Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 30 maja 2014

Osobówka z przyczepą teardrop ma się tak do TIRa jak kot do konia.

P.S. To nie jest miejsce noclegu. Na postoju nocnym był ocean TIRów.

Wróciliśmy z dwutysięcznomilowej wyprawy do stanu Wisconsin po przyczepę. Były to jedne z najbardziej ekscytujących pięciu dni ostatnich kilku lat.

Wyruszyliśmy w sobotę, najpierw do Chicago. Pogoda była piękna, podróż przeszła jak po maśle, do naszych gospodarzy dojechaliśmy przed czasem, bo już przed 7. wieczór. Tam czekało na nas zimne piwo, wyborny obiad i późnonocne rozmowy. Spędziliśmy z nimi całą niedzielę, a w poniedziałek przed południem wyruszyliśmy do Wheaton odwiedzić innych znajomych. Tam spędziliśmy kolejną noc.

We wtorek rano wyruszyliśmy do Necedah, WI po odbiór przyczepy. Podróż wydłużyła się z racji przebudowy autostrady. Na miejsce dojechaliśmy przed południem. Orientacja zajęła cztery godziny, obejrzeliśmy fabryczkę, szczegółowo omówiliśmy konstrukcję i zasady użytkowania przyczepy do ostatniej śrubki. Wyruszyliśmy przed 4, ale zatrzymaliśmy się na obiad, więc w drogę wyruszyliśmy dopiero o 5.

Oryginalnie planowaliśmy dojechać do Ohio i tam zatrzymać się na nocleg w przyczepie, ale było to niemożliwe - zabrakło czasu, a to ponad 400 mil. W zmodyfikowanym planie było wyminięcie Chicago i postój gdzie popadnie. Żadne z nas nigdy nie jeździło z przyczepą. Najpierw jechałam ja, była okropna ulewa. Wymijanie Chicago wypadło na męża: ciemno, ulewa, spory ruch i ogromny stres. Postój wypadł koło Portage, IN około 10. wieczór. Nocleg w przyczepie okazał się porażką, pomimo wygodnego łóżka i rewelacyjnej wentylacji. Zaparkowaliśmy na postoju autostradowym wsród ponad setki tirów. Pomimo totalnego wykończenia przy hałasie tylu silników, klimatyzatorów i generatorów absolutnie nie dało się spać. Około 1. w nocy ewakuowaliśmy się stamtąd do najbliższego zjazdu z hotelem.

Środa była ciężka. Byliśmy niewyspani i mieliśmy 675 mil do przejechania. Niemiej jednak pogoda dopisała i wszystko poszło dobrze pomimo jazdy ze śrubką w przedniej oponie. Odkryliśmy ją w Wisconsin, ale że nie uciekało powietrze, zostawiliśmy jak była. To była dobra decyzja.

Do domu dotarliśmy w środę wieczór, trochę po 8. Cało i zdrowo, bez wypadku. Przyczepę zaparkowaliśmy ręcznie na wjeździe. Jest tak lekka, że jedna osoba może ją pchać ręcznie bez problemu.

Więcej szczegółów wkrótce.

czwartek, 22 maja 2014

Prezydent Obama spędza dzisiejszy dzień w małym i bardzo malowniczym miasteczku Cooperstown. Cooperstown słynie z dwóch rzeczy: National Baseball Hall of Fame, czyli muzeum baseballu, oraz że leży nad jeziorem Otsego, znanym z opowieści pisarza James Fenimore Cooper'a zatytułowanych Letherstocking Tales (po polsku Pięcioksiąg przygód Sokolego Oka), do których zalicza się m.in. Ostatni Mohikanin. Kiedyś pisałam o tym więcej przy okazji opisu spływu wokół jeziora Otsego.

Tak się złożyło, że dwa tygodnie temu wybraliśmy się z mężem do Cooperstown, mogę Wam więc pokazać kilka zdjęć.

środa, 21 maja 2014

Przyglądaliście się kiedyś krawcowej, fryzjerowi, barmanowi, murarzowi, matce z dzieckiem na rękach nawigującej trzy inne czynności, sklepowej pakującej towar, czy graczowi w pokera? Jaką mają płynność ruchów? Nasza zdolność adaptacyjna do upłynnienia wielokorotnie powtarzanych czynności do perfekcyjnej ergonomii ruchów a przy tym również gracji nigdy nie przestaje mnie zadziwiać.

sobota, 17 maja 2014

Różnica pomiędzy człowiekiem piechotnym a niepiechotnym leży w mięśniach parasolowych. Kiedy się człowiek przemieszcza wszędzie samochodem, przeważnie nie potrzebuje parasola. Dzisiaj strasznie lało, więc na spacer z psem postanowiłam zabrać swój wierny (zawsze ze mną wszędzie jeździ), ale prawie nieużywany (nie mówcie mu, bo wpadnie w kompleksy) prasol. No i podczas spaceru ręce mi opadły. No, może nie opadły, ale się zmęczyły. Od trzymania parasola. Fakt, jest to ogromny parasol golfowy (nie wiem czemu tutaj takie duże parasole nazywają się golf umbrellas), ale kto by pomyślał, że noszenie parasola wymaga treningu. 

