Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
piątek, 29 maja 2009
Kayaking 101

http://blog.syracuse.com/healthfitness/2009/05/kayaking_tips_on_how_to_get_st.html

Powyższy filmik instruktażowy nakręcony został na naszych zajęciach kajakowych przez lokalną gazetę Post-Standard.

poniedziałek, 25 maja 2009

Sukces! Cel osiągnięty: 6 treningów w tygodniu, jeden na bieżni, pozostałe na dworze.

Niedziela: 20 minut na dworze z psem (plus 1,5 godziny kajakowania)

Poniedziałek: 20 minut na bieżni z odcinkiem "Chirurdzy" ("Grey's Anatomy"). Bardzo motywujące. 20 minut biegu i 25 minut spaceru żeby skończyć odcinek.

Wtorek: 25 minut biegu z psem (plus 20 minut spaceru z psem, plus 2 godziny ćwiczeń eskimoski w kajaku na basenie)

Środa: 15 minut biegu w upale. Ciężko, zmęczenie bieże górę.

Czwartek: przerwa. Bieganie i eskimoski dały się we znaki, bo tak byłam obolała, że ledwo mogłam się ruszać.

Piątek: 20 minut biegu (plus 1,75 godziny kajakowania)

Sobota: 20 minut biegu

Znalazłam na siebie metodę. Przy ładnej pogodzie idę biegać na zewnątrz i to zaraz po pracy, żeby mi się nie odwidziało. W mniej zachęcajacą pogodę idę na bieżnię i wrzucam sobie DVD. Wymyśliłam, że znów zapiszę się do Netflix'a i nadrobię oglądanie różnych seriali telewizyjnych w czasie biegów, a w Syracuse paskudnej pogody nie brakuje. Godzinne seriale bez reklam to 45 minut, a półgodzinne seriale bez reklam to 20 minut, więc mogę sobie dopasować do treningów.

Na razie biegam po 20-25 minut po dość górzystym terenie. Zauważyłam, że już zaczynam biegać trochę szybciej i ostatnio musiałam wydłużyć trasę o dwie przecznice żeby osiągnąć 20 minut. Z czasem zacznę wydłużać treningi. Chciałabym osiągnąć 45-50 minut 2-3 razy w tygodniu i 30-35 minut pozostałe 3 razy.

Dotychczas spłaszczył mi się nieco brzuszek i wzmógł apetyt. Fizycznie i psychicznie czuję się bardzo dobrze.

Co tam, Panie, w Ameryce? -Pisklęta uczą się latać.

Pierwsze pisklę z okolicznych drzew wybrało sobie nasz ogródek na naukę latania. Najpierw ulokował się na balustradzie naszego tarasu, gdzie karmiła go mama. Potem zleciał i siedział sobie na trawniku. Latać jeszcze nie mógł, ale za to żwawo biegał. Pod koniec dnia jednak potrafił już wlecieć na dwumetrowy płot i tam siedzieć. Oboje rodzice go (ją?) dokarmiają i pilnują. Pisklak obraca się na terenie trzech działek - naszej i dwóch sąsiadów. Mąż i ja zamieniliśmy się w strażników pisklaka, bo przed wypuszczeniem psa chodzimy na zwiady. Dzisiaj pies o mało pierzastego nie dopadł, nie odstraszyły go nawet wrzaski i niskie loty agresywnych ptasich rodziców. Zjawiliśmy się w porę i pierzasty ocalał.

środa, 20 maja 2009

Wczoraj zaczęliśmy zajęcia z ratowania i eskimoski. Poprzednie zajęcia, 3 sesje, dotyczyły podstaw kajakowania i (samo)ratowania z wywrotek. Kurs ratowania i eskimoski skupia się tylko na ratowaniu i eskimosce, więc naturalnie materiał obu kursów się nieco pokrywa. Przez pierwszą część zajęć była powtórka z zeszłotygodniowych manewrów. Uczestnicy poprzednich zajęć mieli wybór co ćwiczyć i nie musieli uczestniczyć w wykładach.

