Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
wtorek, 20 maja 2008

Nogi ze Stanόw nie ruszyłam od ponad dwόch lat. Czas zobaczyć się z rodziną. Dziś jest mόj ostatni dzień w pracy przed urlopem i nie mogę się nacieszyć. Jutro sprzątanie, pranie, zakupy, pakowanie i przewiezienie papugi pod opiekę kolegi. W czwartek odsyłamy kudłacza do luksusowego wiejskiego schroniska, ostatnie przygotowania i... żegnaj Syracuse.

Najpierw zatrzymamy się w Dublinie odwiedzić brata i poznać jego wybrankę. Będziemy tam trzy dni. Już cieszymy się na zwiedzanie i spędzony razem czas. Stamtąd lecimy do Warszawy, skąd samochodem ruszymy do Krakowa do rodziny, a dopiero pod koniec przyszłego tygodnia do mojego rodzinnego miasta po przeciwnej stronie kraju. Mόj mąż już dostaje mdłości na samą myśl o 9-cio godzinnej jeździe europejskim (czyt. małym) samochodem i wyprzedzaniu na trzeciego. No i pewnie znowu schudnie, bo jedzenie mu nie leży. A co ja na to poradzę, że śledzik mu nie smakuje? Za to ja pewnie utyję od piwa i zajadania się po uszy prawdziwymi polskimi potrawami.

Uwielbiam jeździć na wakacje, ale wyjazdy za ocean są skomplikowanym i męczącym przedsięwzięciem. Po pierwsze, mieszkam daleko od międzynarodowych portόw lotniczych w USA i w Polsce. Z takiego Syracuse najpierw trzeba polecieć do Nowego Jorku, żeby polecieć do Warszawy, a z Warszawy trzeba jechać jeszcze pięć godzin zanim się dojedzie do mojego miasta. Po drugie, trzeba rozwiązać sprawę obowiązkόw związanych z naszą nieobecnością w domu typu zwierzaki, rośliny, poczta, czy rzucanie okiem na dom czy aby nie pękł wodociąg, a to kosztuje prawie tyle co sam pobyt zagranicą. Po trzecie, należy się modlić żeby nie pospόźniały się samoloty, nie pogubiły bagaże, nikt nas nie napadł i nie okradł i żeby ciocia Basia czy Ania nie karmiła na siłę mego biednego męża flaczkami lub śledziem. Na koniec trzeba odstawić na bok swoje kretyńskie przyzwyczajenia do kawy z ekspresu ze śmietanką o smaku orzechόw laskowych, w specjalnym kubku, o dokładnie 6:15 rano, a reszta pόjdzie jak po maśle. Byle było niesolone i w temperaturze pokojowej.

niedziela, 18 maja 2008

Port Byron, Old Barge Canal i Seneca River wokόł Howland Island

Kiedy szykowaliśmy się do dzisiejszej wyprawy było chłodno i pochmurnie, ale nie wyglądało, żeby miało padać. Jakże się pomyliliśmy. Nie tylko padało, ale padało non-stop przez całe 3,5 godziny wiosłowania. Mieliśmy kurtki przeciwdeszczowe i nakrycia głowy, ale ani spodni nieprzemakalnych, ani fartucha na kokpit, ani rękawiczek.

Było nas tylko ośmioro. Kiedy wyruszyliśmy padał drobny deszcz. Trasa prowadziła nieużywaną częścią Barge Canal (stara odnoga kanału Erie), gdzie na dobre rozpanoszyła się przyroda i im dalej płynęliśmy, tym mniej oznak cywilizacji. Trasa była przepiękna: spokojna tafla wody, o ktόrą biły krople deszczu, brzegi o bujnej zielonej trawie i drzewach, wyskakujące nad powierzchnię wody ryby, polujące na nie żurawie (blue heron) zupełnie niestremowane naszą obecnością, stadka kaczek i gęsi z podążającymi gęsiego małymi i czarne jak smoła ptaki (red-winged blackbird) z czerwonymi skrzydłami siedzące na kołyszących się pod ich ciężarem pałąkach trzcin. Do tego niesamowita cisza i spokόj. Jeszcze żadna z wypraw nie była tak bliska natury jak ta. Im dalej od cywilizacji się zapuszczaliśmy, tym trudniej się wiosłowało. Chwilami było tak płytko, że trzeba było wiosłować tuż przy powierzchni wody, żeby nie zahaczyć wiosłem o gęsty muł. Wodorosty i lilie wodne były coraz gęstsze, więc pomiędzy płycizną a zielskiem posuwaliśmy się coraz wolniej. Nie tylko ciężko było płynąć naprzόd nie mając pełnej możliwości odparcia się, ale też trzeba było co jakiś czas uwalniać wiosła od wodorostowych girland. Mniej więcej w połowie drogi napotkaliśmy przeszkodę: trasa się skończyła. Przeszkody nie było na mapie. Ktoś usypał żwirową drogę w poprzek kanału, stąd właśnie brak przepływu wody powodujący rozrost wodorostόw. Trzeba było wysiąść i przenieść kajaki na drugą stronę.

