Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
sobota, 23 kwietnia 2016

Pomimo kilku błędów taktycznych, nieprzewidzianych i licznych potknięć w manewrach i małej armii - powoli wygrywam. Trzy fabryki na systemie, czwarta w gotowości, kupa problemów, trzeci tydzień (z pięciu) w podróży, ale za dwa tygodnie to już nie będzie mój problem. Może styl pracy w mojej firmie przygniata konsultanta ilością roboty, podróży i odpowiedzialnością, ale kiedy nadejdzie data końcowa - wszelkie problemy czy niedociągnięcia przestają być moją działką, a stają się problemami koleżanki z działu obok i jej zespołu - help desku. Nie narzekam. ;)

Dwa tygodnie pod rząd poza domem były trudne. Tydzień w Kalifornii wśród przepięknych gór i ani minuty dla siebie. W Kalifornii przeszkadzał mi czas: nieważne o jakiej nieludzkiej godzinie wstałam (a stawianie systemu w fabryce łączy się z nieludzkimi godzinami pracy, bo ludzie pracują na zmianach), wschodnie wybrzeże już dawno się obudziło i zawalało mnie e-mailami ledwo wystawiłam nogę spod kołdry. Z kolei kiedy kończyłam pracę, nie było już do kogo dzwonić bo wszyscy dawno skończyli pracę. Z ulgą poleciałam na Florydę do swojej zwykłej strefy czasowej. Weekend pomiędzy spędziłam na robieniu praniu w hotelu w piątkowy wieczór, lotem z jednego wybrzeża na drugie w sobotę, i ładowaniem najnowszej kopii danych inwentarzy magazynowych w niedzielę. Ani razu nie widziałam oceanu na żadnym z wybrzeży, choć byłam o rzut beretem.

Miałam kupę pierepałków z lotami, ale szkoda by pisać. Powiem tylko, że trzy razy pakowałam się w ten sam samolot do wylotu (dwa razy kazano nam wysiadać), i spóźniona byłam 8 godzin, z następnym lotem zmnienanym dwa razy.

Cieszę się, że nie wdrażam systemów medycznych. Ile rzeczy poszło nie tak z inwentarzem w magazynch, z zamówieniami - można by płakać. Ale tak się odoporniłam na problemy, że po prostu wzruszam ramionami i rozwiązuję jeden po drugim.

Liczyłam, że odpocznę. Że przez miesiące będę motylem skaczącym z kwiatka na kwiatek, pracującym to tu, to tam nad cudzymi projektami. Ale okazuje się, że nie. Nowy projekt - całkiem spory i z integracją do PeopleSoft - zaczyna się zaledwie tydzień po skończeniu tego. Będę miała tydzień w domu, a potem w drogę aby rozpocząć wdrażanie kolejnego - tym razem na Midweście z producentem autobusów, ciężarówek i sprzętu rolniczego. Cieszę się, bo Midwest jest bliżej, więc może będzie trochę łatwiej, choć w sumie nie wiem ile oni mają fabryk i gdzie.

Dużo się nauczyłam i zamierzam uniknąć wielu, wielu błędów, które zrobiłam nad obecnym projektem. Jestem pewna, że popełnię nowe, mam tylko nadzieję, że będzie ich mniej. Mam też nadzieję, że będę miała więcej czasu i możliwość nacieszenia się latem.

01:50, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (1) »
piątek, 01 kwietnia 2016

Ostatnio mam apetyt na literaturę amerykańską, zwłaszcza klimaty południowe. Przeczytałam "Zabić drozda", a teraz czytam "Przeminęło z wiatrem". Czytałam tę lekturę jako nastolatka i dobrze zgadłam, że przeczytanie jej 20 lat później, w oryginale i z kompletnie innego punktu widzenia przyniesie mi dużo radości. I przynosi. A najbardziej mnie cieszy to, że czekają mnie dwa długaśne loty na zachodnie wybrzeże i z powrotem, dzięki czemu będę mogła się oczytać do oporu. Czy to nie piękne?

Dygresyjnie wspomnę, że specyficzny slang czarnoskórych tamtej opoki, tak świetnie oddany w obu książkach, jest niestety nieprzetłumaczalny na polski, przez co książki dużo tracą.

Zaczynam widzieć światło w tunelu. Odzyskałam apetyt, co cieszy mnie średnio, i nareszcie odkopuję się z danych. Droga jeszcze daleka i wyoboista, ale cel gdzieś tam w oddali już się wyłania.

17:05, anetacuse , Z życia
Link Komentarze (2) »
statystyka