Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 30 czerwca 2009

Nie mam łatwego zadania w odnajdywaniu prawidłowej terminologii polskiej w opisywaniu sprzętu kajakowego znanego mi tylko po angielsku. Jeżeli dopatrzysz się nieściłości w użytej poniżej terminologii, bardzo proszę o komentarz.


Jeżeli spytasz kajakarza czy lepsza jest płetwa sterowa (rudder), czy statecznik (skeg) w kajaku morskim, to tak jakbyś pytał(a), czy lepsze są lody waniliowe, czy czekoladowe: jest to kwestia preferencji, gdyż jedno i drugie rozwiązanie ma wady i zalety.

Zacznijmy od tego, że kajak wcale nie musi mieć ani płetwy ani statecznika.  Często ze względu na obniżenie kosztów sprzedaje się kajaki nie wyposażone w żadne z nich. Jeśli planujecie rekreacyjne spływy w ładną pogodę, bez problemu możecie się obejść bez jednego i drugiego, ale jeśli planujecie pływać na sporych akwenach wodnych i na dużych falach, zdecydowanie polecam zakup kajaka z płetwą sterową lub statecznikiem. Niektóre kajaki łatwo jest utrzymać w linii prostej bez płetwy czy statecznika, a inne nie. To czy kajak ma dobrą stateczność kierunkową, tj. czy płynie po linii prostej sam z siebie, zależy w dużej mierze od kształtu kadłuba. Niestety przy dużym wietrze każdy kajak ma tendencje to dryfowania z wiatrem niekoniecznie w obranym przez nas kierunku. Zarówno płetwa sterowa jak i statecznik ułatwiają utrzymanie kajaka w kursie po linii prostej i czynią go bardziej odpornym na fale i wiatr.

Statecznik jest płetwą wypuszczaną do wody spod tylnej części kadłuba kajaka. Można ją schować całkowicie lub wysunąć mniej lub więcej – jest ruchoma w górę i w dół, ale nie na boki. Statecznik opuszczany jest i podnoszony za pomocą metalowej linki umocowanej z jednej strony do statecznika, a z drugiej do obsługiwanego ręcznie suwaka nieopodal kokpitu.

http://www.rei.com

Płetwa sterowa zamontowana jest na rufie kajaka i ma dwie pozycje: podniesioną lub spuszczoną. Płetwę podnosi się i opuszcza ręcznie za pomocą podwójnej nylonowej linki, której jeden koniec umocowany jest do płetwy, a drugi nieopodal kokpitu. Spuszczona płetwa pozostaje w pozycji neutralnej. Od płetwy sterowej przeprowadzone są dwie metalowe linki po obu stronach kajaka, których końce umocowane są do lewego i prawego pedała, na którym kajakarz opiera stopy podczas wiosłowania. Nacisk na lewy lub prawy pedał powoduje ściągnięcie linki i skręt płetwy. Tak więc płetwa obsługiwana jest stopami.

http://www.rei.com

Głównym celem statecznika i płetwy jest zapewnienie dobrej stateczności kierunkowej. Statecznik nie służy do skręcania i w skręcaniu nie pomoże. Wręcz przeciwnie, jeśli jest za głęboko wysunięty, skręcanie wręcz uniemożliwi. Żeby skręcić kajakiem ze statecznikiem trzeba stosować techniki wiosłowania w ten sam sposób jakby się płynęło bez statecznika i bez płetwy sterowej: wiosłować na przemian do przodu z jednej, a do tyłu z drugiej strony. Żeby szybciej skręcić, zalecane jest używanie wiosła jako steru oraz kładzenie kajaka na bok. Statecznik bardzo pomaga w nauczeniu się różnorodnych technik wiosłowania, gdyż każdy manewr trzeba wykonywać wiosłem. Jest to zaletą, gdyż człowiek się więcej nauczy. Wadą jest to, że sterowanie wiosłem często powoduje utratę energii, prędkości i czasu, gdyż każdy manewr wymaga zmiany pozycji wiosła i częstego przyhamowania kajaka po jednej stronie. W tym przypadku płetwa sterowa jest idealna, gdyż służy właśnie sterowaniu. Przy płetwie sterowej wystarczy wiosłować naprzód, a manewrami zajmują się nasze stopy, dzięki czemu skręca się zwinnie, bez zbędnych ruchów i bez utraty prędkości. Z tego względu płetwy sterowe są prawie zawsze używanie w kajakach wyścigowych i długich kajakach trudnych do manewrowania, np. tandemach.

