Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 30 czerwca 2008

niedziela, 29 czerwca 2008

Jack’s Reef, Seneca River do Cross Lake

Ostatnia czerwcowa wyprawa kajakowa złożyła się z 14-to osobowej grupy, w ktόrej liczebną przewagę stanowiły kobiety. Pomimo zwiastującej na wieczόr burzy, nasza grupa, wyposażona w pogodowy nadajnik radiowy, wyruszyła w lekką i przyjemną dwugodzinną wyprawę rzeką Seneca na wysepkę na jeziorze Cross Lake.

Wysepka okazała się być dużo mniejsza niż w poprzednich latach. Mało, że mniejsza, to na tyle mała, że nie było gdzie się schronić za „interesem.” Kajakowanie to świetny sport, ale niemożność zrobienia „interesu” na długich wyprawach jest głόwnym i poważnym minusem, zwłaszcza dla kobiet. Stojąc tak sobie w grupie bab i gadając o tym i owym, dowiedziałam się, że podobno wynaleziono kobiecy sposόb na dyskretne sikanie na stojąco, na dodatek bez rozbierania się, kucania i w ogόle. Zaintrygował mnie sam pomysł, odnotowałam więc nazwę tego w założeniu genialnego cacka, żeby mu się bliżej przyjrzeć na internecie.

Cacko do siusiania nazywa się P-Mate i ma dość prosty patent: jest zbudowane w formie długiego lejka przypominającego kształt buta, ktόry się dyskretnie przykłada gdzie trzeba i można sobie siusiać do woli, a potem όw lejek wyrzucić. Strona podaje bardzo wiele rόżnych zastosowań, np.: przy uprawianiu sportόw, dla kobiet w armii, przy brudnych łazienkach, przy pobieraniu prόbki moczu, itp. Niestety wygląda na to, że lejek umożliwia jedynie sikanie na stojąco, natomiast trzeba tym moczem gdzieś wcelować, czyli sikanie nie jest znowu aż tak wolną formą. Tak czy inaczej, jedna z kobiet w klubie kajakowym zamόwiła sobie P-Mate na swoje zbliżające się wakacje w Europie, więc wcześniej czy pόźniej spodziewam się otrzymać recenzję z pierwszej ręki, bądź z pierwszego lejka, jak kto woli.

P-Mate
Source: http://www.pmateusa.com/howtouse.html

W międzyczasie jednak wszyscy bez żadnych forόw musieli „trzymać” i dokończyć kajakowanie bez przerwy łazienkowej. W drodze powrotnej poderwał się bardzo silny wiatr i przepływ jeziorem był mocno rozhuśtany i dość przerażający, ale burza nas nie złapała. Jedno jest pewne: w obliczu burzy człowiek zupełnie zapomina, że nie posiada luksusowego P-Mate’a.

piątek, 27 czerwca 2008

Czy zdarzyło wam się gościć na polskim forum czy blogu, gdzie komentatorzy nieustannie wieszali psy na swoim kraju i krajanach? Jest to dość powszechne zachowanie, ktόrego jako Polacy mamy trudności się wyzbyć. Zachowanie to jednak nie ogranicza się tylko i wyłącznie do nas, alebowiem charakteryzuje rόwnież dużą część mieszkańcόw Syracuse.

Syracuse jest miastem nie tyle upadającym, co zastygłym w rozwoju. Wystarczy przejść się po centrum żeby zauważyć, że miasto nie jest w kwitnącym stanie. Można też pόjść na stronę internetową lokalnej gazety Post-Standard i poczytać sobie komentarze do poszczegόlnych artykułόw, żeby człowiekowi zrobiło się nieprzyjemnie. Mieszkańcy Syracuse wydają się być malkontentami, ktόrym zawsze jest źle i ktόrzy ostro i chamsko krytykują miasto, jego mieszkańcόw i jakąkolwiek pozytywną inicjatywę.

Faktem jest, że coraz więcej młodych ludzi opuszcza Syracuse w poszukiwaniu lepszego życia, a procent ludzi z zewnątrz osiedlających się w Syracuse jest niski. Populacja z roku na rok się kurczy. Ponieważ mieszkam tu już 9-ciu lat, pozwoliłam sobie podzielić mieszkańcόw Syracuse na cztery kategorie:

  1. Tubylcy, ktόrzy tu utknęli i jakoś egzystują (malkontenci z forum gazety);
  2. Tubylcy, ktόrzy tu zostali z wyboru i są zadowoleni z życia;
  3. Przyjezdni, ktόrzy tu ściągnęli za karierą i pogodzili się z losem;
  4. Przyjezdni, ktόrzy tu trafili przypadkiem i zostali, bo im się podobało.