Great Blue Heron Red-winged blackbird

Great blue heron source: http://pinker.wjh.harvard.edu/photos/Florida/pages/great%20blue%20heron.htm

Red-winged blackbird source:
http://macedonian.wunderground.com/wximage/viewsingleimage.html?mode=singleimage&handle=delsop&number=384

Blue heron - by Roger Harrod

Korzystając z niezaplanowanej przerwy wszyscy posilili się czym mieli oraz skorzystali z ochrony wielkiego dębu, ktόry posłużył za łazienkę. Nie byłoby może nic w tym dziwnego gdyby nie to, że Amerykanie, a zwłaszcza kobiety, prawie nigdy nie załatwiają się na łonie natury! Tymczasem w klubie kajakowym sprawy toczą się bardziej naturalnie: jak trzeba, to się idzie i nikt z tego wielkiego halo nie robi. A zresztą, czy jest inne wyjście? Stojąc i czekając aż wszyscy skończą jeść, zmarzłam do szpiku kości. Ręce mokre i wyziębione już od dwόch godzin, rajtuzy też mokre i do tego nieprzyjemny wiatr. W kajaku jest dużo cieplej, bo dolna część ciała jest ukryta pod kokpitem, a gόrna ciągle pracuje wytwarzając potrzebne ciepło. W końcu ruszyliśmy.

Druga połowa trasy była o tyle lepsza, że wypłynęliśmy na głόwną część rzeki Seneca i nie było już płycizny i wodorostόw, a o tyle gorsza, że zaczęło deszcz bardzo się nasilił. Woda lała mi się ciurkiem z ronda kapelusza na kolana i zaczynało mi być naprawdę zimno. Jak już dopłynęliśmy do końca, trzeba było załadować sprzęt. Obłocone kajaki ślizgały się przez ręce i czego człowiek nie dotknął nosiło ślady błota. W końcu zakończyliśmy załadunek, kto mόgł przebrał sie w suche ciuchy i zrobiliśmy sobie grupowe zdjęcie. Dzisiaj wyjątkowo wszyscy obecni byli akurat tymi, ktόrych dobrze znamy i lubimy. Towarzystwo było wyśmienite, co bardzo uprzyjemniło tą prześliczną acz niebywale mokrą wycieczkę. Wyprawę zwieńczyliśmy wspόlnym obiadem w restauracji.

W domu trzeba się było rozładować i odszorować oba kajaki z błota i dość obrzydliwego mulastego osadu. Cały sprzęt, z obłoconym samochodem włącznie, trzeba było opłukać po czym rozwiesić co się dało, gdzie się dało. Potem w ulewę, w suchym komplecie przeciwdeszczowych ubrań zabraliśmy psa na spacer. Oczywiście po spacerze nowy komplet ubrań rόwnież musiał być rozwieszony pomimo braku miejsca w łazience, no i trzeba było wysuszyć psa. Jedna mokra niedziela.

poniedziałek, 19 maja 2008

W Stanach nigdy na nic nie jest za pόźno. Chcesz zacząć biegać czy nurkować – proszę bardzo, nikt się temu nie zdziwi. Każdy sport ma tu swoich amatorόw w każdym wieku. Koreańska sztuka walki Tae Kwon Do też. Do mojej szkoły, ktόra liczy sobie ponad 200 uczniόw, chodzą dorośli i dzieci, kobiety i mężczyźni, młodsi i starsi, początkujący i zaawansowani. Rozpiętość wieku sięga od 4 do ponad 70 lat. Pomimo takiej rόżnorodności, większość jednak stanowią dzieci, a wśrόd dorosłych dominują mężczyźni. Początkującej dorosłej kobiecie niemożliwym jest wmieszanie się w tłum, a charakter treningόw i zasady sportu prezentują pewne trudności adaptacyjne:

