Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 29 czerwca 2012

Niedawno oglądaliście zawartość mojej "torebki," czy raczej wodoodpornej kasetki używanej podczas spływów. Dzisiaj pokażę Wam zawartość mojego lunch boxa (nie znalazłam żadnej zgrabnej polskiej alternatywy tego słowa, ale chodzi o izolowane termicznie opakowanie na lunch), a nawet dwóch, bo mężowego też. Poniżej przedstawiona zawartość jest bardzo akuratną reprezentacją mojej codziennej diety, a przecież od bardzo dawna nie zanudzałam Was swoimi nawykami żywieniowymi. Proszę bardzo:

Po lewej to lunch box męża. Zawartość to przekąski międzyposiłkowe, gdyż mąż śniadanie i obiad jada w domu, a lunch na mieście.

  • Na spodzie pojemnik z sałatką (sałata, rzodkiew, pomidory).
  • Domowej roboty sos do sałatki (balsamic) w słoiku.
  • Jabłko.
  • Pojemnik z niesolonymi i nieprażonymi migdałami lub innymi orzechami/pestkami dyni czy słonecznika.
  • Skyr: gęsty serek islandzki na podobieństwo polskiego serka waniliowego, ale gęstszy i mniej słodki, beztłuszczowy z bardzo skoncentrowaną dawką białka. Jak dla mnie zbyt kredowy w konsystencji.

Po prawej to mój lunch box. Znajduje się w nim wszystko poza obiadem, gdyż zarówno śniadanie jak i lunch jadam w pracy oraz jem często i gęsto pomiędzy posiłkami.

  • Serek wiejski 2% 6oz (śniadanie).
  • Spaghetti z sosem pomidorowym (lunch - zwykle zabieram cokolwiek mi zostało z obiadu).
  • Dwie pałeczki 2% sera mozarella.
  • Sałatka (jak wyżej u męża tylko z sosem już polanym).
  • Orzechy (jak wyżej).
  • Jabłko.
  • Gruszka.

Wszystko przygotowuję rano, co zabiera mi średnio pół godziny. Cokolwiek wymaga podgrzewania, pakowane jest w naczynia szklane, a co nie wymaga - w plastikowe. Wariacje zawartości występują w typie zakupionych owoców, warzyw czy orzechów oraz obiadowych resztek, ale schemat jest ten sam. Do tego zabieramy do pracy po dwie butelki wody kranowej w stalowych butelkach.

22:43, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (8) »
wtorek, 26 czerwca 2012

Po "jeździe" jaką zafundowałam sobie na własne oraz cudze życzenie przez ostatnie półtora tygodnia czuję się jak niefunkcjonalna hydra. Słowo daję, jak już dotrę do Polski za te trzy tygodnie, to nikt się mnie nie dobudzi przez trzy dni.

03:45, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 25 czerwca 2012

W sobotę rano zapakowaliśmy sprzęt i zwierzaki do samochodu i wyruszyliśmy na północ do domu naszej przyjaciółki, gdzie powierzyliśmy naszą trzodę jej synowi, a sami wyruszyliśmy z nią i jej mężem na biwak kajakowy. Cel naszej podróży - Stillwater Reservoir - okazał się pięknym i odległym miejscem. Zapakowaliśmy wszystko do kajaków włącznie z naręczami drewna przypiętymi do pokładu, ale pomimo gotowości musieliśmy przeczekać burzę z pirunami i gradem. 

Stillwater Reservoir to sztuczny zbiornik wodny położony w górach Adirondacks utworzony w 1876 na potrzeby przemysłu drzewnego. Ma 128 mil linii brzegowej i 6700 akrów powierzchni (źródło: http://www.stillwaterreservoir.com/general.htm). Zbiornik jest bardzo popularny wśród miłośników przyrody, gdyż jest oddalony od cywilizacji i zamieszkuje go wiele gatunków zwierząt. Po zbiorniku kursuje prom, którym można się przeprawić pieszo lub samochodem na drugą stronę.

