Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
czwartek, 30 maja 2013

Wczoraj media podawały ostrzeżenia o tornadach w moim rejonie. Poprzednią noc lało bez przerwy, na dzień się wypogodziło. Późnym popołudniem zrobiło się kompletnie ciemno i runęło taką ulewą, że nie było widać dalej jak na 15 metrów. Miałam wątpliwą przyjemność jechać w tym czasie z pracy. Gorsza do jazdy jest chyba tylko śnieżyca. Kiedy dojechałam bliżej domu ulewa ustała. Większość świateł drogowych nie działała, więc dojazd zajął dłużej. Potem zaczęła się procesja wozów strażackich. Wszystkie skręciły w moje osiedle.

Osiedle wyglądało jak pobojowisko. Drogi zasłane prawie miejsce przy miejscu liśćmi i gałęziami. Pozrywane linie wysokiego napięcia - brak prądu, pozamykane ulice, pozwalane drzewa. Jedno na dom, kilka innych w poprzek ulic blokując przejazd, wiele innych na posesjach. U nas szkody małe: kilka szczebli pourywanych z tarasu, niektóre złamane na pół, kilka ogromnych gałęzi urwało się z naszego ogromnego drzewa na tyłach i spadło na działkę naszą i sąsiadów. Będzie trochę roboty z naprawami i usuwaniem, ale to drobnostki.

Atmosfera na osiedlu była festiwalowa. Było ciepło, słońce wyszło zza chmur, a brak prądu i ciekawość skłoniły ludziska do tłumnego wylegnięcia na ulice z całym inwentarzem, czyli z psami i dziećmi. Każdy chodził, oglądał, rozmawiał, dzielił się faktami. Do głośnego szumu generatorów prądu doszły dźwięki pił motorowych. Było inaczej niż zwykle, przyjaźnie, sąsiedzko.

Po przespacerowaniu psa udaliśmy się do naszego ulubionego baru nieopodal, gdzie mieli prąd. Tam zastaliśmy wszystkich pracowników naszego lokalnego dealera samochodów, bo z braku prądu zamknęli biznes. Był tam również nasz dealer i postawił nam piwo. Atmosfera tego baru zawsze jest fajna, chodzą tam "lokalsi" i wszyscy się znają. Nawet jeśli nie zna się nikogo, prawie zawsze jest z kim porozmawiać, bo ludzie są otwarci, a barmani są zawsze ci sami i pamiętają kto jest kto. Po skrzydełkach kurczęcych i frytkach zapitych naszą ulubioną Stellą Artois, wróciliśmy do domu, gdzie o dziwo był już prąd. I tak zwykły środowy wieczór stał się wieczorem mniej zwykłym. Szkoda tylko, że dzisiaj trzeba było iść do pracy...

wtorek, 28 maja 2013

Sztywniak. Osobliwe życie nieboszczyków, tłum. Maciek Sekerdej, tytuł oryginału Stiff: The Curious Lives of Human Cadavers to książka dziennikarki i pisarki popularnonaukowej Mary Roach. Lektura wpadła mi w ręce przypadkowo i natychmiast wiedziałam, że muszę ją przeczytać.

Od zawsze interesowała mnie fizjologia śmierci i wszelkie jej aspekty, więc lektura okazała się interesująca i warta mojego czasu. Autorka opisuje m.in. process rozkładania zwłok, metody balsamowania, różne metody redukcji zwłok, przeszczepy organów, kanibalizm, oraz jak zwłoki mogą być wykorzystywane w różnych dziedzinach nauki czy przemysłu np. w szkołach medycznych, armii, w jednostkach testowania bezpieczeństwa samochodów, itp. Książka napisana jest z dużym poczuciem humoru jednocześnie zachowując szacunek dla tematu. Lektura zdecydowanie nie jest dla wszystkich, gdyż jest dość ekstremalna w szczegółach, niemniej jednak dla zainteresowanych polecam.

poniedziałek, 27 maja 2013

Nasza krótka wizyta w Chicago i okolicach okazała się bardzo udana. W trzy dni pobytu udało nam się zmieścić sporą ilość atrakcji.