  1. Dyscyplina. W Tae Kwon Do obowiązuje wojskowa dyscyplina. Należy natychmiast wykonywać rzucane po koreańsku komendy, odpowiadać „Yes Sir/M’am” i poruszać się sprężyście jakby się palilo pod nogami.
  2. Ukłony. Należy kłaniać się wszystkim wyższym rangą pasom, co w praktyce oznacza, że każdy każdemu się kłania, bo albo ja się kłaniam wyższej od siebie randze, albo niższa ode mnie ranga kłania się mnie.
  3. Ranga. Na początku nawet 5-cio latek jest od ciebie wyższy rangą, a często zdarza się trenować w parze z dzieckiem lub nastolatkiem. Jako niższy stopniem pas, jest się odpowiedzialnym za przynoszenie i odnoszenie akcesorii treningowych.
  4. Kondycja. Tae Kwon Do wymaga niezwykłej wytrzymałości, elastyczności, szybkości i siły. Wyrobienie potrzebnej kondycji wymaga czasu. Chociaż moja kondycja jest lepsza od większości dorosłych, nadal nie umiem robić pompek.
  5. Odnalezienie w sobie wojownika. Publiczne wydawanie okrzyku bojowego oraz przyjmowanie i zadawanie ciosόw nie przychodzi naturalnie i wymaga przyzwyczajenia.
  6. Korański. Podczas zajęć używane są zwroty i komendy po koreańsku, ktόrych trzeba się nauczyć. Problem w tym, ża każdy je wymawia trochę inaczej.
  7. Egzaminy na wyższy pas. Zwykle zdaje około 20 osόb. Dodatkowe 40 osόb w postaci rodzicόw przygląda się z boku i robi zdjęcia. Egzamin zdaje się w grupie o tej samej randze. Podczas egzaminu demonstruje się swoje umiejętności przed komisją sędziόw. Zważywszy na liczebną przewagę dzieci, wystaję spośrόd maluchόw w formacji jak drzewo z trawnika. Za pierwszym razem czułam się wyjątkowo nieswojo. Na dodatek na drugi dzień zostałam rozpoznana w pracy przez obcą mi kobietę, ktόrej syn zdawał razem ze mną. Za drugim razem było dużo łatwiej, zważywszy, że rodzice mnie znają i mi dopingują.
  8. Łamanie desek. Deski są nieodzowną częścią demonstracji wyuczonych technik i w zależności od stopnia zaawansowania łamie się je nogą lub ręką. O ile samo złamanie deski nie jest trudne, o tyle złamanie za pierwszym razem i przy sporej widowni jest nielada sztuką. Za to jaki aplauz na sali jak już się uda!

Po miesiącach regularnych treningόw przeszkody adaptacyjne stopniowo znikają. Nie ma nerwόw czy wstydu, a jedynie koncentracja w dążeniu od celu. Tae Kwon Do nie jest łatwe, jest wiele do nauczenia się, a im dalej w las, tym więcej drzew. Po godzinach wspόlnego wylewania potu i zadawanego wzajemnie bόlu tworzą się niepisane przyjaźnie. Wyrabiasz sobie określoną reputację, stajesz się legendą, po ktόrej inni wiedzą czego oczekiwać. Kiedy przychodzisz na trening nigdy nie wiesz kogo spotkasz i czego się dziś nauczysz, ale w dziwny sposόb czujesz się jak w domu. Każdy trening przynosi nowe doświadczenia, a każdy instruktor wnosi coś nowego do dotychczasowego zasobu wiedzy. Na treningu cały twόj świat znika i jesteś tylko ty, twόj przeciwnik i świadomość długiej i wyboistej drogi do celu. Czy wspomniałam, że Tae Kwon Do przynosi niesamowitą satysfakcję?

piątek, 16 maja 2008

Często jestem mimowolnym słuchaczem fragmentόw rozmόw telefonicznych toczących się w biurach obok albo w miejscach publicznych. Nieodmiennie i zawsze rozmowy prywatne kończone są wszędobylskim „kocham cię.”