Najpierw przećwiczyłam wiszenie głową w dół w przewróconym kajaku na głębokiej wodzie. Chodzi o to, żeby nauczyć się nie panikować i ocenić czas komfortowego obywania się bez powietrza. Powisiawszy trochę zdjęłam fartuch i wyzwoliłam się z kokpitu. Zdejmowanie fartucha przy wywrotce jest bardzo ważną umiejętnością, gdyż łatwo jest pod wodą spanikować kiedy ma się wrażenie, że kajak cię „trzyma.” Żeby zdjąć ciasno opinający kokpit fartuch należy pociągnąć za pętlę fartucha najpierw do przodu (od siebie), a potem do góry.  Jeżeli wtedy samoistnie nie wypadniemy z kokpitu, należy chwycić obrzeże kokpitu po obu stronach i odepchnąć się ruchem, jakbyśmy zdejmowali spodnie. Wtedy w całości wysuniemy się z kokpitu, a kamizelka asekuracyjna wyrzuci nas na powierzchnię wody jak balon.

Skoro już się wywróciłam, przystąpiłam do dwuosobowej akcji ratunkowej. Po wylaniu wody z kajaka, „zaparkowałam” go wzdłuż kajaka męża. On trzymał mój kajak za obrzeża kokpitu położywszy duży nacisk na przedramię spoczywające zaraz za tylnym obrębem mego kokpitu, a ja przerzuciłam się wzdłuż obu kokpitów trzymając się za najdalej położone obrzeże kokpitu kajaka męża. Potem trochę czołgania się i kiedy biodra miałam już nad własnym kokpitem, wystarczyło się obrócić i tyłek wylądował na siedzeniu. Potem tylko nogi i akcja ratunkowa zakończona, można wypompować resztę wody.

Potem ćwiczyłam kładzenie na bok kajaka trzymając się dziobu kajaka męża aż moje ucho dotknęło powierzchni wody. Całkiem to fajne, bo wystarczy szybki ruch bioder i można znów wstać do pionu. Dobre ćwiczenie do eskimoski. Można się w ten sposób ratować: wisząc głową do dołu pod wodą należy postukać dłońmi w spód kajaka nad powierzchnią wody. Wtedy inny kajakarz podpływa celując dziobem o okolice naszych wystających rąk. Trzeba wymacać dziób kajaka, złapać się za niego oburącz i podnieść się do pionu. Próbowałam tego dokonać, ale niestety nie udało mi się „wymacać” dziobu kajaka męża, więc w końcu zabrakło mi powietrza i musiałam się ratować wypadnięciem. Moim zdaniem skuteczność tej metody w praktyce jest wątpliwa, bo szanse, że ktoś będzie wystaraczająco blisko, zauważy co chcemy zrobić i będzie wiedzieć jak zareagować, oraz że dopłynie dziobem dokładnie gdzie trzeba i na czas są nikłe.

Kolejnym manewrem był rewanż, czyli tym razem ja „ratowałam” męża. Teraz wiem, że nie tylko on jest w stanie uratować mnie, ale ja jego też. Jesteśmy samowystarczalni.

W końcu przyszedł czas na eskimoskę. Specjalnie w tym celu zakupiliśmy zatyczki do nosa i przynieśliśmy okularki do pływania. Odkryłam dwie rzeczy. Pierwsza, że eskimoska jest – jak dla mnie – cholernie trudnym manewrem. Druga, że pod wodą kompletnie tracę orientację i nie mam pojęcia co gdzie jest. Takiej dezorientacji nigdy wcześniej nie doświadczyłam, nawet w kompletnych ciemnościach. Może to dlatego, że normalnie nie wiszę głową do dołu? No więc siedzę w kajaku. Po prawej stronie stoi mąż. Na lewą stronę się wywracam. Mam szukać rąk męża po przeciwnej stronie od wywrotki, co przecież powinno być proste. Tymczasem nie mam pojęcia po której stroni stoi mój mąż! Dopiero okularki trochę pomogły, ale jeszcze nie do końca. Nie wiem, czy to kwestia przyzwyczajenia, ale jest to bardzo dziwne uczucie. To samo było kiedy szukałam dziobu kajaka męża wisząc po wodą. Szukałam go po obu stronach, bo zupełnie straciłam orientację. Tak więc orientacja jest problemem. No i cała reszta. Póki co trenowaliśmy na zmianę sam proces wywracania się na jedną stronę, a wychodzenia z drugiej z użyciem rąk osoby stojącej w wodzie i całkiem dobrze nam szło. Do nauki ruchu wiosłem jeszcze nam bardzo daleko.
poniedziałek, 18 maja 2009