Wzdłuż linii brzegowej oraz na wyspach znajduje się 46 bardzo odosobnionych pól namiotowych dostępnych tylko z wody. Miejsc nie można rezerwować z wyprzedzeniem w tradycyjny sposób, a jedynie na miejscu, za to są za darmo. System działa tak, że na tablicy pod wiatą są suwane numerki każdego pola oraz mapa z ich umiejscowieniem. Patrzy się, które jest wolne, wybiera, przesuwa suwak na "zajęte" i wpisuje do książki na ile nocy się tam będzie. Po powrocie należy się wypisać i przesunąć suwak na "wolne."

Kiedy burza minęła wyruszyliśmy w stronę wybranego przez nas poletka nr 7, które było odległe o niecałe trzy mile. Stillwater Reservoir jest zbiornikiem dość płytkim i słynie z bardzo zmiennych warunków pogodowych często uniemożliwiających planowaną przeprawę powrotną. Ponieważ w poniedziałek wszyscy idziemy do pracy, postanowiliśmy nie kusić losu i biwakować blisko.

Poletko okazało się prześliczną zatoczką o piaskowej plaży. Po rozbiciu namiotów poszliśmy pływać i jedną z atrakcji było holowanie delikwenta za kajakiem. Normalnie czułam się jak dzieciak! Po pływaniu trochę pokajakowaliśmy, potem był czas na obiad i ognisko. Po strasznie męczącym tygodniu spałam jak zabita.

Spaliśmy aż do ósmej, co się nam prawie nigdy nie zdarza pod namiotem. Śniadanie, pakowanie, powrót. Pogoda dopisała, fajnie było, ale za krótko!

 

środa, 20 czerwca 2012

Jak latarnia przywołująca żeglarzy do brzegu, stała w krwistoczerwonym żakiecie. Z papierosem w ustach natychmiast kojarzyła się znajomo. Z czerwoną szminką było jej do twarzy. Miała ładnie upięte włosy. Ale te oczy... Najbardziej rzuciły mi się w oczy jej oczy o tak niezwykłym błękitnym kolorze. Jasne, prawie przeźroczyste o zróżnicowanych jakby nakrapianych odcieniach z ciemniejszą granatowawą obwódką. A może tylko mi się zdawało... Znajoma i obca zarazem. Analizowałam każdy szczegół jej twarzy, aby dobrze go zapamiętać. Była taka, jak się spodziewałam, z jej ust wypływał potok słów już znajomy, obwódka kalki przystawiona do rysunku pasowała. Ale to ciepło i pasja były jeszcze bardziej wyraziste (czy ktoś może w to uwierzyć?!) i zauważyłam jeszcze jedną cechę, która się nigdy przez jej słowo pisane nie przebije: mimika. Mieć tak bogatą mimikę to jest talent. Niewątpliwie zrobiłaby furorę w trójwymiarowym showbizesie nawet gdyby odebrano jej mowę. Warto było poznać ten wymiar.

Wiecie o kim mówię?

Przyzwyczajona do sztywnych reguł amerykańskiej korporacji, gdzie wszystko jest poprawne politycznie i wyważone, w której, gdyby nie brudna wykładzina, możnaby usłyszeć spadającą szpilkę, znalazłam się nagle w oku cyklona kontrastów.

Duży budynek wyłożony marmurami od podłogi po sufit. Umundurowana ochrona oraz bramki bezpieczeństwa najpierw skanujące magnetyczny identyfikator, potem odciski palca wskazującego lub mapę żył i ścięgien prawego nadgarstka. Chłodny głos oznajmiający "identyfikacja potwierdzona" i otwierająca się z klikiem bramka. Stalowe ciche windy szybujące w górę. A na górze...

Kolejne drzwi otwierane magnetyczną kartą, a potem niekończące się pole kubików. Kubików tętniących życiem jak żadne inne miejsce, w którym pracowałam. Brooklyński akcent, nowojorskie zdrobnienia imion, rozmowy po angielsku, koreańsku, rosyjsku, różnorodność twarzy i obcych akcentów, telefony, klikanie klawiatur, często rzucane przekleństwa, niepoprawne politycznie rozmowy, małe akwaria z rybkami, rośliny, zdjęcia, plakat z Jezusem z zawieszonym na kołku różańcem, prywatne rozmowy przez komórkę. Zdania typu "Bobby, who the fuck cares, this is bullshit" rzucane głośno, lekko, z odrobiną ironii. Nieskrępowana, nielękliwa atmosfera, wyczuwalne bezpieczeństwo o pracę. Tu się bardziej mieszka i pracuje niż tylko pracuje. Rozpraszający, zachwycający, ciekawy, dziwiący, denerwujący, pulsujący rytm życia biura w niesprywatyzowym sektorze. 

