Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 30 czerwca 2014

Wróciliśmy z krótkiego wypadu nad rzekę Św. Wawrzyńca. Biwakowaliśmy z przyczepą i całym szczekającym i skrzeczącym inwentarzem w parku stanowym Kring Point State Park w regionie Tysiąca Wysp (1000 Islands). Park mnie urzekł przepięknym położeniem na wąskim półwyspie, z którego po jednej stronie jest widok na rzekę Św. Wawrzyńca, a po drugiej na zatokę Goose Bay. Jednym słowem, gdzie by nie spojrzeć, tam pięknie. Półwysep, jak większość brzegu i wysep przy Św. Wawrzyńcu charakteryzuje się skalnym podłożem przeplatanym z trawą i drzewami. Park ma plażę, łazienki i prysznice, miejsce do wodowania i plac zabaw. Jedyną wadą tego czarującego miejsca jest zagęszczenie kempingujących i otwarta przestrzeń. Wiele parków stanowych Nowego Jorku zapewnia olesione, daleko od siebie położone i spore poletka kempingowe. W tym przypadku, kemping jest bardziej na terenie otwartym i wydaje się bardziej "na kupie." Niemniej jednak dla takiego widoku i atmosfery absolutnie warto tam pojechać nawet jeśli jest trochę gęsto. Na pewno tam wrócę.

Rzeka Św. Wawrzyńca, do której mam należyty respekt z racji kilku przygód wielkiego kalibru (niesamowite 1 i 2 oraz straszne), jest jednym z moich ulubionych miejsc do kajakowania. Po latach pływania odkryłam, że kajakowanie bez żadnych przeciwności po płaskiej bezpiecznej wodzie mnie nudzi. Lubię kiedy jest wiatr, fale, motorówki, kiedy jest trudno i daleko. Zamiast unikać wymagających warunków, teraz ich szukam. Oczywiście bez przesady, bo droga od trudnych warunków do niebezpiecznych jest bardzo krótka.

Kring Point oferuje dwie opcje do pływania: kiedy jest zbyt wietrznie można pływać po osłoniętej zatoce, a kiedy nie jest - po rzece Św. Wawrzyńca. Na rzece nigdy nie jest spokojnie, nawet kiedy nie wieje. Pływają tamtędy ogromne tankowce, statki wycieczkowe i setki motorówek. Z racji gęsto rozsianych ponad tysiąca małych wysepek, fale od kilwatera odbijają się od nich w każdym kierunku od i do brzegu i powrotem, co powoduje gwałtowne i nieprzewidywalne rotacje wody niczym w pralce. Jeśli jeszcze zaczyna wiać, kajak pokonuje nie tylko odległości w poziomie, ale też znaczne odległości w pionie. Nie ma wątpliwości, że rzeka Św. Wawrzyńca jest niebezpiecznym miejscem dla kajakarzy, jest jednak urzekająco piękna i stanowi świetne pole treningowe.

W sobotę dołączył do nas kolega od wojaży niebezpiecznych i długodystansowych (beczkę soli z nim zjedliśmy kajakując) i popłynęliśmy na 20-to milowy spływ rzeką. Było cudownie, aczkolwiek tak niemożebnie gorąco, że w pewnym momencie myślałam, że przyjdzie mi ćwiczyć rzyganie z kajaka. Szczęśliwie obyło się bez, choć osobiście byłam ciekawa wypróbowania mojego planu taktycznego opracowanego specjalnie na taką okazję.

Zwierzęta na czas spływu zostały w przyczepie, zamknięte z dwoma otwartymi oknami i dachowym lufcikiem i włączonym wiatrakiem. System sprawdził się znakomicie, w przyczepie była bardzo przyzwoita temperatura. To m.in. po to nabyliśmy tę przyczepę: żeby móc spontanicznie pojechać na krótki wypad nie musząc zaklepywać osób opiekujących się zwierzakami i potem ich odwozić i odbierać ORAZ mieć możliwość kajakowania w ciągu dnia, zamiast siedzenia plackiem na miejscu, bo nie ma jak zostawić zwięrząt. Zarówno pies jak i papuga zaklimatyzowały się znakomicie i były wyluzowane. My też.

Żal było wracać do domu, zwłaszcza w taki piękny dzień, no ale następny wypad już w czwartek: będzie święto niepodległości i długi weekend.

