Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 31 lipca 2008

Prawnik jest jak żołnierz: wyszkolony i uzbrojony do walki o słuszną (przynajmniej w założeniu) sprawę. Najczęściej czeka w defensywie gotowy włączyć się do toczącej się walki, do której został zaangażowany. Ma też możliwość ofensywy i podjęcia pierwszego kroku w nowej wojnie. Dlaczego więc często chowa głowę w piasek i za wszelką cenę unika konfrontacji? Nie jestem prawikiem, więc nie rozumiem.

Zasady zatrudnienia

W stanie Nowy Jork zatrudnianie odbywa się na zasadzie emplyment at will, czyli zatrudnienie z dobrej woli obu stron. Oznacza to, że akceptując pozycję na stanowisku pracy nie ma się kontraktu, bo wykazujesz tylko i wyłącznie swoją dobrą wolę godząc się u kogoś pracować, a oni wykazują dobrą wolę cię zatrudniając. Możesz odejść w każdej chwili bez powodu, oczywiście dla własnego dobra stosując się do zasad określonego czasu wypowiedzenia. Twój pracodawca również może zwolnić cię bez powodu kiedy ma ochotę. Przynajmniej teoretycznie. W dzisiejszym świecie notorycznych pozwań do sądu, pracodawcy skaczą nad pracownikiem jak nad jajkiem i w wielu przypadkach po prostu boją się go zwolnić.

Trochę inaczej jest ze związkami zawodowymi. Pracownicy związkowi mają kontrakt i setki reguł, które chronią ich praw. Nic natomiast nie chroni interesów pracodawców. W przypadku pracowników związkowych zwolnienie często graniczy z cudem, jeśli nie jest rzeczą niemożliwą.

Są dwa typy zwonień: dyscyplinarne (fire) i redukcja personelu z przyczyn ekonomicznych (layoff). Pierwsze jest z winy pracownika i ma negatywny wpływ na jego CV i świadczenia dla bezrobotnych. Drugie uważa się za „siłę wyższą” bez winy pracownika i zwykle dostaje on, poza zasiłkiem, różne świadczenia jak np. premię czy ubezpieczenie.

U męża w pracy

Mąż kieruje pięcioosobową firmą, która jest jedną z zębatek w wielkiej machinie zakupu i sprzedarzy nieruchomości. Mąż współpracuje bezpośrednio z prawnikami, którzy z kolei współpracują z bankami i ubezpieczycielami. Jako kierownik mąż zajmuje się m.in. prowadzeniem interesów, klientami, fianasami, cennikiem usług i zatrudnianiem nowych pracowników. Zatrudnianiem, ale nie zwalnianiem. Jego firma jest spółką akcyjną należącą do 32 prawników, którzy mają radę nadzorczą i co dwa lata wybierają prezydenta. To prezydent i rada nadzorcza mają władzę nad wszelkimi większymi decyzjami czy zmianami. W zależności od tego kto akurat jest prezydentem, mój mąż może mniej lub więcej.

Od kilku lat mąż boryka się z bardzo trudną pracownicą. Kobieta obecnie jest w wieku emerytalnym i spokojnie mogłaby przejść na emeryturę, jednakże nie ma takiego zamiaru. Pracownica jest niegrzeczna, gburowata, stroi fochy, przejawia jawną nienawiść i wrogość dla firmy, rzuca głośno księgami i trzaska drzwiczkami ilekroć pragnie okazać swoje niezadowolenie. Ciągle mówi o tym, że firma ją oszukuje i wykorzystuje. Dzień po dniu, godzina po godzinie truje mężowi i jego pozostałym pracownikom życie i podnosi im ciśnienie. Teoretycznie rada mogłaby ją zwolnić dyscyplinarnie za takie zachownie, ale boją się, że pozwie do sądu, a osoby powyżej 45-go roku życia mają dodatkową ochronę prawną przed dyskryminajcą wiekową, więc wygodniej jest nie zrobić nic.

W zeszłym roku nadarzyła się okazja, żeby jej się pozbyć. Pracownica miała kłopoty osobiste, w skutek których poprosiła o możliwość pracy z domu. Otrzymała zgodę i przez dwa tygodnie siedziała w domu, pobierała pobory, ale jej wyniki pracy były nikłe i w żaden sposób nie równały się nawet ćwierci etatu. Postanowiono, że tak dalej być nie może, trzeba jej okazać współczucie i zrozumienie, ale niech idzie na bezpłatny urlop. Dano jej datę powrotu z ostrzeżeniem, że jeżeli po tej dacie nie wróci, uzna się, że zrezygnowała. Ona spakowała swoje rzeczy w biurze i poszła. Kiedy nadeszła oczekiwana data do pracy się nie stawiła. Wydało się, że już było po kłopocie, a tu nie. Kobieta poszła do prezydenta rady nazdorczej, pożaliła mu się i dostała pracę z powrotem.