W niedzielę wieczorem pierwszy raz od 5-ciu lat wyruszyłam samochodem do Nowego Jorku. Jak się okazuje, podobnie jak z pływaniem czy jazdą rowerem, jazdy na sardynkę sześciopasmówkamisię nie zapomina. Poradziłam sobie zupełnie dobrze, zarówno tamtego wieczoru jak i w codziennych dojazdach do pracy. Całe szczęście samochód ma wbudowany porządny GPS, więc przynajmniej dojazd do celu odpadł jako powód stresu. Jak wyeliminować problem dokąd jedziesz, to jak jedziesz jest sprawą drugorzędną.

W jeździe na sardynkę jest chyba jakaś odpowiedzialność zbiorowa, bo wydawałoby się, że wypadki powinny być dużo częstsze. Niezależnie od tego czy jesteś ustępującym czy wymuszającym, unikanie stłuczek leży w interesie wszystkich. Unieść się dumą lub zagapić będzie kosztować nie tylko ciebie, ale setki jeśli nie tysiące innych osób, które utkną w korku na twoich tyłach. Dziwi mnie, że wszystkie auta w Nowym Jorku nie wyglądają jak ulęgałki.

Parkowanie to inna para kaloszy. Normalnie parkowaniem nie muszę się przejmować, bo w większości podziemnych parkingów oddajesz kluczyki waletowi i odchodzisz w siną dal. Tymczasem wczoraj nie miałam wyboru. Mój hotel stoi na małym trójkątym skwerze i można go objeżdżać w kółko. Wolnego parkingu przed hotelem już nie było, więc postanowiłam wjechać do garażu podziemnego. Jak tylko zjechałam w dół rampą natychmiast tego pożałowałam. Z hukiem zamnkęły się za mną wielkie metalowe drzwi. Kiedy zobaczyłam wnętrze, poczułam się jak w sidłach. To była miniaturowa, paskudnie klaustrofobiczna piwnicana mieszcząca dokładnie 12 samochodów powciskanych pomiędzy lasem filarów. Miałam ochotę natychmiast stamtąd uciec, ale nie było miejsca na manewry. Wypatrzyłam 3 wolne miejsca parkingowe, które dla motocykla czy resoraka byłyby jak raz, ale parkowanie tam normalnym samochodem przekroczyło moje wyobrażenia. Waleta nie było. Po obejściu przestrzeni pieszo wywnioskowałam, że powinnam się zmieścić, ale pojeździwszy po kilka metrów w tę i nazad trochę tu, a trochę tam, zupełnie zwątpiłam. Porzuciłam samochód gdzie stał i zaczęłam zbierać manele planując go tam zostawić. Zastawia inne? Niech się kto inny martwi. W tym momencie zze drzwi pralni wyleciał spanikowany młody chłopak azjatyckiej urody i zaczął żywo gestykulować w stronę oznaczonej na betonie koperty. Roześmiałam się głośno i dyndając w jego stronę kluczykami powiedziałam, że w takim razie proszę, niech on spróbuje, bo ja się tego podejmować nie zamierzam. Facet wpadł w jeszcze większą panikę i zrobiło mi się go szkoda. Wsiadłam więc do samochodu i przy jego pomocy - jakimś cudem - bardzo powoli i uważnie wycofałam do jednej z odległych pod dziwnym kątem przestrzeni. Cieszyliśmy się oboje jak dzieci. Jakbym tu miała mieszkać to na pewno jeździłabym smartem albo fiatem 500.

sobota, 16 czerwca 2012

Latem 2003 roku kiedy byłam studentką i miałam lekką niebiurową pracę, odkryłam ku swojej ogromnej radości, że główna biblioteka w Syracuse posiada polskie książki. Wybór był bardzo mały i ograniczał się do klasyków, niemniej jednak chwyciłam okazję jak tonący brzytwy i tamtego lata utonęłam na dobre w m.in. "Nocach i dniach" oraz "Nad Niemnem." Była to niezwykle miła odskocznia od życia, od tamtej teraźniejszości i zamartwiania się o przyszłość. Książki były formą teleportacji do zielonych łąk i pól, po których biegałam w każde wakacje jako dziecko, do pewnego klimatu, który na zawsze przeminął. Był to niesamowity odpoczynek psychiczny, który dał mi więcej siły na ówczesną teraźniejszość.