środa, 25 czerwca 2014

Ciężkie dębowe drzwi o lśniącej chromowej klamce otwierają się bez najmniejszego dźwięku. Przestępujesz przez próg zamykając je za sobą bezszelestnie. Pokój jest obszerny, chłodny, subtelnie podświetlony ciepłym, żółtym światłem i kompletnie dźwiękoszczelny. Sufit jest z granatowych paneli z rozsypanymi maleńkimi lampkami LED na podobieństwo rozgwieżdżonego nieba. Miękkie w dotyku ściany pokryte są granatowym akustyczym materiałem z lampami zamocowanymi na 2/3 wysokości łagodnie podświetlającymi sufit. Pod bosymi stopami pluszowy miękki granatowy dywan. Zewsząd wydobywa się niski miarowy dźwięk wentylacji wdmuchującej chłodne, przefiltrowane, jonizowane powietrze za pomocą kilkunastu równomiernie rozmieszczonych przy podłodze otworów. Powietrze pachnie jonem i świerkiem. Na środku na podświetlonej platformie stoi obszerne łóżko zaścielone szarą, świeżą, gładką pościelą. Wślizgujesz się pomiędzy chłodne prześcieradła. Wszystkie światła oprócz gwieździstego sufitu powoli gasną, a twoja świadomość razem z nimi.

O tym myślę w gorące parne noce.

poniedziałek, 23 czerwca 2014

W weekend zaniosło nas kompletnie nam nieznaną trasą pomiędzy dwoma dobrze znanymi punktami. Trasa urzekła pięknem krajobrazu i dziesiątkami wielkich turbin.

Trasa wiodła drogą Rt 177 od Lowville nieopodal lewej granicy z górami Adirondack a jeziorem Ontario. 

środa, 18 czerwca 2014

Albo malinowe, truskawkowe, winogronowe - w zależności od owoca lub dżemu jaki macie :).

To jeden z moich ulubionych przepisów, a ja z tych raczej niepiekących. Łatwe w przyrządzeniu i niebo w gębie. A teraz kiedy jest sezon rabarbarowy - tym bardziej. Z góry przepraszam za miary imperialne, proszę samemu sobie przeliczyć ;).

Przepis jest na blachę 8 x 8 lub 9 x 9 cali, na długą blachę - podwajam. A w ogóle to piekę w szkle, a nie w blasze, ale to pewnie nie ma znaczenia.

1/2 szklanki masła - miękkie
1/2 szklanki brązowego cukru
1 szklanka mąki
1/4 łyżeczki proszku do pieczenia albo sody
1/8 łyżeczki soli
1 szklanka płatków owsianych górskich

3/4 szklanki dowolnego dżemu (polecam rabarbar i malinę)

Wszystko oprócz dżemu wymemłać na masę, najlepiej ręcznie. 1/3 masy zostawić, a 2/3 wmemłać na równo na dno blachy paluchami, żeby był ładny równy spód. Na to napaskudzić dżemem i wyrównać jakąś szpatułką, tylko nie przy samych krawędziach. Jeśli macie świeże owoce, to trzeba je najpierw przesmażyć na papkę z odrobiną cukru. Na warstwę papki owocowej należy wrzucić kruszyny pozostałej masy, w stylu kruszonki na szarlotce. Wypiek wygląda zresztą jak szarlotka. Piec 35-40 minut na 350 stopni F.

Tak, wiem, to miały być ciasteczka. Po wyjęciu dać trochę się ostudzić po czym pociąć ciasto to-be ciasteczka w kwadraty. Jeśli nie pokroicie teraz a dacie wystygnąć, do tego zadania potrzebna będzie piła motorowa. Pokrojone ale nadal w blasze wsadzić do lodówki, potem powyjmować kwadraty z blachy na talerzyk. 

P.S. Jest 90 stopni F, a ja piekę. Nic nie poradzę, że rabarbar jest teraz, a nie w styczniu.

01:27, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (9) »
poniedziałek, 16 czerwca 2014

Spędziliśmy kolejny weekend na biwaku, tym razem w górach Adirondack (lokalnie zwanych skrótowo ADK) z klubem kajakowym. Wszystkie prognozy pogody zawiodły - jak zwykle. Miało być ciepło i słonecznie. Było deszczowo (piątek), pochmurnie, wietrznie i bardzo zimno (sobota), pięknie i słonecznie (niedziela - dzień powrotu do domu oczywiście). 

Przyczepa sprawiła się znakomicie. Było nam ciepło i sucho. Papug niestety nie mógł cieszyć się świeżym powietrzem, bo było za zimno, musiał więc spędzać czas pomiędzy samochodem a przyczepą. Psa na ten weekend oddaliśmy, co wyszło wszystkim na zdrowie, bo on nie cierpi deszczu.