Nie wiem dlaczego, ale „kocham cię” nie przechodzi mi przez gardło w miejscu publicznym. Dla mnie są to słowa intymne, ktόre mόwi się w zaciszu domowym albo komuś do ucha. W mojej rodzinie nie mόwiło się „kocham cię.” Uczucie to było domyślnym stanem rzeczy wyrażanym uśmiechami, uściskami, tonem rozmόw, zainteresowaniem i troską, oraz codziennymi mniejszymi i większymi uczynkami. Nigdy nie czułam się niekochana dlatego, że mi tego nie mόwiono. W Stanach natomiast wszyscy afiszują się z uczuciami powtarzając „kocham cię” do upadłego. Wprawdzie z czasem zmieniły mi się poglądy i zgadzam się, że mόwienie bliskim, że się ich kocha jest potrzebnym dopełnieniem codziennych gestόw, jednak nie lubię tych słόw nadużywać. Jak mi mąż zrobi śniadanie, wiem, że mnie kocha. Jak mu rano przygotuję lunch do pracy, on wie, że go kocham. Uścisk ręki czy uśmiech są mocniejsze niż słowa. Słowa też są ważne, tylko czy znaczą to samo jak się je bezmyślnie i beznamiętnie recytuje z przyzwyczajenia cały boży dzień? Znajoma dziewczyna codziennie narzeka na swego chłopaka. „I love you” – kończy kolejną rozmowę telefoniczną. Inna pozbawiła swego męża możliwości decydowania o sobie i ciągle do niego wydzwania i mόwi mu, co ma robić. Też kończy rozmowę słowami „I love you” – jak zepsuta płyta. Za każdym razem jak to słyszę, przewracam oczami. Ja kończę swoje rozmowy telefoniczne z mężem nieromantycznym „Talk to you later.” To dopiero zimna ze mnie Polka.
czwartek, 15 maja 2008

Wczoraj wrόciłam z treningu podekscytowana: nauczyłam się jak w prosty i skuteczny sposόb rozbroić napastnika z nożem czy butelką, nawet jeśli na krόtką chwilę, po czym zaaplikować potężnego kopniaka w brzuch, podbrzusze, czy trochę niżej. Z tego podekscytowania postanowiłam zademonstrować nową technikę mężowi. Poprosiłam, żeby nadszedł w moim kierunku z długim krowim piszczelem (ulubiona kość kudłacza) udając, że mnie atakuje. Jednym kopniakiem wybiłam mu rękę z bronią na bok, po czym drugim przystąpiłam do ofensywy. Niestety demonstracja wypadła zbyt prawdziwie, bo noga wylądowała na klejnotach męża. Ups. Był to bardziej dotyk niż kopniak, niemniej jednak mogę sobie wyobrazić, że mąż może stracić zainteresowanie w asystowaniu mi przy treningach w przyszłości. W sumie skoro potrafię przełamać nogą drewnianą deskę, mogę też wyrządzić inne szkody. Nie pozostało mi nic innego, jak wyrażenie skruchy i obiecanie poprawy. Mea culpa.

Pochmurny, deszczowy poranek. Spόźniona już troszeczkę postanowiłam nie wdziewać na ubranie biurowe swojej typowej przeciwdeszczowej Gore-tex’owej zbroi w postaci kurtki i spodni, a posłużyć się przedmiotem zwanym parasolem. Parasola do spacerόw z psem nie używam, bo wiadomo, jedna ręka (a z wiewiόrką na horyzoncie to nawet dwie) potrzebna jest do trzymania smyczy, a druga do zbierania kupki. Człowiek nie małpa, sobie poradzi, postanowiłam więc zaryzykować.

Już opuściwszy progi swojego domostwa poczułam się niebywale... teatralnie. Jakbym za chwilę miała zacząć stepować po nieistniejącym chodniku i śpiewać „I’m singing in the rain.” Uświadomiłam sobie, że czuję się tak ponieważ na przedmieściach parasoli się nie używa. Owszem, w dużych miastach jak Nowy Jork parasol czy parasolka jest obowiązkową częścią codziennego ekwipunku każdego zapracowanego mieszkańca. Centrum Syracuse też może pochwalić się parasolami w czasie deszczu. Ale na przedmieściach? Normalni mieszkańcy przedmieści opuszczają domostwa tylko w sprawunkach, samochodem, a spacery są zajęciem wyłącznie rekreacyjnym i tylko w piękną pogodę. Jeżeli znajdzie się już śmiertelnik z takim zacięciem do spacerόw jak ja, to podobnie jak ja ubrany będzie w rόżne peleryny, kurtki, czy płaszcze przeciwdeszczowe. Stąd na moim osiedlu prawie nigdy parasoli się nie widuje. A ja idę pustą, mokrą ulicą z gigantycznym, biało-granatowym parasolem. Nie zdziwiłabym się wcale, gdyby jakiś sąsiad na mόj widok wszczął alarm i oświadczył najazd obcych. Bez obrazy, w sumie miałby rację. I am an alien.
wtorek, 13 maja 2008

Syracuse leży w stosunkowo kontrastowym klimacie. Zimy surowe i śnieżne, gdzie średnio każdej zimy pada prawie trzy metry śniegu, a temperatury potrafią sięgać do -20 stopni F. Lata upalne o dużej wilgotności powietrza. Wiatry wieją od wielkich jezior cały rok. Na chłopski rozum, jak powinno się budować domy w takim klimacie? Na pewno nie tak, jak się buduje.


