Z Syracuse o kajakarstwie i życiu w USA
poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Do niedawna zajmowałam się dwoma typami biwakowania: car camping i kayak touring. Car camping, czyli biwakowanie z samochodu, pozwala na zabranie ze sobą wszelkiego badziewia włącznie z przysłowiowym zlewem kuchennym, bo stacjonuje się na wyznaczonym poletku, ma się pod ręką samochód, publiczne toalety, prysznice i nawet czasem jakiś sklepik. Kayak touring, czyli biwakowanie z kajaka, polega na ograniczeniu koniecznych sprzętów do tych, które się zmieszczą w kajaku, którym się pływa z miejsca na miejsce i nocuje co noc gdzie indziej. W zeszyłym roku doszła mi trzecia kategoria znana jako backpacking, czyli chodzenie po górach z całym dobytkiem na plecach.

O ile kajak ma ograniczoną pojemność, pływanie załadowanym kajakiem jest bardziej męczące, ale czasem wręcz ułatwia życie, bo cięższy kajak płynie szybciej i mniej poddaje się falom. Plecak górski jest znacznie mniej pakowny od kajaka, więc stanowi dużo większe wyzwanie logistyczne co ze sobą zabrać, a czego nie. 

Planując wypad na koniec kwietnia z naszymi przyjaciółmi, chcieliśmy pobić tłumy ludzi i insektów, co nam się zdecydowanie udało. W pierwszy dzień było tak pochmurno i chłodno, że nawet ptaki nie śpiewały, a od czasu do czasu popadywał śnieg. Ubraliśmy się w lekkie oddychające warstwy szybkoschnącego ubrania. Bardzo ważnym dodatkiem okazały się gaiters, nakładki na buty zapinane pod kolanem, które chronią spodnie przed wilgocią i zabezpieczają cholewy butów przed wpadaniem kamyków czy paprochów. Trasa była górzysta, pełna strumieni i rozmokłych placków to przeskoczenia, wynegocjowania bądź ominięcia. Wymagało to dużej koncentracji i kontroli mięśni, zwłaszcza pod nawałem nowej dla ciała wagi. Nasze trzy psy za to były z swoim żywiole.

Na miejsce dotarliśmy trochę przed 7 wieczór. Była to wiata (lean-to) o trzech ścianach nad jeziorem. Właśnie wtedy temperatura zaczęła drastycznie spadać. Zebraliśmy mokry chrust na ognisko i natychmiast przebraliśmy się w czyste, suche ubrania i założyliśmy wszystkie możliwe warstwy. Kiedy ogień się powoli rozpalał, rozbiliśmy oba namioty bezpośrednio w lean-to. Wkrótce, pomimo ubrania na cebulkę i ognia, przestałam czuć palce. Ciepły posiłek ugotowany na malutkim piecyku gazowym bardzo pomógł się rozgrzać, ale nawet ogień nie był w stanie pomóc w utrzymaniu tego ciepła. O 10 poszliśmy spać.

Spanie to jest mit biwakowania. Bardzo rzadko dobrze śpię pod namiotem. Zwykle jest za gorąco, za duszno, za głośno, za twardo, za nierówno. Spodziewaliśmy się mrozu, więc dokupiliśmy wkładki termiczne do śpiworów, które okazały się bardzo dobrą decyzją, bo poza mrozem wiał silny wiatr. Wsunęłam się w swoją mumię, zaciągnęłam sznurek kaptura tak, że pozostało otwarcie o średnicy nie więcej niż 10 cm i rozgrzana jak piec w hucie czekałam na sen, który nie nadchodził. Nie wiem ile spałam, a ile nie, ale nie sądzę żebym spała więcej niż 3-4 godziny. Ilekroć jakakolwiek część mojej twarzy miała kontakt z otworem, napotkane tam zimno było paraliżujące. Wkrótce zapchałam dziurę kurtką i tak spędziłam noc, przewracając się z boku na bok, na brzuch, na plecy i tak w kółko, że mi się w końcu śpiwór obrócił o 180 stopni i rano nie wiedziałam jak się z niego wygrzebać. Mężowi było ciepło, ale spanie było utrudnione m.in. ze względu na ciągły ruch w sąsiednim namiocie. Nasi znajomi nie spali pół nocy. Najpierw było zimno jej, a potem jeden z ich dwóch psów zaczął się trząść jak galareta i musieli go zaciągnąć do swojego łączonego podwójnego śpiwora. 100-funtowego labradora. Potem chodzili za potrzebą. Wiedziałam, że prędzej doczekam pęknięcia pęcherza, niż dobrowolnie opuszczę swoją mumię przed świtem. Nasz pies spał pomiędzy nami i ani mrugnął, taki był zmęczony. Obudziliśmy się do lodowej powłoki pokrywającej siatkę po wewnętrznej stronie namiotu. Nasze oddechy zmienione w grudy lodu. Pod termicznymi materacami też był lód, ale o dziwo go nie czuliśmy. We wszystkich naczyniach zamarzła woda. 