Ponieważ sama należę do ludzi z kategorii nr 4, po raz pierwszy i ostatni napiszę dlaczego Syracuse jest powszechnie uważany za dziurę.

Pogoda

Syracuse wyrόżnia się trzema porami roku: zimą, latem, jesienią i zimą. Wiosna jest prawie niezauważalna. Zima potrafi trwać 6 miesięcy i charakteryzuje się obfitymi opadami śniegu. Co roku Syracuse startuje do zawodόw z innymi miastami Upstate New York o Golden Snowball Award, czyli nagrodę o Złotą Kulę Śnieżną. Syracuse najczęściej wygrywa. Zima powoduje, że mieszkańcy miasta większość roku spędzają otuleni grubymi warstwami bezkształtnych ubrań i każdy ma w samochodzie łopatę. Najpopularniejszym sportem zimowym jest odśnieżanie.

Żeby tego było mało, Syracuse jest często porόwnywane do Seattle pod względem zachmurzenia. Pochmurno i ciemno jest przez sporą część roku, przez co wielu mieszkańcόw cierpi na depresję. Narzekanie na pogodę jest najczęstszą wymianą zdań pomiędzy ludźmi, ktόrzy nic innego nie mają sobie do powiedzenia.

Tego typu aura stwarza niekorzystne warunki drogowe kończące się niezliczonymi wypadkami, oraz wzmaga podatność na choroby, skutkiem czego setki osόb potrafią się rozchorować w ciągu jednego tygodnia.

Pogoda jest jedną z głόwnych przyczyn, dla ktόrych wielu mieszkańcόw Syracuse wyprowadza się w cieplejsze klimaty.

Ekonomia

Syracuse było kiedyś doskonale rozwijającym się miastem przemysłowym. Produkcja z biegiem lat przeniosła się do Chin, Indii oraz na południe Stanόw Zjednoczonych. Wraz z zanikiem produkcji znikło wiele stanowisk pracy i wielu ludzi wyprowadziło się w poszukiwaniu pracy lub znalazło się w grupie bezrobotnych. Obecny rynek pracy jest średnio atrakcyjny. Nie chodzi o to, że w Syracuse nie ma pracy, ale że jest jej mniej i nie jest tak dobrze płatna ani tak atrakcyjna jak np. praca w Nowym Jorku. Poza tym, zarobki są dużo niższe od średniej krajowej.

Ekonomia wpływa na słaby rozwόj miasta. Częściowo z powodu wysokiego opodatkowania w stanie Nowy Jork, a częściowo ponieważ Syracuse stało się z czasem mniej atrakcyjne, korporacje przenoszą swoje firmy do innych miejsc. Z braku wystarczającej ilości nowych inwestycji miasto powoli podupada i nie jest ładne ani ciekawe na tyle, żeby przyciągać tłumy ani nawet zatrzymać tu na stałe licznych studentόw. Podobnie jak wykształceni ludzie wyjeżdżają z Polski w poszukiwaniu lepszego życia, mieszkańcy Syracuse robią dokładnie to samo.

Przestępczość

Jak w każdym mieście, zwłaszcza w biedniejszych dzielnicach, przestępczość kwitnie. Morderstwa, napady i rabunki zbyt często pojawiają się na pierwszych stronach gazet. Nie znaczy to, że przestępczość w Syracuse jest większa niż w innych miastach, ale na tle i tak szarego wizerunku miasta zbrodnie te tylko όw wizerunek pogarszają. 

Obecnie jest wiele inicjatyw, ktόre mają na celu obrόcenie wizerunku Syracuse na lepszy i poprawienie jego sytuacji ekonomicznej. Niezależnie od tego, czy powiodą się czy nie, Syracuse ma wystarczającą ilość mocnych stron, że jako miasto nie upadnie nigdy.

czwartek, 26 czerwca 2008

Niespełna miesiąc temu zachwycałam się Smartami w Krakowie. Dziś rano jadąc do pracy o mało nie wyskoczyłam z fotela kiedy na autostradzie w centrum Syracuse zobaczyłam... Smarta kabrioleta. Nie miałam pojęcia, że od stycznia 2008 roku można kupić Smarta w Stanach. Ciekawa jestem, czy się przyjmie.