I płetwa sterowa i statecznik dodają wagi kajakowi i czasem się psują. Znane są przypadki urwania steru lub odpadnięcia statecznika. Jedno i drugie stawia dodatkowy opór, bo lżej się płynie ze sterem czy statecznikiem podniesionym, jeśli warunki pogodowe na to pozwalają. Wodorosty często zawieszają się na płetwie sterowej stawiając dodatkowy opór, ale łatwo sobie z tym poradzić podnosząc a następnie opuszczając ster. Statecznik prawie nigdy nie zbiera wodorostów, za to komora statecznika zbiera piasek i kamienie, które od czasu do czasu trzeba wydłubać aby statecznik nie utykał w komorze.

Statecznik jest dużo bezpieczniejszy przy wywrotce, zwłaszcza jeśli się pływa samemu, oraz ułatwia robienie eskimoski, gdyż można go po prostu schować. Płetwy sterowej schować się nie da i przy eskimosce będzie stawiała opór niezależnie od pozycji. Niebezpieczeństwo płetwy sterowej przy wywrotce polega na możliwości pokaleczenia się o płetwę w przypadku próby wdrapania się z powrotem do kajaka od rufy.

Ostatnią znaczną różnicą pomiędzy statecznikiem a płetwą sterową jest funkcja pedałów. Statecznik nie ma nic wspólnego z pedałami, więc pedały są umocowane nieruchomo i umożliwiają kajakarzowi solidne zaparcie się stopami podczas wiosłowania. Jest to niezwykle ważne w ilości wytwarzanej siły. Rotacje tułowia są dużo silniejsze jeśli można się zaprzeć stopą o pedały. Podczas wiosłowania z prawej strony, zapieramy się prawą stopą. Podczas wiosłowania z lewej strony, zapieramy się lewą stopą. Proces ten nazywany jest „pompowaniem pedałów.” Zapieranie się o pedały unieruchamia nas od bioder w dół umożliwiając maksymalną siłę rotacji tułowia. Wyobraźcie sobie ciągnięcie liny: czy łatwiej ciągnie się stojąc na chodniku, czy zapierając się stopami o krawężnik? Niestety większość kajaków z płetwą sterową nie ma tej zalety, gdyż pedały są „miękkie.” Aby operować ster, każdy pedał ma pewien zakres ruchu do przodu i do tyłu nawet jeśli ster jest podniesiony do góry, przez co nie można się dobrze zaprzeć. Wtedy pozostaje zapieranie się górną częścią ud i kolanami, co nawet w połowie nie jest tak skuteczne jak pompowanie pedałów. Całe szczęście niektóre firmy znalazły rozwiązanie tego problemu: specjalne pedały, których podstawa jest nieruchoma i umożliwia zapieranie, podczas gdy oddzielna ruchoma górna część pozwala na obsługiwanie steru palcami u nóg (SmartTrack Toe Pilot Foot Controls). Innym rozwiązaniem są pedały w stylu pedałów gazu, które można przycisnąć kiedy trzeba zmienić pozycję steru, ale bez przyciśnięcia góry pozostają nieruchome (Onno Gas Pedals). Niestety większość producentów kajaków tych rozwiązań nie stosuje, za to można samemu zamontować.