Spływ w sobotę był z tych adrenalinowych. Podczas przepływu przez jezioro Sacandaga mieliśmy bardzo wzburzone fale, tym większe im bardziej oddalaliśmy się od brzegu początkowego płynąc z wiatrem. Wiatr był najpierw z boku, potem z tyłu. Zaczęliśmy surfować na pograniczu szybkości niebezpiecznych (fala zawsze próbuje "przestawić" kajak równolegle, czyli bokiem do fali, co grozi wywrotką). W pewnym momencie miałam cały dziób pod wodą i płynęłam niczym ledwie kontrolowana torpeda, używając pióra wiosła po lewej jako steru/hamulca przeciw siłom niosącej mnie fali, z takim przechyłem że całe lewe przedramię miałam w wodzie. GPS pokazał 6.7 mili na godzinę. Niedługo później jeden z naszych miał wywrotkę tuż przy przeciwległym brzegu. Miał długi wyścigowy kajak, którego nie był w stanie w pełni kontrolować. Nie mogliśmy mu pomóc, a on nie dał rady znowu wystartować naprzeciw falom przyboju. Jeden z miejscowych podwiózł go do kempingu po samochód, a my ruszyliśmy dalej. Dużo później spotkaliśmy się z nim na innej odnodze spływu, gdyż wystartował jeszcze raz z innego - dużo bezpieczniejszego - miejsca. Spływ ucięliśmy krótko, tylko ponad 10 mil. Mimo to na drugi dzień bolały mnie wszystkie możliwe mięśnie od pasa wzwyż.

Wieczorem obchodziliśmy moje urodziny butelką wódki Belvedere zagryzanej plasterkami cytryny maczanymi w cukrze (lemon drop shots). Wódka smakowała wszystkim niesamowicie i butelka rozeszła się niezwykle szybko.

Kolejny wypad, tym razem nad rzekę Św. Wawrzyńca, już za dwa tygodnie.

środa, 11 czerwca 2014

Zdarzyło Wam się kiedyś spotkać przypadkową osobę i zapałać do niej / do niego nieuzasadnioną antypatią lub też poczuć przyspieszone bicie serca? W angielskim określa się to zjawisko jednym, ale za to wybitnie adekwatnym rzeczownikiem: chemia (chemistry). Zwykle kiedy mowa o chemii pomiędzy ludźmi, najczęściej ma się na myśli wzajemną atrakcję, pociąg seksualny, ale nie tylko. Nie ma wątpliwości, że uczuciowo wchodzimy z innymi w reakcje, często silne i nieuzasadnione (pozytywne lub negatywne). To samo dotyczy interakcji pomiędzy zwierzętami oraz ludźmi i zwierzętami: więzi czy antypatie często tworzą się natychmiastowo i nie mają niczego wspólnego z logiką. Uważam to za fascynujące.

poniedziałek, 09 czerwca 2014

W miniony weekend zrobiliśmy próbę generalną przyczepy: 2 noce z inwentarzem. Wycieczkę mogę podsumować jedym słowem: SUKCES!

Spostrzeżenia ogólne: Doczepianie, odczepianie, parkowanie i jazda - łatwe. Namiot - przedsionek rewelacyjnie rozwiązany, można tam stać i przebrać się oraz zostawić co się nie mieści w przyczepie, np. torby czy buty, nie zmokną.

Gotowanie: Niebo a ziemia w porównaniu do namiotu. Przyczepa ma dwa składane stoły doczepiane do boków: jednen pasujący pod lodówkę, drugi tuż przy blacie głównym, gdzie można przygotowywać posiłki i potem zmywać. Gotowanie jest prawie tak łatwe jak w domu, zmywanie też (system na dwie miski).

Spanie: Cooper (papuga) ma w domu klatkę wysokości 170 cm i drugą klatkę podróżną, w której mieszka jak jest przez kogoś pilnowany. Aby się zmieścił do przyczepy, musieliśmy mu kupić jeszcze mniejszą klatkę podróżną, która jest za mała do tymczasowego mieszkania, ale wystarczająco duża do wizyt u weterynarza oraz do spania. Tak więc klatka poszła w kąt łóżka, a dywanik z przodu klatki to miejsce psa. Nam została reszta. Układ ten sprawdził się dużo lepiej niż przypuszczałam. Zwierzaki wydawały się zadowolone. Spanie w przyczepie okazało się niezwykle wygodne i przytulne, pomimo że trochę na sardynkę. Przyczepa ma rewelacyjnie rozwiązaną wentylację: można otworzyć boczne okna i lufcik w dachu, gdzie również mieści się też wiatrak z termostatem i czujnikiem przeciwdeszczowym.

Cooper spędzał dnie w większej klatce: w zimne poranki i wieczory w przyczepie lub samochodzie, w ciągu dnia na świeżym powietrzu.

Selkirk Shores to park stanowy położony nad jeziorem Ontario nieopodal miejscowości Pulaski w stanie Nowy Jork.

środa, 04 czerwca 2014

Nie dość że kwasowe to zielsko, to jeszcze wyjątkowo kreatywne. Pokolorowało mi uprzednio jednolity garnek tak:

Prawda, że pięknie?