Smart
środa, 25 czerwca 2008

Tydzień temu zamówiliśmy z mężem wymarzone fartuchy do kajaków. Po angielsku fartuch do kajaka nazywa się sprayskirt lub po prostu skirt, czyli w tłumaczeniu spódnica. Spódnica posiada tunel, w który wciska się kajakarz dokładnie jakby zakładał spódnicę. Reszta spódnicy zwisa długo z przodu, a krótko z tyłu, stąd pewnie po polsku nazywa się to fartuchem. Następnie kajakarz wsiada do kokpitu i zakłada wykończone gumką obręby spódnicy za plastikową otoczkę wokół kokpitu tak, że cały kokpit jest zakryty materiałem. W razie deszczu czy spryskania wodą – od pasa w dół pozostaje się suchemu.

NRS sprayskirt

Source: http://www.nrsweb.com

Nasze spódnice przecenione były 40% z dość wygórowanej ceny. Od razu producent zaznaczył, że pomimo zakupu odpowiedniego rozmiaru, spódnica będzie za mała i potrzeba bedzie dwóch dodatkowych osób, żeby ją naciągnąć na kokpit. Następnie trzeba ją będzie tak zostawić na dwa dni celem rozciągnięcia materiału. Mimo to podjęliśmy ryzyko, bo przecena jest przeceną, a co się tak od razu zniechęcać.

Wczoraj paczka nareszcie nadeszła. Znieśliśmy spódniczki do piwnicy, gdzie okazało się że żadną, ale to żadną miarą nie jesteśmy ich w stanie założyć na kajaki. Naciągaliśmy je siłą w różne strony, po mężu z wysiłku spływał pot, a tu nic. Wkurzyliśmy się znacznie, ale przede wszystkim byliśmy rozczarowani.

Wieczorem przyszło mi do głowy poprosić o pomoc naszego sąsiada-chemika. Nie dlatego, że jest chemikiem, ale dlatego, że jest sąsiadem (znajomy!) płci męskiej (silny!). Sąsiad zgodził się i niczym grupowe wyciąganie rzepy, zabraliśmy się za grupowe naciąganie spódnicy na kokpit. Wtedy okazało się, że fakt, iż sąsiad jest chemikiem jednak miał znaczenie. Otóż zrobił on roztwór wody mydlanej, którą nasmarował obrzeża i pod obrzeżami kokpitu. Guma i plastik powodowały za dużo tarcia, a co za tym idzie oporu, a po namydlonej krawędzi uparta guma przesunęła się lekko i zakleszczyła w rowie poniżej, niczym ciasny golf zakleszczający się na szyi po przejściu przez wielką głowę. W dość krótkim czasie i tylko z nieznaczną ilością postękiwania, obie spódnice zostały umocowane bezpiecznie na kokpitach, gdzie były tak naciągnięte, że można było na nich grać jak na bębnie. Uff. Teraz tylko mieć nadzieję, że rzeczywiście się rozciągną i będą używalne.

No to teraz już wiadomo: do założenia spódnicy potrzeba jest dwóch przeciętniaków, jednego chemika i jednego garnka z mydlinami.

wtorek, 24 czerwca 2008

Wczoraj byłam w księgarni Barnes & Noble i przeglądałam rόżnego typu książki, kiedy w dziale o dietach zainteresował mnie dość kontrowersyjny tytuł „Skinny Bitch” autorstwa Rory Freedman i Kim Barnouin. O ile nie przepadam za wulgaryzmami, o tyle tytuł ten mnie zaintrygował. Biorąc go pόł żartem, pόł serio zdecydowałam się zajrzeć do środka zwłaszcza, że na okładce książka ogłaszała się jako nr 1 bestseller New York Times.

Skinny Bitch

Source: http://www.amazon.com

Usiadłam sobie wygodnie na podłodze i zaczęłam podczytywać. Im więcej ogarniałam treści, tym bardziej, nieładnie mόwiąc, opadała mi szczęka (przynajmniej do podłogi było blisko). Po pierwsze, była to jedna z najbardziej wulgarnych książek, jaką kiedykolwiek miałam okazję mieć w ręku. Po drugie, zawierała dość kontrowersyjną treść.