SmartTrack Toe Pilot Foot Controls

http://www.austinkayak.com/products/276/Smarttrack-Toe-Pilot-Foot-Controls-Pair.html

Onno Gas Pedals http://www.onnopaddles.com/components.html

Dla amatorów wyścigów płetwa sterowa jest najlepszym rozwiązaniem. Większość doświadczonych kajakarzy nie biorących udziału w zawodach wydaje się jednak woleć statecznik, który uważany jest za bardziej klasyczne rozwiązanie wymagające większej wiedzy i doświadczenia. Cała reszta hobbystów powinna wybrać co im bardziej pasuje.

poniedziałek, 29 czerwca 2009

Tygodnie 5 i 6 mają to ze sobą wspólnego, że w żadnym z nich nie osiągnęłam celu 5 biegów tygodniowo, a jedynie 4. Moim pretekstem jest to, że... no... życie wchodzi mi w drogę. Porażkami się jednak nie zrażam i robię co mogę i kiedy mogę. Pozytywy i sukcesy też były, bo w oba tygodnie udało mi się wcisnąć kilka biegów trzymilowych (ok. 5 km). W piątym tygodniu trzy trzymilówki, a w szóstym dwie. Na tym etapie ekcytacja minęła i bieganie stało się rutyną, nad którą się specjalnie nie zastanawiam. Idzie mi coraz lepiej i szybciej, ale nadal muszę się pilnować, żeby nie dać się leniowi. W niektóre dni biegam rano, żeby nic mi nie mogło stanąć na przeszkodzie. Znudziło mi się bieganie na czas, czyli z założenia 20 czy 30 minut. Teraz biegam na dystans lub konkretną trasę, przez co nie muszę ciągle zerkać na zegarek ("ach, ile to już minut?"). Kondycję mam dostrzegalnie lepszą.

czwartek, 25 czerwca 2009

Pracuję w budynku rządowym składającym się z 18 pięter, w którym pracuje około 4,000 osób. W budynku mamy 6 wind, którymi jeździ szeroki przekrój lokalnego społeczeństwa: od szefowej hrabstwa, prokuratora okręgowego i urzędników wszelkiego szczebla po ludzi na zasiłku i kryminalistów spieszących na spotkanie ze swoim kuratorem. Różne rzeczy i różnych ludzi już widziałam, ale dziś odnotowałam rekord obrzydlistwa: pan, sądząc po identyfikatorze wokół szyi pracownik rządowy, wszedł do windy... obcinając sobie paznokcie u rąk obcinaczem. Zupełnie wydawał się nieświadomy faktu, że obcięte paznokcie odpryskiwały i latały po całej windzie. Mam nadzieję, że swój lunch zjedliście dawno temu...

22:21, anetacuse , Praca
Link Komentarze (22) »
środa, 17 czerwca 2009

Kilwater, ślad torowy - zawirowanie wody za rufą, zazwyczaj z powodu poruszającej się jednostki pływającej, układające się w widoczny ślad spienionej wody. Jest wynikiem opływu kadłuba przez wodę, jego charakter zależy w dużej mierze od kształtu rufy jednostki.

Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Kilwater

Największym naturalnym wrogiem kajakarza jest wiatr. Największym cywilizacyjnym wrogiem kajakarza jest kilwater łodzi motorowych.

W ostatnią sobotę wybraliśmy się z mężem na spływ południową częścią jeziora Onondaga Lake do portu Inner Harbor. Ta część jeziora jest bardzo zanieczyszczona, ale atrakcyjna do oglądania gdyż przylega do centrum Syracuse, skąd można podziwiać miasto z zupełnie nowej perspektywy.  W Inner Harbor nigdy nie byliśmy. Odbywają się tam różne koncerty, więc mieliśmy ochotę obejrzeć port z wody. Pogoda cały dzień była śliczna, ale jak na złość tylko do czasu wodowania, kiedy zerwał się spory wiatr. W drodze do portu wiatr wiał nam w plecy, więc serfowaliśmy z niezłą prędkością z rufą uniesioną tak wysoko, że dzioby kajaków były pod wodą. Potem przez krótki odcinek mieliśmy wiatr z boku, co w zależności od wielkości fal bywa niebezpieczne. W końcu wpłynęliśmy do portu, gdzie wszystko ucichło. W drodze powrotnej z kanału portowego wiatr się jeszcze wzmógł i już z daleka widać było, że jezioro jest bardzo spienione. Wiedząc, że będziemy płynąć pod wiatr, czyli w najbardziej korzystnym ustawieniu, nie przejęliśmy się tym zbytnio. Do czasu, kiedy nie dostrzegliśmy zbliżającej się motorówki.