Dzień 1 i 5: Trasa do/z Chicago

Odległość od naszego miejsca zamieszkania do domu naszych znajomych na przedmieściach Chicago wynosi 720 mil, czyli 1159 km w jedną stronę. Jedzie się autostradą przez stany Nowy Jork, Pennsylvania, Ohio, Indiana i Illinois. Spora część trasy wiedzie obrzeżami Wielkich Jezior - Erie i Michigan. Jazda jest w więszkości łatwa i bezbolesna, zmienialiśmy się za kółkiem co 3 godziny. Ohio i Indiana są stanami rolniczymi, przynajmniej w rejonie północnym. Pierwsze wrażenia to płaski teren, kurz i ogromne maszyny do irygacji na polach. Drugie wrażenie to fakt, że autostrady aż się roją od stanowej policji. Wprawdzie ograniczenie prędkości jest większe niż w stanie Nowy Jork o 5 mil i wynosi 70 mil/h, mało kto to przekracza, pewnie ze względu na gliny. Mieszkaniec Ohio powiedział nam, że ta trasa jest korytarzem przewozu narkotyków z Chicago do Detroit, stąd tyle policji. Dojazd do Chicago zajął nam 13 godz. 20 min. Byłoby krócej, ale GPS skierował nas przez centrum Chicago w godzinę szczytu, czego chciałam uniknąć drukując inną trasę z Google Maps, ale się zagapiliśmy kiedy zacząć robić swoje i wyszło jak wyszło. Zmądrzeliśmy jednakże w trasie powrotnej i wróciliśmy w 12 godz. 10 min. Ciekawym aspektem podróży była zmiana strefy czasowej o godzinę. 

Dzień 2: Wheaton

Nasi przyjaciele, u których gościliśmy, przez wiele lat mieszkali nieopodal jeziora w północnej części Chicago, ale kiedy urodziła im się pociecha postanowili przeprowadzić się poza miasto do lepszego okręgu szkolnego. Teraz mieszkają w Wheaton. W pierwszy dzień naszego pobytu mężowie z samego rana poszli biegać, a ja i K. odeskortowałyśmy małego pierwszoklasistę do szkoły rowerami. Nie każdy może sobie pozwolić na dojazd do szkoły rowerem, ale w ich przypadku rejon ma zarówno chodniki jak i masę parków ze ścieżkami, więc jest to zdecydowanie wykonalne. Trasa wynosiła 2.5 mili. Pod szkołą stoi ogromny stojak na rowery. Tam zabezpieczyłyśmy rower małego, a same wróciłyśmy do domu. Po południu pojechałyśmy go odebrać.

Tego samego ranka wszyscy pojechaliśmy na zajęcia z psychologii rozwojowej, które wykłada K. w miejscowym collegu. Jak się dowiedziałam wieczór wcześniej, miałam być na nich gościem i opowiedzieć klasie o różnicach kulturowych jakich doświadczyłam wychowując się w innym kraju i jaki to ma wpływ na moje obecne życie. Zajęcia były ciekawe, a studenci mieli masę pytań.

Popołudnie spędziłam na drzemaniu, bo zmogło mnie, a do tego był upał, podczas kiedy panowie poszli na spacer nad jakimś jeziorem. Wieczór spędziliśmy w domu, najpierw na spacerze po osiedlu, potem zajadając się domowej roboty crab cakes, co można przetłumaczyć jako kotlety z kraba.

Dzień 3: Chicago

Przez ósmą rano wyruszyliśmy samochodem na stację kolejową, aby złapać pociąg do Chicago. Podobały mi się piętrowe wagony oraz wagony ciszy, w których nie wolno rozmawiać w godzinie szczytu, bo ludzie chcą pracować lub spać - zupełnie jak w bibliotece. Ponoć jest to ściśle przestrzegane. Podróż trwała niecałą godzinę. Już wtedy zdaliśmy sobie sprawę, że prognoza pogody mocno rozminęła się rzeczywistością, i że przyjdzie nam marznąć jak psom przez resztę dnia, co niestety się sprawdziło. 