Nie wiem jak inne kobiety, ale ja mam do siebie szacunek. Nie wyobrażam więc sobie kto wydaje swoje ciężko zarobione pieniądze na książkę, ktόra nie ma szacunku ani dla czytelnika, ani dla nikogo innego. Autorki pogardzają osobami z nadwagą, palaczami, rządem, naukowcami i przyjętymi normami społecznymi. Wydaje im się, że jedyną metodą na pomoc kobietom w zrzuceniu nadwagi jest tzw. tough love, czyli twarda miłość i w tym celu użyły najwulgarniejszego języka, na jaki było je stać. Zupełnie nie rozumiem czemu dokładnie ma służyć takie podejście. Czy jeżeli ktoś mnie będzie obrażał w co drugim zdaniu, to powinno mi to pomόc w zmianie stylu życia? Czy wymaganie od czytelniczek dyscypliny, twardości, samozaparcia i zaprzestania litowania się nad sobą jest rόwnoznaczne z usprawiedliwieniem rynsztokowego języka? Nie sądzę. Jest dużo innych metod motywacyjnych i wulgaryzmy do nich nie należą.

Treść książki można podsumować jednym zdaniem: Przejdź na weganizm a będziesz szczupła. Ale to by było za proste. Najpierw trzeba obrzucić błotem obecne doktryny i zniżyć się do obrzydzenia czytelniczkom ich nawykόw żywieniowych zanim się przedstawi jedyną dobrą drogę. Na przykład, książka zawiera cały rozdział o szkodliwości nabiału. Rozdział zaczyna się mniej więcej tak: Lubisz mleko? Fajnie. Idź possij cycka mamy. Po czym autorki przytaczają następujące fakty: Dziecko od narodzin ssie mleko matki. W ciągu kilku miesięcy dziecko podwoi lub potroi swoją wagę żywiąc się głόwnie mlekiem. Cielę krowie też ssie mleko matki. W dwa lata zmieni się w krowę ważącą 2000 funtόw. Brzmi tucząco? Bo jest. Następnie autorki informują czytelnika, że ludzie są jedynym gatunkiem na ziemi, ktόry w wieku dorosłym spożywa mleko oraz jedynym gatunkiem, ktόry spożywa mleko pochodzące od innego gatunku. Podobnie autorki opisują mięso jako zdechłego, zgniłego kurczaka czy świnię. I może byłoby to nawet przekonujące gdyby nie to, że argumenty na poparcie tych teorii są słabe.

Patrząc na głόwną treść przekazu tej książki, nie jest taka zła: weganizm jest zdrowy, palenie jest niezdrowe, potrzebny jest umiar. Ameryki autorki nie odkryły. Może nawet ich argumenty mają sens, tylko po co podawać je jako naszpikowany wulgaryzmami i zmieszany z błotem koktail? Czyżby czytelniczki naprawdę uwielbiały, jak się je obraża? Sądząc po pozycji nr 1 na liście bestsellerόw New York Times, wygląda na to, że tak.

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Słoneczne niedzielne popołudnie. Wygrzewamy się w słońcu na tarasie u szwarga prowadząc leniwe rozmowy przy piwie. Nagle ciszę zakłόca wycie sygnału przejeżdżającej karetki pogotowia. Jednej, drugiej, trzeciej. Potem przejeżdżają samochody policyjne, wozy straży pożarnej, a na końcu laweta. Słychać też zbliżający się helikopter. Najwyraźniej coś się stało. Najwyraźniej niedaleko. Czy przerywamy paplanie? Nie. Życie toczy się dalej. Przynajmniej nasze, bo nieopodal na autostradzie I-481 czyjeś właśnie dobiegło końca.

Co parę dni słychać o wypadkach takich czy innych. To motocyklista, to rowerzysta, to zderzenie samochodόw, to strzelanina – przykładόw nie brakuje. Człowiek się na to znieczulił: przeczyta, pomyśli, pokiwa głową i zapomni. A przecież to mogłam być ja. Wczoraj, na przykład.