Biegać zaczęłam 6 lat temu. Była zima. Początki były trudne. Najpierw, ubrana w grubą kurtkę zimową, ledwie przetruchtałam milę z przerwami. Robiłam postępy w zaskakującym tempie. Tydzień, drugi, trzeci i zaczęłam truchtać dalej, szybciej i bez przerw. Moim ulubionym dystansem stały się 3 mile, czyli około pół godziny treningu, najlepiej w terenie górzystym. Potem doszły pięciomilówki, ale rzadziej. Najdalszym dystansem jaki kiedykolwiek zrobiłam to 10 mil. Nigdy nie dążyłam do specjalnych rekordów dystansu czy prędkości, biegałam dla siebie.

Bieganie wydaje się być jedyną skuteczną metodą na moją sylwetkę, na zgubienie brzuszka. Inne sporty tak na mnie nie działają. Nordic walking, taekwondo, kajakarstwo, rakiety śnieżne, podnoszenie ciężarów – dobre są do utrzymania kondycji, ale nic tak nie rzeźbi ciała jak bieganie. Bieganie jest trudniejsze i wymaga więcej wysiłku. Mogę wiosłować przez sześć godzin, chodzić na rakietach czy o kijkach przez parę godzin, ale nigdy się tak nie zmęczę jak po godzinie biegania. Ba, dla niewprawionych 20 minut biegania to kierat, a żeby móc biegać godzinę to już się trzeba mocno napracować i przyzwyczaić serce, mięśnie, ścięgna i stawy. Jest to możliwe przy odrobinie cierpliwości. Kawałek po kawałku. Od jednego słupa telegraficznego do drugiego. O, jeszcze do tamtej skrzynki na listy dobiegnę. A potem do następnej. I następnej. Po pewnym czasie człowiek wchodzi w trans i biegnie prawie nieświadomie. Bieganie to nie miłość od pierwszego wejrzenia. Wręcz przeciwnie. Bieganie, przynajmniej dla mnie, było walką z nienawiścią. Determinacja, żeby pokonać siebie, swoje ociężałe nogi, swoją kolkę. Kiedy już jednak zaczyna się wygrywać te maleńkie bitwy z sobą, bieganie zaczyna się podobać. Bo człowiek widzi, że może. Wtedy zaczyna chcieć więcej. Zaczyna czuć się coraz lepiej. W końcu nie może się doczekać, żeby pobiec następny raz.

Najtrudniejszym aspektem biegania u osoby początkującej, poza początkowym brakiem kondycji, jest jak się ubrać. Do biegania ubieramy się zupełnie inaczej niż na spacer. Latem to nie problem, zakłada się spodenki, dobry biustonosz sportowy, koszulkę i fru. No i oczywiście dobre buty to podstawa przez cały rok. Pozostałe trzy pory roku są trudniejsze. Na początku naprawdę ciężko jest pojąć, że przy temperaturze poniżej zera wystarczą rajtuzy, ciepła przylegająca do ciała koszula i lekka nylonowa kurteczka, do tego lekkie rękawice i czapka. Człowiek bardzo się przegrzewa jak biegnie i jeśli ubierze się za ciepło to spartaczy sobie trening. Ubieranie się odpowiednio do warunków pogodowych opanowuje się metodą prób i błędów. Wszystko zależy od osoby, temperatury i wiatru. Ja przegrzewam się bardzo szybko, więc ubieram się lżej, nawet jeśli umieram z zimna na samym początku. Do tego należy unikać ubrań bawełnianych, a najlepiej używać specjalnych tkanin sportowych, które zbierają pot i przemieszczają go na zewnątrz tkaniny, gdzie szybko paruje nie powodując poczucia wigotności. Ja używam ubrań firmy Underarmour.