Miałam okazję przyglądać się budownictwu w północno-wschodniej Polsce. Przeciętny dom jednorodzinny budowany był z cegły lub pustaków, często z dwόch warstw pomiędzy którymi była ocieplająca kieszeń powietrzna, płyta pilśniowa lub styropian. Zewnętrzną ścianę domu tynkowano, na to jeszcze kładziono baranek. Po wewnętrznej stronie ścian też był tynk. Okna były energooszczędne na miarę możliwości, a drzwi przypominały sejf: nie tylko grube, ale też zamykane na tysiąc zamkόw. Wielu właścicieli domów okładało rόwnież ścianę zewnętrzną styropianem. Polski dom był jak bunkier: gruby, szczelny, bezpieczny, ciepły zimą, chłodny latem i wolny od hałasu ulicznego.


Kiedy przyjechałam do Stanów zachwyciłam się tutejszymi pięknymi i przestrzennymi domami. Co dom to małe cudo, jaki śliczny, przestrzenny, praktyczny i ergonomiczny! Mój zachwyt zmienił się w niedowierzanie kiedy przyszło mi chwilowo mieszkać na bardzo eleganckim osiedlu, gdzie masowo budowano nowe domy. Tutejsze domy buduje się bardzo szybko, czasem już w cztery miesiące. Fundament jest albo lany, albo z pustaków, ale że buduje się tu okrągły rok, trudno powiedzieć jak dobrze wiąże cement. Większość domu od fundamentu wzwyż zbudowana jest z... płyty pilśniowej. Konstrukcja opiera się na drewnianych belkach o 4-ro lub 6-cio calowej szerokości i 2 calach grubości. Belki te podtrzymują całą konstrukcję domu i stawiane są w odstępach około jednej stopy. Belki z zewnątrz obija się płytą pilśniową, która tworzy ścianę zewnetrzną. Na nią przykleja się specjalny papier wodoodporny typu Tyvek, a na to instaluje się plastikowy siding. Pod siding można kłaść styropian, ale tego zwykle nie robi się przy nowej budowie, a przy renowacji i wymianie siding'u lub na specjalne życzenie właściciela. Od wewnątrz, przestrzeń pomiędzy belkami wypełnia się izolacją, która jest pianką, typem waty szklanej, a bywa, że zmiętymi gazetami (nie, ja nie żartuję). Jak już izolacja jest na swoim miejscu, montuje się ścianę cementowo-gipsową, której łącza zakleja się specjalną taśmą i wyrównuje papierem ściernym. Na oknach każdy budowniczy chce zaoszczędzić i używa najtańszych, a i drzwi nie są najlepszej jakości. Jakby tak rzucić młotkiem o ścianę, to z łatwością wybije się dziurę. Przez dziurę da się wydłubać izolację, a potem można się wywiercić bez problemu na zewnątrz. Nowowybudowany dom, w którym mieszkałam, miał przecieki powietrza na lewo i prawo i był po prostu zimny. Zimą po wewnętrznej stronie okien tworzyła się warstwa lodu. Człowiek zachodził w głowę, jak to w ogóle możliwe wybudować coś tak bylejakiego w tak surowym klimacie i jeszcze skasować za to kupę szmalu. A może coś się za tym kryje?


Spekulacja nr 1. Choć trudno zgadnąć skąd Amerykanie wzięli tak drastycznie rόżniące się metody budowlane, ale jest kilka oczywistych zalet. Raz, że budowa z produktów na bazie drewna jest tańsza. Dwa, używanie drewna umożliwia fabryczne przygotowanie poszczegόlnych elementów jak np. więźby dachowej, które przewożone są na miejsce i montowane za pomocą dźwigu, co dramatycznie skraca czas budowy. Trzy, drewno bardzo dobrze utrzymuje zarόwno ciepło jak i zimno w przypadku klimatyzacji, bo jest słabym przewodnikiem. Cztery, przy odpowiednio dobranej i poprawnie zainstalowanej izolacji i oknach domy naprawdę stają się ciepłe i niezwykle energooszczędne. Problem w tym, że dobrej jakości domy są zwykle domami robionymi na zamówienie, budowane przy dodatkowych kosztach i pod bardzo czujnym okiem wlaściciela. Bez bliskiego nadzoru budowlańcy idą na skróty tak, że człowiek naprawdę nie wie co kupuje. Trudno rozbierać ściany domu przy zakupie, a wszystko na pozór wygląda pięknie. Czyli jak się zrobi dobrze, to będzie ciepło. Tylko o to „dobrze" jest trudno, a budowa nowego, nawet tandetnego domu, jest kosztowna.