Na autostradzie I-481 bogu ducha winne małżeństwo po pięćdziesiątce jechało prawym pasem swoim pick-up’em. Lewym pasem jechał 85-cio letni mężczyzna, ktόry z nieznanych przyczyn chwilowo stracił panowanie nad kierownicą i zjechał na lewe pobocze. Skorygował kierownicę tak gwałtownie w prawo, że wylądował za daleko i zderzakiem zahaczył o lewe tylne koło pick-up’a. Pick-up obrόcił się o 360 stopni i stoczył do rowu lądując na dachu, gdzie kabina pasażerska została zgnieciona prawie na płasko. Kierowca zginął na miejscu, a jego żona została przewieziona helikopterem do szpitala, gdzie leży w stanie krytycznym. Sprawcy wypadku nic się nie stało. I gdzie tu sens? Było sucho, widno, alkohol nie wchodził w grę, kierowca i pasażerka pick-up’a mieli zapięte pasy. A przecież taka chwila nieuwagi, ktόra wczoraj kosztowała czyjeś życie, może przytrafić się każdemu kierowcy.

Nie znam tutaj nikogo, kto nie jechałaby gdzieś przynajmniej raz dziennie, czy jako kierowca, czy jako pasażer. Tutaj spędza się setki godzin rocznie w samochodzie. Tą autostradą jechaliśmy z mężem zaledwie pόł godziny przed wypadkiem. Tą autostradą wrόciliśmy tego dnia do domu. Wiedza, że taki głupi wypadek może się przytrafić każdemu z nas w najmniej spodziewanej chwili jest przytłaczająca.

Czy można wyciągnąć z tego jakiekolwiek wnioski? Żyj tak jakby to miał być twόj ostatni dzień? Napisz testament? Uporządkuj swoje życie? Mόw bliskim, że ich kochasz, bo może ci zabraknąć okazji? Miej oczy dookoła głowy? Można spekulować najwyżej na temat, co ułatwiłoby życie naszym bliskim po naszej nagłej śmierci. Bo od samego nieszczęścia logika i planowanie nas niestety nie uratują.
piątek, 20 czerwca 2008

Wczoraj w pracy był nielada dzień. Po miesiącach oczekiwania, głowa hrabstwa County Executive Joanie Mahoney przybyła z wizytą do naszego wydziału. Nieczęsto się zdarza, że najwyżej postawiona figura polityczna rządu lokalnego osobiście odwiedza nie tylko twόj wydział, ale twoje osobiste biuro.

Joanie Mahoney należy do partii Republikanόw, ma 42 lata, męża, czwόrkę dzieci, ośmioro rodzeństwa, ojca-polityka i jest z wykształcenia prawnikiem. Dwa lata temu startowała do wyborόw o burmistrza miasta Syracuse naprzeciw όwczesnemu burmistrzowi, ktόrym był Matt Driscoll. Przegrała, ale o bardzo mało, bo zdobyła około 49% głosόw, a on 51%. Matt Driscoll nadal jest burmistrzem Syracuse, a Joanie Mahoney postanowiła startować w wyborach na pozycję County Executive. Ledwo, cudem prawie, uzyskała nominację własnej partii, bowiem nawet jej wspόłpartyzanci sceptycznie podeszli do matki z czwόrką dzieci o ograniczonym doświadczeniu politycznym. Nominację jednak otrzymała i zdecydowaną większością głosόw pokonała Demokratę Bill’a Magnarelli. Od 1 stycznia 2008 roku objęła urząd i jest pierwszą kobietą na tej pozycji w historii hrabstwa Onondaga.

Wszyscy byliśmy jej ciekawi. Niezależnie od tego, że pracujemy w tym samym budynku, nikt jej prawie nie widuje. Po spotkaniu z szefem naszego wydziału, Joanie Mahoney, w towarzystwie swojego osobistego konsultanta od PR (public relations) obchodziła wszystkie biura. Kiedy w końcu przyprowadzono ją do mojego, byłam dość stremowana. Twarz z magazynόw, billboardόw i telewizji w moim biurze? Po przedstawieniu się i zamienieniu zaledwie kilku słόw, Joanie spytała, czy rzeczywiście słyszy u mnie akcent, a jeśli tak, to skąd jestem. Z tego oczywiście wywiązała się cała dyskusja jak długo tu jestem, itp. Potem mi opowiedziała, że jej syn przyjaźni się z chłopcem z polskiej rodziny i jak to się zawsze u nich „zapodzieje” na obiad. Na co ja poleciłam jej nadchodzący w ten weekend festiwal polski. Na tym zakończyła się wizyta. Teraz cały wydział ze mnie żartuje, że niedługo będą dla mnie pracować, bo skoro Joanie zdołała mnie skojarzyć z osobistym doświadczeniem z jej życia, teraz będzie pamiętać Polkę z wydziału X.