Mówią, że bieganie uzależnia. Chociaż sama tego nie doświadczyłam, sądząc z przykładu mego męża to prawda. Mój mąż biega od piętnastego roku życia. Sześć dni w tygodniu, 3-9 mil dziennie. Deszcze, upały, śnieżyce, ślizgawice, nic go nie powstrzyma poza burzą z piorunami. Jeżeli z jakiejś przyczyny opuści trening, to bez kija nie podchodź. Czasem myślę, że jakby miał wybór pomiędzy bieganiem a mną, wybrałby bieganie. Cóż, bieganie było z nim długo przede mną i nigdy go nie denerwuje... Ciągle się boję, że coś go rozjedzie. W Stanach nie ma chodników, zimą po pracy jest ciemno, a pobocza zawalone są śniegiem. Kupiłam mu nawet Road ID – opaskę na przegub z danymi osobowymi. Kilka lat temu kupiliśmy też bieżnię, żeby móc biegać bezpiecznie kiedy warunki na dworze są ekstremalne. Mąż czasem z niej korzysta, ale przeważnie i tak biega na zewnątrz.

Ze mną jest inaczej. O ile mąż poślubił bieganie na całe życie, ja mam z bieganiem jedynie sporadyczny romans. Potrafię biegać regularnie przez pół roku, 3-4 razy w tygodniu. Potem z nieznanej sobie przyczyny opuszczę trening i kolejne pół roku minie, a ja nie biegam. Albo biegam kilka razy w tygodniu, potem długo nic i znowu. Albo ze trzy razy w miesiącu. Od takiego biegania rezultatów nie ma. Takie bieganie to o kant dupy potłuc. No więc teraz chodzi  mi o to, żeby zamienić bieganie „od święta” na bieganie regularne. Żeby bieganie stało się nawykiem na całe życie.

Dla mnie najtrudniejsza jest motywacja. Często wracam z pracy ubita, czasem zła jak osa. Nie mam wtedy ochoty na nic, a już tym bardziej nie na bieganie. Zje się obiad, to już po ptakach, bo na pełen żołądek się nie da. I tak odkładam trening z poniedziałku na wtorek, z wtorku na środę, ze środy na czwartek, potem piątek, to nie, no i w końcu czasem udaje mi się pobiegać w sobotę i/lub niedzielę. Rano też kiedyś próbowałam. Zrywałam cielsko swoje o 5:30, szłam na bieżnię i czułam, że mi serce zaraz wyskoczy z piersi. Wczoraj zaczęłam po raz kolejny z bardzo malutkim celem: biegać powoli 5-6 dni w tygodniu po 20-30 minut. Wydaje się rozsądne, prawda?

Cdn.

P.S. Powyższa notka zainspirowana została przez Jerzego Afanasjewa @ http://miesozerca.blox.pl/

niedziela, 17 maja 2009

Uprzejmie informuję, że po nocy od akcji ratunkowej pisklęta zniknęły z koszyka.

Ostatnie zajęcia z podstaw kajakowania również dotyczyły technik ratowania z wywrotki, ale tym razem z partnerem. Z racji szwów na twarzy w zajęciach nie uczestniczyłam, ale co się napatrzyłam, pośmiałam i zdjęć nacykałam, to moje.

piątek, 15 maja 2009

Tak, tak Drodzy Czytelnicy, u mnie nie ma życia bez różnorakich przygód zoologicznych. Wcale się o nie nie proszę, same mi wpadają w ręce. Tak więc było już ratowanie motyla, głuszca, królików, a dzisiaj piskląt.

W ciągu ostatniej doby zawitały do nas nieludzkie wichury z porywami o prędkości 50-60 mil na godzinę. Rano w mieście wiatr dosłownie zwalał mnie z nóg, nie mogłam ustać w miejscu ani utrzymać kursu spaceru. Połamane drzewa i słupy, pozrywane linie energetyczne, poprzestawiane meble ogrodowe, pogubione kubły na śmieci, ludzie bez prądu, oraz wyjące alarmy samochodowe to tylko część strat i niedogodności. Podczas wieczornego spaceru z psem moje osiedle wyglądało jak po huraganie: ulice zawalone gałęziami. Pod jednym z drzew leżały dwa zrzucone z drzewa przez wichurę pisklęta i darły się w niebogłosy.