Spekulacja nr 2. Ci, których stać, nie muszą oszczędzać. Jest to oczywista różnica mentalności pomiędzy Amerykanami a Polakami. W Polsce zawsze się walczyło o każdy okruszek, o każdy grosz, bo nie było i nie wiadomo było, kiedy będzie. W Stanach energia przez dziesiątki lat była ogólnodostępna i tania. Skoro energia jest tania, po co ponosić dodatkowe koszty przy budowie domu jeśli można go po prostu dogrzać? Najlepszym przykładem tej mentalności jest mój dom. Wybudowany w latach 40-tych podczas ogromnego zapotrzebowania powojennego, był wytworem masowej produkcji. Pierwszej zimy w dużym pokoju od zimna i przeciągów nie dawało się wysiedzieć. Najpierw wymieniliśmy duże, oryginalne jeszcze okno. Trochę pomogło. Potem wymieniliśmy drzwi wejściowe. Też trochę pomogło. Potem wymieniliśmy wysysający ciepło kominek na drewno na kominek gazowy. Lepiej, ale jeszcze nie to. Zachodziliśmy w głowę, dlaczego nadal jest zimno. Byłam w podróży służbowej, kiedy mόj mąż doznał olśnienia. Zadzwonił do mnie i oznajmił, że postanowił wymienić izolację w zewnętrznej ścianie dużego pokoju. Żeby wymienić izolację trzeba ni mniej ni więcej ale zerwać ścianę wewnętrzną. A ściana w środku... ziała pustką! Drewniany siding, płyta pilśniowa, pustka, ściana gipsowa i my. Szczelnie wypełniliśmy wnętrze ściany watą szklaną, a potem trzeba było wynająć pana do montowania ściany cementowo-gipsowej. Podobny remont mamy w planie w innych pokojach i chcemy też położyć styropian pod siding. W dzisiejszych czasach argument taniej energii nie przypada nam do gustu i już. Tania energia poszła do lamusa.


Z czasem przyzwyczaiłam do tutejszych dziwolągów budowlanych. Kocham swój domek z kart i nauczyłam się radzić z jego różnymi dziwnymi brakami. Bądź co bądź w Polsce raczej nie byłoby mnie stać na kredyt na swój własny dom.


Sciana bez izolacji

Sciana z izolacja

poniedziałek, 12 maja 2008

niedziela, 11 maja 2008

Lions Park, Seneca River przez Lock 24

Pomimo rodzinnie obchodzonego w Stanach święta Dnia Matki, na dzisiejszy spływ pojawiło się aż 25 osόb, w tym 9-cio letnia dziewczynka z własnym kajaczkiem w wersji dziecięcej. Dzisiejszy spływ był prawdziwą atrakcją ze względu na pokonanie śluzy w Baldwinsville na odcinku rzeki Seneca, ktόra jest częścią systemu Erie Canal ciągnącego się w poprzek całego stanu Nowy Jork.

Wodowanie było w Lions Park. Pogoda, na oko ciepła, nad wodą była dość zdradliwa. Wiał silny wiatr, ktόry bardzo utrudniał wiosłowanie. Wprawdzie do śluzy było niedaleko, ale już w pierwszych kilku minutach od wypłynięcia mieliśmy pierwszą wywrotkę. Wywrόcił się tata 9-cio letniej dziewczynki z minikajaczkiem. Ze względu na spore fale, zamiast go wyławiać, odholowano go do najbliższego brzegu, oprόżniono wodę z kajaka i już wszyscy płynęliśmy dalej.