Byliśmy w bardzo niekorzystnej pozycji u ujścia kanału o betonowych ścianach, na płyciźnie. Motorówka zbliżała się do nas prędko i wiadomo było, że wyminiemy się bardzo blisko. Kierowca machał do nas przyjaźnie, ale nie zwolnił. Zaledwie parę metrów od nas turbina silnika spieniła całe ujście kanału i spowodowała największą falę jaką widziałam z bliska. Przed sobą zobaczyłam prawie cały spód kadłuba kajaka męża kiedy balansawał krzywo na ponad półtorametrowym czubku fali kilwatera. Byłam pewna, że się za moment wywróci. Nagle zerknęłam w bok i zobaczyłam, że półtorametrowa zawinięta fala sunie prosto na mnie, z boku. Czym prędzej zaczęłam obracać kajak dziobem do fali, ale zdążyłam o jedyne 45 stopni. To wystarczyło. Kajak przetoczył się przez falę i ustabilizował. Obojgu nam udało się uniknąć kąpieli w ściekach. Do tej pory nie wiem jakim cudem.

Nogi miałam jak z waty i rzuciłam najdłuższą wiązkę przekleństw jaką miałam w repertuarze. Usta miałam suche jak piach pustynny. Cieszyliśmy się jak dzieci, że uszliśmy na sucho. Jednak niezupełnie na sucho, bo w drodze powrotnej były takie fale, że rzucało kajakami prawie metr w górę i w dół, bryzgając wodą tak, że od pasa w górę byliśmy przemoknięci. Zaczął też padać deszcz, ale to akurat nie zrobiło już nam żadnej różnicy...

Kierujący motorówkami często nie zdają sobie sprawy ile szkody mogą uczynić łodziom wiosłowym i kajakom swoim kilwaterem. Każda motorówka powinna zwolnić, ale tak się nie dzieje. Są też tacy, co uważają to za dobrą zabawę i potrafią celowo przyspieszyć. Chociaż na zachowanie innych nie mamy wpływu, do pewnego stopnia można temu zaradzić. Zasada jest prosta: jeśli mija cię łódź motorowa, zawsze ustaw się dziobem do nadchodzącej fali, wtedy masz największe szanse na uniknięcie wywrotki.

poniedziałek, 15 czerwca 2009

Tydzień nr 4 był bardzo udany: 5 biegów, cztery po 25 minut, a jeden 15 minut. Tylko jeden na bieżni. Nadal biegam z pewnym trudem, ale zaczynam dostrzegać pewne zachęcające zmiany:

  • Zaczyna ubywać mi ciała, aczkolwiek nie na wadze. Spodnie zrobiły się luźniejsze na tyłku, w udach i na brzuchu, a ciało twardsze.
  • Bardzo poprawiła mi się cera. Skóra na całym ciele stała się gładsza, jędrniejsza i mniej skora do wyprysków. Przypuszczam, że to z powodu intensywnego pocenia się całego ciała przy bieganiu - jak w saunie.
  • W niespodziewanych momentach napada mnie nieodparta ochota na bieganie i czuję jak rozpiera mnie energia, zaczynam na te biegi czekać.
  • Zrobiłam się - uwaga - dużo cierpliwsza i spokojniejsza. Mięśnie twarzy mam bardziej rozluźnione, mniej się denerwuję przy prowadzeniu samochodu i czuję wcześniej niespotykany spokój ducha. Normalnie jak nie ja.