Żarty żartami, ale wizyta była bardzo sympatyczna i dała mi satysfakcję, że przynajmniej uścisnęłam rękę kobiecie mającej wpływ nie tylko bezpośrednio na moje życie, ale i na historię.

P.S. Historia ta powinna się znaleźć w kategorii „spotkań nieprawdopodobnych” jak moje przypadkowe spotkanie z papieżem Janem Pawłem II w czerwcu 1999 roku, kiedy to akurat jeździłam po polach rowerem. Poważnie.

20:38, anetacuse , Praca
Link Dodaj komentarz »

Wszystko dziś boli: żebra, mostek, łopatki, kręgosłup i inne nieokreślone części tułowia kiedy stoję, chodzę, bądź oddycham. I za co? Za 3 minuty, w ktόrych miałam szansę udowodnić sobie i innym, że nie jestem gorsza oraz, że kobiety nie są gorsze.

Całkiem banalna sprawa. Miał być trening jak każdy inny, kiedy wkroczył Grand Master i przejął naukę od instruktora. Grand Master lubi dawać lekcje, ktόre są praktyczno-teoretyczno-filozoficzne i opierają się na samych fundamentach Tae Kwon Do. Rozwinęła się dyskusja o tym, co czyni kopnięcie skutecznym. Trafność, to raz, szybkość, to dwa. Aby osiągnąć szybkość, potrzebna jest siła. Jakich mięśni używamy do podniesienia nogi? Mięśni ud oraz mięśni brzucha i dolnych plecόw. Tak, brzuch i plecy są podstawą prędkości killera. „Na brzuch” – padła komenda. 20 osόb padło plackiem. „Tylko 3% Amerykanόw” – oświadczył Grand Master – „jest w stanie wytrzymać tą pozycję przez 3 minuty. Przekonajmy się, ilu z was potrafi.” Pozycją był plank.

Plank

Source: http://exercise.about.com/od/abs/ss/abexercises_10.htm

Na komendę wszyscy rozpoczęli i zaczęło się odliczanie trzech minut. Ci, ktόrzy dotkną podłogi jakąkolwiek częścią ciała nie licząc palcόw u nόg i przedramion, odpadają. Ci, ktόrzy odpadną, mają usiąść po turecku, żeby Grand Master widział, że „albo nie mogą, albo się poddali.” W życiu – pomyślałam sobie – nie będę siedzieć po turecku w grupie 20 osόb. Byłam jedyną kobietą na sali i samozwańczo wyznaczyłam siebie na reprezentantkę wszystkich kobiet. Za nic nie wolno mi było się poddać.

Minuta pierwsza. Zawsze miałam silne mięśnie brzucha i byłam dobra właśnie w tym ćwiczeniu, zwłaszcza, że kiedyś trenowałam yogę. Pierwsza minuta nie była problemem, wydawało mi się, że zadanie jest wykonalne, choć zabrakło mi wyobrażenia co oznaczają 3 minuty.

Minuta druga. Zaczęło mi się robić ciężko. Wokόł siebie słyszałam coraz więcej sapania. Moje przedramiona i ręce były śliskie od potu, a krople potu z mojej twarzy zaczęły skapywać na matę. Mięśnie całego ciała zaczęły się delikatnie trząść. Po raz pierwszy przyszło mi do głowy, że mogę nie dać rady. Zaczęłam posapywać jak inni. „Ben, dotknąłęś kolanem, odpadasz” – słyszałam głos Grand Master’a. Potem zaczęli odpadać inni, słychać było szelest zmienianych pozycji. Zaczęłam wątpić w siebie, ale przekonana byłam, że koniec już blisko. „Gratulacje” – usłyszałam – „właśnie ukończyliście drugą minutę” – ogłosił radośnie Grand Master.

Minuta trzecia. Drugą minutę???? Jak to drugą minutę? Przecież jestem tu już wieczność. Ogarnęło mnie nieznane uczucie odrętwienia. Czułam tępy bόl, ale nie wiedziałam gdzie. Nie mogłam napiąć żadnych mięśni, bo żadnych praktycznie nie czułam. Wiedziałam, że to nie będzie kwestia poddania się, ale że po prostu mogę bezwładnie klapnąć na matę w każdej chwili. Zaczęłam myśleć o czymś innym, śpiewać w głowie jakieś piosenki i zupełnie odseparowałam umysł od ciała. Ten bόl i spływający pot wcale mnie nie dotyczyły. To nie ja wiszę tutaj, to obce ciało. Czułam, że z każdą sekundą jestem bliższa mimowolnemu upadkowi. I... „Trzy minuty! Koniec! Udało wam się!”

