Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
środa, 30 maja 2018

Czasem się okazuje, że można nauczyć starego psa nowych sztuczek. Albo przynajmniej spróbować. W wieku 40-stu lat uczę się - proszę państwa - partaczyć.

Może "partaczyć" to nie jest dobry wybór słowa. Być może wybór słowa został tu skalany moją głęboko zakorzenioną opinią. Dobrze, wybierzmy nowe: robić coś wystarczająco dobrze. Ten wpis będzie o robieniu rzeczy "wystarczająco dobrze". Bo perfekcja jest wrogiem wydajności.

Sprawa wyszła pod natłokiem spraw w pracy i ogólnego niezadowolenia z życia. No i wyszło, że moje podejście do życia jest ogólnie szkodliwe. Próbuję więc czegoś nowego. Już tłumaczę.

Masz pozamiatać ścieżkę do domu. Do pozamiatania ścieżki, potrzebne są:

  1. Dobra miotła, nie jakaś tam byle jaka.
  2. Jakieś specjalistycznie ubranie do zamiatania. Z pewnością. Albo przynajmniej ubranie robocze.
  3. Muzyczka jakaś, bo jak tu zamiatać bez?
  4. Plan działania: kolejność, odkąd dokąd, no i koniecznie z wiatrem. No i żeby nie padało.
  5. Tak w ogóle, to trzeba wyznaczyć, gdzie ta ścieżka. Prowadzi do schodów wejściowych i trochę za, te "za" z pewnością też jest ścieżką. Czyli "za" też należy zamieść. Acha, ścieżka łączy się z wjazdem samochodowym, czyli wjazd jest ścieżką, czyli - zamiatamy i wjazd.
  6. Przy fundamencie rosną chwasty, które kolidują z pięknem ścieżki i z pewnością ich usunięcie jest nierozłączną częścią zamiatania ścieżki.
  7. Acha, do tych chwastów potrzebne są jeszcze rękawiczki i motyka.

Parę godzin później ścieżka nadal nie jest zamieciona, bo to przecież robota na co najmniej pół dnia, a dopiero się ubrałam i znalazłam odpowiednią miotłę. I motykę.

No więc uczę się brania byle miotły i zamiatania tylko ścieżki tak jak stoję, z buta, w 15 minut. Wtedy ścieżkę można "odhaczyć" i zamieść jeszcze 15 innych ścieżek. Te chwasty i wjazd mogą być na innej liście i doczekać (lub nie) swojej kolejności. 

Wpis mi wyszedł jadowity, ale coś w tym jest. Robię tak wielkie "halo" z wielu zadań, że się człowiek spoci na samą myśl o ich wielkości i wcale nie chce się do nich brać. Albo wszystko muszę mieć zrobione od A do Z i jeszcze wypolerowane. Albo zabiera mi to za długo, a i tak wszyscy mają w dupie sprawę chwastów. W rzeczywistości trzeba załatwiać sprawy fundamentalnie, a chwasty i tak poczekają.

Może to chwilowe objawienie, a może metoda na życie. Tak czy inaczej - życzcie mi powodzenia.

02:48, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
wtorek, 29 maja 2018

Ostatnio (bez definicji - ale wydaje mi się dość długo) nie jestem zadowolona z życia. Nie lubię siebie, jestem pełna złości, niecierpliwości i coraz głębiej zapuszczającego korzenie cynizmu. Bardziej niż kiedykolwiek wcześniej żyję od weekendu do weekendu, bywają momenty, że wolałabym nie być, bo zwyczajnie nie chce mi się być. Nie wiem czy to wymagająca i od jakiegoś czasu ponad moje siły praca tak mnie dobija, czy zwyczajnie mam kryzys wieku średniego... 

Właśnie dobiega końca trzydniowy weekend w okazji Memorial Day, czyli dnia pamięci. Po koniec zeszłego tygodnia wróciłam z trasy prywatno-służbowej (podpisanie papierów zakupu domu i UAT - User Acceptance Testing zaprojektowanego przeze mnie systemu) po ogromnym stresie i niedosypianiu, więc od czwartku obijam się po ścianach jak zombie i weekend poświęciłam na odsypianie, pakowanie się do przeprowadzki oraz innych obowiązkach rodzinno-towarzyskich. Dla siebie nie zrobiłam nic - od dawna joga leży odłogiem, a ja przytyłam kilka funtów.

