Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
niedziela, 03 maja 2015

Sobotę spędziłam na rzetelnych przygotowaniach do podróży na konferencję. Pranie, zakupy, zabiegi upiększające, pakowanie i co nie tylko. Byłam zapięta na ostatni guzik, tak przygotowana, że bardziej nie można.

Wstałam o 4:30. Około 6 zajechała po mnie szefowa z mężem i jej mąż odwiózł nas na lotnisko. Wszystkie 5 osób z mojego zespołu mieszkające w Syracuse miały lecieć razem do Charlotte o 8:10. W samolocie siedzieliśmy na czas. I siedzieliśmy. I siedzieliśmy. Po 2,5 godzinach siedzenia, kazano nam wysiąść, po czym odwołano lot. Z naszej piątki, dwie osoby załapały się na lot dziś wieczorem do Charlotte, dwie na lot jutro rano do Charlotte, a ja na poranny lot do Greenville przez Filadelfię. Tym sposobem ominął nas wszystkie dzisiejsze zespołowe przygotowania i happeningi, a trójce z nas również jutrzejsze.

A wszystko przez kałużę. Pod samolotem odkryto kałużę i nikt nie wiedział czy już tam była wcześniej, czy coś wyciekło z maszyny. Więc przyszedł mechanik, oblukał i stwierdził, że wszystko jest ok. Niestety samolot nie mógł odlecieć bez wypełnienia odpowiednich papierów dla odpowiedniej procedury, którą miano przysłać do wypełnienia faksem, ale nie przysłano, bo nie znaleziono. Kiedy więc tłum się wysypał, opcje alternatywne były bardzo cienkie, bo każdy je chciał.

Szefowa z mężem-szoferem i druga szefowa z samochodem wylatują wieczorem, więc zostały na lotnisku. Jednego kolegę na lonisko zawiozła narzeczona, więc samochodu nie miał. Całe szczęście drugi kolega miał samochód i mógł nas porozwozić do domów, bo mój mąż pojechał na spływ kajakowy i nie był w zasięgu. Wróciłam do domu, a tam niemiła niespodzianka.

Klucz od domu jest na pęczku kluczy samochodowych. Ponieważ nie planowałam być w domu aż do piątku i nie brałam samochodu, a z lotniska miał odebrać mnie mąż, klucze teoretycznie nie były mi potrzebne. Kiedyś mieliśmy schowany zapasowy, ale raz był potrzebny i leniliśmy się go odłożyć na miejsce. Drzwi do piwnicy miały pękniętą futrynę (sami ją wyrwaliśmy parę late temu jak zatrzasnęliśmy klucze w domu i wyważaliśmy drzwi żeby wejść) i się porządnie nie zamykały, więc pilnowaliśmy aby drzwi wewnętrzne pomiędzy piwnicą a pierwszym piętrem były zamknięte na prosty zamek klamkowy i zasuwkę. Akurat w piątek wymieniliśmy drzwi do piwnicy na nowe i z porządnym zamkiem. Zabrałam więc ze sobą nowiutki klucz do drzwi piwnicznych "na wszelki wypadek." "Wypadek wszelki" rychło nastąpił, kolega przywiózł mnie do domu, odkluczyłam sobie piwnicę, a tam okazało się, że wewnętrzne drzwi są zamknięte od wewnątrz. Przed sobą miałam nieciekawy prospekt spędzenia całego dnia na tarasie bądź w piwnicy z walizką, plecakiem i torebką, bez samochodu (kluczyki w domu!) czy jedzenia. Szlag mnie trafił na miejscu. Poszłam jednak szperać w piwnicy i znalazłam mały podłużny klucz sześciokątny, którego użyłam jako wytrychu do zamka klamkowego. Drzwi puściły. Miałam szczęście, że mąż nie zasunął głupiej zasuwki, bo wtedy byłoby po ptakach.

Jutro muszę wstać jeszcze raniej i zrobić to wszystko jeszcze raz. Tym razem zabieram samochód. I klucze. I mam nadzieję, że uda mi się dotrzeć do Greenville według planu.

19:43, anetacuse , Praca
Link Komentarze (3) »
statystyka