Dlaczego musiałam je znaleźć właśnie ja, nie mam pojęcia, wiem tylko, że pies miał na nie chrapkę. Odprowadziłam psa do domu i zastanawiałam się, czy cokolwiek mogę dla tych małych zrobić. Ku swemu zaskoczeniu odkryłam, że mama nie tylko jest w pobliżu, ale je karmi. Siedzi na drutach z jedzeniem w dziobie i czeka, aż nie będzie ludzi i samochodów. Potem przelatuje na drzewo, w którym przeskakuje coraz niżej z gałęzi na gałąź aż w końcu leci na ziemię i karmi małe. Małe porozumiewają się z nią głosowo i jak ona wydaje dźwięk, one odpowiadają. Trudno było wymyślić jak im pomóc, bo ich gniazdo było przy samym czubku bardzo wysokiego acz gibkiego drzewa i bez podnośnika nie byłoby możliwości tam dotrzeć. Na ziemi jednak stałyby się ofiarą pierwszego lepszego psa czy kota. Pomysł podsunęła mi sąsiadka. Koszyk. Znaleźć koszyk, umościć go czymś, wsadzić tam pisklęta i zamocować na drzewie. Tak też zrobiłam. Jak ostatnio, użyłam rękawic ogrodowych. Wiklinowy koszyk umościłam najsuchszymi ścinkami trawy jakie mogłam znaleźć. Niewiele tego było, bo wczoraj w nocy padało. Potem przez rękawice delikatnie przeniosłam oba pisklęta do koszyka, a każdy walczył jak lew. Wyginały szyje, próbowały dziobać, stroszyły się. Potem razem z mężem zamocowaliśmy koszyk do drzewa w trzech punktach plastikowymi zapinkami. Trzyma się bardzo dobrze, jest na wysokości około dwóch metrów od ziemi i dość dobrze ukryty wśród gałęzi. Łatwizna dla kota, ale teraz przynajmniej nie są na widoku. Pozostaje kwestia, czy mama ich nie odrzuci ze względu na zapach. Widzieliśmy ją na drzewie od czasu instalacji koszyka, ale czy zbliżyła się do piskląt w koszyku, tego nie wiemy. Z jednej strony wie gdzie są, słyszy ich wołanie, z drugiej obce ciało, w którym teraz zamieszkują, obcy zapach. Czy przeżyją? Będę obserwować, ale nawet mi się nie chce myśleć. Natura i jej prawa. Czasem wolę nie widzieć i nie wiedzieć.

piątek, 08 maja 2009

Jak się przekonałam przy jednym z ostatnich wpisów, temat języka polskiego cieszy się dużym zainteresowaniem wśród emigrantów. Co więc powiecie na mały konkursik, którego celem jest ułożenie jak najdłuższego poprawnego gramatycznie polskiego zdania, w którym nie występują żadne polskie znaki? Zdanie ma być czysto "bezogonkowe," a liczyć się ma ilość słów z wyłączeniem przecinków. Oto przykłady:

Obcy niech mnie tu nie szuka, gdzie drzwi nie ma tam nikt nie zapuka. (14)

Otwarcie nowego sezonu kajakowego nigdy nie ujdzie jej uwadze, nawet gdy pada deszcz a kra na rzekach i jeziorach nadal przekornie i uparcie toczy pojedynek z godnym przeciwnikiem jakim jest wiosenna temperatura. (32)

21:49, anetacuse , Język
Link Komentarze (14) »
czwartek, 07 maja 2009

Na ostatnich zajęciach uczyliśmy się wsiadania z powrotem do wywróconego kajaka w pojedynkę, czyli bez niczyjej pomocy. Wnioski z zajęć wyciągnęłam nieciekawe: jeśli popłynę sama i wywrócę się na głębokiej wodzie, powrót do kajaka będzie pracą syzyfową, bolesną, a nawet niemożliwą.