W tym roku zyski firmy męża znacznie spadły. Podczas spotkania rady nadzorczej ktoś rzucił hasło cięć w personelu. Rada nadzorcza doskonale zdawała sobie sprawę z kłopotów mego męża z pracownicą i znalazła okazję, aby załatwić dwie sprawy za jednym zamachem. Cięcie z powodów ekonomiczych jest najłatwiejszą i najbezpieczniejszą metodą pozbycia się balastu. Głosowanie odbyło się za zamkniętymi drzwiami bez udziału męża i nikt go o wyniku nie poinformował. Dopiero tydzień czy dwa później jeden z prawników pojawił się w firmie męża i mu nieoficjalnie powiedział, że rada zagłosowała za zwolnieniem. Ale jak i kiedy, tego mu już nie powiedzieli. Nadal czeka i nie wie, czy rzeczywiście ją zwolnią, czy znów rozejdzie się po kościach.

U mnie w pracy

W agencjach rządowych królują związki zawodowe. Zarówno zatrudnianie jak i zwalnianie otoczone jest niemożebnymi stopniami trudności i zasadami regulaminu. Mój wydział prowadzi program pomocy uczniom szkół średnich, gdzie zatrudnieni przez rząd psycholodzy pomagają nastolatkom radzić sobie z presją społeczną, narkotykami, alkoholem, utratą bliskiej osoby i innymi problemami dręczącymi młodych ludzi. Parę lat temu zaczęły się nie lada kłopoty z pewną panią psycholog. Zaczęła przychodzić do szkoły pijana, spóźniała się, nie przychodziła do pracy, nie wywiązywała się z obowiązków. Parę razy bezskutecznie poddawano ją różnym akcjom dyscyplinarnym, aż w końcu po półtora roku zbierania bardzo szczegółowych dowodów na jej niekompetencję, została zwolniona. Nie na długo jednak, bo związek zawodowy dowiódł, że jej stanowisko jej się należy i musiano ją zatrudnić z powrotem. Szkopuł w tym, że nie chciała jej żadna ze współpracujących z nami szkół średnich. Kobieta już od pięciu lat siedzi w domu i pobiera za to wypłatę. Za każdym razem jak jest wolne miejsce w którejś ze szkół nasz wydział wysyła ją na rozmowę kwalifikacyjną. Za każdym razem szkoła ją odrzuca, bo każdy o niej słyszał i nikt nie chce kłopotów. Od pięciu lat ja i inni podatnicy opłacamy pobory pasożytowi, który nadużył władzy związku zawodowego mającego chronić słabszej strony. Od pięciu lat kobieta jest zadrą w oku naszego wydziału i wszyscy o tym wiedzą. Wie o tym wydział prawa, który nie robi nic, żeby tą sytuację rozwiązać. Rzekomo wytoczenie sprawy sądowej byłoby dużo droższe, niż opłacanie jej poborów. Kobieta jest krzykliwą i roszczeniową osobą, którą znają wszystkie wydziały rządowe od piwnicy po szesnaste piętro, i której się wszyscy boją. Boją się, że pójdzie do lokalnej telewizji i prasy i narobi bałaganu. Więc ucisza się ją płacąc jej za siedzienie w domu. Paradoks, jakiego dotychczas nie widziałam i mam nadzieję więcej nie zobaczyć.

W rezultacie tej kretyńskiej sytuacji najbardziej cierpią nastolatki, bowiem szkoły, nie mogąc sobie zatrudnić wybranego psychologa, po prostu rezygnują z programu. W tym roku nasz program miał zostać ucięty i miały być zwolnienia po to, żeby stworzyć identyczny program, ale z użyciem kontraktów z agencjami non-profit. Gdyby tak się stało, program nadal byłby finansowany przez rząd i miałby szansę na rozwój, a szkoły miałyby wpływ na wybór psychologów. Jak się można domyślać, związek zawodowy zniweczył ten plan. Program z ramienia rządowego nadal żyje, chociaż powoli umiera śmiercią naturalną ilekroć rezygnuje kolejna szkoła.