Już na miejscu przemieściliśmy się pieszo w stronę rzeki, gdzie załadowaliśmy się na statek celem odbycia wycieczki po Chicago River. Wycieczka była rewelacyjna, a budynki Chicago są tak imponujące, że normalnie zapierają dech w piersiach. W przeciwieństwie do bardzo rozwleczonego w przestrzeni miasta Nowy Jork, Chicago jest dużo bardziej skoncentrowane. Cztery z pierwszej dziesiątki najwyższych budynków w USA mieszczą się w Chicago. Było na co popatrzeć.

Kolejnym punktem programu była gra baseballa pomiędzy nowojorską drużyną Mets a tubylczą drużyną Cubs rozgrywana na historycznym stadionie Wrigley Field. Udaliśmy się tam metrem. Stadion zbudowany został w 1916 roku i jest praktycznie kultowym obiektem muzealnym, tzn. nie dosłownie, ale jest na tyle stary, że ciągle mówi się o zburzeniu go i wybudowaniu nowoczesnej wersji. Stadion był moim zdaniem piękny, no ale ja się nie znam. Jednym z fascynujących elementów tamtejszej architektury są ławki zbudowane na dachach okalających stadion budynków, na które się normalnie sprzedaje bilety. Było okrutnie zimno, no i Cubs przegrali. Mi akurat było wszystko jedno, bo na baseballu nie znam się zupełnie, ale atmosfera stadionu była warta doświadczenia: to bardzo amerykański sposób na spędzanie wolnego czasu.

Po meczu udaliśmy się pieszo do dawnej dzielnicy, w której mieszkali nasi znajomi. Wypiliśmy po kawie w Starbucks i załapaliśmy się na pikantną zupę w tajskiej knajpie. Potem zakupiliśmy sześciopak piwa, alebowiem w niektórych chicagowskich restauracjach wolno wnosić do obiadu swoje własne %, co bardzo mi się podoba. Złapaliśmy metro do naszego ostatniego celu dnia: restauracja The Cousins, gdzie mieliśmy się spotkać z Windy City i Evek.

Blogowe spotkanie na szczycie było najliczniejszym, na jakim do tej pory byłam. Po raz kolejny napiszę, że nie było niespodzianek. Z Evek spotkałam się po raz drugi, a z Anią po raz pierwszy, ale po 6-ciu latach towarzyszenia sobie na blogach miałam wrażenie, że znamy się od dawna. Nareszcze poznałam również wybranka Ewy. Wieczór upłynął nam wesoło i bardzo, bardzo szybko. Potem metrem z powrotem, taksówką na dworzec kolejowy, pociągiem na przedmieścia i samochodem do domu. Wszyscy padaliśmy na nos.

Dzień 4: Wheaton/Glen Ellyn

Znów był upał, zupełnie jak na złość. Dzień zaczęliśmy od gry baseballa naszego pierwszoklasisty. Szukałam cienia jak żaba mokradła. Potem lunch ze słynną chicagowską deep dish pizza (pizza o grubym wyrośniętym spodzie). Potem znów mnie zmogło i resztę popołudnia przespałam. Wieczorem długi spacer i wypad na festiwal do Glen Ellyn.

Wyjazd był naprawdę udany i nie zawahałabym się go powtórzyć.

środa, 22 maja 2013

Przewalił się przez okolicę w ciągu zaledwie kilkunastu minut. Burza z pirunami, wichura i ulewa. Akurat nie było nas w domu, jechaliśmy samochodem. Wróciliśmy do dwóch ulic zatarasowanych zwalonymi drzewami. Jedno z nich spadło na samochód sąsiada. Syracuse nie Oklahoma, człowiek się nie spodziewa i tym bardziej się dziwi.

poniedziałek, 13 maja 2013

Facebook mnie momentami dobija. Nie ma już prywatności, intymności, wszystko się nosi na rękawie, obnosi jak błyszczący medal do oglądania całemu światu. Narodziny, śmierć, miłość, żałobę, sympatię - wykręcające wnętrzności wyznania, których wcale nie chcę czytać, które przyprawiają o mdłości, bo są za prywatne i zbyt pod publikę. Kiedy kocham, mówię to osobom kochanym, tylko dla nich, do ucha. Ludzie zatracili poczucie prywatności i publikują wszystko jak leci. Chcę pozostać w kontakcie z przyjaciółmi i znajomymi, ale nie chcę czytać ich osobistych wyznań, ich głupot, ani o tym, co jedli na śniadanie. Cząstka mnie tęskni za światem sprzed pojawienia się portali społecznościowych.