Swoją drogą, że też nikt nigdy nie wpadł na trenowanie psów parasolem. Podczas dzisiejszej ulewy mój pies po raz pierwszy z własnej woli szedł przy nodze. Pod parasolem ma się rozumieć - on nie znosi być mokry.

P.S. Odkopałam swój stary parasolowy wpis pisany prawie co do dnia 6 lat temu. Najwyraźniej w połowie maja pada.

02:23, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
czwartek, 15 maja 2014

Jest gorąco. Jest gorąco, więc nie sypiam. Nie sypiam, więc mam obniżoną odporność psychiczną na wszelkie wydarzenia "pod prąd." Jak na przykład dzisiaj. O szóstej rano. Odegrałam akt godny psychopaty. Histerycznego psychopaty. Był krzyk, wulgaryzmy i rzucanie ciężkimi przedmiotami. Zupełnie nie po mojemu. Kompletna trauma dla moich domowników, którzy na coś takiego nie zasłużyli, ani w niczym nie zawinili. Czy słusznie?

Poszło o fejsa. Mój szwagier ma tendencje samodestrukcyjne i zawsze wrzuca na fejsa i bloga kompletne kretynizmy, które lekką ręką mogą kosztować go robotę. Bez skutku od lat przemawiam mu do rozumu. Dziś rano otwieram fejsa na telefonie i widzę swoje zdjęcia z imprezy halloweenowej sprzed paru lat. Miałam świetne przebranie absolutnie nie nadające się do pokazywania nikomu oprócz garstki najbliższych przyjaciół i rodziny. No ale mój szwagier najwyraźniej tak nie myślał, bo wrzucił na fejsa i mnie otagował. I saw red to najlepsze angielskie określenie na to, jak na ten fakt zareagowałam. Zaczęłam widzieć na czerwono. Najpierw wysłałam mu maila "Untag my Halloween photos as soon as fucking possible." Wiem, sama mogę się odtagować, ale kto ma na to czas o szóstej rano? Potem go odfriendowałam, jako doraźna metoda aby moi znajomi nie widzieli tych zdjęć. Potem nastąpiło gwałtowne rozładowanie atmosferyczne (obyło się bez rannych) i nadszedł spokój. W międzyczasie odkryłam, że szwagier stworzył grupę "Rodzina" więc niewykluczone, że zna mnie na tyle i ograniczył te zdjęcia tylko do małej grupy osób w rodzinie, ale tego już nie miałam czasu dociekać. No i szwagier już nie był moim znajomym.

Zadzwoniłam do niego w drodze do pracy, ale nie odebrał. Też bym nie odebrała na jego miejscu, ludzie się mnie boją i mają rację. Zostawiłam mu wiadomość, że nie jestem wściekła, tylko nie chcę mieć tych zdjęć opublikowanych. Zanim dojechałam do pracy, napisał mi, że je wykasował.

Po raz kolejny myślę, o wypisaniu się z fejsa, ale to niczego nie rozwiąże. Ludzie nadal będą mogli wrzuciać jakiekolwiek moje zdjęcia, tylko ja o tym nie będę wiedzieć. Zdaje się, że można ustawić sobie profil, gdzie nikt cię nie może otagować, ale twoje zdjęcia i tak mogą siedzieć na czyimś profilu. Żyjemy w ciekawych czasach.

niedziela, 11 maja 2014
sobota, 10 maja 2014

W zeszłym roku pisałam o latte o smaku dyni i o tym, że robię je w domu z użyciem kawiarki Bialetti, mleka i syropu. Po eksperymentowaniu z różnymi smakami tej zimy, m.in. czekoladą, karmelem i białą czekoladą, dokonałam prostego odkrycia: syrop klonowy komponuje się z kawą znakomicie! 

Syrop klonowy pozyskiwany jest w naszym regionie kraju na szeroką skalę i kupujemy go z tej samej farmy, z której kupujemy warzywa i miód. 

Przyczepa teardrop w trakcie budowy cz. 5. Zdjęcia zrobione przez producenta Camp-Inn.



czwartek, 08 maja 2014

Od jakiegoś czasu zaglądam na bloga Christiny Tiny Yellow Teardrop, gdzie można znaleźć morze informacji na temat przyczep teardrop. Christina zadała mi kilka pytań, po czym opublikowała odpowiedzi u siebie na blogu we wpisie pt. New Teardropper: AnetaCuse. Wpis jest anglojęzyczny.

 
1 , 2
statystyka