Dlaczego wykształceni, inteligentni prawnicy chowają głowę w piasek i pozwalają, żeby ten nonsens miał miejsce, skoro trzymają w ręku stosowne narzędzia do zmierzenia się z przeciwnikiem i niesprawiedliwością? Jeżeli ktoś zna odpowiedź, to proszę się podzielić.
20:15, anetacuse , Praca
Link Komentarze (3) »
środa, 30 lipca 2008

Pekin 2008

Szukałam i szukałam, ale nie doszukałam się polskiej drużyny olimpijskiej Taekwondo. Wnioskuję z tego, że albo źle szukałam, albo Polska reprezentacji w Taekwondo nie posiada. Mam nadzieję, że to się w przyszłości zmieni.

USA natomiast posiada w tym roku niebywałą drużynę: aż czworo rodzeństwa jedzie na olimpiadę oraz jedna osoba spoza rodziny. Jest to zjawiskiem niezwykle rzadkim, prawie niemożliwym, aby troje reprezentantów czteroosobowej drużyny było z jednej rodziny. A gdzie czwarte z rodzeństwa? Jest ich trenerem. Jean Lopez, najstarszy brat, szkoli reprezentantów do igrzysk olimpijskich. Sama drużyna składa się z dwóch kobiet i dwóch mężczyzn: Charlotte Craig, Diana Lopez, Mark Lopez i Steven Lopez. Zachęcam do obejrzenia krótkiego filmu o rodzinie Lopez TUTAJ, oraz do zapoznania się z reprezentantami TUTAJ.

USA Taekwondo Team

Source: http://taekwondo.teamusa.org

wtorek, 29 lipca 2008

niedziela, 27 lipca 2008

Otisco Lake; od północnego końca do grobli i z powrotem

Wyprawa kolejna wyglądała tak: słońce świeciło cudnie, wredny deszcz poszedł na urlop; fale były, ach jakże zachwycające, dech zapierające i turkusowe; huśtało i chlapało; no i co za widoki! Sama radość!

Widok z jeziora Otisco

Tak oto w dwóch zdaniach podsumować można dwuipółgodzinny spływ kajakowy po jeziorze Otisco, jednym z mniejszych Finger Lakes. Życie bywa nudne, jak zresztą opisy spływów. Same spływy absolutnie nudne nie są, czego tutaj dowiodę.

Fakt nr 1: Miejsca parkowania i wodowania było tak pochyłe, że można było zjechać kajakiem jak na sankach prosto do jeziora. Nikt tego jednak nie próbował, a wszyscy mordowali się ze złośliwą siłą grawitacji, która pchała okrutnie ciężkie łodzie gdzie nie trzeba. Już nie wspomnę, że mój biedny obładowany samochód ledwie dał radę podjechać pod tą górkę.

Z gorki czy pod gorke?

Jeszcze w dol

Fakt nr 2: Chyba nabawiłam się jakiejś fobii tłumów, bo im więcej ludzi, tym bardziej zmieniam się w krasnoludka Gburka z „Królewny Śnieżki.” Jak jest burza z piorunami i ulewą i przybywa tylko garstka klubowiczów, to jestem w przednim humorze. Jak natomiast jest prześlicznie i na spływ przybywają tłumy żądnych słońca pań i panów w średnim wieku na kajaczkach-kaczuszkach, zaczynam się robić poirytowana i gburowata i nie chce mi się z nikim gadać. Czy już się leczyć, czy jeszcze poczekać?

Perspektywa gburka jest mniej kolorowa ;)

Fakt nr 3: Nikt niestety nie miał wywrotki żeby nam dodać atrakcji, ale na szczęście często komuś coś się psuje. Tym razem nieszczęsnej kobiecinie urwał się skeg. Już go mieli przyklejać taśmą duct tape, już zamówiłam sobie zdjęcie dla Ani, kiedy jakiś baran go zreperował. Mimo to nadal mieliśmy z wydarzenia radochę, alebowiem przewrócona kokpitem w dół - celem reperacji - łódź, po przerwóceniu kokpitem w górę okazała się być pokryta psim gównem. Wokół rozległy się odgłosy obrzydzenia oraz kondolencje w stronę właścicielki kajaka. Wszelka nuda została zażegnana.

Fakt nr 4: Żonie przewodnika klubu zaczepiła się noga przy wysiadaniu i się z konieczności wykąpała. Nigdy nie należy tracić nadziei na kolejną atrakcję.

Fakt nr 5: Ogłoszony na dzisiaj konkurs na najśmieszniejszy kapelusz został zbojkotowany przez kajakarzy. Organizatorzy jednak mieli nagrody, więc co poniektórzy powyciągali kapelusze z samochodów i je nałożyli podczas obiadu. Obciach trochę, ale co tam. Nikt nigdy nie mówił, że ludzie w tym klubie są normalni.