niedziela, 12 maja 2013

Odkąd zaczęłam nosić okulary w trybie codziennym, utrzymywanie szkieł w czystości doprowadzało mnie do szewskiej pasji. Niby szmatka czysta, a szkło się maże, ciągle jakieś smugi, a raz nawet udało mi się porysować jedno ze szkieł taką "czystą" szmatką zostawiając jedną brzydką kilkucentymetrową szramę i drugą trochę mniejszą.

W marcu był czas na nowe okulary i nie chcąc ich zniszyć wypracowałam nową metodę. Po pierwsze, szmatkę trzymam w pudełku, żeby nie zbierała kurzu i wyciągam tylko do czyszczenia. Po drugie, przed czyszczeniem porządnie ją strzepuję o przegub ręki. Po trzecie, kupiłam zapas sprężonego powietrza w aerozolu jakiego używa się do czyszczenia sprzętu elektronicznego i każde szkło porządnie przedmuchuję z obu stron zanim przetrę szmatką. Rezultat jest rewelacyjny. Operację powtarzam raz dziennie wieczorem, żeby rano mieć czyste okulary, a one cały czas wyglądają jak nowe.

W pracy nastąpił ekscytujący zwrot: skierowano mnie do dwóch nowych projektów. Nowe miejsca, nowi klienci, nowe oprogramowanie. Atrakcyjne miejsca, jedno z nich to Chatham, MA na Cape Cod. Poszerzą się moje doświadczenia, zakres umiejętności, zgrubieje CV. Niestety ekscytacja opadła równie szybko jak przyszła z powodu nieprzyjemnej sytuacji, jaka powstała na skutek jednego telefonu.

Obecnie pracuję nad ogromnym projektem w Nowym Jorku pod kierowniczką projektu, która jest moją bezpośrednią szefową i mentorką. Wiele jej zawdzięczam, pracuje się nam razem świetnie. Projekt miał wiele czkawek na przełomie lat, wiele z nich nie z naszej winy i zostało nam niewiele czasu, aby go dokończyć, a bardzo dużo do zrobienia. Tymczasem tego lata wyskoczyły nam dwa małe i krótkie projekty i potrzeba było do nich ludzi. W piątek więc szefowa mojego zespołu, bardzo dynamiczna kobieta o sercu lwicy, zadzwoniła do mnie i innego współpracownika aby nas wdrożyć w owe nowe projekty, które muszą być zrobione do końca września. Ustawiłam rozmowę na głośnik, bo przecież nie będę sobie męczyć szyi. W trakcie rozmowy wyszło między wierszami, że szefowa zespołu nie skonsultowała się, ani nawet nie poinformowała kierowniczki nowojorskiego projektu, że zabierze jej ludzi. Ja oczywiście entuzjastycznie podeszłam do wszystkich proponowanych mi zadań, pełna przekonania, że dam radę pociągnąć wszystkie trzy projekty. Szefowa złożyła na moje barki poinformowanie o nowej sytuacji mojej bezpośredniej szefowej, choć przecież to kierownicy projektów mają między sobą uzgadniać kto kogo bierze i na ile godzin. Natychmiast po rozmowie poszłam do kierowniczki jej o tym powiedzieć. Wiedziałam, że nie będzie dobrze, ale było dużo gorzej, niż się spodziewałam. Kobieta po prostu się rozpadła na kawałki, w takim stanie nie widziałam jej jeszcze nigdy. Była tak roztrzęsiona i wściekła, że resztę dnia wzięła wolne. Okazało się, że część rozmowy z mojego biura słyszała bezpośrednio. 

Z jednej strony to co się stało nie jest moją winą. Z drugiej strony wiem, że szefowa jest wściekła nie tylko na szefową zespołu, ale również na mnie. Za to, że ani jednym słowem nie wstawiłam się za jej projektem, nie obroniłam, nie poddałam pod dyskusję konsekwencji przekierowania ludzi w tak wrażliwym okresie. Ona mi tego nie musiała mówić, ja to wiem. Zraniłam ją. To, czego się nie powie może być równie raniące jak to, co się powie.