Przed samą śluzą zatrzymaliśmy się żeby zaczekać, aż dołączy cała grupa. Nigdy bym nie zgadła, że w wietrzny dzień utrzymanie się kajakiem w jednym miejscu może być tak trudne. Wiatr i fale spychały jeden kajak na drugi i tworzyliśmy jeden wielki chaos zaplątanych pod rόżnym kątem kolorowych kajakόw. W końcu operator śluzy (Lock Master) otworzył wielgachne wrota. Wpłynęliśmy do środka. Za nami wrota zamknęły się majestatycznie. Było to niesamowite uczucie, bo wydawało się jakby człowiek znajdował się w napełnionym wodą lochu o wysokich, nieprzyjemnie mokrych betonowych ścianach. Brr. Po obu ścianach co kilka metrόw zwisały grube liny. Do tych lin należało się uczepić. Komu zabrakło liny ten uczepiał się bezpośrednio do kajaka przy linie i w końcu każdej linie towarzyszyły dwu- i trzykajakowe skupiska. Jak już wszyscy się uczepiliśmy, operator śluzy zaczął napełniać śluzę wodą. Było widać wodę wypływającą z dużą siłą z jednego miejsca. W przeciągu paru minut woda wezbrała na 11 stόp wypełniając śluzę do samej gόry. Wznieśliśmy się razem z wodą i teraz ci od lin trzymali ich początek zamiast końca. Nie było już lochu, a zaledwie zagroda o betonowym ogrodzeniu. Operator otworzył teraz drugie wrota i wypłynęliśmy na wolność.

Rzeka bardzo się rozszerzyła. Nadal wiał wiatr i płynęliśmy naprzeciw uderzającym falom. Miałam wrażenie ogromnej szybkości, z jaką mόj kajak wydawał się rozpruwać fale. Przecięte fale wzbierały przy burtach tak wysoko, że prawie sięgały wierzchu kajaka pomiędzy dziobem a kokpitem. Bardziej przypominało mi to regaty żaglowe niż kajakowanie. Ze względu na niedoświadczonych kajakowiczόw wkrόtce zawrόciliśmy. Wiatr ucichł i woda się uspokoiła. Zatrzymaliśmy się na brzegu koło cmentarza żeby rozprostować nogi. Tam mieliśmy drugą wywrotkę, tym razem inny pan, ktόry prόbował usadowić się w kajaku z pomostu. Udało mu się dopiero za drugim razem. Tymczasem mόj mąż po raz pierwszy na wodzie operował naszym niewodoodpornym aparatem i ani go nie utopił, ani nie umoczył.

W drodze powrotnej śluzowanie wyglądało identycznie, tylko było na odwrόt. Najpierw woda była wysoko, a po zamknięciu wrόt śluzy operator ją spuścił. Chyba odbywało się to szybciej niż napełnianie, gdyż miało się dziwne uczucie, jakby się nagle traciło grunt pod nogami, czy w tym przypadku – wodę pod kajakiem. To jak pływanie w wielkiej wannie bez korka: zanim się obejrzeliśmy, byliśmy na dnie. Reszta spływu obyła się bez atrakcji. W tym sezonie było to jak do tej pory najbardziej ekscytujące doświadczenie.

Chaos przed otwarciem sluzy

Wjazd w paszcze smoka

Woda sie podnosi

Otwarcie wrot do wolnosci

czwartek, 08 maja 2008

W Syracuse paliwo ostatnio kosztuje średnio $3,75 za galon. Rosnących cen paliwa nie da się ani ominąć, ani przeskoczyć. Ostatnio w stanie Nowy Jork dużo się mόwi o tymczasowym zawieszeniu opodatkowania na paliwo, żeby konsumenci mogli zaoszczędzić jakieś 32 centy od galona. Brzmi zachęcająco, prawda? Niedawno jeszcze przyklasnęłabym temu pomysłowi. Tymczasem jestem jak najbardziej przeciw.

To już rok albo dwa odkąd moje hrabstwo zamroziło podatek paliwowy, żeby kierowcy mogli choć trochę zaoszczędzić. Ostatnio szefowa hrabstwa ogłosiła, że będzie głosowanie celem odmrożenia podatkόw z końcem maja. Nastało chwilowe oburzenie, ktόre szybko ucichło pod napływem nowych faktόw. Otόż odkąd podatek paliwowy w naszym hrabstwie został zamrożony, nasze ceny paliwa były rόwnie wysokie jak w otaczających nas hrabstwach. Przypadek? Wcale nie. Właściciele stacji benzynowych postanowili wyrόwnać ceny z okolicznymi hrabstwami, a rόżnicę sobie zatrzymać. Nie mam wątpliwości, że z podobną sytuacją spotkamy się, jeżeli nastąpi zniesienie podatkόw w całym stanie. To ja już wolę zapłacić więcej z opodatkowaniem i wiedzieć, że te pieniądze zostaną użyte na coś pożytecznego, niż napychać sakwy koncernom i właścicielom stacji benzynowych.