Fakt nr 6: Podczas obiadu w restauracji urwała nam się noga od stołu kiedy mój mąż oparł się łokciem. Stół był drewniany, a noga zbutwiała. Ot, odpadła po prostu. A co na to kierownictwo restauracji? Nogę przysztukowali prowizorycznie tam gdzie była i kazali opierać się łokciami... po przeciwnej stronie stołu. Nie ma to jak tanie i szybkie rozwiązanie.

I weź tu człowieku nie jeździj na spływy klubowe. Tyle piękna, spokoju, natury, relaksu, irytacji, pompowania mięśni i śmiechu, że za nic nie można zrezygnować.
poniedziałek, 28 lipca 2008

Wiadomo, że posiadacze psów mają obowiązek po nich sprzątać.  Tutejsze firmy wypatrzyły w tym stanie rzeczy źródło dochodów i postanowiły ułatwić życie zbieraczom psich kupek produkując różnorakie produkty służące do tego celu. Są dwie metody sprzątania po futerkowych: w szufeleczkę lub w torebeczkę.

Szufeleczka to metoda dla leniwych, chorych na kręgosłup, bądź brzydzących się. Z czasem została zastąpiona szczękami, które umożliwiają zbieranie „złota” bez schylania się i zbytniego zbliżania się. Główną wadą szczęk jest to, że trzeba je nieść w ręce przez całą długość spaceru niezależnie od tego czy są potrzebne, czy nie. Szczęki są długie i operuje się je trzonkiem, który po ściśnięciu rozwiera paszczę po przeciwnej stronie i „połyka” gówno. Wydało by się, że już po sprawie, a tu nie. Trzeba z tymi śmierdzącymi szczękami iść do domu i coś z ich zawartością zrobić, bo przecież na amerykańskich osiedlach domów jednorodzinnych kubłów na śmieci na ulicach nie ma. Po spacerze ma się takie śmierdzące szczęki w garażu czy też innym miejscu, chyba że się je za każdym razem umyje.

Szczeki do zbierania kup

Source: http://www.petsmart.com

Torebeczka jest metodą bardziej popularną i całkiem niezłą. Fakt, trzeba się przyzwyczaić, że się to to „czuje” przez torebkę podczas zbierania, ale czego się nie robi dla swojego czworonoga? Po pierwsze, torebeczka mieści się do kieszeni i nie trzeba jej nieść w ręce dopóki pies nie zrobi wiadomo czego. Po drugie, wyrzuca się ją w całości i żadnych śmierdzących instrumentów w garażu nie ma. Po trzecie, torebek w dziesiejszym świecie nie brakuje i nie trzeba ich specjalnie kupować, chyba że... No właśnie. Dlaczego produkowane specjalnie do kupek torebki cieszą się popularnością, skoro każdy w domu ma przynajmniej kilkadziesiąt plastikowych reklamówek po zakupach?

Główną wadą toreb po zakupach jest to, że nigdy nie wiadomo, która i gdzie ma dziurę, co jest myślą zdecydowanie odrażającą. Ponadto reklamówki są duże, przez co niezręcznie się je wiąże. Innym mankamentem jest to, że chociaż pies niekoniecznie produkuje się na każdym spacerze, torebkę zawsze trzeba mieć, więc z czasem ląduje człowiek z plastikową torbą w kieszeni każdej pary portek. Ostatnio też ekologicznie przestawiliśmy się na używanie toreb wielorazowego użytku, więc ilość reklamówek w naszym domu się skurczyła.

Po walce z wyżej wymienionymi problemami z reklamówkami tudzież torebkami do kanapek (proszę to sobie wyobrazić na własną odpowiedzialność), rok temu skusiłam się na zakup specjalnego okrągłego pudełeczka i torebek produkowanych przez firmę N2N pod nazwą Poop Patrol, czyli Gówniany Patrol. Zakupione torebki mają więcej zalet niż początkowo mogłam sobie wyobrazić. Po pierwsze, małe pudełeczko łatwo mieści się w kieszeni, a przy braku owej można je przypiąć do smyczy czy paska. Po skończeniu się torebek pudełeczko wypełnia się nową rolką. Po drugie, zawsze spoczywa w tym samym miejscu przy smyczy i osoba wyprowadzająca psa zawsze ma łatwy dostęp do toreb bez konieczności chomikowania reklamówek w każdej sztuce posiadanej garderoby. Po trzecie, torby są biodegradowalne, a więc mniej szkodliwe dla środowiska. Po czwarte, są mocne i absolutnie nie mają dziur. Po piąte, mają ciemny kolor, który chroni niewinnych przechodniów przed mimowolnym oglądaniem nieapetycznej zawartości. W końcu, są łatwe w wiązaniu. Ale to nie wszystko. Torby mają również dodatkowe zastosowania. Jak pies naje się sznurka czy połknie skarpetę i nie może tego wydusić, torbę zakłada się jak rękawicę i delikatnie usuwa dzyndzelek zwisający spod ogona. Ponadto, jak ktoś ma dziecko z chorobą lokomocyjną, torby doskonale nadają się do wymiotowania. Właśnie dzięki tym niezliczonym zaletom jestem za kupowaniem specjalnych toreb do kup. Kup torbę do kup, no kup...