Doszłam też do wniosku, że stawianie sobie celu "5 razy po 25 minut" jest idiotyczne. Ciało to nie maszyna, lepiej przebiec 15 minut raz, a 30 innego razu w zależności od samopoczucia organizmu, niż się na siłę forsować. W niedzielę na przykład pobiegłam krótko, bo w sobotę biegłam długo i do tego zrobiłam 5 mil kajakiem w sobotę, a 12 mil w niedzielę. Dziś odpoczywam, a jutro zaczynam 5-ty tydzień. Tym razem postaram się zróżnicować czas biegów, ale nadal będę biegać 5 dni w tygodniu, bo to się wydaje sprawdzać.

sobota, 13 czerwca 2009

Zważywszy na totalną improwizację, udał się zaskakująco dobrze. Składniki:

  • wywar z warzyw (używam swego domowej roboty, ale może być z puszki - vegetable broth), kilka litrów wody
  • słoik kapusty kiszonej firmy "Silver Floss" (większość przepłukana na sicie, tylko trochę prosto ze słoika + sok)
  • 3/4 dużej główki poszatkowanej swieżej białej kapusty
  • 3-4 marchewki, starkowane
  • kilka śliwek suszonych drobno pokrojonych
  • kilka łyżek rodzynek
  • kilka pokrojonych suszonych pomidorów
  • podsmażana na oliwie drobno pokrojona cebula z wyciśniętym czosnkiem i pokrojonym w kostkę tofu pokropione sosem sojowym Bragg Liquid Aminos
  • dwie łyżki koncentratu pomidorowego
  • łyżka musztardy
  • odrobina czerwonego wina
  • sól, pieprz czarny, pieprz biały, kminek
  • suszone grzybki (tych akurat nie miałam)

Bigos wegetariański

fot. Greg Ramsey

Plażowe szaleństwa z moim psem. Pieskie życie...

piątek, 12 czerwca 2009

Zastanawialiście się kiedykolwiek w jaki sposób przyjmujecie pożywienie? Nie? A powinniście.

Przeżuwanie jest pierwszym etapem prawidłowego procesu trawienia. W zasadzie trawienie rozpoczyna się jeszcze przed włożeniem pierwszego kęsa do ust: nasz nos wchłania zapachy, wzrok ogarnia potrawę, a w ustach zaczyna się ślinotok w przygotowaniu do przyjęcia pokarmu. Jedzenie ląduje w ustach, gdzie ulega przeżuciu i zmieszaniu ze śliną tworząc papkę. Wtedy połykamy, a dalszy proces trawienia odbywa się już poza naszą uwagą w żołądku oraz jelitach.

Aby proces przebiegał prawidłowo, ważne jest aby kęsy pożywienia były małe, a każdy kęs dobrze przeżuty. Prawidłowe żucie oszczędza żołądek i jelita od przepracowania, pozwala na lepsze przyswajanie wartości odżywczych pożywienia, oraz daje nam więcej czasu, aby żołądek zasygnalizował mózgowi, że już jest pełen. Jedząc powoli mamy szansę być zdrowsi, zjeść mniej lub uniknąć dokładek.

Zastanówcie się przez chwilę jak to się odbywa u Was. Ja na przykład zjadam dwa posiłki dziennie przed komputerem. Łyżka za łyżką wrzucam w siebie co mam na talerzu zupełnie nie zwracając uwagi ani na to co jem, ani jak szybko, ani jak to smakuje. Obiad jadam za stołem, ale często pochłaniam go zbyt szybko, bo jestem głodna. Moi znajomi jedzą czytając, prowadząc samochód, czy idąc ulicą. W pośpiechu. Ostatnio czytuję Małachowa, który zaleca aby przeżuwać każdy kęs 32 razy, co mnie skłoniło do sprawdzenia, ile żuję. Zdałam sobie sprawę, że żuję tylko tyle, ile trzeba żeby kęs przedarł się przez gardło. Czyli połykam niezżute kawałki. Przeżuwanie wszystkiego po 32 razy jest w moim mniemaniu przesadą, ale warto tego spróbować tylko po to, żeby poczuć różnicę. Zauważyłam, że kiedy wolniej żuję, czuję się pełna dłużej, a to duży plus. Idealnym rozwiązaniem dla zdrowego procesu trawienia byłoby wyciszenie się na czas posiłku oraz delektowanie się nim. Wąchanie, patrzenie i myślenie o tym co jemy, oraz wolne przeżuwanie. Jest to żmudne, nudne i nie każdy ma czas. Mimo wszystko zachęcam wszystkich do poprawienia sobie jakości życia wolniejszym żuciem.