Nie ma nic lepszego niż dobra lektura na lato, niekoniecznie polski klasyk. Wtedy można wdychać letnie powietrze w weekend i udawać, że nadal się ma 2 miesiące wolnego każdego lata i czas na wszystko.

P.S. Wie ktoś może, czy "niebiurową" pisze się razem czy oddzielnie?

P.P.S. Z przymiotnikami w stopniu równym razem, a w stopniu wyższym i najwyższym oddzielnie.

Rozpiera mnie energia i mam 100 pomysłów na minutę. Dużo się dzieje. Jutro organizuję mini-imprezę w domu z grillem i ogniskiem w gronie najbliższych znajomych, a w niedzielę wypad na kajaki i większa impreza rodzinna z okazji tutejszego Dnia Ojca u teściów z wieczornym wyjazdem służbowym do Nowego Jorku. Za miesiąc wyjeżdzam z mężem do Polski na 2 tygodnie, pierwszy raz od ponad trzech lat, w międzyczasie mam ślub przyjaciółki oraz drugi wypad to Nowego Jorku tuż po weselu i tuż przed wyjazdem do Polski. W międzyczasie chadzam na jogę i na siłownię, pracuję jak nakręcona, gotuję, wyciskam soki, zajmuję się domem i zwierzętami, bloguję, czytam jak najęta, piję, śpię i jestem szczęsliwa. Chciałabym trochę zwolnić czas, bo upływa zdecydowanie za szybko.

03:01, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (8) »
środa, 13 czerwca 2012

Wszyscy znacie stereotyp zachowania mężczyzn i kobiet w przypadku zgubienia się: mężczyźni ponoć rzadko przyznają się, że się zgubili i szukają wyjścia na własną rękę choćby mieli jechać pół nocy, a kobiety pytają.

Należę zdecydowanie do tych pytających. Cenię swój czas i uważam, że skoro mogę sobie ułatwić życie pytając kogoś, kto wie lepiej (przynajmniej w założeniu), to powinnam zapytać, szybciej znaleźć to czego szukam, a zaoszczędzony czas wykorzystać na coś lepszego.

Ostatnio zaczęłam w swoją taktykę powątpiewać na froncie zawodowym. Jestem jedyną kobietą w zespole wdrażającym wyspecjalizowane systemy komputerowe, nie licząc żeńskiego kierownictwa zespołu, które tym wdrażaniem kieruje. Mamy zróżnicowane funkcje, ale wiele naszych ról się pokrywa. Kiedy wyczerpię swój limit i nie mogę znaleźć rozwiązania, proszę o pomoc. Zwykle okazuje się, że byłam tylko o jeden krok od rozwiązania. Koledzy wprawdzie pytają o opinię, często dyskutujemy nad rozwiązaniami logistycznymi, ale chyba szybciej zjedzą tynk na ścianie, niż będą latać ze swoimi problemami technicznymi do kogoś innego. Pomimo, że dużo się przy takiej pomocy uczę mam wrażenie, że moja postawa stawia mnie w słabym świetle, w którym wyglądam na kogoś, kto nie jest w stanie samodzielnie kończyć zadań.

Pytać? Nie pytać? Pytać rzadziej? Wasza opinia mile widziana!

15:36, anetacuse , Praca
Link Komentarze (11) »
wtorek, 12 czerwca 2012

Dostałam wczoraj przesyłkę z Irlandii od brata. Przysłał mi ładnie zapakowaną książkę z dedykacją. Pakunek mnie mile zaskoczył, ale dedykacja wzruszyła.

Wychowałam się na książkach z dedykacjami: jako nagrody w szkole, jako prezenty od ojca, babci-bibliotekarki, cioć i wujków. Mam ich w domu rodzinnym całe półki. Teraz czytam głównie na e-czytniku, więc kiedy otworzyłam okładkę tej książki i zobaczyłam charakter pisma mego brata, zrobiło mi się ciepło na sercu. On mi kupił TĘ książkę i podpisał. Książka-Kindle 1:0. 

 
1 , 2
statystyka