Ranek był mroźny, ale cudownie słoneczny. O piątej powiatało nas śpiewanie ptaków. Wygrzebanie się z ciepłej mumii na ten ziąb było bolesne. Zanim zrobiłam kawę i śniadanie znów nie czułam palców, więc pakowanie się było trudne w wykonaniu. Wyłamywanie lodu z prętów, materiału, odpinanie sprzążek. W końcu wyruszyliśmy w drogę powrotną.

Zeszłego lata poszliśmy w bardzo wilgotny upał, w tym roku poszliśmy w mróz i śnieg. Za każdym razem było trudno, ale inaczej. Latem były komary, ciągłe pocenie się, konieczność picia dużej ilości wody, niemożność spania w tym kleiku. Wczesną wiosną ziąb usztywniający mięście i ścięgna, redukujący pragnienie w rezultacie powodując odwodnienie, zamarzające kończyny i paraliżujący mróz. W obu przypadkach brud, wysiłek, ból, zmęczenie. Pierwszy wypad był mniej górzysty, drugi bardziej. Po pierwszym czułam ogólne zmęczenie, po drugim mam taki ból mięśni łydek, że ledwo mogę chodzić. Jestem wykończona i niewyspana, mam rozbiegane myśli.

Za każdym razem jak wychodzę z lasu nie mogę się doczekać kiedy pójdę znowu. Jest ciężko, trudno, brudno i męcząco, ale jest w tym coś prymitywnego i pociągającego. Kiedy idę godzinami po szlakach z ciężarem na plecach reszta świata przestaje istnieć, jest tylko "tu i teraz," co jest rzadkim stanem umysłu w obecnych czasach. Moje myśli są wolne od wszystkiego, jestem tylko tam, na szlaku, kiedy negocjuję każdy optymalny krok. 

 

Sprzęt:

Car camping

Kayak touring

Backpacking:

niedziela, 29 kwietnia 2012

Wiem, wiem, teoretycznie mamy wiosnę, niemniej jednak pogoda w górach Adirondacks nieopodal miasteczka Old Forge była dość zimowa. Las pokrywała cieniutka warstwa śniegu, a w nocy był mróz -8 stopni C, co było bardzo ciekawym doświadczeniem jeśli chodzi w spanie w namiocie. Teren był bardzo górzysty i pełen różnorakich przeszkód typu strumienie to przejścia po kamieniach, tereny bagniste i mostki. Wróciłam do domu tak obola, że ledwo mogę się ruszać. Poszliśmy tylko na jedną noc, w tym samym co ostatnio składzie: para przyjaciół i trzy psy. Resztę wrażeń opiszę jutro.

piątek, 20 kwietnia 2012

Dziś kupiłam "Boże igrzysko" Normana Davies'a w wersji mobi. Chyba dobrze zrobiłam, że nie porwałam się na papierówkę...

Fot. tt

poniedziałek, 02 kwietnia 2012

P.S. Peter Pan to marka masła orzechowego. 

statystyka