiem, bo trasa była bardzo długa i niezwykle górzysta. Zajęło nam to dobre pół godziny. Kiedy skończyliśmy przenoszenie, nadszedł czas na relaks. Siedzenie plackiem na trawie, pływanie, jedzenie lunchu, pójście na lody, moczenie nóg w wodzie oraz oglądanie śluzy były głównymi atrakcjami. Potem nadszedł czas na ostatni odcinek podróży. 8 mil upłynęło nam na podziwianiu ptactwa wodnego i przepięknych klifów. Jedna osoba miała niespodziewaną wywrotkę, ale z pomocą szybko znalazła się z powrotem w kajaku. Pomimo, że żal było kończyć naszą krótką wyprawę, wysiłek zdecydowanie czuć było w mięśniach. Około 3 po południu dopłynęliśmy do zatoki Seeley i zaczęliśmy pakować samochody na drogę powrotną.

Była to jedna z najlepszych wypraw w moim życiu. Samowystarczalność w formie przedmiotów zapakowanych w komorach kajaka, brak pryszniców i konkretnego dachu nad głową dawało poczucie niesamowitej i rzadko zaznawanej wolności. Wiedza, że własnymi mięśniami popycham swój cały dobytek uskrzydlała. Przyroda zapierała dech w piersiach i wprowadzała u euforię. Wiedziałam, że chciałabym tak dłużej, że mogłabym płynąć tygodniami. Teraz marzy mi się kilkutygodniowa wyprawa z Ottawy do Kingston. Kanał Rideau jest przystosowany do takich wypraw. Przy każdej śluzie można biwakować za $5 od osoby. Są łazienki, sklepiki, mapy, a nawet motele w zależności od wielkości śluzy. Wielu ludzi przepływa kanałem w wielkich wypasionych jachtach. Kanał Rideau mnie zachwycił, przyciągnął jak magnes. Samej Kanady nie dane mi było poznać, gdyż przyroda podobna była do północno-wchodnich Stanów, wszyscy napotkani mówili po angielsku, a jedynymi rzeczami przypominającymi, że jestem za granicą były kanadyjskie flagi, kanadyjskie dolary z kolorowymi niczym polskie monetami i banknotami, pisownia w angielskim brytyjskim, drogi oznaczone w kilometrach, oraz znaki z numerami dróg z rysunkiem korony. Wyprawa poszerzyła moje horyzonty i umiejętności. Zrobiłam się łakoma na nowe miejsca i nowe wody.

P.S. Dawno temu przejechałam 300 km rowerem w dwa dni z całym dobytkiem na rowerze. Wracałam w 3 dni. Raz byłam na kilkudniowej wyprawie w góry z plecakiem, gdzie cały dobytek miałam na plecach. Teraz spróbowałam tego samego w kajaku. Z tych trzech metod, kajakowanie jest zdecydowanie najprzyjemniejsze i najmniej bolesne.

Zdjęcia wkrótce.

czwartek, 09 lipca 2009

Dziś rano siedziałam w kuchni pałaszując naleśniki z jagodami na śniadanie i jak zwykle czytając wiadomości dnia wprost z ekranu komputera, kiedy na Skype zadzwonił mój tata. Za parę sekund widziałam go siedzącego za swoim biurkiem, a on widział nie tylko mnie pałaszującą naleśniki zapijając kawą, ale również mego męża siedzącego obok. Wymieniliśmy nowinki dnia, pochwaliłam się swoim nowym nożem kempingowym i innymi sprzętami leżącymi nieopodal, jako że jutro jedziemy na kolejny biwak. Zupełnie jakbym jadła z tatą śniadanie. Tymczasem on był w północno-wschodniej Polsce, a ja w północno-wschodnich Stanach. I jak tu nie lubić technologii?

P.S. Jutro jadę na pierwszy biwak kajakowy, na którym mój cały dobytek będzie się musiał zmieścić w kajaku, gdyż każdą noc spędzimy gdzie indziej. Cel: Newboro, kanał Rideau, Kanada. Ole!

poniedziałek, 06 lipca 2009

Już od jakiegoś czasu liczyłam się z jego odejściem. Niestety nawet jeśli człowiek wie, że ta chwila jest nieunikniona, nigdy naprawdę nie jest gotów. Odkrycie tego faktu jest tak samo bolesne, jakby było zupełnie niespodziewane.

W piątek wieczór wróciłam do domu do czarnego monitora mojego laptopa. W lewym górnym rogu widniały białe litery czcionki DOSa: „Operating system not found...” Twardy dysk obracał się ze zgrzytem. Wiedziałam, że to koniec, ale podjęłam wszelkie możliwe próby przywrócenia go do życia: włączałam i wyłączałam komputer i grzebałam w Bios. Nic. Twardy dysk odmówił posłuszeństwa. Maszyna nadal chodziła, ale już nie rozpoznawała dysku: „Hard drive: none”. Wszystko poszło w diabły, bo od dawna nie robiłam backupu. Mój prawie siedmioletni laptop jeszcze z czasów studenckich, ogromna część mego życia – padł bez uprzedzenia. Ze smutkiem po raz ostatni wyłączyłam maszynę. Wyciągnęłam zewnętrzną kartę sieci bezprzewodowej, wtyczkę mikrofonu i USB bezprzewodowej myszy. Zamknęłam klapę i odłączyłam zasilacz. Umarł król.

Uświadomiłam sobie, że praktycznie jestem odcięta od świata. Weekendowe rozmowy przez Skype z rodziną, e-mail, blog, płacenie rachunków i robienie przelewów przez internet, arkusz kalkulacyjny z finansami, czytanie wiadomości, robienie zakupów, sprawdzanie pogody, wyszukiwanie map  – właśnie straciłam do wszystkiego dostęp. Pierwsze co zrobiłam w sobotę rano to sprawdzenie, o której otwierają sklep z elektroniką Best Buy. Nie było wstukiwania nazwy sklepu w wyszukiwarkę, aby znaleźć numer telefonu. Trzeba było wertować książkę telefoniczną.

Do domu przywiozłam śliczne białe cacko Sony Vaio. Mały, perłowy, z błyszczącym wyrazistym ekranem ma wszystko czego sobie zażyczyłam. Wypasiony Sony był dwa razy droższy niż najtańszy laptop w sklepie, a mimo to kosztował parę stów mniej, niż mój ś.p. Dell, który w 2002 roku był najtańszym dostępnym modelem na rynku. Niech żyje król!

Swoją drogą, ciekawy to był tydzień. Padły nam obie elektryczne szczoteczki do zębów (w jednej nawalił włącznik, a w drugiej akumulator) oraz przepaliła się suszarka do włosów. Do tego mąż miał stłuczkę, ale bez wielkiej szkody: mąż zatrzymał się do skrętu w lewo, pan za nim również zatrzymał się, ale pani za panem już nie zdążyła i tak mocno wjechała panu w zderzak, że jego samochód uderzył w zderzak męża pomimo znacznej odległości. Cieszymy się jak dzieci, że nie trzeba wymieniać zderzaka oraz z nowych szczoteczek do zębów i laptopa. Suszarkę za to mam zapasową.

 
1 , 2
statystyka