Jeżeli nie umie się eskimoski są inne, bardziej prymitywne, metody powrotu do kokpitu w pojedynkę. Najpierw należy wylać wodę z kajaka i odwrócić go kokpitem do góry, co akurat jest łatwe nawet na głębokiej wodzie. Wystarczy chwycić kajak za dziób, unieść go do góry, a więszkość wody wyleci. Potem, nie kładąc go z powrotem, należy go obrócić uważając, aby znowu nie nabrał wody. Zbyt dużo wody w kokpicie powoduje jeszcze większe chybotanie się kajaka ze względu na przemieszczającą się wodę. Po wylaniu wody z kajaka należy do niego z powrotem wsiąść.

Jedną z metod to dosiadanie kajaka okrakiem od rufy i czołganie się stamtąd aż po kokpit. Jeżeli nie ma się płetwy sterowej, sprawa jest prosta. Wpycha się rufę pod wodę jednocześnie jej dosiadając. Stamtąd należy czołgać się na leżąco do momentu, kiedy nasze biodra zawisną nad kokpitem. Wtedy można usiąść do pionu i ostrożnie spuścić tylną część ciała na siedzenie, a na końcu włożyć nogi. Jakież do proste... do napisania. Jeżeli ma się płetwę sterową, to dosiadanie kajaka od rufy może doprowadzić do okaleczenia. Trzeba więc kajak dosiąść z boku, już za sterem. Trzeba się dobrze wypchnąć do góry jednocześnie spychająć kajak pod wodę i zarzucić jedną nogę na drugą stronę. Problem w tym, że często masa ciała zbyt szybko przemieszcza się za nogą i wtedy lądujemy w wodzie po drugiej stronie kajaka, gdzie znów trzeba go obrócić i wylać wodę. Zakładając, że już rufy dosiądziemy, należy powoli i na leżąco czołgać się do przodu. Dlaczego powoli i na leżąco? Po pierwsze, kajaki morskie są długie i wąskie, a co za tym idzie chybotliwe. Łatwo się nimi pływa, ale nie łatwo dosiada. Jeden zbyt gwałtowny ruch i ląduje się z powrotem w wodzie. Po drugie, dystans do kokpitu jest znaczny. Po trzecie nasze odzienie, włącznie z dość obszerną kamizelką asekuracyjną, oraz ekwipunek kajaka w postaci klamr, linek i klap bagażkinowych bardzo ten proces utrudniają. Po czwarte, jeśli ktoś jest niespecjalnie elastyczny i już dotrze do najszerszej części kajaka jakim jest kokpit, może mieć trudności z usadzeniem się do pionu, bo obrzeża kokpitu znacznie wpijają się w uda. Siniaki i zadrapania są gwarantowane. Do tego należy dodać, że basen jest zupełnie płaski, a wywrotki przeważnie nie zdarzają się na basenie, ale w warunkach ektremalnych na wzburzonej tafli jeziora lub gnającej z prądem rzeki. Skoro tak trudno jest się wdrapać na kajak na lustrzanej tafli basenu, jakim cudem ma się to udać w potrzebie?

Próbowaliśmy jeszcze innych metod, ale o tym innym razem. Zauważyłam, że im krótszy i szerszy kajak, tym łatwiej się na niego wdrapać, oraz że mężczyznom wykonywanie tego manewru przychodziło łatwiej, niż kobietom. Nauczyliśmy się też rzucać i składać linę ratunkową. Składanie liny ratunkowej to jak składanie spadochronu: jeżeli nie zrobi się tego poprawnie, to się nie rozwinie.

Zajęcia były dosłownie wykańczające. Żeby tego było mało, nieźle najadłam się strachu, bo będąc uwieszona swego kajaka po symulowanej wywrotce, zostałam staranowana metalowym sterem innego kajaka, który uderzył mnie boleśnie w rękę pomiędzy ramieniem a łokciem. Byłam pewna, że ster rozpruł mnie do kości i zaczęłam krzyczeć w panice, wg. późniejszego raportu mego męża, polskie niecenzuralne słowo na „k.” Gościu mnie nie widział i w dalszym ciągu próbował dosiąść swego kajaka z wody, przez co staranował mnie powtórnie. Ster okazał się za gruby aby przeciąć skórę i skończyło się na dwóch długich pasach siniaków, wyglądających jakby mi ktoś przyłożył biczem. Droga do wiedzy bywa kręta, mokra i bolesna...

Fot. Roger Harrod

 
1 , 2
statystyka