Niemożliwe. Udało się! Ze wszystkich stron słychać było ciężkie klapnięcia. Wszyscy mieli czerwone z wysiłku twarze i ociekali potem. Był to dla mnie osobisty triumf, że moje imię nie zostało wypowiedziane w kontekście porażki. Odpadło tylko 5 osόb, czyli 25%. Sami niepełnoletni. Gdybym odpadła, stanowiłabym 100% przegranych kobiet i byłabym jedyną przegraną osobą dorosłą. Powieliłabym stereotyp, że kobiety są mniej wytrzymałe. Może to głupie, żeby coś takiego brać na poważnie, ale ja czuję się jak zwycięzca pojedynku na śmierć i życie.

A dzisiaj, pomimo bόlu, niedowierzam, że te 3 minuty mogły być tak ciężkie. Co to jest 3 minuty?

czwartek, 19 czerwca 2008

W moim domu rodzinnym roboty domowe były podzielone według płci: kobiety zajmowały się domem, tzn. gotowaniem, sprzątaniem, szyciem i niańczeniem dzieci, a mężczyźni zajmowali się wszystkim wokόł domu, tzn. wszelkimi naprawami, paleniem w piecu centralnego ogrzewania, malowaniem dachu, koszeniem trawy, rąbaniem drewna itp. itd. Chyba jedyną „zewnętrzną” robotą rόwnież przypadającą kobietom było zajmowanie się ogrodem, czyli sianiem, sadzeniem, pieleniem i zbieraniem, ale jakoś ja się nigdy tego nie nauczyłam. Cόż, czego Jaś się nie nauczy, tego Jan nie będzie umiał.

Nigdy mi to specjalnie nie przeszkadzało, aż do czasu zakupu domu. Wprawdzie sam fakt zakupu domu nie znaczy, że każdy musi być ogrodnikiem, ale człowiek zaczyna zdawać sobie sprawę, że ma pewien standard do utrzymania. No bo wszyscy sąsiedzi pedantycznie koszą trawę, nawożą i tępią chwasty, tak że w końcu ich trawniki wyglądają zupełnie jak pola golfowe. Prześcigają się też w architekturze ogrodόw i od wczesnej wiosny do pόźnej jesieni pielęgnują zapierające cech w piersiach naturalne kompozycje, ktόre upiększają ich domy jakby pochodziły prosto z kolorowej bajki. Ktόregoś razu oglądałam reklamę telewizyjną jakiegoś preparatu do spryskiwania trawy, kiedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że... mlecze to chwasty. Tak, nie żadne kwiatki do plecenia wiankόw, tylko chwasty, ktόrym trzeba wydać wojnę! Wstrząsnęłam się tą wiadomością bo zrozumiałam, że moja ignorancja w oczywisty sposόb wystaje mi z butόw, a dokładniej z trawy, gdzie jaskrawożόłtą barwą informuje wszystkich jaka ze mnie ciapa. Pierwsze do czego poczuliśmy się po zakupie domu był zakup kosiarki. Kosząc regularnie trawę przynajmniej na krόtkie parę dni można ukryć te żόłte głόwki i udawać, że nasz trawnik też jest ładny. Potem głόwki znόw oskarżająco wystają ponad niską trawę i znowu się je kosi. Ktόregoś dnia – powtarzam sobie – nie tylko nauczę się dbać o trawę, ale może nawet posadzę jakieś kwiatki i krzewy, ba, może nawet założę ogrόd warzywny!

W tym roku zrobiłam nawet pierwszy krok, bo kupiłam sobie książkę „Gardening for Dummies,” czyli ogrodowanie dla głupich. Książka jest nieprawdopodobnie gruba i bardzo przypomina książkę telefoniczną, zwłaszcza, że też jest żόłta. Jak na razie zawadzała w kuchni, więc została odesłana na pόłkę z książkami w części domu, do ktόrej zagląda tylko pies. A ja nadal powtarzam: Ktόregoś dnia...
17:39, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (5) »
środa, 18 czerwca 2008