I żeby zakończyć już ten niesmaczny wpis dodam na marginesie, że torby w sklepie zoologicznym Petsmart zakwalifikowane są w kategorii Stool Management, czyli Zarządzanie Stolcem. Jedni kupują papier toaletowy, drudzy pieluchy, a jeszcze inni torebki Gównianego Patrolu.

Torebki na kupy

Source: http://www.petsmart.com

środa, 23 lipca 2008

Tae Kwon Do jest narodową sztuką walki Korei Południowej. Jest jednym z dwóch sportów walk wschodnich, który jest sportem olimpijskim. Drugim jest Judo. Zawody organizowane są w dwóch kategoriach: walki i układy poomse.

Teoria: Choreografia układów poomse i układów samoobrony, nauka terminologii po koreańsku, znajomość prawidłowej techniki ruchów, znajomość konwencji (ukłony, rangi, zwyczaje, itp.).

Praktyka: Kopanie, kopanie i jeszcze raz kopanie. Wprawdzie Tae Kwon Do praktykuje też samoobronę, blokady i ciosy ręczne, sztuka walki opiera się głównie na użyciu nóg. Poza zwykłymi zajęciami, gdzie do bólu trenuje się (1) technikę kopania; (2) kopanie tarczy ruchomych i nieruchomych  i torby ciężkiej; (3) kopanie w stronę przeciwnika; oraz (4) łamanie desek kopniakiem, są jeszcze zajęcia z walki sparring. W tym przypadku nakłada się ochroniacze na głowę, tułów, łydki, stopy, ręce, jaja (mężczyźni) oraz zęby i walczy się z przeciwnikiem, gdzie ciosy zadawane są naprawdę. Jak ktoś nie lubi walczyć, to nie musi, ale minimum walk i tak będzie musiał odbyć, choćby lekkich.

Różnorodość: Prawie każde zajęcia Tae Kwon Do są inne. Inne są rozgrzewki, inne kombinacje kopnięć, ruchy, formy, ćwiczenia. Inni są instruktorzy i partnerzy z innymi umiejętnościami. Zaawansowane rangi mają też zajęcia z walki mieczem.

Korzyści fizyczne: Poprawia się kondycja, koordynacja ruchów, szybkość, równowaga, elastyczność, siła, umięśnienie ciała (zwłaszcza mięśnie brzucha) i odporność na ból.

Niebezpieczeństwa: Łatwo jest naciągnąć lub naderwać ścięgno czy mięsień bez odpowiedniej rozgrzewki, można złamać palec u nogi, lub oberwać po twarzy lub ręce. Trzymanie komuś tarczy jest trudne, bo siła impaktu jest bolesna. Siniaki są częste, zwłaszcza od przypadkowego zetknięcia w walkach „na niby.” Tae Kwon Do potrafi być wyczerpujące i powodować bóle w nadwyrężonych częściach ciała, jak każdy sport zresztą.

Czego się nie robi: Nie praktykuje się przerzucania przeciwnika przez ramię jak w Judo, chociaż przy niektórych układach samoobrony przewraca się przeciwnika na ziemię, ale jest to sporadyczne.

Popularność: W ostatnich latach Tae Kwon Do zyskuje na popularności i rozgłosie, mimo to nie wszędzie istnieją szkoły Tae Kwon Do. Na przykład w Polsce można je jedynie znaleźć w większych miastach.

Inwestycja: Nie wiem jak w innych krajach, ale w Stanach Tae Kwon Do jest kosztownym sportem. Nie tylko podpisuje się kontrakt minimum na pół roku, ale też miesięczne opłaty są wysokie i dodatkowo płaci się osobno za każdy egzamin. Jeżeli bierze się udział w zawodach, dochodzą też koszty podróży i własnych ochroniaczy do walk. Poza tym, Tae Kwon Do jest sportem czasochłonnym, wymagającym i trudnym zarówno fizycznie jak i umysłowo.

Sport rodzinny: W mojej szkole sport ten uprawiają całe rodziny niezależnie od wieku, co bardzo dobrze wpływa na więzi rodzinnie.