19:08, anetacuse , Jedzenie
Link Komentarze (9) »
wtorek, 09 czerwca 2009

To był ciężki tydzień. Cel osiągnęłam, 6 biegów w tygodniu po 25 minut, ale bardziej na zasadzie osła i marchewki niż naturalnego rozentuzjazmowania. Pomimo, że pogoda była przyzwoita do biegania na dworze, kilka razy wybrałam bieżnię tylko po to, żeby móc gapić się bezmyślnie w ulubiony serial i nie myśleć jak długo jeszcze i dlaczego moje ciało wydaje się ciężkie jak działo artyleryjskie. Fizycznie czułam się ciężka i nieskora do ruchu. Psychicznie zmęczona. W środę mąż niechcący sabotował mój trening, bo chciał najpierw zjeść obiad. Pomimo zjedzenia jedynie małej sałatki, wiedziałam, że biegać już nie pójdę. Nie mam nic przeciwko przerwie od biegania, ale na moich warunkach, bo tak zdecydowałam, a nie bo coś innego stanęło mi na drodze.

W niedzielę doszłam do wniosku, że 6 dni biegania w tygodniu to dla mnie za dużo. Wniosek ten wysnułam na podstawie nieludzkiego zmęczenia jakie czułam w niedzielę wieczór. Zwykle w sobotę i niedzielę przepływam kajakiem od 6 do 9 mil od spływu, do tego dochodzi podnoszenie ciężkiego sprzętu jak również dwa spacery z psem dziennie po 20-30 minut. Zauważyłam również, że mój organizm bardzo się wyczulił na alkohol i niezdrowe jedzenie i źle je toleruje. W niedzielę po spływie mieliśmy małą imprezkę, gdzie pojadłam sobie ciast i wypiłam jedno piwo, po czym czułam się dosłownie fatalnie. Zdaje się, że moje ciało chciało mi powiedzieć: „Kobieto, opamiętaj się, wymagania masz wyścigowe, a cukier mi do baku sypiesz?!” W niedzielę poszłam spać o 8:30 wieczór, co nie zdarzyło mi się od lat. Moja teza potwierdziła się w poniedziałek, kiedy po 10 godzinach snu nie nadawałam się do niczego i miałam poważnie rozstrojony żołądek, więc nawet nie byłam w stanie iść do pracy.

Myślę, że idealnym grafikiem biegania w moim przypadku będzie 5 dni w tygodniu z przerwą w piątek i w poniedziałek, żeby wypocząć przed intensywnym weekendem, a następnie po. Cele na ten tydzień to nadal 25 minut biegu według wyżej wymienionego grafiku.

środa, 03 czerwca 2009

Orzechy: włoskie, laskowe, migdały, macadamia, nerkowiec zachodni (cashew), pekan, brazylijskie, ziemne, pistacje, piniowe, sojowe

Jem sporą garść mieszanych orzechów dziennie. Orzeszki piniowe i sojowe dodaję do sałatek i potraw.

Nasiona: słonecznika, dyni, sezamu, siemienia lnianego

Dodaję do wszelkich potraw: sałatek, ciasta na naleśniki, potraw gotowanych, płatków na śniadanie, dipów.

Ziarna i kasze: ryż brązowy, pęczak, kasza gryczana, prosto, komosa ryżowa, płatki owsiane, niesłodkie i pełnoziarniste płatki śniadaniowe (moje ulubione to „Uncle Sam”)

Są świetnym dodatkiem do zup i tworzą dobrą bazę do potraw różnych kombinacji typu „ziarno, fasola/groch, warzywa” oraz sałatek na zimno. Można tworzyć w nieskończoność.