00:15, anetacuse , Praca
Link Komentarze (7) »
wtorek, 07 maja 2013

Mamy piękne, upalne lato. Trochę gorzej sypiam, ale dni są długie i można się nacieszyć życiem nawet w dzień powszedni, nie tylko w weekend.

Pierwszy z dwóch egzaminów, o których pisałam w zeszłym miesiącu zdałam tydzień temu. Drugi będę zdawać pod koniec tego miesiąca i się obecnie do niego uczę - przynajmniej w przerwie między rozrywkami. W pracy dziś zrobiłam falę w odpowiedzi na nowy regulamin zatruwający wszystkim życie. Ciekawe co z tego będzie.

Tydzień temu rozpoczęliśmy sezon kajakowy (późno jak na nas), więc weekendy zapełniły się nie wiadomo kiedy. W ostatnie dwa weekendy byliśmy na kajakach, rowerach, na komunii, na spacerach z psem po lesie, na masażu, a do tego biegaliśmy, sprzątaliśmy i jeszcze skosiłam trawę. 

Moje oczęta są dalej nie tego, więc dziś poddałam się kolejnej instalacji, tym razem tymczasowych zatyczek do górnych przewodów nosowo-łzowych jako dodatek do dolnych. Przez większość dnia łzy przelewały mi się w prawym oku, no ale mam tydzień, żeby zobaczyć jak pójdzie, zanim zdecyduję się na zatyczki stałe.

Skończyliśmy oglądać wszystkie trzy sezony "Downton Abbey" i pierwszy sezon "Gry o tron." W ostatni weekend udało nam się obejrzeć "Życie Pi." Skończyłam "Krew elfów" Sapkowskiego i za namową brata zabrałam się za opowiadania porzucając tymczasowo sagę. To byłą bardzo dobra decyzja, bo mam okazję zapoznać się bliżej z postaciami, a opowiadania są chyba nawet lepsze od sagi.

W przyszłym tygodniu wyjeżdżamy na parę dni do Chicago, gdzie planuję parę blogowych spotkań. Cieszę się na ten wypad jak diabli.

01:52, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (3) »
czwartek, 02 maja 2013

Zwykle lubię czwartki, bo to wigilia wigilii weekendu. Niestety to już trzeci z kolei czwartek kiedy rano przytrafia mi się coś irytującego. Dwa tygodnie temu zapomniałam laptopa. Tydzień temu oblałam się olejem napędowym. Dziś wylałam kawę.

Może wylanie kawy nie jest specjalną tragedią, ale kiedy się ma ranek napchany do szczytu możliwości, miele się kawę ręcznym młynkiem i z namaszczeniem parzy w prasie francuskiej zalewając wodą o odpowiedniej temperaturze i parząc dokładnie 4 minuty, a potrąci się wystający tłoczek dosłownie kilkanaście sekund przed końcem parzenia wylewając CAŁĄ zawartość naczynia - to JEST tragedia. Nie przyznam się ile k* poleciało, ale wpadłam w kompletny amok i furię na skalę, jakiej nie doświadczyłam od dawna. Nie dość, że trzeba było posprzątać, to jeszcze zaczynać nową kawę kompletnie od zera. To nie był piękny poranek.

Mimo wszystko miałam dziś szczęście w nieszczęściu, bo 90% kawy wylało się do zlewu, bo tam akurat strąciłam prasę, a tylko trochę poza zlew, nic na podłogę. Sprzątanie to był pikuś, ale i tak ledwo się opanowałam żeby czegoś nie zdemolować.

Jest ciepło, letnio i świat staje się piękny. Niestety pomyłki i furie, które mi się przytrafiają, są bezpośrednim skutkiem tego piękniejącego świata. Robi się gorąco. Kiedy jest gorąco, źle śpię. Nigdy nie przystosowałam się do tutejszego klimatu letniego, nie mam klimatyzacji centralnej, a spanie z wiatrakiem lub klimatyzatorem okiennym nie poprawiają mi jakości snu. Latem jestem jak zombie. Zmęczona i poirytowana. A to dopiero wiosna...

statystyka