Korzyści osobiste: Ponieważ cele osiągane są przy dużym nakładzie, przynoszą dużą dozę satysfakcji.

niedziela, 20 lipca 2008

Emerson Park, Owasco Lake North End

W niedzielę cały ranek padało i zapowiadano burze. Tu już druga niedziela pod rząd, kiedy prognoza pogody starała się nam wejść w paradę. Ponownie zignorowaliśmy ostrzeżenia, bo nigdy do końca nie wiadomo jak naprawdę będzie. Wyjeżdżaliśmy w ulewę, ale na miejscu było sucho i słonecznie. Po wodowaniu wypłynęliśmy długim kanałem na jezioro Owasco. Fale były wysokie i trzy członkinie klubu zawróciły, uznając spływ za zbyt ryzykowny. Pozostałe ośmioro członków grupy ruszyło na jezioro.

Kanalem do jeziora Owasco

Na początku czułam się niepewnie, bo jezioro było duże i rozhuśtane, a ja nie wiedziałam jak zachowa się mój kajak. Po paru minutach przekonałam się, że kajak zachowuje się doskonale, przodem czy bokiem do fal – nie miało znaczenia. Huśtało zamaszyście w górę i w dół; woda rozpryskiwała się o boki i dziób, a ciepłe krople raz po raz spryskiwały twarz. Żeby utrzymać się w pionie, trzeba było manerwować miękko tułowiem niczym na biegnącym rumaku. Było to przyjemne wyzwanie i płynęło się rewelacyjnie. Turkusowe fale i wiatr dodawały adrenaliny i motywowały do cięższej pracy wiosłem.

Owasco Lake

Po 3 milach wzdłóż wybrzeża zawrócilismy. Podczas tych 3 mil zdążył już dwa razy padać deszcz i kilkakrotnie zmieniła się siła i kierunek wiatru, który w końcu ucichł i, ku memu rozczarowaniu, uciszył fale. Pod koniec wyprawy nieodwołanie zaczęła zbliżać się zapowiadana przez meteorologów burza. Zrobiło się ciemno, widoczność drastycznie spadła, wiatr się zerwał na nowo i przypędził długie, bardziej poziome fale, które spychały nas jeden na drugiego. Już byliśmy przy brzegu, pod nami zaledwie metr do żółtego piaszczytego dna, kiedy zagrzmiały pioruny z błyskawicami tak głośno i oślepiająco, że aż włoski na przedramieniach stanęły na baczność. Fale dawały z boku i żeby nie dno metr po kajakiem, to człowiek by się nie na żarty wystraszył. A tak, z siecią asekuracyjną dna i brzegiem w zasięgu paru metrów, jazda po falach była ekscytująca jak balansowanie na linie, z której w każdym momencie można spaść.

W końcu dobilismy, kajaki na ląd i chodu do wiaty, kiedy deszcz luną z nieba na potęgę i w pełni rozszalała się burza. W wiacie przeczekaliśmy najgorsze, a jak już przeszło, wskoczyliśmy z powrotem do kajaków i dopłynęliśmy do oryginalnego miejsca wodowania. Potem ładowanie, suszenie i wspólny obiad w restauracji.

Widok z wiaty na jezioro

Po burzy

Każda sztuka walki wschodniej ma swoje symbole i kolory pasów. Każdy kolor ma inne znaczenie i reprezentuje stan umiejętności osoby noszącej dany pas. W Tae Kwon Do jest sześć podstawowych kolorów pasów:

  1. Biały – oznacza czystość, świeży początek i brak jakiejkolwiek wiedzy w Tae Kwon Do;
  2. Żółty – symbolizuje ziemię, z której wyrasta roślina; ten etap jest podstawą kiełkującej wiedzy Tae Kwon Do;
  3. Zielony – reprezentuje zieloną roślinkę, która już wykiełkowała i sięga coraz wyżej w górę, stając się coraz silniejszą i coraz bardziej dojrzałą; zielony pas symbolizuje rosnący i namacalny zasób wiedzy i możliwości;
  4. Niebieski – reprezentuje niebo i nowe wysokości; uczeń z niebieskim pasem ma coraz bardziej zaawansowane umiejętności zarówno fizyczne, jak i umysłowe i emocjonalne;
  5. Czerwony – reprezentuje słońce, które jest źródłem potężnej energii i mocy; kolor jest także uniwersalnym symbolem niebezpieczeństwa; na tym etapie uczeń Tae Kwon Do powinien posiadać dużą siłę i pewność siebie; musi też osiągnąć równowagę pomiędzy samokontrolą a pokorą;
  6. Czarny – kontrast białego, reprezentuje biegłość i dojrzałość; oznacza także koniec jednej drogi (awansów poprzez kolorowe pasy), a początek kolejnej drogi w osiągnięciu doskonałości (awansów poprzez rankingi kolejnych czarnych pasów – dany).