Stany Zjednoczone borykają się z nieustannymi problemami systemu zdrowotnego: duża liczba nieubezpieczonych, na ktόrych państwowe ubezpieczenie Medicaid opłacane jest z kieszeni podatnika; duża liczba chorych, otyłych, palaczy i innych grup wysokiego ryzyka, ktόre zawyżają i tak już wysokie koszty ubezpieczenia; wysokie składki na ubezpieczenie nawet jeśli dotowane jest przez pracodawcόw; cała lista usług, ktόrych ubezpieczenie nie pokrywa; opłaty co-pay przy wizycie; oraz bardzo wysokie koszty leczenia, ktόre przy poważnej chorobie mogą wprowadzić człowieka w ogromne długi pomimo posiadanego ubezpieczenia. Lista jest długa i okropna, a z pewnością niewyczerpana. Znając powyższe fakty trudno zdobyć się na pozytywny stosunek do amerykańskiej służby zdrowia. A jednak po mojej ostatniej wizycie w Polsce po raz pierwszy doceniłam ten niedoskonały system i uchyliłam mu czoła.

Będąc w Polsce spotkałam się z koleżanką ze studiόw, ktόra pod koniec lipca spodziewa się dziecka. Słuchając jej opisu doświadczeń ciążowych coraz wyraźniej jawił mi się przed oczyma obraz polskiej służby zdrowia i coraz więcej wracało wspomnień z nią związanych. Otόż moja koleżanka jest ubezpieczona natomiast ciążę prowadzi – z wyboru – u prywatnego lekarza. Państwowej służbie zdrowia w Polsce się nie ufa i według przyszłych rodzicόw, jedyną metodą na poprawne prowadzenie ciąży i godny porόd jest udanie się do prywatnego ginekologa-położnika, ktόry pracuje w szpitalu, w ktόrym odbędzie się porόd. Za każdą wizytę, za każde USG i wszelkie inne badania moja koleżanka słono płaci z własnej kieszeni. Pieniądze, ktόre jej się nigdy nie zwrόcą, kupują jej spokόj ducha, że jej dziecko urodzi się zdrowe. Wybierając prywatnego lekarza koleżanka spodziewa się specjalnego traktowania w szpitalu: znieczulenia, dodatkowej opieki, więcej uwagi. W tej decyzji kieruje się instynktem: strachem przed państwową służbą zdrowia oraz potrzebą zapewnienia jak najlepszej opieki sobie i swemu dziecku.

Moja krewna ma siostrę cierpiącą na raka. Siostra ostatnio złamała nogę i musiała być operowana. Rodzina zebrała pokaźną sumę gotόwki i udała się z kopertą do chirurga w przekonaniu, że tylko tym sposobem siostra otrzyma odpowiednią opiekę. Odkąd pamiętam ludzie robią co mogą aby zapewnić swoim chorym bliskim najwyższej jakości opiekę przynosząc lekarzom pieniądze, alkohol, bombonierki i co kto może, żeby tylko wkupić się w łaski tego niełaskawego systemu. Był przypadek, że u pacjenta wykryto raka, a na chemioterapię trzeba było czekać aż trzy miesiące. Trzy miesiące będące nie przysłowiowym, a dosłownym gwoździem do trumny. Przykłady te możnaby mnożyć: prywatne wizyty u dentysty są normą, a często prywatnie idzie się nie tyle z wyboru, ile z przymusu, bo do państwowej przychodni po prostu nie można się dostać. Składki na ubezpieczenie to jedno, a gotόwka na prywatne wizyty to drugie. A co mają robić lekarze, kiedy po pierwsze zdecydowanie za mało zarabiają, a po drugie, ludzie często im wciskają dobra na siłę? Taki jest system, taka jest mentalność i nie wiem czego byłoby trzeba, żeby to zmienić.

Tymczasem w Stanach większość służby zdrowia jest sprywatyzowana i lekarze mają wyjątkowo wysokie zarobki. Placόwki medyczne to biznes jak każdy inny, niezależnie od tego jak odrażająco to brzmi, ale w rezultacie nie ma medycyny dla biednych i bogatych, bo o pacjentόw się zabiega, a nie robi im łaskę. Niezależnie od statusu ekonomicznego czy ubezpieczeniowego, każdy otrzyma wysokej jakości opiekę i ja to wiem w oparciu o własne doświadczenia. Jak się człowiek za tą opiekę pόźniej rozliczy, to już inny temat.

Porόwnując polską i amerykańską służbę zdrowia nie mam wątpliwości, że wolę system amerykański. Może czas przestać narzekać.

 
1 , 2
statystyka