Fasola i groch: soczewica i soja, bób, ciecierzyca, oraz wszelkie inne gatunki jakie wpadną w ręce (kupuję suszone, nie z puszki – moczę przed gotowaniem).

Gotowane dodaję do zimnych sałatek bądź ciepłych potraw i zup, albo jem same jako przekąskę.

Suchone owoce: wiśnie, morele, żurawiny, śliwki, pomidory

Dodaję do sałatek i gotowanych potraw.

Owoce: banany, jabłka, awokado i inne

Awokado świetnie nadaje się do kanapek (rozsmarowane) i do zawijasów z placków tortilla (w kawałkach), jak również do sałatek. Awokado ma ok. 300 kalorii i zawiera bardzo zdrowe tłuszcze. Zjadam ćwiartkę lub połówkę dziennie, albo w potrawach, albo bezpośrednio łyżeczką z łupiny.

Warzywa: marchew, cebula, czosnek, nać selera, cukinia, kabaczek, por, brukselka, brokuły, kalafior, szparagi, sałata, szpinak, rukola, pomidory, ogórki, karczochy, kapusta czerwona i biała, okra, fasolka szparagowa, buraki, rzodkiew, papryka, jarmuż, rzepa, świeże zioła – łapać co w sezonie

Jem ile się da na surowo w sałatkach, lub same na przekąskę, a resztę w formie zup lub ugotowanych potraw z ryżem/kaszami czy fasolą.

Pieczywo pełnoziarniste: pieczywo chrupkie, placki tortilla, chleb razowy żytni

Chleba prawie nie jem, wolę pieczywo chrupkie i tortilla, ale jeśli już to tylko razowy żytni. Moja ulubiona przekąska to kawałek pieczywa chrupkiego posmarowanego hummusem z pomidorem i kiełkami. Uwielbiam też zawijasy z pełnoziarnistych placków tortilla: podgrzany placek (żeby łatwiej się zwijał), posmarowany hummusem, na to sałata (szpinak, rukola – cokolwiek), awokado, pomidor, kiełki i sos do sałatek (oliwa z oliwek, Bragg’s Amino Acids i ocet jabłkowy) i gotowe. Pycha! A ilu wariacji można z tego wykonać!

Napoje: mleko sojowe niesłodzone, sok pomidorowy i pomarańczowy, kawa, herbata, woda

Mleko spożywam z płatkami lub owsianką. Sok pomidorowy na dzień dobry, a kawę po śniadaniu. Herbatę pijam rzadko, kawy 1-3 dziennie. Za to piję dużo wody, przynajmniej 2 litry dziennie.

Różne: tahini (pasta sezamowa), pasta z suszonych pomidorów, hummus, masło orzechowe (z orzeszków ziemnych i z migdałów), oliwa z oliwek tłoczona na zimno, oliwa z pestek winogron, oliwa z orzecha włoskiego, kiełki wszelkie, twarde wędzone tofu, salsa, pomidory i przecier pomidorowy w puszce do zup

Pasty sezamowej używam do robienia hummusu i do gotowanych potraw (umiarkowanie, bo w nadmiarze jest gorzka). Pasty z suszonych pomidorów na kanapki. Hummus do wszystkiego: do warzyw, na chleb, do zwijanych kanapek z placków tortilla, itp. Masło orzechowe i z migdałów lubię z łyżki lub na pieczywie chrupkim. Oliwy do sałatek. Kiełki dodaję do wszystkich zimnych potraw jak sałatki, zawijasy i kanapki. Jak na razie swoich kiełków nie hoduję, tylko kupuję, ale do hodowli się przymierzam, podobno to łatwe. Tofu kroję do sałatek. Salsa do chipsów i do zawijasów z tortilla.

Przyprawy: curry, czerwona papryka, kminek, bazylia, nać pietruszki, oregano i inne. Staram się unikać soli.

 
1 , 2
statystyka