Dziś był piękny dzień, a ja zaraz po przebudzeniu zaadoptowałam humor gradowy na samą myśl, że jutro trzeba do pracy i że w ogóle niczego fajnego ze sobą nie zrobiłam. Postanowiłam więc pojechać na zajęcia jogi na 9 rano. Niestety odcinek, gdzie mieści się moje studio właśnie zamykano na paradę świąteczną, więc wprawdzie się prześlizgnęłam zanim zamknęli barykady, ale na jogę dojechać nie bardzo było jak. Właściwie to może od tyłu dałoby się dojechać, ale na myśl, że mogłabym tam potem utknąć na parę godzin, ogarnął mnie paraliż i postanowiłam szybko się ewakuować. "Szybko" było już za wolno, bo drogę powrotną mi zamknęli i musiałam się dostać z powrotem trasą wybitnie okrężną. Tak byłam wściekła, że dobrze, że nikogo nie zabiłam. Jak już dojechałam do domu - bez mandatu całe szczęście, bo cała policja najwyraźniej była na paradzie - wpadłam na pomysł jak odratować sytuację. Otóż oznajmiłam mężowi, że za chwilę pojedziemy rowerami do miasteczka na paradę - pierwszy raz, odkąd tu mieszkamy. No i ostatni. Fajnie było, to niedaleko, zatrzymaliśmy się po drodze na śniadanie, a jak już zajechaliśmy do miasteczka... po paradzie nie było już ani śladu (za to moje zajęcia jogi jeszcze trwały). Tym sposobem dowiedziałam się o małomiasteczkowych paradach ekspresowych.

Jazda rowerem w piękny dzień mimo wszystko pomogła mi się rozchmurzyć, a po powrocie pojechaliśmy jeszcze na kajaki, a wieczorem pozbyliśmy się masy różnych rzeczy za pomocą Craigslist i krawężnika (co wystawisz, to zabiorą).

Byle do piątku...

czwartek, 24 maja 2018

Przeprowadzamy się do Południowej Karoliny. Dogryzła nam zima. Planowaliśmy to od lat, ale plan został przyspieszony, a wszystko potoczyło się niespodziewanie szybko: znaleznienie nowego domu jak i znalezienie kupca na stary dom trwało jeden dzień. Rynek nieruchomości jest gorący. Tym samym spełnia się moje marzenie o zamieszkaniu w nowowybudowanym domu: przeprowadzamy się do przytulnego, parterowego domku A.D. 2018 w pięknym i szybko rozrastającym sie miasteczku Greenville. Jedną nogą za płotem, bo zakup sfinalizowany, ale sprzedaż jeszcze nie: w Połuniowej Karolinie transakcję zakupu/sprzedaży nieruchomości można sfinalizować w 30 dni, a w Nowym Jorku potrzeba średnio 60-ciu. Tak czy inaczej przeprowadzka planowana jest pod koniec czerwca. 

Pracę będę mieć tę samą, bo w Greenville mieści się nasze największe biuro. Dojazd do pracy o rzut beretem. Sama robota przez ostatni rok z kawałkiem bardzo mi dogryzła - próbuję przeczekać, bo trafiają mi się same trudne i wielkie projekty. Potem się zobaczy. Mąż założy własną działalność.

Tego lata stuknęłoby mi 19 lat mieszkania w Syracuse. To kawał życia. Jestem gotowa na zmianę. Tutaj ciągle marznę. Chcę słońca i ciepła, nawet za cenę robali i gorących parnych lat.

Mam wielkie plany odnośnie nowego życia: przede wszystkim ułatwienia po kątem lepszego klimatu, zdrowszy tryb życia, więcej przyjaciół, więcej wydarzeń. Sam proces jest czasochłonny i stresujący, ale zebranie odwagi na tak wielki krok dodało nam energii i nadziei na fajniejsze jutro.

Pies ma 11 lat i coraz trudniej mu chodzić po schodach - parterowy dom w samą porę. Poza tym ma się dość  dobrze, choć gorący klimat na pewno nie przypadnie mu do gustu. Za do papudze jak najbardziej.

Nazwa bloga stanie się nieaktualna, ale nie zamierzam się nigdzie przenosić. I tak dawno już tu wygasł ogień. 

18:01, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (6) »
statystyka