Swoją drogą jeśli chodzi o paliwo, to uważam Amerykanόw za totalnych egoistόw. Każdy koniecznie musi jeździć wielkim, prywatnym autobusem i nie liczy się z niczym i nikim. Tu nie chodzi o to, czy kogoś stać na paliwo, ale o ogόlne pojęcie na temat konserwacji bogactw naturalnych i ochrony środowiska. Ale gadać sobie mogę jak do ściany. Pόki co przynajmniej mam satysfakcję, że oboje z mężem jeździmy samochodami o ultraniskich emisjach i dobrym przebiegu. Przerabianie świata trzeba zaczynać od siebie.

środa, 07 maja 2008

Ta historia jest prosto z księżyca i skrόtowo powinna być interpretowana dokładnie jak w tytule. Ale może od początku.

Wiele agencji rządowych kontraktuje pracownikόw od innych nierządowych firm. Tak jest ze mną. Mam stały etat w agencji rządowej, ale bezpośrednio zatrudnia mnie fundacja w odległym o 90 mil mieście. Wszystkie moje papiery przechodzą przez fundację. Moje konto e-mailowe jest kontem fundacji i oni się nim zajmują. Ponieważ jestem pracownikiem fundacji, dostaję wszystkie bulk mail dotyczące codziennego życia ich biura, ktόre mnie nie dotyczy. Wiem na przykład kiedy im się psują kopiarki, drukarki, czy toalety, albo kiedy mają darmowy lunch.

Pewnego piątku dostałam dziwny e-mail. Jeden z pracownikόw biura przyznał się, że niechcący rozbił słoik z jelly beans stojący w recepcji. Nie tylko chciał przeprosić za swόj czyn, ale w formie żartu ogłosił konkurs na najbardziej obraźliwe przezwisko dla siebie z związku z incydentem. Akurat miałam powolny poranek, więc dałam upust swojej kreatywności wysyłając mu kilka śmiesznych przezwisk. Pόł godziny pόźniej nie mogłam się dostać do poczty. Zadzwoniłam do kadr i dowiedziałam się, że... moje konto e-mailowe zostało niechcący wykasowane. Jak to niechcący wykasowane??? Spanikowałam. Zadzwoniłam do Help Desk i usłyszałam, że ponieważ nigdy nie widzą mnie w biurze, myśleli, że tam nie pracuję i skasowali moje konto. Byłam tak sfrustrowana, że prawie bliska łez. Zrobiła się z tego niezła afera, tym bardziej, że straciłam ważne kontakty klientόw. Obiecali mi całe konto przywrόcić z archiwum i rzeczywiście w przeciągu godziny miałam wszystko co straciłam z wyjątkiem e-maili z tego poranka. Pomimo zażegnania kryzysu, powiadomiłam o incydencie swoich bezpośrednich przełożonych, kadry i wiceprezydent firmy i wyraziłam opinię, że czułabym się bezpieczniej jakby wprowadzili procedury mające na celu zapobieganie podobnym incydentom. Przez następne parę dni sprawę dokładnie zbadano i dostałam telefon od samej prezydent, ktόra mnie zapewniła, że oni mają i mieli procedury, ale zostały one złamane. Sprawa została zamknięta.

Tydzień pόźniej przypadkiem dowiedziałam się jak doszło do całego zamieszania. Otόż facet od słoika z cukierkami poskarżył się szefowej operacji biura, że ludzie nie mają fantazji i tylko trzy osoby odpowiedziały na jego e-mail proszący o kreatywne przezwiska. Przy okazji napomknął, że jakaś babka z Syracuse mu odpisała, i że on jej wspόłczuje dostawania tylu niepotrzebnych maili z biura. Szefowa operacji wzięła to sobie do serca i poszła do informatykόw zapytać, czy aby nie mogliby mnie wypisać z grupowej listy mailowej dotyczącej biura. Informatycy najwyraźniej jej nie zrozumieli, bo „wypisali” mnie z listy dużo skuteczniej, niż można było sobie wyobrazić. A swoją drogą ciekawe, czy nierozważny informatyk poniόsł za to jakiekolwiek konsekwencje. Bo ja się nie nauczyłam niczego: nadal jedynym moim kalendarzem i książką adresową jest Outlook.

20:23, anetacuse , Praca
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2
statystyka