To było chyba w 5. klasie. Ja i pani od biologii miałyśmy stosunki obustronnie antypatyczne. Jednym z ćwiczeń zadanych jako praca domowa na ferie zimowe było wyhodowanie pleśni na skórce chleba. W podręczniku były instrukcje. Proste jak budowa cepa: zamoczyć skórkę chleba w wodzie, położyć na gazie czy ligninie i czekać tydzień aż wyrośnie piękna dorodna pleśń. Skórka wprawdzie spleśniała na czarno, ale nic nie rosło. Opłakany stan mojej pleśni spędzał mi sen z powiek. Oczywiście powód był prosty: jako że była zima, zarówno skórka jak i lignina wyschły na wiór, a w podręczniku nie pisało, że mają być stale wilgotne. Wpadł na to mój rodziciel i zaczęliśmy podlewać ligninę. W rezultacie wyrosło na skórce śliczne puchate futerko. Niezbyt wysokie (straciliśmy pół tygodnia!), ale jednak.

Nadszedł sądny dzień. Moją pięknie spleśniałą skórkę chleba dostarczyłam na lekcję biologii pieczołowicie zapakowaną w pudełko. Wszyscy wyjęli pleśń do demostracji, a pani S. przechadzała się od ławki do ławki z dziennikiem do oceny. Im więcej pleśni widziała, tym bardziej robiła się zła. Nikt, nikt po za mną nie wyhodował futerka, wszyscy zaprezentowali suche czarne skórki. Nagle stałam się pleśniową bohaterką dnia i czarownica zagoniła wszystkich do mojej ławki podziwiać moją pleśń. Tym sposobem nie tylko zyskałam (chwilowo) jej aprobatę, ale również dostałam piątkę. Z minusem, za karłowatość. Na resztę klasy spadła łaska i nie dostali ocen wcale.

wtorek, 03 czerwca 2014

Fascynuje mnie miejskie życie w Ameryce Północnej - urban living. Nie w porównaniu do życia wiejskiego - country living, ale w porównaniu do życia podmiejskiego - suburban living. Osobiście praktykuję życie podmiejskie i mam wiele powodów aby przypuszczać, że zarówno życie miejskie jak i wiejskie nie są dla mnie, jednak trawa jest zawsze zieleńsza u sąsiada, więc zadawalam się sporadyczną fascynacją, zarówno jednym jak i drugim.

Wpis, jak się pewnie domyślacie, został zaispirowany naszym ostatnim wypadem do Chicago gdzie mogliśmy sobie pomieszkać w wielkim mieście przez dwie noce. Zresztą niedawno miałam okazję pomieszkać sobie także na Brooklynie (w gościach, nie w hotelu, bo to jest zupełnie inne doświadczenie) oraz w Toronto. Za każdym razem wręcz się (tymczasowo) zakochuję w życiu miejskim (byle nie zimą). A oto powody.

Ludzie. Zróżnicowani, w lepszej formie fizycznej, szczuplejsi, bardziej zadbani, lepiej ubrani. Chodzenie pieszo. Robienie zakupów pieszo. Restauracje i kafejki - dostępne na piechotę. Komunikacja miejska. Moża się obyć bez samochodu. Zawsze się coś ciekawego dzieje: koncerty, happeningi, wystawy. Więcej miejsc pracy. Mniejsze mieszkania, bardziej minimalistyczne życie. Czy już wspomniałam o chodzeniu pieszo? Ikea.

Styl umeblowania typowego amerykańskiego domu jest bardzo różny od stylu europejskiego. Naprawdę rozumiem dlaczego sklepy Ikei otwierają się tylko w dużych miastach gdzie są większe skupiska emigrantów. Stamtąd łatwiej opanować rynek rdzennych Amerykanów, co też Ikei udaje się znakomicie. Ilekroć odwiedzam znajomych w miastach, bardzo widać wpływ Ikei na miejskie umeblowanie - i to nie tylko u emigrantów. Ikea to wg. mnie ikona amerykańskiego urban living. Na przedmieściach nie istnieje. Z każdą taką wizytą nie tylko pałam chęcią wyprowadzenia się do miasta, ale pałam też złością do Ikei, że ich u nas nie ma.

Zrobię dygresję od miejskiego życia na rzecz przyjmowania i bywania w gościach. Bardzo lubię mieć gości i lubię u kogoś gościć bo zawsze sporo z takich wizyt wynoszę. Kiedy człowiek dusi się we własnym sosie z małżonkiem przez wiele lat i ma wytyczone swoje drogi po dobrze znanych sobie torach, nagle okazuje się, że najprostsze czynności mogą być robione inaczej. Uwielbiam uczyć się jak inni gotują, parzą kawę, zaczynają dzień, jak znajdują się w domu przestrzennie - prawie zawsze coś w domu ulepszam po takich wizytach, zawsze się czegoś uczę.

statystyka