W zależności od szkoły, wystepują też pasy mieszane, które symbolizują półmetek pomiędzy jednym a drugim pasem. Jest więc żółty pas z zielonym paskiem biegnącym przez środek, zielony pas z niebieskim paskiem, niebieski pas z czerwonym paskiem, czerwony pas z czarnym paskiem, czerwony pas z dwoma czarnymi paskami, w końcu czarno-czerwony pas (pół-na-pół), który symbolizuje czteromiesięczny okres próbny od czasu zdania na czarny pas, do czasu otrzymania fizycznego czarnego pasa, na którym wydrukowane jest twoje imię i nazwisko oraz ranga.

Na każdy pas, nawet ten mieszany, trzeba zdawać egzamin.

poniedziałek, 21 lipca 2008

http://www.cnn.com/2008/LIVING/homestyle/07/21/fish.pedicure.ap/index.htmlPewien pan z północnej Virginii prowadzący salon kosmetyczny wpadł na oryginalny pomysł radzenia sobie z odciskami na stopach klientów: zatrudnił rybki garra rufa, popularnie nazywane doctor fish, czyli „rybka-doktor.” Ponieważ komercyjne używanie nożyków bądź żyletek do usuwania odcisków uznaje się za niehigieniczne, właściciel salonu sprowadził rybki, które w kilkanaście minut wyjedzą obumarły naskórek i nóżka będzie jak nowa. Salonowe środowisko życia rybek pozbawione jest flory, więc naskórek klientów jest jedynym pożywieniem, które mają w zasięgu. Jak podaje artykuł CNN, początkowo kilku klientów na raz wkładało nogi do basenu. Problem był w tym, że rybki rzucały się na delikwenta z największą ilością obumarłej skóry, co krzywdziło klientów o bardziej zadbanych stópkach, którzy przecież zapłacili i żądali jak najwyższej jakości rybiego traktowania. W końcu rybie usługi zostały uregulowane i teraz wymaga się, aby tylko jeden klient był obsługiwany na raz, i żeby woda zmieniana była dla każdej nowej osoby.

Podobno klienci bardzo sobie tą usługę chwalą. Rybki usuną stary naskórek i zmiękczą żywą skórę, a pedicurzystka dokona reszty. Tylko nikt jakoś nie wspomniał, czy żywienie się martwym naskórkiem ludzkim jest dobre dla rybek.

Kudłacz zjednał sobie tłumy wielbicieli na naszym osiedlu w przeciągu paru miesięcy. Nie ma spaceru, żeby ktoś do nas nie podszedł i nie przywitał go po imieniu. Ludzie zachwycają się jego majestatyczną posturą, zgrabnym energicznym truchtem jakim się porusza, miękką i przytulną sierścią, siłą, przyjacielską i zrównoważoną osobowością oraz pięknem. Kudłacz narobił mi masę znajomych na całym  osiedlu. Czasem zdarza mi się wyjść na półgodzinny spacer, który tak się wydłuża, że wracam do domu dopiero po półtorej godziny. Kiedy ja gadam z sąsiadami, kudłacz siedzi z podniesioną głową albo leży na trawce i podgryza źdźbła. Kiedy ostatnio mąż go zabrał na spacer, czekała go niespodzianka. Zbliżał się do dużej grupy dorosłych i dzieci. Wydawało mu się, że jest incognito, kiedy grupa zwróciła się nagle w jego stronę i wykrzyczała wesoło: Bauer, Bauer idzie, patrzcie, Bauer. Otoczyli kudłacza i zaczęli go głaskać. Mój mąż nie znał ani jednej osoby z grupy, ale oni wszyscy znali jego psa. Nie tego oczekiwaliśmy przynosząc naszego szczeniaka do domu. Spodziewaliśmy się bycia obiektem żartów i pokazywania palcami.

Kudłacz jest czarnym pudlem standardowym. Jest wysoki, ma długie nogi i waży 55 funtów. Spróbujcie powiedzieć komuś, że macie psa. Spytają jakiego. Powiedzcie im, że pudla. Gwarantuję, że spotkacie się z pobłażliwym uśmiechem, bo pudle kojarzą się ludziom z rozpieszczonymi, małymi, wrednymi, szczekającymi pieskami z kokardą na głowie. Mało ludzi wie, że są trzy rodzaje pudli: toy (maciupki), miniature (średni) i standard (oryginalny rozmiar – pierwowzór rasy). Większość miłośników psów woli mniejsze pieski i decyduje się na toy lub miniature, stąd duże pudle nie są zbyt dobrze znane. Ludzie często dziwią się, że kudłacz jest taki wielki. Nie wiedzą, że to odrębna rasa i że tak kiedyś wyglądały wszystkie pudle. Pudle standardowe są bardzo wysportowane i pełne energii. Nie siedzą w oknie na poduszce, ale buszują po lesie, przynoszą kaczki myśliwym i trenują zręczność na wybiegach. Faktem jest, że przez ostatnie parę wieków arystokratyczni właściciele popsuli pudlom reputację. Najpierw z dużej rasy polującej na ptaki lub wyławiającej gąbki z oceanu na wybrzeżach Grecji wyhodowali dwie mniejsze wersje. Potem pieski wypudrowali i wykokardowali, czyniąc rasę źródłem żartów i symbolem rozpieszczenia.

Kiedy kilka lat temu zobaczyłam pierwszego w życiu dużego pudla, zakochałam się w nim od pierwszego wejrzenia. Był przepiękny, mądry, rozbrykany, wesoły i... hypoalergiczny. Mieć w domu dużego psa i ani jednego włosa na kanapie, to dopiero marzenie... Mąż miał podobne doświadczenie. Kiedy się poznaliśmy, od początku było wiadomo, że nas pies będzie pudlem. Czekaliśmy na niego kilka lat. Przyznam się, że trochę obawialiśmy się złośliwych przytyków. Okazało się, że niepotrzebnie. Kudłacz sam się zajął łamaniem stereotypów dotyczących własnej rasy. Już przerobił całą moją dzielnicę, zobaczymy, co będzie dalej.

Kudłacz został nazwany po bohaterze serialu „24” o imieniu Jack Bauer.

Bauer 20080717
czwartek, 17 lipca 2008

Gorący pόźny wieczόr. Zamknięte drzwi do sypialni, w oknie pracuje klimatyzator, wygaszone światła. Pies zwinięty w nogach i tylko mu końcόwki łap drgają co jakiś czas przez sen. Mąż w bezruchu po swojej stronie łόżka. Ja przewracam się z boku na bok szukając wygodnej pozycji. W końcu zastygam na boku, plecami do męża. Powoli odpływam w krainę snu.

Zaczynam mieć dziwne uczucie łaskotania wzdłόż nogi połączone z drobnymi spazmami. Najpierw myślę ze zgrozą, że może to jakieś paskudztwo. Wzdrygam się na samą myśl. Ale nie. Stworzenie by łaskotało lub gryzło, ale przecież nie czułabym pulsujących, wyraźnych spazmόw. Myślę sobie, ze to mięśnie nόg mi drgają po treningu. Ale żeby tak drgały falowo, od łydki w gόrę, a potem z powrotem? Uczucie mija. Znόw prawie zasypiam, kiedy nagle czuję coś na plecach. Z nadzieją powoli wyciągam rękę w stronę męża. Leży otulony w znacznej odległości ode mnie i niestety ma wszystkie kończyny przy sobie. A skoro to nie on, to... Jedym szybkim susem, z wrzaskiem, znalazłam się na środku pokoju wykonując w ciemności dziki, gwałtowny taniec, w ktόrym skakałam i strząsałam po kolej wszystkie kończyny. Nagi taniec, bowiem przy wysokich temperaturach letnich wszyscy sypiamy nago, nawet pies. Mąż budzi się przerażony.

Mąż: Co się dzieje???

Ja: Nie wiem!!!

W końcu przestaję tańczyć. Zbieram się na odwagę i zapalam światło.

Mąż: Aaaaa!!!!

Ja (podążając wzrokiem za jego spojrzeniem): Aaaaa!!!!

Po moim posłaniu szedł wielki, czarny, tłusty robal. Stoję jak zamurowana i gapię się z obrzydzeniem. Mąż, wpόłleżąco, też się gapi. Robal zaczyna pulsować skrzydełkami. Aaaa! To te skrzydełka czułam wzdłuż nogi! Robi mi się niedobrze. To nie jest mucha. To chyba jakaś ćma. Prόbujemy ją zatłuc, ale nie na łόżku przecież. Spada, a potem nie możemy jej znaleźć. Dajemy spokόj. Idę z powrotem spać. Tym razem szczelnie otulam się prześcieradłem i dziękuję Bogu, że to nie był pająk. Gdyby był, to chyba bym umarła.

 
1 , 2 , 3
statystyka